Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 71.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

Luty 2014

Luty 2014 (13)

środa, 26 luty 2014 19:59

CZARNE CHMURY NAD STRAŻĄ MIEJSKĄ

Napisane przez

Straż miejska to obecnie najbardziej znienawidzona służba w Polsce. W założeniu miała to być jednostka pomagająca mieszkańcom miast, która przy okazji odciążyłaby policję. Szybko stała się jednak sposobem na uzupełnienie miejskich budżetów.

Efekt jest taki, że już dwanaście polskich miast pod naciskiem mieszkańców zlikwidowało swoje straże. Należą do nich m.in. Stalowa Wola, Żory czy Chrzanów. Wygląda na to, że niebawem dołączą do nich kolejne.

Nie tęsknią

Zarzuty mieszkańców wobec funkcjonariuszy we wszystkich miejscach w Polsce są bardzo podobne. Można je podsumować jednym zdaniem: strażnicy miejscy nie wywiązują się z misji, do której zostali powołani – nie są pomocni mieszkańcom miast. Ich podstawowe zajęcie to wystawianie mandatów, tymczasem sytuacje takie, jak pomoc w odpaleniu zamarzniętego samochodu należą do rzadkości.

Samorządom również coraz trudniej znaleźć argumenty, które uzasadniałyby istnienie straży miejskiej. – Wielu boi się, że jeśli straż miejska zniknie, to w jej miejsce nie zostanie zaproponowane nic w zamian i powstanie luka. U nas nie odczuwa się jednak żadnej tęsknoty – mówił w jednym z wywiadów Ryszard Kosowski, burmistrz Chrzanowa. – Czas, który już upłynął, pokazał, że miasto nie odczuło wielkich ubytków. Od pięciu lat nie pojawił się żaden głos mieszkańców, którzy chcieliby powrotu straży, choć mówiłem wtedy (w 2007 roku – przyp. red.), że jeśli zajdzie kiedyś taka potrzeba, to zawsze można wrócić do powołania tej formacji. W naszej okolicy tendencje są natomiast wręcz przeciwne, bo w ostatnim czasie straż zlikwidowała też jedna z ościennych gmin – dodawał.

Zdaniem Kosowskiego utrzymywanie formacji to duży wydatek, z którego nie ma zbyt wielkiego pożytku. – Dokonaliśmy analizy pracy strażników i okazało się, że ich efektywność nie jest wysoka, nieadekwatna do ponoszonych przez nas wydatków. Nie mogę powiedzieć oczywiście, że strażnicy nic nie robili oraz, że nie byli potrzebni. Ale oczekiwaliśmy od nich czegoś więcej – podsumowuje. W jaki sposób udało się wypełnić lukę powstałą po likwidacji straży? Chrzanów po prostu płaci policji za dodatkowe patrole. Założenie jest takie, że nie mogą być one wykonywane żadnym środkiem lokomocji, a wyłącznie pieszo. Z comiesięcznych raportów, które dostaje Kosowski, wynika, że obecne wyniki ze wskaźnikami pracy straży miejskiej, to naprawdę duża różnica. Dodatkowo jest to dobrze skoordynowane i skupione w jednych rękach. Nie trzeba pewnych czynności specjalnie przekazywać policji, bo sama, mając raport z patroli, potrafi szybko opanować sytuację.

Cios z NIK

Zwolennicy likwidacji straży miejskiej pod koniec ubiegłego roku dostali do rąk potężną broń: miażdżący dla formacji raport Najwyższej Izby Kontroli. Wynika z niego przede wszystkim, że fotoradary w rękach straży miejskiej najczęściej nie przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa. „W latach 2009-2010 w większości gmin straż koncentrowała swoje działania na kontroli prędkości pojazdów (w niektórych miastach nawet ponad 90 proc. mandatów wystawianych przez straż miejską dotyczyło przekroczenia prędkości). Udział mandatów nałożonych w wyniku kontroli ruchu drogowego w wartości wszystkich mandatów nałożonych przez strażników gminnych (miejskich) wyniósł np. w gminie Pelplin 98,7 proc., a w gminie Kobylnica 99,9 proc.” – czytamy w dokumencie.

Niestety, tak aktywne zaangażowanie strażników miejskich w kontrolę prędkości nie przynosi skutków w postaci poprawy bezpieczeństwa. – Prześledziliśmy wyniki dotyczące poprawy bezpieczeństwa w jedenastu gminach, które intensywnie używały fotoradarów. Jak się okazało, tylko w trzech poprawiło się bezpieczeństwo na drodze. W pozostałych poprawa w tym zakresie nie nastąpiła. Wzrosły tylko budżety gmin – komentował rzecznik NIK, Paweł Biedziak. – W wielu miastach formacja, która została powołana do działań prewencyjnych i miała wspomagać policję w utrzymaniu bezpieczeństwa, skoncentrowała się – zamiast na patrolach w pobliżu szkół, w parkach, na dworcach, osiedlach, tam, gdzie mieszkańcy tego potrzebują – na ruchu drogowym. To zrobiło ze straży miejskiej w niektórych miejscowościach kolejną służbę ruchu drogowego – przyznał Biedziak.

Zajmowanie się głównie fotoradarami nie jest największym przewinieniem strażników miejskich. – Kilka jednostek straży przyłapaliśmy (podczas kontroli NIK – red.) na wystawianiu mandatów po terminie. Zgodnie z prawem, sprawa mandatu powinna w takim przypadku zostać przekazana do policji, bądź do sądu. Ale wówczas pieniądze trafiłyby do budżetu państwa, a nie gminy, i prawdopodobnie dlatego strażnicy nie stosowali się do przepisów – mówił Biedziak. Kolejnym zarzutem, jaki Izba postawiła strażom miejskim po kontroli funkcjonowania w latach 2009-2010, było nielegalne nakładanie grzywien na właścicieli samochodów za niewskazanie – na żądanie strażnika – osoby, która kierowała pojazdem w momencie popełnienia wykroczenia. Izba podliczyła, że łącznie finansowe skutki nieprawidłowości – z tytułu mandatów za niewskazanie osoby kierującej pojazdem oraz ewidencjonowanie zapłaconych po terminie mandatów jako przychodów gminy – wyniosły 300 019 680 zł.

Nie bez winy są tutaj również same samorządy. Szczególnie tym biedniejszym trudno jest oprzeć się sięgnięciu po pieniądze z mandatów za fotoradary.

Błędne koło

Kiedy jednak spojrzymy, na co idą pieniądze ściągnięte przy pomocy funkcjonariuszy, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z absurdem. Pieniądze zarobione na mandatach wystawionych przez strażników miejskich samorządy wydają na... usługi prywatnych agencji ochrony. Firmy wyręczają funkcjonariuszy. Łódź w 2012 roku na ochronę swoich trzynastu budynków wydała 822 tys. zł. Kraków tylko na ochronę obiektów należących do urzędu miasta przeznaczył 1,7 mln zł. Wrocławski Zarząd Zasobu Komunalnego na ochronę mienia wydał 920 tys. zł. Z kolei Gdańsk w ubiegłym roku wydał na ten cel 1,35 mln zł – niemal tyle samo, ile wyniosły wpływy z mandatów wystawionych przez tamtejszą straż miejską (ok. 1,5 mln zł).

Prym wiedzie stolica. Warszawski ratusz dwa lata temu roku zawarł z agencjami ochrony umowy o wartości 6,8 mln zł brutto. Ochroniarze często wykonują zadania, które mogłyby realizować straże miejskie i inne służby. Przykładowo w Krakowie jedna z firm wygrała w 2010 r. przetarg na ochronę fizyczną tunelu tramwajowego KST wraz z dwoma przystankami i dojściami oraz ochronę fizyczną dolnego poziomu ronda Mogilskiego. We Wrocławiu agencja zapewnia ochronę fizyczną urządzeń znajdujących się na terenie fontanny i głośników umieszczonych na pergoli przy Hali Stulecia oraz mienia znajdującego się na terenie parku im. Mikołaja Kopernika przy ul. Teatralnej. W Kielcach w ramach trzydniowej imprezy Święta Kielc ochroniarze patrolowali m.in. plac Konstytucji i rynek przy urzędzie miasta. W wykazie zadań zleconych przez miasto zewnętrznej agencji znalazło się legitymowanie osób w celu ustalenia ich tożsamości, czy ujęcie w celu niezwłocznego przekazania policji osób stwarzających bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia.

Pracownicy agencji ochrony patrolują parki (np. w Warszawie Łazienki czy park Ujazdowski), kontrolują bilety w środkach transportu publicznego, a po nowelizacji prawa lotniczego w 2011 r. mogą się zajmować bezpieczeństwem w portach lotniczych. Dlaczego nie robią tego, i tak opłaceni już strażnicy miejscy? Nie zostałby nikt, kto mógłby wystawiać mandaty?

środa, 26 luty 2014 19:57

ŚMIECIOWA REWOLUCJA DO POPRAWKI

Napisane przez

Gospodarka odpadami w Polsce przypomina zarządzanie stajnią Augiasza. Zmienić to miała, obowiązująca od lipca ubiegłego roku, nowa ustawa śmieciowa. Wysypiska nadal jednak pękają w szwach. Zróbcie z tym porządek – poucza Bruksela, grożąc ogromnymi karami.

 

Do niebieskich pojemników wrzucamy stare gazety, papierowe torebki i tekturowe pudełka. Do żółtych – plastikowe butelki, zakrętki, reklamówki. Do czerwonych – puszki po napojach, drobny złom i kapsle. Kolorowe szkło powinno lądować w zielonych kontenerach, bezbarwne – w białych. Tego swoich urwisów uczą państwo Boscy z popularnego serialu „Rodzinka.pl”. Lekcja segregacji idzie jednak na marne. Bo oto dzieciaki widzą, jak przed ich dom podjeżdża śmieciarka. Wyskakują z niej pracownicy zakładu komunalnego i wszystkie te starannie posortowane odpady pakują, jak leci, do jednej komory.

Telewizyjna fikcja? Niestety, smutna polska rzeczywistość. Z danych opublikowanych przez Eurostat wynika, że na wysypiska trafia w naszym kraju aż 73 proc. odpadów komunalnych, a do spalarni – zaledwie 1 proc. W Unii jest to odpowiednio 38 i 22 proc. Recyklingowi poddajemy zaś 18 proc. odpadów. Średnia dla UE wynosi 25 proc. Na kompost przeznaczamy tylko 8 proc. odpadów.

Tak jest, a jak być powinno? Zgodnie z przyjętymi zobowiązaniami, do 2020 r. mamy składować na wysypiskach do 35 proc. odpadów. Reszta ma być wtórnie wykorzystana, spalona lub kompostowana. W przeciwnym razie spotkają nas wysokie unijne kary.

Wydawało się, że łatwiej będzie spełnić wymogi Brukseli po wejściu w życie 1 lipca ubiegłego roku tzw. ustawy śmieciowej. Tyle, że jej wdrożenie pozostawia wiele do życzenia. Złe przygotowanie samorządów do zmiany, dumpingowe ceny w przetargach, instalacje na papierze – to tylko niektóre problemy nowego systemu gospodarki odpadami.

 

Jest źle, ale było gorzej

Czy ustawa śmieciowa nadaje się do… kosza? Bynajmniej. Przed jej wprowadzeniem było znacznie gorzej niż teraz. Jedna piąta Polaków w ogóle nie płaciła za produkowane przez siebie śmieci. Właściciele domków jednorodzinnych pozbywali się worków z odpadami na poboczach dróg. Podmiejskie lasy i łąki przypominały wysypiska. W niektórych gminach umowę na wywóz odpadów podpisywało 10 proc. gospodarstw domowych – reszta lądowała w ustronnych miejscach. Nic nie pomagało odwoływanie się do poczucia odpowiedzialności społecznej i ludzkich sumień.

– Dane z samorządów dotyczące wdrożenia ustawy dopiero spływają – informuje Paweł Mikusek, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska. – Ocenę jej realizacji wyda dopiero co powołany zespół przedstawicieli samorządów, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych oraz przedsiębiorców pod kierownictwem prof. Andrzeja Kraszewskiego. Owocem pracy tego gremium będą też rekomendacje zmian w rzeczonej ustawie, a także kodeks dobrych praktyk.

Według Mikuska, pomimo wszystkich zastrzeżeń, ustawa śmieciowa to krok w dobrą stronę. Powstała konstrukcja prawna obarczająca odpowiedzialnością za śmieci samorządy i odbiorców indywidualnych. Zbudowano ją na prostym założeniu: stała opłata w gminie sprawi, że mieszkańcom nie będzie opłacało się oszukiwać i niszczyć środowiska.

– Tyle teorii. Praktyka jest taka, że nielegalne wysypiska, które wraz z rewolucją śmieciową miały zniknąć z polskiego krajobrazu, nadal straszą – ubolewa Jarosław Kasprzyk, edukator ekologiczny z Klubu Gaja.

 

Kiełbasa wyborcza od wójta

Dlaczego tak się dzieje? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze – głosi ludowa mądrość. Tak jest również w tej sytuacji. Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej (KIG), statystyczny Kowalski wytwarza ponad 300 kg śmieci rocznie, co w przeliczeniu na trzyosobową rodzinę daje prawie tonę. Koszt zebrania i utylizacji takiej ilości odpadów wynosi co najmniej 450 złotych. Tu niespodzianka. Niektóre firmy zaoferowały tę usługę poniżej 200 zł, a gminy na to chętnie przystały. Z powodu polityki. W tym roku czekają nas wybory samorządowe. Aby nie stracić poparcia mieszkańców, część włodarzy stosuje możliwie najniższe stawki odbioru śmieci. I nie obchodzi ich zupełnie to, co się później z tymi odpadami dzieje. Tymczasem są przedsiębiorstwa, które pozbywają się ich w sposób nielegalny. O recyklingu nawet nie myślą, bo im się to nie opłaca. Jak wyliczyła KIG, największą część wspomnianych 450 zł za tonę śmieci – bo aż 40 proc. – pochłania ich przetwarzanie. 11 proc. to koszty sortowania.

– Przetargi często wygrywały firmy, które oferowały najniższą cenę. Owszem, ich usługi są najtańsze, ale czy spełniają wyśrubowane unijne standardy? Nie mając konkurencji, czują się jak monopolista w regionie, a to bynajmniej nie skłania do troski o jakość – wskazuje dr Wojciech Szymański, specjalista z Instytucji na rzecz Ekorozwoju (InE). – Paradoks polega na tym, że przedsiębiorstwa, które zainwestowały w nowoczesne sortownie i instalacje, z reguły nie były w stanie zaproponować tak korzystnych finansowo warunków współpracy. W rezultacie to nie one zdobyły kontrakty, lecz ich konkurencja – zwykle mniej uczciwa, a przede wszystkim niedysponująca na tyle nowoczesnymi technologiami i know-how, aby móc się zajmować odbiorem i przetwarzaniem odpadów – dodaje.

Podobną opinię podczas eksperckiej debaty, zorganizowanej w grudniu zeszłego roku przez dziennik „Puls Biznesu” i Green Cross Poland, wyraził Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami (PIGO): „Twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania”. „Ułamek gmin poradził sobie z nowym systemem. Znakomita większość nie podołała. Na palcach jednej ręki można policzyć, gdzie w przetargach pojawiły się kryteria jakościowe” – wtórowała mu mecenas Anna Specht-Schampera z kancelarii Schampera Dubis Zając.

Źli są przedsiębiorcy, którzy pomimo wysokiego poziomu profesjonalizmu nie wygrali przetargów. Ale i odbiorcy indywidualni mają powody do niezadowolenia. Chodzi o sposób określania wysokości śmieciowych opłat. Gminy mogą naliczać je od gospodarstwa domowego, liczby mieszkańców, powierzchni i zużycia wody lub stosując sposoby mieszane. Sęk w tym, że – jak zauważa na łamach „Tygodnika Powszechnego” Michał Olszewski – metoda „od gospodarstwa” zrównuje biednych i bogatych, tudzież wielodzietnych i singli. Ta od powierzchni również nie wydaje się szczególnie sprawiedliwa, bo jak znaleźć zależność między metrażem, a produkcją śmieci? Liczba mieszkańców? Skąd wiadomo, że w danym lokalu nie zadeklarowano trzech osób, a w rzeczywistości wynajmuje go z tuzin studentów lub robotników sezonowych? Stawki według zużytej wody? Byłoby to świetne rozwiązanie, gdyby udowodnić, że istnieje związek między zużyciem wody, a ilością produkowanych odpadów.

Kłopotów z rewolucją śmieciową jest dużo więcej. Jeden z ważniejszych sprowadza się do tego, że skupiła naszą uwagę na plastiku, papierze czy szkle. Za mało troszczymy się ciągle o tzw. elektrośmieci, których każdego roku powstaje w Polsce około 200 tys. ton, a zbiera się prawie 3,9 kg na osobę. Tymczasem aż 30-40 proc. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego pochłania szara strefa. Przy czym 80 proc. wyeksploatowanych urządzeń nadaje się do recyklingu. Większość to tzw. duże AGD: 400 tys. zmywarek, 800 tys. lodówek, ponad milion kuchni i piekarników, 900 tys. pralek. Jak szacują eksperci, z samych tylko właściwie przetworzonych lodówek moglibyśmy wyprodukować 30 tys. aut i 850 wagonów kolejowych.

 

Uczmy się od Szwedów

Polskie problemy nie są niczym wyjątkowym. Jeśli wierzyć badaniom Eurostatu, gorzej z odpadami radzą sobie Rumuni, Bułgarzy, mieszkańcy państw bałtyckich, a także Grecy, Cypryjczycy i Maltańczycy. Ale punktem odniesienia powinna być dla nas raczej Europa Zachodnia, która wprawdzie produkuje więcej odpadów, ale też znacząco więcej ich odzyskuje dzięki recyklingowi (w Niemczech obejmuje on 45 proc. odpadów, w Belgii – 40 proc., w Irlandii – 35 proc.).

Chyba jednak najwięcej możemy nauczyć się od Skandynawów. Na przykład w Sztokholmie śmieci są źródłem 14-16 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną i ciepło. Cała południowa część szwedzkiej stolicy ogrzewana jest odpadami komunalnymi i przemysłowymi, które spalane są w spalarni odpadów w Högdalen. 500 tys. ton odpadów komunalnych i 250 tys. ton odpadów przemysłowych produkuje rocznie 1700 GWh ciepła i 450 GWh energii elektrycznej. Łącznie Szwecja posiada 28 tego rodzaju instalacji, wyposażonych w przystosowaną do rygorystycznych norm środowiskowych technologię oczyszczania spalin i ścieków. Dla porównania: w naszym kraju jest na razie tylko jedna spalarnia śmieci komunalnych – w Warszawie.

Szwedzi słyną też z prawidłowej segregacji śmieci u źródła, czyli przez gospodarstwa domowe, co sprawia, że aż 45 proc. produkowanych odpadów wykorzystywanych jest do recyklingu. Jedynie 4 proc. odpadów zostaje zdeponowanych na wysypiskach.

– Trzeba stworzyć takie uwarunkowania makroekonomiczne, aby się opłacało z odpadów uzyskiwać energię, ciepło czy szkło po recyklingu – postuluje dr Szymański z InE. – Na razie z tym nie jest najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że mamy w Polsce tylko jeden zakład przerabiania szkła – w Wyszkowie – a jego moce są ograniczone.

Zdaniem Jarosława Kasprzyka z Gai, powinniśmy przede wszystkim myśleć o tym, jak ograniczać ilość odpadów. Przykładem mogą być lekkie plastikowe torby na zakupy, których supermarkety i inne sklepy w samej tylko Unii Europejskiej wydają 100 miliardów rocznie. Większość tzw. reklamówek jest wykorzystana tylko raz i przez zaledwie około 20 minut. Aż 8 mld toreb na zakupy ląduje w rzekach, jeziorach i morzach lub zaśmieca ulice i pola. W środowisku mogą one przetrwać setki lat. Są zaś szczególnie niebezpieczne dla zwierząt i ptaków morskich.

– Dane dotyczące ich rocznego zużycia w poszczególnych państwach członkowskich znacznie się różnią: od czterech sztuk na mieszkańca w Danii i Finlandii, do 466 toreb na mieszkańca w Portugalii, Słowacji i – niestety – w Polsce. Mamy więc sporo do nadrobienia – uświadamia Kasprzyk.

 

Najważniejsza jest mentalność

Lista patologii, nieprawidłowości i mankamentów jest doprawdy imponująca. I z pewnością minie wiele lat, zanim doszlusujemy do świadomych ekologicznie Niemców czy Skandynawów. Eksperci są jednak zgodni: dobrze, że w ogóle coś w tej dziedzinie drgnęło. Zmieniło się prawo i mentalność społeczeństwa, które zaczęło odpady segregować, a w wielu przypadkach pierwszy raz za nie płacić. Jeśli pracę resortu środowiska nad nowelizacją śmieciowych przepisów pójdą w dobrą stronę, nasza gospodarka odpadami będzie wreszcie spełniać surowe normy UE. A wtedy ominą nas drakońskie unijne kary.

Rozmowa z posłem Piotrem Zgorzelskim, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej

MATEUSZ WEBER: Tak zwana ustawa śmieciowa weszła w życie siedem miesięcy temu, a już przygotowywana jest jej nowelizacja. Czy to znaczy, że nowe prawo nie działa?

Wprowadzenie ustawy można w skali kraju określić raczej pozytywnie. Oczywiście, jak to zwykle bywa w okresie przejściowym, zdarzały się przypadki niedociągnięć. Ponad 140 gmin w Polsce nie zdążyło rozstrzygnąć rozpisanych przetargów – w terminie do 1 lipca, czyli w terminie wprowadzającym ustawę. Jednak na chwilę obecną te kwestie już się powoli normują. Cały czas, oczywiście, trwają prace nad nowelizacją ustawy, będą one zakładały między innymi możliwość prowadzenia zbiórki odpadów bezpośrednio przez gminę. Co jest szczególnie istotne dla gmin, które zainwestowały we własny system zbiórki odpadów jeszcze przed wejściem ustawy, tak jak np. gmina Jednorożec.

Kiedy możemy spodziewać się nowelizacji? Czy nowe prawo uda się uchwalić jeszcze w tej kadencji?

Powołany już został zespół ds. wdrażania ustawy, który ma zidentyfikować mankamenty ustawy śmieciowej i w ciągu pięciu miesięcy przygotować propozycje zmian przepisów. Ja również zachęcam do przesłania swoich uwag – mieszkańców, właścicieli nieruchomości, gminy wdrażające ustawę i przedsiębiorców zajmujących się gospodarką odpadową.

Pierwsze tygodnie funkcjonowania ustawy nie wypadły najlepiej. Telewizje informacyjne na okrągło pokazywały tony śmieci zalegające na chodnikach, a opozycja straszyła wizją Neapolu nad Wisłą…

Ustawa weszła w życie w lipcu 2013 roku. Uważam, że z każdym miesiącem działa coraz lepiej. Zarówno mieszkańcy uczą się segregować odpady, jak również firmy odbierające poznają coraz lepiej teren, na którym przyszło im pracować. Oczywiście, ustawa ma wiele niedociągnięć, ale cały system należy uznać za dobry. Na przykład na terenie powiatu płockiego wszystkie gminy wprowadziły ustawę śmieciową. Część, ogłaszając przetargi samodzielnie, natomiast pozostałe wspólnie podchodząc do zagadnienia poprzez Związek Gmin Regionu Płockiego.

Wspomniał Pan o elemencie przygotowywanej nowelizacji, który umożliwi przeprowadzanie zbiórki odpadów bezpośrednio przez gminę. Tego domagała się część samorządowców, których nieformalnym liderem stał się wójt Lubrzy, Mariusz Kozaczek. W jakim kierunku pójdzie nowelizacja obecnego prawa?

Ustawa w obecnym kształcie nakłada na gminy obowiązek rozpisywania przetargu. I właśnie tu pojawia się problem tych samorządów, które zainwestowały już w swój system zbiórki odpadów, jak Lubrza czy Jednorożec. Dlatego trwają prace nad nowelizacją ustawy, zakładające między innymi umożliwienie samorządom samodzielnej zbiórki odpadów. Mamy nadzieję, że zmiany w ustawie rozwiążą problem.

Skomplikowana sytuacja jest też w miastach. Mieszkańcy dużych osiedli są często w bardzo niewygodnej sytuacji. Ci, którzy chcieliby segregować – a są w mniejszości – i tak nie mogą tego robić. Na ich osiedlach nie ma pojemników do segregacji. Czy taka sytuacja ich nie dyskryminuje?

Jest to problem, o którym niejednokrotnie już słyszałem. Warto pochylić się nad tą kwestią i podjąć starania, aby zająć się nią w kontekście nowelizacji ustawy. Z informacji, jakie uzyskuję z samorządów oraz od firm zajmujących się odbiorem odpadów na terenie powiatu płockiego, wynika, że obowiązki dyrektyw unijnych dotyczące recyklingu składowania odpadów zostaną przez nie spełnione za 2013 rok. O szczegółowe informacje należałoby pytać poszczególne samorządy.

Czy nie uważa Pan, że różnice w opłatach między zbiórką selektywną, a nieselektywną, są obecnie w wielu przypadkach zbyt niskie, by zachęcić mieszkańców do sortowania odpadów?

Rzeczywiście, różnice w opłatach między zbiórką selektywną, a nieselektywną, są w wielu przypadkach zbyt niskie, by zachęcić mieszkańców do sortowania odpadów. Wszyscy wiemy, że tylko zbiórka selektywna pozwoli osiągnąć wymagane unijnymi przepisami poziomy recyklingu. Dlatego warto się zastanowić, czy segregowanie opłaca się tylko z punktu widzenia finansowego. Trzeba też myśleć o środowisku.

Coraz częściej pojawiają się głosy, aby segregacja śmieci była obowiązkowa. Czy jest Pan zwolennikiem takiego rozwiązania?

Tak. Przygotowywany jest nowy projekt, zakładający wprowadzenie obowiązkowej segregacji śmieci dla wszystkich właścicieli nieruchomości. Projekt ma na celu jedynie doprecyzowanie obecnych przepisów i, według tego projektu, brak selektywnej zbiórki oznaczałby nie tyle wyższą opłatę – tak jak obecnie – ale nałożenie wysokiej kary administracyjnej, która mogłaby być nawet kilkukrotnie wyższa niż opłata za odpady posegregowane.

W blokach sortowanie odpadów często jest fikcją, bo – aby udowodnić komuś, że nie wywiązuje się ze swojego obowiązku – trzeba by go złapać za rękę. Jak rozwiązać problem „śmieciowych gapowiczów”?

Może rozwiązaniem byłoby rozstawienie pojemników w taki sposób: osobno kosze na śmieci zmieszane, a nieco dalej do segregacji tak, żeby osobie, która nie segreguje śmieci, nie chciało się iść do pojemników na selektywną zbiórkę i wrzucać do nich śmieci nie posegregowanych. Było by to bardziej transparentne, choć nie wiem, czy takie rozwiązanie mogło by się przyjąć. To zresztą problem całej Polski w związku z wejściem w życie nowej ustawy śmieciowej i, szczerze mówiąc, jedynym wyjściem jest… liczyć na uczciwość wyrzucających śmieci.

Specjaliści z Polskiej Izby Gospodarki Odpadami zwracają uwagę, że twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania. Czy rzeczywiście tak jest? Jeżeli tak, to co zrobić, aby to się zmieniło?

Oczywiście, jak w przypadku większości tak poważnych zmian, także te wprowadzone znowelizowaną ustawą o utrzymaniu czystości, napotykają kłopoty organizacyjne, a także czysto techniczne, jednak trzeba pamiętać, że wprowadzenie tak poważnych zmian to proces ciągły i długotrwały. Myślę, że sytuacja pomału się jednak ustabilizuje. Jak pokazuje przykład innych krajów europejskich, dostosowanie się do podobnych rozwiązań trwało kilka lat – np. w Norwegii, która – wprowadzając podobną ustawę – dysponowała dużo lepszymi rozwiązaniami technologicznymi niż Polska, okres dostosowawczy trwał sześć lat.

W Polsce ciągle około 71 proc. śmieci trafia na wysypiska, reszta jest przetwarzana lub spalana. W Niemczech, Holandii czy Szwecji, na wysypiska idzie ledwie 1 proc. śmieci, a w Szwajcarii – 0 proc. Tak wynika z najnowszych danych Eurostatu. Polska zobowiązała się do 2020 r. składować jedynie 35 proc. w porównaniu do tego co było w 1995 r.?  Co w sytuacji, kiedy nie osiągniemy tego poziomu?

To fakt. Polacy wciąż przetwarzają mało odpadów i większość z nich trafia na wysypiska. Świadomość ekologiczna jednak – i poziom recyklingu – powoli, ale jednak rosną, również przez obowiązujące w Polsce unijne wymogi. Myślę, że polskie samorządy należy wzmocnić przy realizowaniu tak ważnego zadania, jakim jest gospodarka odpadami na naprawdę europejskim poziomie. Obowiązki nałożone znowelizowaną ustawą o utrzymaniu porządku i czystości na gminy są bardzo rozległe, wymagają także specjalistycznej wiedzy. Potrzebne są również zmiany w świadomości. Trzeba jasno powiedzieć, że odbiór odpadów i ich prawidłowe zagospodarowanie niesie za sobą nakłady finansowe. To też ważny aspekt.

środa, 26 luty 2014 19:53

POLACY NIE SZASTALI EURO

Napisane przez

Od lat Najwyższa Izba Kontroli monitoruje, jak Polska wydaje unijne pieniądze. Chodzi o kwotę 67,9 miliardów euro przyznanych na lata 2007-2013 z polityki regionalnej UE. I, jak wynika z ostatniego podsumowania, opublikowanego na koniec ubiegłego roku, Polska wypadła na tym polu pozytywnie.

Co więcej to powtórzenie sukcesu, bo taką opinię wydał NIK w identycznym raporcie również w 2012 r. Na stronie Izby można przeczytać, że Polska w efektywny i prawidłowy sposób wydaje pieniądze z funduszy unijnych, chociaż raporty z poszczególnych kontroli nie są pozbawione zastrzeżeń. Ze szczegółowymi analizami można się zapoznać w sprawozdaniach z wykonania budżetu. Na stronie NIK umieszczono również raporty pokontrolne przygotowane w ramach konkretnych programów.

Pod lupą – drogi, szpitale, edukacja

Departamenty i delegatury NIK przeprowadziły cały szereg kontroli, badając wykorzystanie unijnych pieniędzy, zarówno pod względem programów operacyjnych − „Innowacyjna gospodarka” (w tym m.in. prowadzenie konkursów i zawieranie umów przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości) czy „Kapitał ludzki” (realizacja projektów edukacyjnych w ramach Priorytetu III), jak i odbiorców, a wśród nich dwóch głównych grup – samorządowców i przedsiębiorców.

Kontrolerzy oceniali na przykład kwalifikowalność wydatków oraz umiejętność wykorzystania funduszy strukturalnych przez administrację publiczną, ale przede wszystkim sprawdzali, jakie efekty przyniosła realizacja poszczególnych projektów. NIK sprawdzał bardzo różne dotacje, od przeznaczonych na zakup aparatury medycznej, rozwój Euroregionu „Bug” (w województwie lubelskim, ciągnącego się wzdłuż wschodniej granicy Polski z Białorusią i Ukrainą), jak i inwestycje drogowe. Do podsumowania zamieszczonego na stronie Izby w sumie dołączono trzydzieści jeden szczegółowych sprawozdań pokontrolnych.

Doceniono pracę wojewody

Jednym z beneficjentów było Stowarzyszenie Samorządów Euroregionu „Bug”, które pozyskało dotację na rozwój zarówno gospodarczy, jak i społeczno-kulturalny obszaru przygranicznego. Od 2006 r. do końca maja 2013 r. w sumie Stowarzyszenie zrealizowało dwadzieścia nieinwestycyjnych projektów związanych z funkcjonowaniem euroregionu. Łącznie pozyskano na nie 15 395 tys. zł. NIK nie miał zastrzeżeń co do sposobu rozdysponowania tej kwoty, a w podsumowaniu napisał, że była wydatkowana rzetelnie. W raporcie, co warto podkreślić, pozytywnie oceniono pracę wojewody lubelskiego, który pośredniczył i zarządzał Programem Sąsiedztwa Polska-Białoruś-Ukraina INTEREG 2004−06.

Aparatura pokrywa się kurzem

Izba dokładnie przyjrzała się zakupom aparatury medycznej w latach 2007-11, ale przede wszystkim, w jaki sposób była wykorzystywana. Kontrole prowadzono w dziewięciu podmiotach, jednak w tym przypadku raporty wyszczególniały wiele nieprawidłowości. – Mimo, że nowy sprzęt medyczny jest szansą dla polskiej służby zdrowia, jednak nawet on nie poprawi sytuacji pacjentów, jeśli nie będzie wykorzystany – brzmiała najważniejsza konkluzja NIK.

Weryfikatorzy podsumowali, że w skontrolowanych placówkach zabrakło właściwej koordynacji i planowania zakupów. Z tego powodu jedna trzecia skontrolowanych szpitali nie używa obecnie efektywnie nowego sprzętu, tak, jak to było zapowiedziane we wnioskach. Ilość faktycznie wykonanych świadczeń była niższa – a niekiedy dużo niższa – od tego, co szacowano w projektach.

Na tym jednak nie kończy się lista uchybień. Podważono też przyjęte procedury zakupowe, które spowodowały, że w jednych placówkach brakowało sprzętu, a w innych – było go w nadmiarze. Zdarzały się przypadki, że do obsługi nowych urządzeń brakowało wykwalifikowanej kadry, a co więcej – nawet gabinetów i laboratoriów. Mimo, że pieniądze z dotacji można było przeznaczyć również na dostosowanie pomieszczeń.

W sześciu placówkach, w których pojawili się kontrolerzy NIK, wykonywano badania diagnostyczne sprzętem zakupionym w ramach dofinansowań unijnych. Tyle że pobierano przy tym opłaty – choć ta aparatura może być wykorzystywana wyłącznie do świadczeń w ramach kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

W raporcie NIK pojawiły się również zarzuty pod adresem samorządów: choćby związane z tym, że nie przeprowadziły na swoich terenach rzetelnych analiz potrzeb zdrowotnych, ani nie posiadały aktualnych danych dotyczących rozmieszczenia aparatury medycznej. Jak się okazało, wiedza wojewodów na ten temat różniła się od danych zgromadzonych przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ).

Wskazówki Rady EU i NIK dla rządu

Izba wzięła pod lupę również to, jak realizowane są zalecenia Rady Unii Europejskiej z 12 lipca 2011 r. w sprawie krajowego programu reform Polski z 2011 r. oraz zaktualizowanego programu konwergencji na lata 2011-14. Rada wydała zalecenia dotyczące finansów publicznych, systemu emerytalnego, finansowania kształcenia i szkoleń, finansowania placówek opieki nad dziećmi, energetyki, transportu kolejowego oraz procedur prawnych związanych z egzekwowaniem zobowiązań zawartych w umowach, budownictwem i zagospodarowaniem przestrzennym.

Rząd rozpoczął pracę nad realizacją tych zaleceń, jednak według Najwyższej Izby Kontroli, te działania mogą okazać się niewystarczające, by w sposób trwały obniżyć deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych do poziomu trzech procent PKB. To również za mało w opinii NIK, by zapewnić wzmocnienie potencjału rozwojowego Polski w dłuższej perspektywie.

Ocenę zaniżyły gminy

Korzystnie Izba zaopiniowała także koordynację i realizację działań z zakresu infrastruktury komunalnej ze środków UE na Wspólną Politykę Rolną i z funduszy strukturalnych. W tym zakresie NIK docenił działania ministra rozwoju regionalnego, ministra rolnictwa i rozwoju wsi, prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz samorządów województw, mające na celu koordynację i realizację przedsięwzięć z zakresu infrastruktury komunalnej w ramach regionalnych programów operacyjnych i Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-13. Jednak, mimo że ostatecznie NIK wydał dobrą opinię, stwierdzono wiele nieprawidłowości w działaniach gmin – co dotyczyło czternastu na szesnaście skontrolowanych JST. Chodziło głównie o wykonanie i utrzymanie przedsięwzięć związanych z infrastrukturą komunalną. W jednym przypadku skontrolowana gmina rozpoczęła inwestycję bez… pozwolenia na budowę.

Mimo, że w raportach pojawiły się nie do końca pochlebne opinie, to generalnie w Polsce euro wydawano efektywnie i zgodnie z prawem. Taka opinia jeszcze w 2012 roku była przekonującym argumentem podczas ustalania budżetu na lata 2014-20, a co się z tym wiąże – pozwoliła na uzyskanie satysfakcjonującej puli pieniędzy dla Polski.

środa, 26 luty 2014 19:51

METROPOLIE NAD WISŁĄ

Napisane przez

Wkrótce Górny Śląsk może stać się polskim odpowiednikiem amerykańskiego Wschodniego Wybrzeża. W Sejmie leży już przygotowany przez posłów Platformy Obywatelskiej projekt ustawy o powiecie metropolitalnym. Na szybkie uchwalenie ustawy liczą też mieszkańcy innych regionów. Nowe prawo może wejść w życie jeszcze w tej kadencji Sejmu.

Metropolia większości ludzi kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi – wielkimi aglomeracjami jak Boston, Hartford, Nowy Jork, Filadelfia, Baltimore i Waszyngton. Choć polskim miastom daleko jeszcze do amerykańskiego megalopolis, to i nad Wisłą doczekaliśmy się już miejsc, które zasługują na miano metropolii. Co do tego, jak ważna dla polskiego systemu administracyjnego jest ustawa metropolitalna, nie ma wątpliwości Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia. – Taka ustawa jest potrzebna w sposób dramatyczny, żeby ustrojowo zauważone metropolie ufundowały szybszy rozwój Polski. To Polsce potrzebne są metropolie, jako centrum wzrostu PKB – mówił w maju ubiegłego roku Dutkiewicz w trakcie panelu dyskusyjnego „Metropolie centrami wzrostu" na Europejskim Kongresie Gospodarczym.

Projekt już w Sejmie

Sprawy nabrały tempa pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Wtedy to do Sejmu trafił projekt ustawy o powiecie metropolitalnym autorstwa posłów Platformy Obywatelskiej. Jednym ze współtwórców ustawy jest poseł z Górnego Śląska, Marek Wójcik. To właśnie z myślą o aglomeracji śląskiej powstał projekt ustawy. – Dziś w polskich aglomeracjach nie ma instytucji odpowiedzialnych za ich rozwój i koordynowanie zadań, przekraczających możliwości poszczególnych miast. Najwyraźniej ten problem widać w aglomeracji górnośląskiej, złożonej z 14 sąsiadujących ze sobą miast na prawach powiatu. Na tym obszarze występuje wiele wspólnych problemów, dotyczących przede wszystkim transportu publicznego, ochrony środowiska, planowania sieci dróg – mówi poseł Wójcik w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA. Jak dodaje, doświadczenia z ostatnich lat pokazują, że do ich rozwiązania współpraca miast – w formie związków komunalnych – jest niewystarczająca.

Dyskusja o metropoliach trwa w Polsce od dwudziestu lat. Poseł Wójcik wierzy, że jeszcze w tej kadencji Sejmu uda się ją uchwalić. – Mamy dość czasu – podkreśla. Projekt zakłada, że to Rada Ministrów w drodze rozporządzenia tworzy, łączy, dzieli i znosi powiaty metropolitalne oraz ustala ich granice. Utworzenie metropolii może się też odbyć na wniosek rady powiatu, gminy czy miasta – ale i tak rząd ma ostatnie słowo. Chodzi o to, aby powiaty metropolitalne nie zaczęły powstawać, jak grzyby po deszczu, w sposób niekontrolowany.

Pomysł szczególnie podoba się samorządowcom z gmin leżących w pobliżu dużych miast. Na wejście w życie ustawy metropolitalnej niecierpliwie czeka wójt podwarszawskiego Izabelina, Witold Malarowski. – Stołeczna metropolia stałaby się kołem zamachowym dla całego regionu. Skorzystałoby na tym całe województwo, wydzielony obszar metropolitalny przestałby sztucznie zawyżać statystyki uboższej części regionu – mówi Malarowski.

Problem nie jest wydumany, bo województwo mazowieckie już kilka lat temu przekroczyło próg 75 proc. unijnego PKB, co oznacza, że w latach 2014-20 może otrzymać znacznie mniejsze fundusze unijne. Kwota jest niebagatelna: chodzi nawet o 1,5 mld zł. Wśród zadań powiatu metropolitalnego, w projekcie ustawy zebrano sprawy ponadlokalne, kluczowe dla rozwoju całych aglomeracji. Projekt posłów Platformy przewiduje między innymi przyjmowanie i wykonywanie strategii rozwoju, uchwalanie studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, organizację i wykonywanie publicznego transportu zbiorowego, planowanie sieci i zarządzanie drogami krajowymi i wojewódzkimi. Powiaty metropolitalne miałyby też zajmować się sprawami wody, ścieków i odpadów, ochrony środowiska, zaopatrzenia w ciepło, energię i gaz, promocji regionu, czy tworzenia jednostek organizacyjnych o znaczeniu metropolitalnym. Innym zadaniem byłoby opracowywanie programów dotyczących bezpieczeństwa publicznego i zarządzania kryzysowego.

W interesie aglomeracji

Kierownictwo nowej jednostki samorządu tworzyłaby 15-osobowa rada oraz wybierany z jej grona trzyosobowy zarząd, starosta i dwóch wicestarostów. Kadencja rady miałaby trwać cztery lata, a radni byliby wybierani w wyborach bezpośrednich – od 3 do 5 przedstawicieli w każdym okręgu wyborczym. Odwoływanie rady odbywałoby się poprzez referendum. Do zadań rady należałoby powoływanie zarządu i – na wniosek starosty – skarbnika powiatu, stanowienie statutu powiatu, a także podejmowanie decyzji m.in. w sprawach dokumentów i programów w skali powiatu oraz w kwestiach budżetowych, strategicznych, majątkowych, dotyczących nieruchomości, jednostek organizacyjnych i spółek. Rada decydowałaby też np. w sprawach flagi i herbu powiatu.

Przewodniczącym rady byłby starosta organizujący jej pracę zgodnie ze statutem powiatu i prowadzący obrady. Uchwały rady i zarządu zapadałyby zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy ich składów. Sesje rady musiałyby odbywać się nie rzadziej niż raz na kwartał. Prace zarządu i jednostek organizacyjnych kontrolowałaby komisja rewizyjna. Rada mogłaby też powoływać inne stałe i doraźne komisje. Zarząd, zgodnie z projektem ustawy, miałby zajmować się przygotowywaniem i wdrażaniem uchwał rady, gospodarowaniem mieniem, wykonywaniem budżetu, prowadzeniem gospodarki finansowej czy zatrudnianiem kierowników jednostek budżetowych. Prace zarządu miałyby wspomagać starostwo metropolitalne i jednostki organizacyjne.

Metropolia musi się z czegoś utrzymywać, czyli na przykład opłacać swoich urzędników, a przede wszystkim – realizować swoje ważne zadania dotyczące zagospodarowania przestrzennego, transportu publicznego, planowania sieci dróg i zarządzania nimi. Jak twierdzą autorzy ustawy, metropolie powinny otrzymać w ramach „premii” o 5 proc. większy udział w podatku PIT, a także zwolnienie członków powiatu oraz samego powiatu z tak zwanego „Janosikowego”. Kłopotem są jednak pieniądze. Koszy utworzenia takiej struktury byłyby ogromne. Tylko utworzenie śląskiego powiatu metropolitalnego, złożonego z czternastu miast aglomeracji, jak planowano, kosztowałoby kilkaset milionów złotych.

Problemem, jak zwykle, są pieniądze

W czasach kryzysu większość ministrów finansów pewnie zakwestionowałby taki wydatek. Jednak, jeśli nawet ustawa zostanie przyjęta, to wcale nie oznacza, że czeka nas przysłowiowy wysyp kolejnych metropolii. Zapis może okazać się martwym prawem, bo rząd po prostu nie wyda rozporządzenia powołującego powiat metropolitalny, tłumacząc się na przykład oszczędnościami.

Inna sprawa, że mnożenie się nowych metropolii również może stać się problemem. Ustawodawca praktycznie nie wprowadził ograniczeń, choćby dotyczących liczby mieszkańców, od której można by wnioskować o stworzenie powiatu metropolitalnego. Autorzy projektu uznają, że wystarczającym zabezpieczeniem jest decydująca rola rządu. Ma pozwolić na uniknięcie sytuacji, w której mogłoby dojść do mnożenia się powiatów metropolitalnych. O konieczności uchwalenia ustawy metropolitalnej przekonani są eksperci. Zdaniem profesora Andrzeja K. Piaseckiego, kierownika Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, polskie prawo samorządowe jest stare i wymaga istotnych zmian. – Powiaty w największym stopniu nie oddają zróżnicowania miast. Tak samo funkcjonuje Poznań i okoliczne małe miasteczka – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA.

Kolejnym problemem jest faktyczne zróżnicowanie regionów. Dobrym przykładem jest Mazowsze, gdzie bogata Warszawa sztucznie kształtuje statystyki regionu. Efekt jest taki, że rejon Ostrołęki, będący jednym z najuboższych w Polsce, leży w najbogatszym województwie. – Metropolia Warszawska mogłaby być wydzielona, jednak bez tworzenia 17. województwa. Wtedy te statystyki byłyby znacznie bliższe rzeczywistości – dodaje prof. Piasecki.

środa, 26 luty 2014 19:43

W TYM ROKU SEJNY NIE MOGĄ LICZYĆ NA INWESTYCJE…

Napisane przez

Rozmowa z Janem Stanisławem Kapem – burmistrzem Sejn, w województwie podlaskim

ANNA CEBULA: Jak mógłby pan opisać Sejny i Sejneńszczyznę? Jakie miasto oferuje atrakcje?

Powiat sejneński to przede wszystkim obszar o dużych walorach krajobrazowych, gdzie występuje ponad sto jezior. Trzy z nich występują w samych Sejnach – chociaż w mieście nie są to duże akweny – raczej mają charakter oczek wodnych. Poza tym, region znany jest z pięknych, gęstych lasów, które przyciągają grzybiarzy. Ziemia sejneńska leży w otulinie Narodowego Parku Wigierskiego i na północnym skraju Puszczy Augustowskiej, której granice wyznacza Czarna Hańcza, przepływająca przez południową część powiatu. Osoby, które wolny czas spędzają aktywnie, mogą korzystać z licznych tras rowerowych. Z kolei Czarna Hańcza i przepływająca przez Sejny Marycha to znane szlaki kajakowe.

Z czym miasto mogą kojarzyć mieszkańcy Polski?

Miasto znane jest przede wszystkim jako transgraniczna miejscowość położona dwanaście kilometrów od przejścia granicznego z Litwą i dwadzieścia kilometrów od Białorusi.

Co wynika z takiego położenia na pograniczu?

Co czwarta osoba, a może nawet co trzecia, odwiedzająca Sejny, przyjeżdża zza wschodniej granicy. Dzięki temu całkiem nieźle prosperuje lokalny handel. Swego czasu hitem medialnym były relacje pokazujące puste supermarkety w Sejnach. Towar, już od szóstej rano, wykupywali Litwini, bo Litwa stała się bardzo drogim państwem. Teraz już takiego tłoku w sklepach nie ma, ale sąsiedzi wciąż chętnie nas odwiedzają, ku naszemu zadowoleniu. Od jakiegoś czasu przyjeżdżają do nas również Białorusini. To nowy kierunek.

W Sejnach mieszka największa grupa Litwinów w Polsce…

Litwini mieszkają tu od pokoleń. Obecnie stanowią około ośmiu procent społeczności. Myślę, że tutaj stosunki między dwoma narodowościami, polską i litewską, układają się zdecydowanie lepiej niż na Litwie i nie ma raczej z tym większych problemów. Pewien ferment powodują jedynie działacze litewscy, którzy na antypolonizmie próbują zbudować swój kapitał polityczny. Natomiast jeśli chodzi o społeczność, nie dostrzegam antagonizmów. Podczas świąt narodowych odwiedzamy się wzajemnie. Na każdą uroczystość organizowaną przez Miejski Ośrodek Kultury zapraszani są artyści z Domu Litewskiego.

W mieście działają dwie szkoły – podstawowa i gimnazjum, oraz przedszkole z nauczaniem w języku litewskim. Taka wymiana istnieje również między placówkami oświatowymi, które zapraszają się na świętowanie różnych wydarzeń. Muszę w tym miejscu podkreślić, że poprzedni konsul w Sejnach, Ludvikas Milašius, utrzymywał wzorcowe stosunki z polskimi władzami i mieszkańcami miasta oraz powiatu. Uczestniczył we wszystkich wydarzeniach mniejszej i większej rangi, a poza tym był miłośnikiem odbywającego się w Sejnach Festiwalu Organowego Młodych.

Czy te atuty miasta i okolic, które pan wymienił, służą mieszkańcom jako źródło dochodu?

Ze względu na walory przyrodnicze regionu ogromne nadzieje mieszkańcy wiążą z rozwojem turystyki i agroturystyki. Przez Sejny odbywa się przejazd do Wilna i Grodna, z kolei do Sejn ściągają pielgrzymi odwiedzający sanktuarium Matki Boskiej Sejneńskiej. Trochę miejsc pracy daje handel, małe firmy budowlane i zakłady związane z obróbką drewna, a także rolnictwo oraz usługi. Mimo sporych perspektyw w turystyce, wciąż największym problemem jest bezrobocie.

Według danych z końca 2013 r. w Powiatowym Urzędzie Pracy było zarejestrowanych 1890 osób z całego powiatu, w samych Sejnach zaś  579 bezrobotnych. Stopa bezrobocia wynosi 20,9 proc. i jest jedną z najwyższych w Polsce.

Dodam jeszcze, że drugim istotnym problemem jest zastój w budownictwie komunalnym. Rząd ciągle nie wypracował programu wspierającego takie budownictwo. W miastach poniżej 100 tys. mieszkańców nie buduje się budynków socjalnych. W ubiegłym roku, podczas spotkania samorządowców z panią rzecznik praw obywatelskich w Podlaskim Urzędzie Wojewódzkim, wskazywałem, że to dwa największe problemy. Jednak panią rzecznik bardziej interesowały przypadki podpalenia drzwi w domach należących do Hindusa oraz Ormianina w Łomży i Białymstoku. Nie marginalizuję tego problemu, ale moim zdaniem takie akty wandalizmu są sprawą do załatwienia przez policję. Do tego, żeby zapoznać się z sytuacją, nie jest potrzebne spotkanie z samorządowcami, wystarczy ściągnąć protokół z policji. Natomiast pani rzecznik bardziej powinna przejmować się faktem, że w Polsce dwa miliony osób nie ma pracy.

Czy w związku z trudną sytuacją na lokalnym rynku pracy ratusz znalazł strategię, by zwiększyć ilość miejsc zatrudnienia?

Generalnie jest ciężko. Niestety, oprócz zatrudnienia w porozumieniu z Powiatowym Urzędem Pracy, w ramach staży i prac publicznych, nie mamy innych ofert. W tej chwili po raz kolejny podjęliśmy rozmowy z Suwalską Specjalną Strefą Ekonomiczną o utworzeniu podstrefy, jednak na skuteczność tych działań raczej nie ma co liczyć. Miasto dysponuje gruntami, co bywa problemem dla innych ośrodków, natomiast mimo to nie ściągają do nas inwestorzy. Gościem ostatniej sesji rady miasta był prezes SSSE, który jest zdania, że można rozpocząć tworzenie podstrefy suwalskiej.

Sposobem na przyciągnięcie przedsiębiorców może być ewentualne zwolnienie ich z podatku od nieruchomości, ale biorąc pod uwagę, że znajdujemy się zaledwie trzydzieści kilometrów od Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w której firmy taki przywilej mają już od dwudziestu lat, raczej nie podołamy konkurencji. Do czasu, gdy funkcjonowało jedno przejście graniczne z Litwą, w Ogrodnikach, wówczas pojawiało się sporo inwestorów. Z chwilą otwarcia ogromnego przejścia w Budzisku ruch transgraniczny przebiega przez Augustów i Suwałki do Budziska z pominięciem Sejn. Przejście w Ogrodnikach straciło swoje znaczenie. Do jego marginalizacji przyczynił się również zakaz ruchu tirów i samochodów ciężarowych. W następstwie również zupełnie wycofali się inwestorzy.

Jakie ważne wydarzenia z 2013 r. zapiszą się w pamięci sejnian?

Myślę, że obchody 450-lecia istnienia miasta Sejny. Warto w tym miejscu podkreślić, że chodziło o upamiętnienie istnienia, a nie roku założenia miasta, ponieważ nie ma dokumentu potwierdzającego rok tego wydarzenia. W województwie trockim, na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, nie obowiązywało prawo magdeburskie, na podstawie którego zakładano miasta.

Jakie działania zaplanował pan na ten rok?

To będzie rok, w którym mieszkańcy Sejn nie mogą liczyć na inwestycje. Kłopoty miasta rozpoczęły się w 2012 r., po ostatecznie przegranej w sądzie rozprawie z wykonawcą oczyszczalni ścieków. Jej budowa trwała w latach 1996-98. Po dwunastu latach batalii sądowej z nierzetelnym wykonawcą miasto musiało zapłacić syndykowi kwotę ponad 4 mln zł wraz z odsetkami. Jednak zdania na temat wykonawcy nie zmieniliśmy, mimo niekorzystnego wyroku. Do dzisiaj wykonawca nie dostarczył części wyposażenia, m.in., laboratorium i agregatów prądotwórczych. Miasto musiało za to zapłacić zgodnie z wyrokiem sądów, Apelacyjnego i Najwyższego. Oczyszczalnia, od momentu uruchomienia, miała już bardzo dużo awarii. Według opinii pięciu biegłych oczyszczalnia jest bublem, natomiast sąd oparł się na ostatniej opinii, która nie potwierdzała wcześniejszych ekspertyz i – na jej podstawie – wyrok był niekorzystny dla miasta.

Ta budowa realizowana była w latach 1996-98 i od razu zakwestionowaliśmy wartość zakresu robót. W kosztorysie, m.in. ujęto kopanie ręczne, które jest czterokrotnie droższe niż koparkami, a wiadomo, że dół o czterometrowej głębokości wykopano koparkami. W komorach biologicznego oczyszczania ścieków doliczyliśmy się po sześciu miesiącach od uruchomienia obiektu piętnastu przeciekających rys. Uważam to za skandaliczną sytuację, ale sąd stanął po stronie wykonawcy.

Tym sposobem zostały przekroczone wszystkie ustawowe wskaźniki wysokości długu. Powstał program naprawczy budżetu, jednak konieczne było zaciągnięcie pożyczki z budżetu państwa, a to z kolei spowodowało, że zarówno w ubiegłym roku, jak i bieżącym, miasto musiało zrezygnować z inwestycji. Przygotowujemy natomiast dokumentację na wykonanie kanalizacji ulicy Konopnickiej i przyległych ulic. Miasto jest skanalizowane w 93 procentach, natomiast w całości zwodociągowane. Podsumowując, w tym roku zostanie sporządzona dokumentacja inwestycji, które będą realizowane już w przyszłej kadencji.

Czy w związku z trudną sytuacją finansową miasta znajdą się w budżecie środki na organizację wydarzeń kulturalnych?

W mieście odbędą się dwa sztandarowe festiwale: Międzynarodowy Festiwal Teatrów Dzieci i Młodzieży „Baltic-Satelid”, na którym występują zespoły z Łotwy, Litwy i Ukrainy, oraz Międzynarodowy Festiwal Organowy Młodych. W tym drugim od początku, od kiedy organizowane jest to wydarzenie – czyli od dwudziestu dwóch lat – biorą udział prof. Józef Serafin, dyrektor artystyczny festiwalu, i prof. Julian Gembalski, dyrektor organizowanych w trakcie festiwalu warsztatów. To dwie najwybitniejsze postacie, jeśli chodzi o muzykę organową w Europie. Na ten festiwal przyjeżdżają, m.in., muzycy z Niemiec, Włoch, Grecji, Austrii, a nawet pojawiła się na nim Chinka. Licznie biorą udział w festiwalu studenci akademii muzycznych z Warszawy i Krakowa. Warto też dodać, że jest to wydarzenie, które trwa osiem dni – z czego na trzy dni przenosi się do litewskiego miasta Onikszta. Litwini, a także Białorusini i Ukraińcy, to również spora grupa uczestników festiwalu.

Na te wydarzenia znajdą się środki, chociaż skromniejsze niż w ubiegłych latach. Ale kultura musi być obecna w mieście. W lipcu odbędą się również Dni Sejn.

Czy Sejnom udało się skorzystać ze środków unijnych rozdysponowanych w latach 2007-13?

Z dotacji w mieście wybudowano czternaście ulic, przebudowano szkołę i położono termomodernizację, wybudowano plażę miejską, powstał punkt informacji turystycznej, wypożyczalnia rowerów. Udało się dokończyć wodociągowanie miasta. Po prawej stronie rzeki Marychy, w dzielnicy domków jednorodzinnych, dokończyliśmy kanalizowanie. Tak jak mówiłem, miasto jest już skanalizowane w 93 procentach.

Przed Polską kolejna perspektywa finansowa UE na lata 2014-20. To ostatnie rozdanie. Czy Sejny już się do niego przygotowują?

Na razie temat jest zamrożony. W nowej perspektywie będziemy próbowali pozyskać środki na skanalizowanie ulic, o których mówiłem wcześniej. Tego typu prace wiążą się także z asfaltowaniem ulic i położeniem chodników. Poza tym mamy nadzieję, że ze środków zewnętrznych uda się nam wybudować drugą plażę miejską, wraz z całą infrastrukturą i parkingiem caravaningowym, skoro jest sporo turystów coraz chętniej jeżdżących na wakacje samochodami z przyczepami. Remontu wymaga Miejski Ośrodek Kultury, na który również chcielibyśmy pozyskać środki spoza budżetu. Podobnie na budowę parku sportowo-rekreacyjnego.

Nie sposób ominąć tematu nadchodzących wyborów. Będzie się pan ubiegał o reelekcję?

Poza tym, że tak, nic nie mogę więcej powiedzieć…

 

JAN STANISŁAW KAP urodził się w Sejnach, w 1960 r. Funkcję burmistrza miasta pełni czwartą kadencję, od 1998 roku.

Ukończył Wydział Mechaniczny na Politechnice Białostockiej i dwa kierunki podyplomowe – jeden dotyczący pozyskiwania środków europejskich dla samorządów jeszcze przed akcesją do UE, na Akademii Polonijnej w Częstochowie, i prawo na wydziale administracji samorządowej Uniwersytetu Białostockiego.

 

SEJNY zajmują 4,5 km kw. powierzchni i liczą 5,8 tys. mieszkańców. W ubiegłym roku miasto uczciło 450-lecie istnienia miasta. Tradycja odnosząca się do 1563 roku wywodzi się z faktu, że w 1522 r. król Zygmunt Stary przekazał ziemię sejneńską Iwanowi Michajłowiczowi Wiśniowieckiemu. W 1564 r. na sejmie w Bielsku Andrzej Wiśniowiecki otrzymał od Zygmunta Augusta potwierdzenie nadania dzisiejszej Sejneńszczyzny rodzinie Wiśniowieckich. Stąd poprzednicy ustalili, że skoro w 1564 r. istniał ośrodek ze wszystkimi funkcjami miasta, to… był on również rok wcześniej. I tak przyjęło się, że co pięćdziesiąt lat obchodzone jest w Sejnach tradycyjne święto istnienia miasta.

W Muzeum Ziemi Sejneńskiej zachował się dokument z 1522 r., natomiast nie ma aktu potwierdzającego założenie miasta i kolejnych dokumentów, aż do 1602 r. Wówczas do Sejn zostali sprowadzeni dominikanie z Wilna.

Historia ich pojawienia się na tym terenie obrosła legendą. Kiedy miastem rządzili Wiśniowieccy, przez trzy pokolenia tego rodu miasto cieszyło się statusem miasta książęcego. W 1593 r. wnuczka M. I. Wiśniowieckiego, Anna Sapiehowa, sprzedała te ziemie Jerzemu Grodzieńskiemu. Ten jednak był bezdzietny i, zgodnie z legendą, przyśniło mu się, że zbawienie osiągnie wyłącznie za pośrednikiem zakonników w białych płaszczach. Gdy w 1602 r. wyruszył do Wilna, spotkał tam dominikanów – i już rok później spisano w Grodnie akt nadania. Oryginalny dokument nadal znajduje się w Sejnach. Aż do 1804 r., kiedy to doszło do kasaty zakonu przez władze zaboru pruskiego, Sejny były więc miastem dominikańskim. Ostatni dominikanie przenieśli się do Różnegostoku w 1804 r.

Od 1818 r. do 1925 r. Sejny były stolicą diecezji sejneńskiej, urzędowało tu dziewięciu biskupów ordynariuszy.

W dniach 23-28 sierpnia 1919 r. trwało powstanie sejneńskie. Jest to drugie zwycięskie powstanie w polskiej historii, obok wielkopolskiego. To mało znane wydarzenie i w tym roku w Sejnach będzie obchodzona jego 95. rocznica, właśnie 23 sierpnia. Dzięki zwycięstwu powstania ziemie augustowska, suwalska i sejneńska wróciły do macierzy. Wówczas została ustalona ostatecznie północno-wschodnia granica Rzeczpospolitej Polskiej.

W Sejnach znajdują się godne uwagi zabytkowe obiekty: XVII-wieczna bazylika, zespół klasztorny, Biała Synagoga (1860−70), ratusz (1846), pałac biskupi, ciekawe muzea − Ziemi Sejneńskiej i Diecezjalne, poza tym centra kultury: Dom Litewski, Miejski Ośrodek Kultury i Ośrodek „Pogranicze − Sztuk, Kultur i Narodów”, przygotowujące bogatą ofertę z udziałem nie tylko lokalnych artystów, ale również zagranicznych gości.

środa, 26 luty 2014 19:40

MIŁOSIERDZIE GMINY, CZYLI POMOC BEZDOMNYM

Napisane przez

Mimo że tegoroczna zima nie jest najsurowsza, tylko w styczniu – z powodu wychłodzenia organizmu – zmarło czterdzieści sześć osób. Najtragiczniejszym dniem okazał się 25 stycznia, kiedy zmarło jedenaście osób. Siedem ofiar przyniósł również 30 stycznia.

Zima jest najgroźniejsza dla osób bezdomnych, wykluczonych z powodu alkoholizmu czy biedy, ale również osób starszych i samotnych. Opieka nad osobami z tzw. marginesu społecznego ustawowo spoczywa na gminach. Przede wszystkim chodzi o pokrycie kosztów świadczeń, które z kolei realizują Miejskie Ośrodki Pomocy Społecznej i służby medyczne.

Kontrolę nad tym, czy gminy we właściwy sposób wywiązują się z tego obowiązku, przeprowadza przede wszystkim Najwyższa Izba Kontroli, ale działania te nadzorują także Rzecznik Praw Obywatelskich oraz Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Sprawdza się, m.in. czy przygotowana jest odpowiednia ilość miejsc noclegowych (gminy mają ustawowy obowiązek zapewnienia wszystkim swoim mieszkańcom lokali socjalnych), jak współpracują ze sobą MOPS, policja, straż gmina, pogotowie i szpitale – oraz, jak wykorzystywane są środki finansowe przeznaczone na pomoc. W 2012 r. na ten cel samorządy otrzymały 137 mln zł i dodatkowo 30 mln zł na realizację programów aktywizujących bezdomnych.

Kontrole z poprzednich lat wykazały, że jeśli chodzi o pomoc ludziom bezdomnym, wciąż jest bardzo dużo do zrobienia.

Szacunki sięgają nawet pół miliona osób

Przede wszystkim największy problem wiąże się z tym, że tak naprawdę nie wiadomo, jaka jest skala bezdomności w Polsce.

Według raportu NIK w naszym kraju jest 18 tys. ludzi bezdomnych. Większa liczbę – 24 tysięcy – podaje GUS. Ze wspólnego raportu sporządzonego przez wszystkie województwa (powstał w nocy z 7 na 8 lutego 2013 r.) wynika, że w Polsce jest 30 tys. bezdomnych.  Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że problem bezdomności dotyka od 40 do 80 tys. ludzi. Badania wykonane przez poznańską Akademię Ekonomiczną wykazały, że w Polsce jest 35-40 tys. bezdomnych. Rada Naczelna Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej przytacza liczbę około 59 tys. ludzi. To jednak najbardziej „optymistyczne” dane.

W kolejnych statystykach ta liczba drastycznie rośnie. Ze spisu Rządowego Centrum Informatycznego PESEL w Polsce wynika, że ludzi bezdomnych jest 173,5 tys., według Monaru – 250 tys., natomiast Instytut Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego wskazuje, że być może już 500 tys. ludzi pozbawionych jest dachu nad głową.

Te rozbieżności w szacunkach nasuwają przede wszystkim wniosek, że skoro nieznana jest prawdziwa skala zjawiska, nie można też określić, czy do wszystkich osób bezdomnych dociera pomoc, zwłaszcza w czasie zimy. To, że bezdomni nie skupiają się na ulicach, nie jest równoznaczne z tym, że ich nie ma. Czasem po prostu nie udaje się rozpoznać bezdomności. Zdarza się, że ktoś na pozór funkcjonuje normalnie, m.in. pracuje, ale po rozwodzie musiał wyprowadzić się z domu i mieszka w piwnicy.

Ogromne znaczenie mają w tym wypadku działania policji i straży gminnych. Kiedy zimą temperatura spada znacznie poniżej zera, dzięki patrolom, które penetrują wiaty śmietnikowe, działkowe altany, pustostany, dworce, piwnice, udaje się dotrzeć z pomocą do większej liczby osób.

Problem dużych miast

Bezdomni, zwłaszcza zimą, koncentrują się w dużych aglomeracjach – Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu czy Katowicach. Tutaj też ta pomoc w postaci bezpiecznych miejsc noclegowych, ciepłego posiłku i opieki medycznej jest najlepiej zorganizowana i zapewniona całorocznie, nie tylko doraźnie w okresie zimowym.

Na dużą skalę w pomoc angażują się organizacje pozarządowe – Caritas Polska, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Bractwo Miłosierdzia im. Brata Alberta, Fundacja Pomocy Wzajemnej Barka. Koszty tej pomocy w dużej części pokrywają gminy.

W województwie mazowieckim, o największej liczbie bezdomnych, działa 71 placówek, w tym 26 w Warszawie, gdzie osoby pozbawione dachu nad głową mogą uzyskać długotrwałą lub doraźną pomoc. Łącznie placówki te zapewniają 3,5 tys. miejsc noclegowych, w tym ok. 1,5 tys. w Warszawie, 95 – w Radomiu, 55 – w Ostrołęce, 73 – w Płocku, 40 – w Siedlcach. Na terenie tego województwa jest też 25 jadłodajni, z czego 10 w stolicy, wydających każdego dnia 5 tys. posiłków.

W Łaźniewie, Radomiu i Warszawie działają też punkty medyczne udzielające pomocy osobom bezdomnym.

Rocznie w województwie mazowieckim na pomoc osobom wykluczonym przeznacza się 600 tys. zł.

Mała gmina – mały problem

W mniejszych ośrodkach, jak zgodnie przyznają pracownicy instytucji samorządowych, problem w ogóle nie występuje – lub zdarzają się sporadyczne przypadki, że trzeba zorganizować pomoc osobie bezdomnej. W małych miastach to najczęściej osoby przejezdne.

Jak informuje Jan S. Kap, burmistrz Sejn (województwo podlaskie), w mieście nie ma osób bezdomnych, którym w okresie zimowym trzeba organizować pomoc doraźną – nocleg i regularne, ciepłe posiłki.

− W Człopie nie ma osób bezdomnych. Takie osoby przenoszą się do dużych miast – twierdzi Elżbieta Drab, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Człopie, w województwie zachodniopomorskim. W swojej pracy miała sporadyczne przypadki, kiedy pracownicy socjalni musieli zorganizować pomoc, bo w mieście pojawiła się osoba bezdomna. – Oczywiście, osobie bezdomnej udziela się pomocy, zwłaszcza w okresie zimy – zapewnia Elżbieta Drab. – Tę pomoc zabezpiecza finansowo gmina, natomiast realizują ją pracownicy socjalni MOPS – dodaje.

Ponieważ w mieście nie funkcjonuje noclegownia, zakłada, że MOPS musiałby przewieźć taką osobę własnym busem do miejsca docelowego.

Na temat tego, czy socjalne schroniska spełniają standardy, potrzebne by w godziwy sposób przyjąć osoby bezdomne, Elżbiecie Drab trudno się wypowiadać. – Jedna z osób bardzo chwaliła sobie pobyt w noclegowni w Gałowie koło Szczecinka, do której ją odesłałam, z kolei inny podopieczny nie chciałby już wracać do schroniska w Łagiewnikach pod Łobezem – mówi. Jej zdaniem trudno takie standardy wyznaczyć. – Chyba wszędzie jest lepiej niż pod wiatą śmietnikową, w altance czy pustostanie – podkreśla.

To, że w małych miejscowościach na ogół nie spotyka się bezdomnych, wcale nie oznacza, że problem tam nie istnieje. Według statystyk aż 25 procent bezdomnych w dużych miastach pochodzi ze wsi.

Bezdomny też musi mieć adres

Zanim osoba bezdomna uzyska pomoc, próbuje ustalić się jej tożsamość i dotychczasowe miejsce zamieszkania. – W takich przypadkach adres to najmniej pewna rzecz, ale to normalna procedura – informuje Drab. – Trzeba sprawdzić, czy taka osoba nie jest poszukiwana przez organa ścigania, ale też trzeba ustalić jej meldunek, bo rachunek za pomoc pokrywa gmina, gdzie taka osoba jest – lub była – po raz ostatni zameldowana.

W Świdwinie, w województwie zachodniopomorskim – jak informuje Teresa Szczerbińska, kierownik tamtejszego MOPS – osoby bezdomne spoza miasta kierowane są do ośrodków w miejscowościach, z których pochodzą. Natomiast zdaniem Szczerbińskiej świdwinianom, którzy znaleźli się w trudnej życiowej sytuacji, udzielane jest dostateczne wsparcie. − W mieście są cztery lokale socjalne, sześć osób przebywa w schroniskach w Linowie. Również w Rynowie koło Łobza, w okresie zimy, co drugi dzień pracownicy socjalni sprawdzają swoje rejony, czy gdzieś nie ma osób bezdomnych. Każdego dnia wydawanych jest 1700 darmowych posiłków – wylicza oferowaną pomoc kierownik MOPS.

W styczniu Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła sprawdzanie Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej i schronisk na terenie całego kraju. Kontrole zakończyły się już w największych miastach. Raport NIK ma odpowiedzieć na pytanie, jak naprawdę gminy wywiązują się z ustawowego obowiązku pomocy osobom bezdomnym.

Póki co, pewien obraz sytuacji oddaje statystyka zgonów na ulicy. W styczniu 2013 r. z powodu wychłodzenia organizmu zmarło 55 osób, zaś w grudniu 2012 r. – 62 osoby. Łącznie w sezonie zimowym 2012/13 zmarło 178 osób. Zimą 2011/12 było 155 ofiar mrozów, na przełomie 2010/11 – 212 osób. Rekordowa była zima 2009/10 – 289 zamarzniętych osób, z czego aż 119 w styczniu 2010 r.

środa, 26 luty 2014 19:38

REWOLUCJA PO WARSZAWSKU

Napisane przez

W stolicy rewolucja śmieciowa zamieniła się w karykaturę samej siebie. W niektórych dzielnicach nowy system nawet nie ruszył, piętrzą się kłopoty związane z tym, że śmieci przybywa, natomiast śmieciarek ubywa. Jakby tego było mało, awantury między firmami doprowadziły do konfliktu w Krajowej Izbie Odwoławczej.

Nowy system wywozu odpadów ruszył w ośmiu stołecznych dzielnicach wraz z początkiem lutego. Objął przede wszystkim prawobrzeżną Warszawę: dzielnice Praga-Północ, Praga-Południe, Rembertów, Wawer i Wesołą. Po lewej stronie rewolucja ruszyła w Śródmieściu, a także na Ursynowie i w Wilanowie. W pierwszych pięciu przypadkach o śmieci zadbać ma firma Lekaro, lewobrzeżną Warszawę podzieliły SITA (Ursynów, Wilanów) oraz Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania (Śródmieście).

Władze miasta postawiły sprawę jasno: firmy mają odbierać odpady zmieszane (na które przeznaczono czarne pojemniki) raz na dwa tygodnie, natomiast posegregowane – szkło oraz zbiorczo w drugim pojemniku papier, plastik, karton i puszki – raz na cztery tygodnie. Podpisane umowy mają obowiązywać do końca stycznia 2017 roku.

Powrót do średniowiecza

I tu zaczynają się problemy. Umiarkowany sukces, jakim było przebrnięcie przez procedury przetargowe i uruchomienie nowego systemu w wymienionych wyżej dzielnicach, budzi tyle samo obiekcji, co porażki w innych częściach miasta. Najwięcej zastrzeżeń mają właściciele domów jednorodzinnych. - Dotychczas płaciłem 60 zł za wywóz śmieci do urzędu dzielnicy. W zamian za to śmieci były odbierane co tydzień. Lekaro będzie odbierać śmieci co dwa tygodnie. Dla mnie jest jasne: teraz mam płacić 30 zł miesięcznie – skarży się czytelnik „Gazety Wyborczej” ze Starej Miłosnej.

Bez względu na to, czy zacytowane wyliczenia są adekwatne do sytuacji, z innymi jego uwagami nie sposób się nie zgodzić. - Co będzie się działo w takim pojemniku i dokoła niego po pierwszym tygodniu gnicia śmieci? Płacę za czteroosobową rodzinę i prowadząc segregację na wszelkie możliwe sposoby, 120-litrowy pojemnik jest pełen co tydzień. Odbieranie śmieci co dwa tygodnie oznacza, iż jestem robiony w bambuko – dodaje rozgoryczony mieszkaniec Starej Miłosnej. - Od lutego wywóz odpadów segregowanych mamy raz w miesiącu, tzw. czarny worek (pozostałe odpady) raz na dwa tygodnie, a zielone – tylko kilka razy w roku. Co z nimi robić? Jak przyjdą upały, to odbiór co dwa tygodnie odpadów po rybie czy mięsie stanie się nie do zaakceptowania. Chyba cofamy się do średniowiecza – komentowała z kolei na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” mieszkanka Wawra.

Ale problem nie dotyczy wyłącznie dzielnic willowych. - Wcześniej na nasze osiedle przy placu Hallera w śmieciarce przyjeżdżał czteroosobowy zespół, a zebranie odpadów z trzech dużych budynków zajmowało 15 minut – opisuje dla „DGP” czytelnik. - Teraz przyjeżdżają dwie osoby, albo wręcz sam kierowca, a śmieci zbierane są chyba z godzinę. Obsługa niezbyt sobie radzi – dodaje.

Z workiem do prezesa

Odpowiedź warszawskich władz na wszystkie skargi jest powściągliwa: zapowiedziano kontrolę funkcjonowania firm śmieciowych, odpowiedzialnych za poszczególne odcinki „frontu”. Pierwsza z tych kontroli ruszyła już po kilku dniach od wprowadzenia nowego systemu w życie. Urzędnicy mają sprawdzić stan śmietników, obecność i dostępność wymaganych pojemników, czy wreszcie przestrzeganie ustalonych harmonogramów odbioru. - Namawiam do zgłaszania wszystkich wątpliwości i niedociągnięć pod miejskim numerem 19115. Takie zgłoszenie zostaje zarejestrowane przez miasto i może stać się dla nas podstawą do zweryfikowania kwot wypłacanych firmom za odbiór śmieci w danym miesiącu. Jeśli jakakolwiek firma nie będzie się wywiązywać ze swoich obowiązków należycie, zapłata zostanie odpowiednio pomniejszona – zapowiadał wiceprezydent Warszawy, Jarosław Dąbrowski.

Teoretycznie, mieszkańcy skarżący się na zalegające odpady, które w pierwszych dniach lutego w wielu miejscach nie zostały odebrane mogą je odwozić firmom. - Gdy gmina nie realizuje obowiązku odbierania odpadów, właściciel nieruchomości może je przekazać, na koszt gminy, podmiotowi wpisanemu do rejestru – twierdzi Joanna Józefiak z biura prasowego Ministerstwa Środowiska. Ale ratusz odcina się od tego stanowiska. - Nie przewidujemy zwrotu pieniędzy w takim przypadku – zastrzega rzecznik stołecznych władz, Agnieszka Kłąb. Pozostają infolinie lub wspomniany miejski numer.

Albo Ekopatrol – inicjatywa redakcji „Super Ekspresu”. „Grupa interwencyjna” tabloidu próbuje wywierać presję na firmy śmieciowe, zwożąc nieodebrane śmieci pod siedziby firm lub domy ich prezesów. W ten sposób wysłannicy gazety zawitali już do drzwi szefowej Lekaro Jolanty Zagórskiej, czy siedziby SITA na Zawodziu, gdzie worki zostały wręczone prezesowi Jean-Michelowi Kalecie. Tyle że happeningi tabloidu nie są żadnym rozwiązaniem problemu.

Awantura w KIO

Problem w tym, że to dopiero początek kłopotów. W pozostałych dzielnicach miasta obowiązuje tzw. system pomostowy: odpady zbierają firmy, które robiły to wcześniej, na dotychczasowych zasadach (częstotliwość, stawki). System ten ma obowiązywać, dopóki Krajowa Izba Odwoławcza nie rozpatrzy odwołań od przetargu śmieciowego, które dotyczą odbioru śmieci na Białołęce, Bemowie, Bielanach, Mokotowie, Targówku, Ursusie, Włochach, Woli i Żoliborzu. Wygrało tam należące do ratusza Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, co zakwestionowały konkurencyjne firmy – Byś i Remondis – zarzucają miejskiej spółce zaniżanie cen.

Tyle że rozstrzygnięcia prędko nie doczekamy. Rozprawa, jaka miała się odbyć w KIO na początku lutego została bezterminowo odroczona. Miasto odniosło specyficzny sukces – po trzech próbach w końcu doprowadziło do odwołania z grona składu orzekającego w tej sprawie prezesa Izby, Pawła Trojana. Decyzję w tej sprawie podjął osobiście premier Donald Tusk. KIO ma zdecydować o losie pozostałych członków składu orzekającego.

Impetu sprawie nadała opinia biegłego, który uznał ceny proponowane przez MPO za dumpingowe. Zrobił to jednak w oparciu przez Izbę poufne dokumenty finansowe spółki. W rezultacie MPO uznało, że Izba popełniła przestępstwo – i złożyło stosowne zawiadomienie w prokuraturze. A prokuratura uznała, że „istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa”.

KIO zareagowała ostrym komunikatem. - Takie zachowania są jednoznacznie ukierunkowane na zapobieżenie ewentualnemu niekorzystnemu przebiegowi i rozstrzygnięciu postępowania i godzą w niezawisłość Izby – napisała w nim rzeczniczka Izby, Justyna Tomkowska. Tak czy inaczej, odwołanie składu orzekającego oznaczać będzie jedno: dotychczasowy impas w dzielnicach objętych systemem pomostowym będzie trwać. Biorąc pod uwagę chaos panujący w tych miejscach, gdzie nowy system już obowiązuje, mieszkańcy mogli by rzec: co za ulga!

środa, 26 luty 2014 19:36

ULICZNE PRZEPYCHANKI

Napisane przez

Mogłoby się wydawać, że ćwierć wieku po upadku komunizmu spory o nazwy ulic również należą w Polsce do przeszłości. Tymczasem nic bardziej mylnego: utarczki zdarzają się co prawda rzadziej, ale budzą równie duże emocje, co kiedyś. Mimo tego, że często wcale nie są to już nawet spory ideologiczne.

Pod koniec ubiegłorocznych wakacji radny z Wrocławia, Sebastian Lorenc, złożył u prezydenta Rafała Dutkiewicza interpelację, by ponownie oficjalnie nazwać wzgórze w Parku Południowym imieniem Georga Bendera. Był to nadburmistrz Wrocławia z przełomu XIX i XX w., a wzgórze jego imienia istniało w stolicy Dolnego Śląska do 1945 roku. Wcześniej z takim pomysłem zgłaszało się do komisji kultury rady miasta Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia – bezskutecznie. Jak tłumaczył jeden z radnych, Bender to kontrowersyjna postać, która Polakom zalazła za skórę.

Meandry wrocławskiej przeszłości

Mimo to Lorenc postanowił spróbować jeszcze raz. Swoją propozycję uzasadniał tym, że Bender w latach swoich rządów bardzo wiele zrobił dla Wrocławia, m.in. powiększył jego obszar, a do miejskiej kasy zaczęło z tego tytułu wpływać więcej pieniędzy. Tyle że Georg Bender, jako patron wzgórza, wciąż nie wszystkim się podoba. Ba, wręcz budzi kontrowersje. Przed objęciem urzędu nadburmistrza Wrocławia, był burmistrzem Torunia i słynął z, delikatnie mówiąc, niechęci do Polaków. Podkreślał to nawet publicznie. – To światła postać w dziejach Wrocławia, ale jak widać, nie wszystko jest takie proste – mówił w jednym z wywiadów Jerzy Skoczylas, przewodniczący Komisji Kultury i Nauki Wrocławia.

Bender jest znany m.in. z tego, że w Toruniu wskazał dom, w którym mieszkała rodzina Mikołaja Kopernika (teraz jest tam muzeum astronoma). Jednocześnie jednak podkreślał, że Kopernik był Niemcem, a Polacy „przywłaszczyli” sobie jego sukcesy, bo brak im wielkich uczonych.

Nie jest jednak tak, że Wrocław za wszelką cenę chciał wymazać swoją przedwojenną przeszłość. Chociaż większość nazw sprzed 1945 roku zniknęła, to niektóre wciąż się zachowały. Nadal istnieje ulica Wilhelma Roentgena (noblisty z dziedziny fizyki) czy Roberta Kocha (również noblisty, wybitnego lekarza). Kolejne wyjątki to ul. Pestalozziego i... Kopernika. Czasem usuwanie nazw wynikało ze zwyczajnej niewiedzy, np. ulica Holtei’a otrzymała nowego patrona – Darwina. Tymczasem Karol von Holtei był polonofilem, wielbicielem Tadeusza Kościuszki.

Co ciekawe, Wrocław wydaje się mieć wyjątkową skłonność do kłótni o nazwach ulic. W styczniu urzędnicy miejscy zaproponowali, by do części nazw ulic dodać kierunki świata. Meliorancka Południowa, Polanowicka Północna, Żwirki i Wigury Zachodnia – to nowe nazwy fragmentów tras koło obwodnicy Wrocławia, które wymyślili urzędnicy. Ich zdaniem, zamieszanie z ulicami wprowadziła w mieście Autostradowa Obwodnica, która przecięła na dwie części pięć istniejących tras.

Pomysł nie wszystkim się podoba. Komisja Nazewnictwa Ulic, działająca przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia, ma swoje zdanie na ten temat. – Wrocław to nie Ameryka, gdzie jest tradycja dodawania do ulic kierunków świata. Propozycję oceniamy negatywnie, ponieważ wprowadzi zamieszanie – mówił prof. Bernard Jancewicz, przewodniczący Komisji. Przekonuje on, że mieszkańcom ulice zlokalizowane w tej samej części miasta będą się po prostu mylić.

Obrońcy przystanku Jubilat

Podczas gdy we Wrocławiu można doszukać się sensu w dyskusjach o nazwach, to gdzie indziej wcale nie jest to regułą. Np. w Krakowie, w ubiegłym roku, Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu postanowił zlikwidować nazwy takich przystanków, jak m.in. Kabel, Jubilat, Biprostal, Hala Targowa, Dom Handlowy Wanda i wprowadzić zamiast nich nazwy ulic, przy których się znajdują. Urzędnicy uzasadniali, że chcą w ten sposób ułatwić poruszanie się po Krakowie turystom. Pomysł likwidacji popularnych nazw wywołał jednak gwałtowną reakcję. Błyskawicznie na Facebooku powstała grupa sprzeciwiająca się pomysłowi ZIKiT, która w krótkim czasie zyskała poparcie prawie 5 tysięcy osób.

Mieszkańcy argumentowali, że obecne nazwy są bardziej rozpoznawalne niż ulice, przy których się znajdują. Prześcigali się wyłapywaniu absurdów w proponowanych zmianach.

Dlaczego przystanek Opolska Estakada ma się zmienić na Estakada Rozwadowskiego? Przecież prawie nikt nie wie, jakie nazwy noszą estakady. Dlaczego znika nazwa Jubilat, a jedną z nowych ma być niewiele mówiąca Brama 2? „Kabel stanie się Malborską, Malborska stanie się Dauna, Dauna stanie się Spółdzielców. Bardzo inteligentne, to na pewno poprawi komunikację i nie wprowadzi zamętu” – kpił jeden z internautów. „Proponuję jeszcze zmianę nazwy przystanku Wawel, no bo przecież nie obiektu, tylko ulicy szukają turyści” – dodawał inny. Pojawiły się także głosy, że to, co ma zniknąć w Krakowie, jest normą w innych dużych miastach. W Londynie nawet przystanki metra noszą nazwę nie od ulic, ale od ważnych miejsc.

Pod wpływem protestów ZIKiT postanowił wycofać się ze zmiany. Inna sprawa, że cierpliwość mieszkańców grodu Kraka mogła się wyczerpać: krakowscy urzędnicy już rok temu przeprowadzili podobną rewolucję. Wprowadzili ponad sto nowych nazw. Wtedy objęły one przede wszystkim mniej znane przystanki – nie udało się jednak zmienić nazwy przystanku Dworzec Główny przy ulicy Basztowej. Pasażerowie w głosowaniu internetowym postawili weto.

Ulica godna apartamentowca

Nie zawsze jednak udaje się uratować dotychczasowe, czasme historyczne nazwy ulic. Tak może być w przypadku ulicy Krowiej w Warszawie. To nieduża ulica na Pradze. W XIX w. była tu ubojnia bydła. Do niedawna ulica była zaniedbana i zarośnięta trawą. Teraz ma prowadzić do nowoczesnego kompleksu mieszkalno-biurowego budowanego przez spółkę Port Praski.

Spółka ta chce, aby nazwa ulicy Krowiej została zmieniona na Vaclava Havla. Już raz taka inicjatywa przepadła – od śmierci prezydenta Czech nie minęło bowiem pięć lat, a to jest właśnie okres zalecany w takich sytuacjach. Do tego wątpliwe, aby nieżyjący prezydent Czech kiedykolwiek odwiedził te okolice. Wydział infrastruktury odrzucił propozycję zamiany, ponieważ nazwa ulicy – Krowia – jest historyczna. Sprawa jednak jest w toku, ponieważ radni nie są jednomyślni. Jedni uważają, że inwestor, który wydaje olbrzymie sumy w dzielnicy, zasługuje na rozważenie jego wizji – zwłaszcza, że zmiana nazwy ulicy Krowiej nie wiąże się z żadnymi istotnymi kosztami. Inni mówią, że ulica ta na dobre wpisała się już w historię Pragi i nie należy jej zmieniać.

Najlepszym podsumowaniem całej sprawy jest komentarz anonimowego internauty: „No tak, skoro zostawia duże pieniądze, to jak najbardziej powinien dostać to, czego chce... Jak się zabierze kiedyś za budowanie apartamentowców przy Polu Mokotowskim i tam też zostawi duże pieniądze, może warto zrobić tam pole golfowe tylko dla bogatych? Rzygać się chce od decyzji tych wszystkich "radnych" i "polityków" :/”

środa, 26 luty 2014 19:30

BEZPIECZNY INTERNET NIE TYLKO OD DZWONU

Napisane przez

Już w stu krajach obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Internetu. To swoiste święto, obchodzone z inicjatywy Komisji Europejskiej – nie tylko jednak w Europie, w tym roku „świętowano” w sumie w stu krajach na całym globie – ma służyć upowszechnianiu bezpiecznego używania sieci i technologii internetowych oraz zwalczaniu nielegalnych lub szkodliwych treści. Jak pokazuje praktyka, takie nauki są nam coraz potrzebniejsze.

Święto połączone jest z corocznym konkursem. W Polsce od 2005 r. organizacją je Fundacja Dzieci Niczyje oraz Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK). W tym roku nagradzane były najlepsze treści adresowane do dzieci i powstające dzięki nim lub ze znacznym ich udziałem. - Dzieci i młodzież robią wspaniałe rzeczy przy użyciu narzędzi cyfrowych. Musimy je do tego zachęcać, pomagać im, by robiły to w sposób bezpieczny, i stwarzać im możliwości, by same czyniły internet lepszym – komentowała unijna komisarz ds. agendy cyfrowej, Neelie Kroes.

Rzeczywiście, nagrodzone projekty są dalekie od banału. Prestiżowe unijne laury trafiły do czeskiego radia internetowego adresowanego do dzieci, islandzkiej firmy produkującej gry edukacyjne oraz holenderskiej piętnastolatki, autorki blogu Lifesplash – gdzie swobodnie mieszają się tematy związane zarówno ze szkołą, jak modą, sportem, czy gotowaniem. W tym elitarnym gronie nie zabrakło też Polaków. Uczniowie ze szkoły podstawowej im. św. Jana Kantego w Bestwinie zostali uhonorowani za... Instrukcję Obsługi Języka Polskiego. To zawierający już kilkadziesiąt wpisów, prowadzony od roku, videoblog. Kilkuminutowe filmiki, jakie uczniowie ze Śląska umieszczają w sieci, zawierają miniwykłady na temat m.in. tajników gramatyki i pisowni czy elementów wiedzy o literaturze.

Policjanci i Śnieżka

Dzień Bezpiecznego Internetu obchodzono jednak w całej Polsce – może nie tak spektakularnie lecz, miejmy nadzieję, równie efektywnie. W Iławie do Gimnazjum nr 2 oraz Zespołu Szkół im. Stefana Żeromskiego przyszli z wizytą policjanci z lokalnej Komendy Policji. Zaprezentowali oni materiał multimedialny przygotowany pod kątem słuchaczy oraz odpowiedzieli na ich pytania.

W Sokołach obchody zorganizowali nauczyciele. - Nasza inicjatywa nosi nazwę „Jak nie wpaść w szpony sieci” - tłumaczyły lokalnym mediom Dorota Brzozowska i Katarzyna Zdrodowska, inicjatorki akcji. - Chodzi o zwrócenie uwagi na to, że każdy internauta może przyczynić się do tego, że internet będzie miejscem bezpiecznym i pozytywnym. Każdy z nas ponosi odpowiedzialność za to, co robi w sieci i w jaki sposób z niej korzysta. Warto rozmawiać o tym z dziećmi i młodzieżą, aby wychować mądre społeczeństwo informacyjne – podkreślały.

Program zajęć w Sokołach zróżnicowano pod kątem wieku dzieci. Najmłodsze miały okazję wysłuchać bajki „Mój przyjaciel Necio”, do której wyświetlano ilustracje. Śpiewano piosenki „Fajnie w Internecie” oraz „Wyjdź na dwór”. Uzupełnieniem bajki była treść strony www.necio.pl. Z kolei dzieci starsze miały okazję nauczyć się, jak efektywnie korzystać z wyszukiwarki Google, jak używać czatów i forów internetowych oraz jak obsługiwać pocztę elektroniczną. Najdalej chyba idącą inicjatywą było przeadaptowanie bajki o Śpiącej Królewnie na sztukę „Różyczka w szponach sieci”.

Inicjatywy tego typu nie ograniczają się jednak do mobilizacji sił na krótko przez Dniem Bezpiecznego Internetu. W Wielkopolsce w 35 szkołach zawodowych prowadzony jest projekt oparty na bezpiecznej komunikacji sieciowej oraz najnowszych rozwiązaniach IT (komputery z oprogramowaniem antywirusowym oraz bezpieczne routery FRITZ!). Pomysłodawcą programu – nazwanego „Czas zawodowców – wielkopolskie kształcenie zawodowe” - jest Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu. Przedsięwzięcie sfinansowano ze środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, Priorytet IX – Rozwój wykształcenia i kompetencji w regionach, Działanie 9.2 Podniesienie atrakcyjności i jakości szkolnictwa zawodowego. Dodatkowo inicjatorzy projektu pozyskali fachowego partnera – firmę Comp SA, która przekazała placówkom oprogramowanie, monitory, drukarki, skanery, projektory, urządzenia wielofunkcyjne, routery, wzmacniacze, punkty dostępu WLAN, serwery plików i inny sprzęt sieciowy. Po co to wszystko? Choćby po to, by uświadomić wszystkim użytkownikom sieci – nie tylko tym najmłodszym – że nowoczesne IT to nie tylko najlepsze komputery, ale też otoczenie sieciowe, dzięki któremu można uniknąć choćby wyrafinowanych wyczynów hakerskich itp.

Alienacja w sieci

To akurat jeszcze jeden z aspektów ryzyka, jakie niesie ze sobą internet. Dzieci – jak wynika z badań EU Kids Online, publikowanego zwykle w Dzień Bezpiecznego Internetu – obawiają się w sieci nieco innych zagrożeń. Przede wszystkim stron internetowych zawierających pornografię lub sceny przemocy. Z badania wynika też, że młodzi ludzie z coraz większą ostrożnością podchodzą do portali społecznościowych – zwłaszcza, gdy poznani w ten sposób ludzie pytają „gdzie mieszkam, co robi moja mama czy tata”. Podobnie w przypadku „ludzi, którzy do czegoś namawiają, np. do samookaleczeń”. W ankiecie widać też prawdopodobny wpływ kampanii informacyjnych – dzieci boją się „dorosłych, którzy podają się za dzieci, a potem chcą się umówić”.

– Najczęściej wymienianymi emocjami, które towarzyszą dzieciom w sytuacji zagrożenia w internecie, są strach podczas oglądania scen drastycznych oraz obrzydzenie towarzyszące przede wszystkim treściom pornograficznym. Co ciekawe, zagrożenia, które powinny budzić silne emocje, jak treści związane z nienawiścią, rasizmem czy samobójstwem, poruszyły emocje u bardzo niewielu dzieci. W tym, co jedno dziecko spostrzega jako zagrażające, inne nie widzi żadnego ryzyka. Istotne jest więc, żeby dowiadywać się dokładnie od samego dziecka, co je niepokoi w internecie, wysłuchać go i pomagać w przypadku zagrożenia – podkreśla w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” dr Lucyna Kirwil ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, koordynująca badania EU Kids Online w Polsce.

Ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Z badań wynika choćby, że 2 proc. ankietowanych dzieci w Europie przyznaje się do ryzykownych zachowań w internecie. To z pozoru nikły odsetek, jednak, gdy przełożyć to na liczby – okazało by się, że problem dotyczy tysięcy dzieci. Kolejny problem ma naturę socjologiczną: z wcześniejszych badań dotyczących Polski wynikało równie niezbicie, że sieć alienuje swoich najmłodszych użytkowników. W grupie wiekowej 11-16 lat aż 38 proc. nastolatków przyznawało się do serfowania po internecie również w sytuacjach, gdy ta czynność ich nudziła. Analogiczna grupa bardziej „czuła się sobą”, gdy była online, a nie w sytuacjach bezpośredniej styczności z innymi ludźmi. 35 proc. zdawało sobie sprawę, że internet doprowadził do sytuacji, gdy zaniedbywali rodzinę, kolegów, szkołę, inne zainteresowania. Do tego można by jeszcze dodać technologię: powstające nieustannie nowe wirusy, ataki hakerskie, piractwo internetowe itd. Gdy wszystko to zsumować, można by rzec, że zamiast Dnia Bezpiecznego Internetu należałoby zorganizować... Rok Bezpiecznego Internetu.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY