Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

Styczeń 2014

Styczeń 2014 (13)

piątek, 14 marzec 2014 13:13

BIEG W STRONĘ ŚWIATŁA

Napisane przez

10 stycznia do kin wchodzi „Biegnij, chłopcze, biegnij” w reż. Pepe Danquart’a. To adaptacja książkowego bestsellera Uriego Orleva pod tym samym tytułem – historia ośmiolatka, któremu udaje się uciec z warszawskiego getta w trakcie jego likwidacji w 1942 r. W obsadzie sławy polskiego kina: m.in. Grażyna Szapołowska, Izabela Kuna, Zbigniew Zamachowski, Olgierd Łukaszewicz, Mirosław Baka. W głównej, zagranej wspólnie z bratem-bliźniakiem Andrzejem, roli – Kamil Tkacz, którego debiut w głośnym „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy zachwycił niedawno nie tylko polskich kinomanów.

„Biegnij, chłopcze, biegnij” toporuszające losy dziecka, które straciło całą rodzinę i zdane jest na pomoc ze strony obcych. Zimą 1942 r. trafia do domu życzliwej Polki (w tej roli Elisabeth Duda). Kobieta decyduje się przygarnąć chłopca i namawia, by dla bezpieczeństwa przyjął nową tożsamość: osieroconego Polaka wyznania rzymskokatolickiego.

Wskutek dramatycznego splotu wydarzeń, chłopiec musi jednak opuścić gościnny dom i rusza w pełną niebezpieczeństw wędrówkę przez ogarnięty wojną kraj. Korzystając z pomocy polskich rodzin i przybranej tożsamości, próbuje przetrwać koszmar okupacji. Próbując przeżyć, napotka na swej drodze niekiedy otwarte drzwi, życzliwość i zrozumienie, ale niekiedy na jego pukanie odpowiedzi nie będzie żadnej, a czasem odpowiedzią będzie podstęp i zdrada…

 

Jak Anna Frank lub Imre Kertesz

Jak zaznaczają twórcy filmu, ta historia wydarzyła się naprawdę. Protoplastą postaci głównego bohatera – Srulika/Jurka jest Yoram Fridman, dziś starszy pan, mieszkający w Izraelu. Jego dramatyczne, wojenne losy opisał Uri Orlev – pisarz adresujący swoje dzieła przede wszystkim do dzieci, wielokrotnie nagradzany m.in. Międzynarodową Nagrodą Literacką im. Janusza Korczaka przyznawaną przez Polską Sekcję IBBY (International Board on Books for Youngsters).

Książka „Biegnij, chłopcze, biegnij”została już przetłumaczona na ponad 15 języków i opublikowana w 17 krajach. W Polsce ukazuje się równolegle z premierą filmową. – Od dłuższego czasu szukałem pomysłu na film historyczny, który byłby na tyle mocny, że już sama lektura scenariusza sprawiałaby, że serce bije mocniej – opowiada reżyser filmu, Pepe Danquart. – Chciałem zrobić film, który nie byłby kolejnym przykładem dobrze zrealizowanego kina rozrywkowego, ale wyjątkową i poruszającą opowieścią, odnoszącą się do najbliższej historii i przedstawioną w sposób zupełnie nowy dla publiczności. Film, który byłby wart każdego wysiłku i ryzyka podjętego przy jego produkcji. Film, który przemawiałby do zbiorowej wyobraźni. I wreszcie znalazłem to, czego tak długo szukałem – książkę Uriego Orleva „Biegnij chłopcze, biegnij” – dodaje.

– Ta książka jest wyjątkowa. Nie tylko ze względu na niezwykłą historię Jurka, ale także dlatego, że jest zapisem wycinka ludzkiej historii, podobnie jak „Dziennik” Anny Frank, czy „Los utracony” Imre Kertesza – twierdzi Danquart. – Sztafaż przygodowej fabuły kryje poważne dylematy dziecka, które za cenę uratowania życia musi pozbyć się swojej żydowskiej tożsamości i udawać katolickiego sierotę. Walcząc o przetrwanie, mały Jurek powoli zapomina o swoim rodzeństwie, a twarz matki zaciera się w jego wspomnieniach. W końcu znajduje bezpieczną przystań i miłość w domu polskiej rodziny mieszkającej na wsi. Wewnętrzny konflikt związany z tożsamością ma swój kulminacyjny moment w końcowej części filmu. Mam wrażenie, że nigdy dotąd ten temat nie był w kinie podejmowany w tak poruszający sposób – wyznaje  reżyser.

 

Hołd dzieciom

Jak podkreśla, w jego zamierzeniu film ma stać się hołdem dla wszystkich dzieci, które w przeszłości – a w niektórych częściach świata nawet po dziś dzień – były i są zmuszone walczyć o swoje życie. A także dla tych, którym – mimo przerażających okoliczności – udało się nie tylko przetrwać, ale też zachować człowieczeństwo. Ma być odą na cześć życia, wiary i nadziei. Jak w ostatecznym rozrachunku wyszło?

Kinowa historia małego żydowskiego chłopca, przez kilka lat ukrywającego się w lasach i wioskach niedaleko Warszawy, jest całkiem solidnym kinem, ale dla odbiorcy młodzieżowego. Nie wolnym więc od schematów, uproszczeń i… nadmiaru słów. Jednak dość ciekawie, klarownie rozpisanym i zagranym. Największe brawa dla bliźniaków: Andrzeja i Kamila Tkaczów!

Co ciekawe, moim zdaniem, losy Srulika/Jurka, choć pozornie nieprawdopodobne, im dalej w głąb kinowej lektury zyskują na tej jedynej wiarygodności, która to może poruszyć oglądającego. A jestem przekonany, że ta historia może dotrzeć do serc widzów w każdym zakątku świata. Także w Polsce film ten nie powinien nas jakoś specjalnie podzielić. W sposób przejmujący, i jednocześnie bardzo prosty, pokazuje bowiem, czym jest zło i czym jest dobro…

Nie jest to oczywiście filmowe dzieło o Dobru, Złu i niewyobrażalnej wręcz walce o życie tej miary co np. „Essential Killing” Jerzego Skolimowskiego, czy „W ciemności” Agnieszki Holland.  Zwłaszcza ten pierwszy mógłby być znakomitym artystycznym kontrapunktem dla swojej epoki – to film, który nieodmiennie świadczy też o wielkiej oryginalności tego właśnie twórcy (zarówno, gdy chodzi o wybór tematu, jak i jego do końca tajemnicze poprowadzenie!).

 

Kino bez zaokrąglonych kątów

Wiem oczywiście, że w przypadku jakby nie było adresata młodzieżowego „Biegnij, chłopcze, biegnij” tego Milczenia i tej Tajemnicy nie mogło być tu za wiele. Ale, niestety, tego właśnie mi najbardziej zabrakło, przynajmniej w wielu scenach.

Zupełnie inna sprawa to wybór tematu… Marzy mi się, by w Polsce, albo w Europie, powstał wreszcie film, który byłby choć przyczynkiem do zastanowienia się i zapytania: dlaczego tak się stało, że to właśnie dwa narody – polski i żydowski – tak szczególnie ucierpiały podczas II wojny światowej? Przeróżni politycy, artyści, konformiści tak lubią wciąż w tej materii „zaokrąglać kąty” i uciekać od całej, złożonej i wielowymiarowej prawdy, gdy czasem ta prawda nie pasuje do ubitych ogólnoświatowych stereotypów… Marzy mi się więc przy okazji takich właśnie premier i „nasz, polski bieg w stronę światła”. Historia II wojny światowej pokazuje, że zdarzyło ich się niemało. Ale w kinie wciąż ich bardzo brak.

Cykl Z FILMEM NA TY powstaje we współpracy z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej.

www.pisf.pl

środa, 22 styczeń 2014 00:00

JAŃCIO WCIĄŻ WSKAZUJE DROGĘ

Napisane przez

Przed nami XXI Ogólnopolski Festiwal Sztuki Filmowej „Prowincjonalia”. Tegoroczna edycja wydarzenia – którego celem jest popularyzacja polskiej sztuki filmowej oraz rozbudzanie potrzeb kulturalnych wśród mieszkańców mniejszych miejscowości i inspirowanie ich do nowych, ciekawych działań – odbędzie się w dniach 5-8 lutego w Kinie „Trójka” we Wrześni.

Tradycyjnie już, na program imprezy złożą się pokazy konkursowe filmów fabularnych i dokumentalnych, pokazy specjalne i retrospektywy. Trwa jeszcze selekcja filmów: w tym roku napłynęło ponad dwieście zgłoszeń filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych. Oprócz pokazów i spotkań z twórcami będą też imprezy towarzyszące (warsztaty dla młodych dokumentalistów, koncerty, wystawy, spotkania literackie). Symbolem i nagrodą festiwalu jest „Jańcio Wodnik”. Twórcą – Rafał Górecki, absolwent kulturoznawstwa na UAM w Poznaniu, a następnie produkcji filmowej i telewizyjnej PWSFTViT w Łodzi. Dziś prowadzi on własną firmę, organizującą imprezy artystyczne – Studio „Media Film” w Słupcy.

Pod znakiem filozofa i uzdrowiciela

„Prowincjonalia” to przegląd promujący wartościowe filmy – fabularne, telewizyjne i dokumentalne – o tematyce wiejskiej i małomiasteczkowej. Jak zapewniają organizatorzy, jest to prezentacja kina oryginalnego i artystycznego, w którym dominuje świat prostych, uniwersalnych wartości.

Nie przypadkiem symbolem festiwalu jest „Jańcio Wodnik” – jedna z ikon polskiej kinematografii, magiczna postać filozofa i uzdrowiciela. Rzeźbiona w drewnie statuetka-nagroda (autorstwa Stanisława Sztamblewskiego), jest bardzo ceniona przez twórców, a jednocześnie dobitnie pokazuje, że film Jana Jakuba Kolskiego z 1993 roku – pod tym samym tytułem – jest dla organizatorów festiwalu czymś więcej niż tylko obrazem nagrodzonym w pierwszej edycji. Czary Jańcia od lat czuć bowiem niemal na każdym pokazie w sali kina „Trójka”. Właśnie ta przestrzeń i ten patron wspaniale przecież służą sztuce i indywidualnym, krytycznym samo-obrachunkom każdego z nas, pozwalającym zadawać ogólnoludzkie, uniwersalne – i proste przy tym – pytania: kim jesteśmy, po co i gdzie?

Zresztą wszystko, co do tej pory zrealizował w polskim kinie Jan Jakub Kolski, jest w jakimś stopniu osobistym pamiętnikiem – pamiętnikiem czarowania rzeczywistości... Jedni, w tym pamiętniku widzą wielkiej urody obrazy, inni cuda, miłość albo rozpacz. A jeszcze inni – uśmiech... Ale Kolski jest wciąż taki sam. To niezmienna, obsesyjnie własna forma, uniwersalny temat, jednak zawsze mocno osadzony w polskiej scenerii. – Krzysztof Kieślowski przysłał mi kiedyś kilka serdecznych zdań, pośród nich i takie: cenię pana za powagę i poczucie humoru – wspominał swego czasu reżyser. – Jako pierwszy zauważył tę podwójność, w której nie ma sprzeczności. Poczucie humoru i uważność. Kombinacja tych dwóch żywiołów może dać film niezwykły – dodał. I to właśnie tę nieoczywistą kombinację uważny widz mógł wyczuć i kontemplować podczas „Prowincjonaliów”.

Niewątpliwie, drugą ważną strefą, której można doświadczyć we Wrześni, jest idealizm moralny. Widoczny jednak nie w formie pretensjonalnych, „wysokopiennych” albo wysokobudżetowych zapowiedzi oczyszczenia świata ze zła – lecz w formie małych, zwyczajnych aktów hojności i współczucia, czynionych przez ludzi prostych, którzy najczęściej w swym życiu doznali jakiejś straty – kogoś lub czegoś. Ci wszyscy zatem, którzy wierzą w polskie kino, to dające więcej możliwości i czasu widzom, kino niedokończone, które skompletować musi również twórczy umysł odbiorcy nie będą – i to praktycznie co roku – ofertą „Prowincjonaliów” zawiedzeni.

 

Prowincjonalna premiera globalna

Podsumowując, przypomnijmy więc, że to właśnie od Wrześni rozpoczęła się festiwalowa przygoda takich znamienitych fabuł, jak „Anioł w Krakowie” w reżyserii Artura Więcka, „Baron” lub „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego. Tam triumfowały też takie pełnometrażowe – i pełnowartościowe – filmy fabularne, jak m. in. „Edi” Piotra Trzaskalskiego, „Żurek” Ryszarda Brylskiego, „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta, „Wszystko będzie dobrze” Tomasza Wiszniewskiego, „Komornik” Feliksa Falka – a ostatnio: „Dziewczyna z szafy” Bodo Koxa.

Ale „Prowincjonalia” to nie tylko fikcja. To we Wrześni odbyła się prapremiera „Ballady o kozie” Bartka Konopki, dokumentu pokazującego popegeerowską wieś „oczami” kóz ofiarowanych rodzinom korzystającym z pomocy opieki społecznej. Było to jeszcze kilka lat przed światowym sukcesem innego słynnego dokumentu Konopki – „Królika po berlińsku” – kolejnej metaforycznej opowieści, tym razem o tysiącach dzikich królików, które przez 28 lat zamieszkiwały obszar zieleni stworzony między dwoma pasami muru berlińskiego.
Począwszy od IX. edycji przeglądu, program wzbogacono o dwa cykle filmowe: „Prowincje świata”, prezentujący dzieła z różnych obszarów kulturowych m.in. z Kenii, Hiszpanii, Argentyny, Meksyku, Chin, Gruzji, Niemiec, Węgier i Turcji oraz „Porozmawiajmy o przyszłości”, czyli filmy z nurtu kina niezależnego, etiudy studentów PWSFTViT w Łodzi i UŚ w Katowicach oraz Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy.

 

Siła aktorstwa charakterystycznego

Na festiwalu rokrocznie przyznawane są też specjalne nagrody honorowe – „Jańcio Wodnik – za artystyczny dorobek życia”. W poprzednich latach odbierali je artyści będący w zasadzie instytucjami polskiej kinematografii: Jan Jakub Kolski, Krystyna Feldman, Franciszek Pieczka, Andrzej Kondratiuk, Kazimierz Kutz, Kazimierz Karabasz, Sylwester Chęciński i Tadeusz Chmielewski. W tym roku nagrodę odbierze Witold Pyrkosz. – Aktor charakterystyczny powinien być rozpoznany i zapamiętany od razu. Witold Pyrkosz uczynił siłę z tej zasady, będąc aktorem komediowym przede wszystkim – podkreśla Rafał Górecki.

Dorobek Pyrkosza obejmuje sto kilkadziesiąt ról kinowych i telewizyjnych, także teatralnych. Najbardziej znane to Franek Wichura z wojenno-przygodowego serialu Konrada Nałęckiego „Czterej pancerni i pies”, zbójnik Jędruś Pyzdra z kostiumowo-przygodowego „Janosika” w reżyserii Jerzego Passendorfera oraz kultowych komedii Juliusza Machulskiego: „Vabank” i „Vabank II”, w których zagrał „Duńczyka”. Swoją klasę aktor potwierdzał też w obrazach o mniej popularnym charakterze – choćby w „Szabli od komendanta” Kolskiego, gdzie zagrał Gniewisza, jednego z kilku przyjaciół, towarzyszących sobie nawzajem w kolejnych wojnach, poczynając od polsko-bolszewickiej z 1920 r.

– Tu „zmierzył” się z osobowościami rodzimego kina, tej miary, co Bronisław Pawlik, Franciszek Pieczka i Wiesław Gołas. Swoją drogą niemal wszyscy to nasi laureaci, laureaci Nagrody „Jańcia Wodnika”. Niestety, od tego czasu Witolda Pyrkosza brakuje na dużym ekranie: poświęca się pracy na planie chyba najbardziej znanej polskiej telenoweli – „Złotopolskich”. Ale taka sytuacja – ciągła obecność w telewizji – pozwala też widzom nieustannie wracać do wcześniejszego repertuaru Pyrkosza, aktora bardzo inteligentnego, o wielkim wdzięku, odważnie wchodzącego w szeroki repertuar ról charakterystycznych. Człowieka, który „żadnej roli się nie boi” – napisał o tegorocznym „Jańciu” Jacek Nowakowski.

 

Debaty wrześniowe

„Prowincjonalia” to nie tylko filmy. Warto wspomnieć, że w ostatnich latach we Wrześni odbywały się ciekawe debaty poruszające problem polskiej biedy, ale też dotyczące np. migracji we współczesnym świecie. Wzięli w nich udział przedstawiciele m.in. Polskiej Akcji Humanitarnej i organizacji Amnesty International. Ich uzupełnieniem były wystawy fotografii Jana Grabka dokumentujących sytuację imigrantów z Czeczeni oraz Wojciecha Grzędzińskiego – o dramatycznej sytuacji w Sudanie. A to kolejny namacalny wszak fakt, że oto tzw. „prowincja” wcale nie zawęża horyzontu pola widzenia, a wręcz może go poszerzać. Jeśli tylko, tak jak w spotkaniu z dowolnym dziełem sztuki (w tym filmowej), albo w realnym spotkaniu z drugim człowiekiem, obopólnym kluczem będzie Obecność…

Cykl Z FILMEM NA TY powstaje we współpracy z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej.

www.pisf.pl

środa, 22 styczeń 2014 01:52

VALUE ADDED TAX, CZYLI TAJEMNICE VAT

Napisane przez

Value Addet Tax, czyli podatek od wartości dodanej, powszechnie określany  jako podatek VAT, jest tzw. podatkiem pośrednim. Oznacza to, że faktycznie kosztu podatku nie ponosi płatnik, czyli sprzedawca, lecz klient ostateczny. Dokonując więc zakupu określonego dobra, płacimy za nie kwotę obejmującą koszt wytworzenia bądź zakupu, ewentualny zysk sprzedawcy oraz podatek od towarów i usług. O czym jesteśmy informowani w treści paragonu lub faktury.  I to jest w zasadzie wszystko, co można o polskim podatku VAT powiedzieć w kategorii informacji pewnej, nie budzącej wątpliwości.

Polskie przepisy określające zasady naliczania, poboru i rozliczania tej daniny publicznej są bowiem skonstruowane w sposób na tyle skomplikowany i niejasny, że ciężko jest poznać i zrozumieć wszystkie jego zawiłości nie tylko przeciętnemu obywatelowi, ale również  tzw. ekspertom – czyli osobom, które zajmują się zawodowo doradztwem podatkowym.

Niekonsekwencja NSA

Potwierdzeniem tej tezy jest sytuacja, jaka powstała po uchwale z dnia 23 czerwca 2013 r. Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie, podjętej w składzie siedmiu sędziów na temat rozstrzygnięcia, czy gminne jednostki organizacyjne są podatnikami podatku od towarów i usług w świetle zapisów art. 15 ust. 1 i 2 ustawy o podatku od towarów i usług. Zdaniem Naczelnego Sądu Administracyjnego gminne jednostki organizacyjne nie są samodzielnymi podatnikami. Samodzielnym podatnikiem jest gmina. A więc z podatku rozlicza się łącznie jednostka samorządu terytorialnego. Rozliczenie to obejmuje działalność wszystkich jednostek organizacyjnych danego samorządu. Przy czym z uzasadnienia uchwały Naczelnego Sadu Administracyjnego wynika pewna niekonsekwencja. Wiąże się ona z ograniczeniem przedstawionego stanowiska wyłącznie do jednostek budżetowych. Bowiem samorządowe zakłady budżetowe są traktowane odmiennie, jako samodzielny płatnik podatku od towarów i usług.

Generalnie sprawa wydaje się prosta. Gminna jednostka budżetowa nie posiada osobowości prawnej, nie posiada własnego majątku, nie dysponuje własnymi dochodami, nie ponosi odpowiedzialności za wyrządzone szkody, a wszelkie czynności wykonuje w imieniu i na rzecz gminy. Jednostka budżetowa nie ponosi ryzyka gospodarczego prowadzonej działalności. To ryzyko obciąża zawsze gminę. Przyjmując takie argumenty, NSA w sposób logiczny przyjął stanowisko, zgodnie z którym to gmina winna być traktowana jako podatnik. Skąd więc takie duże zamieszanie i głosy protestu po przyjęciu tej uchwały? Dlaczego w grudniu NSA, pomimo przyjęcia jednoznacznej interpretacji, zdecydował się wystąpić w tej sprawie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej?

Szereg wątpliwości

Odpowiedź na tak postawione pytania jest wielowątkowa. Pierwsza wątpliwość dotyczy wspomnianego już wyłączenia z przyjętego stanowiska samorządowych zakładów budżetowych. Co prawda, w przeciwieństwie do jednostki budżetowej zakład budżetowy jest powoływany w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Jednakże trudno byłoby twierdzić, że samorządowy zakład budżetowy prowadzi działalność gospodarczą na własną odpowiedzialność i że ponosi samodzielnie ryzyko gospodarcze prowadzonej działalności. Podobnie jak jednostka budżetowa, nie posiada on własnego majątku. Nie posiada też osobowości prawnej. A to, jak wynika z uzasadnienia uchwały, stało się podstawą do przyjęcia rozstrzygnięcia w kwestii podmiotowości podatkowej samorządowych jednostek budżetowych.

Druga wątpliwość, która pojawia się po podjęciu czerwcowej uchwały Naczelnego Sądu Administracyjnego, wiąże się ze skomplikowaną strukturą jednostek samorządu terytorialnego. Posługuję się w tym miejscu w sposób przemyślany terminologią JST, bowiem uchwała ma swoje konsekwencje nie tylko w odniesieniu do samorządu gminnego, ale również powiatowego oraz wojewódzkiego. Struktura wewnętrzna JST obejmuje często dużą liczbę jednostek budżetowych wykonujących różnorodne zadania. Są to m.in. szkoły, jednostki pomocy społecznej, urzędy pracy, zarządy gospodarki komunalnej, zarządcy dróg oraz urzędy miast, gmin, powiatów oraz urzędy marszałkowskie. Wiele z tych jednostek nie wykonuje żadnych czynności podlegających opodatkowaniu, inne – w różnej skali. Różnorodność oraz liczba jednostek powoduje, że comiesięczne składanie w imieniu wszystkich jednostek budżetowych deklaracji podatkowych wydaje się przedsięwzięciem  karkołomnym. A przynajmniej znacznie utrudniającym funkcjonowanie samorządów. W tym poprzez wymuszenie ponoszenia nieuzasadnionych kosztów, bowiem realizacja obowiązków rozliczania podatku od towarów i usług przy rozbudowanych strukturach jednostek samorządu terytorialnego, w moim przekonaniu, wymaga stworzenia wewnętrznych systemów rozliczeń.

Podstawowa wątpliwość, związana z podjętą przez NSA uchwałą, dotyczy jednak faktu występowania powszechnie stosowanej dotąd interpretacji, zgodnie z którą samorządowe jednostki budżetowe traktowano jako odrębnego podatnika podatku od towarów i usług. Dziś nikt nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi, jak traktować dotychczasowy sposób rozliczania się poszczególnych jednostek budżetowych w świetle podjętego rozstrzygnięcia. Nie nastąpiła bowiem zmiana przepisu, która umożliwiłaby wprowadzenie obowiązujące vacatio legis. Przyjęcie odmiennego sposobu rozliczania podatku VAT w drodze interpretacji istniejącego stanu prawnego w zasadzie wymusza konieczność ponownego, zgodnego z obowiązującą wykładnią rozliczenia podatku za okres ostatnich pięciu lat.

Przy czym łączenie przychodów poszczególnych jednostek może spowodować powstanie obowiązku podatkowego w tych jednostkach, które dotychczas limitów ustawowych nie przekroczyły. Nie można zapominać o obowiązku zapłaty odsetek za zaległości podatkowe. Co oznacza, w przypadku konieczności weryfikacji rozliczeń według nowej wykładni, nie tylko konieczność zapłaty potencjalnych zaległości, ale również odsetek od nich naliczonych. Aktualnie obowiązujące przepisy Ordynacji Podatkowej nie przewidują możliwości umorzenia należności i odsetek z powodu zmian interpretacji przepisów prawnych. Konieczne jest natomiast wskazanie interesu publicznego i interesu podatnika. Oczywiście, wątpliwości co do sposobu postępowania jednostek samorządu terytorialnego nie zmniejsza informacja o wspomnianym wcześniej zapytaniu Trybunału Sprawiedliwości o słuszność przyjętego przez Naczelny Sąd Administracyjny stanowiska. Przesuwa ono jedynie konieczność podjęcia działań w czasie.

Aktualne zamieszanie związane z trudnością interpretacji przepisów o podatku od towarów i usług to nie pierwszyzna. Wcześniej zdarzały się również problemy interpretacyjne, jak choćby powstanie w 2002 i 2003 r. kwestii opodatkowania czynności związanych z wydawaniem przez marszałków województw decyzji administracyjnych w zakresie przewozów autobusowych. Wówczas uznano, że przygotowanie decyzji administracyjnej na wniosek przewoźnika wymaga wykonania szeregu czynności mających znamiona świadczenia usługi. Tak przynajmniej wynikało z opinii przygotowanej przez byłego wiceministra finansów. Problem ten, na szczęście, rozwiązała nowelizacja przepisów o podatku od towarów i usług, wykreślająca podobne zadania z katalogu usług podlegających opodatkowaniu.

Meandry interpretacji

Różnorodne niespójne i przede wszystkim budzące wątpliwości wykładnie prawne w zakresie podatku VAT wpłynęły na wprowadzenie zmian przepisów prawnych w zakresie upoważnień do interpretacji prawa podatkowego. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Finansów do wydawania w indywidualnych sprawach pisemnych interpretacji przepisów prawa podatkowego upoważnieni zostali Dyrektorzy Izb Skarbowych w Bydgoszczy, Katowicach, Łodzi, Poznaniu i Warszawie. To rozwiązanie miało na celu ograniczyć kłopoty związane z niejednolitością interpretacji podatkowych. Jak pokazuje zamieszanie z uchwałą NSA, problem nie został jednak całkowicie rozwiązany. W szczególności w zakresie interpretowania przepisów w odniesieniu do jednostek sfery publicznej. Może więc warto zastanowić się nad jednoznaczną zmianą systemową w zakresie opodatkowania jednostek administracji publicznej, w tym szczególnie z podsektora samorządowego.

Podstawowym zadaniem sfery publicznej nie jest prowadzenie działalności gospodarczej. Jest nim realizacja zadań związanych z zabezpieczaniem potrzeb publicznych.Podstawowa forma organizacyjna sektora publicznego,  jaką jest jednostka budżetowa, została stworzona właśnie w takim celu. Nie posiadając majątku, własnych środków finansowych, może skupić się na wykonywaniu zadań publicznych, a nie na konieczności pozyskiwania środków na swoja działalność. Jeśli wśród zadań pobocznych pojawiają się czynności mające znamiona działalności gospodarczej, to mają one znaczenie marginalne. Dlatego uważam za zasadne uznanie jednostek sektora finansów publicznych, w tym szczególnie jednostek budżetowych, za podmioty ustawowo wykreślone z listy podmiotów zaliczanych do podatników podatku od towarów i usług.

Chciałbym przy okazji zwrócić uwagę na jeszcze jedno zagadnienie związane z podatkiem od towarów i usług. Mianowicie, podatek ten nie stanowi dochodu jednostek samorządu terytorialnego. Stanowi natomiast dochód budżetu państwa. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że aktualny system rozliczania podatku stanowi ukrytą dystrybucję środków jednostek samorządowych, jako nabywcy towarów i usług (klient ostateczny) do budżetu państwa. W przypadku zaś jednostek podsektora rządowego, stanowi swego rodzaju przypadek przekładania środków finansowych z jednej kieszeni ministra finansów, do drugiej. Dlatego warto rozważyć – w przypadku zwolnienia podmiotowego jednostek samorządu terytorialnego z obowiązku podatkowego w zakresie VAT – wprowadzenie jednocześnie z mocy prawa stawki zerowej VAT na towary i usługi nabywane przez administrację publiczną, w tym jednostki samorządu terytorialnego.

środa, 22 styczeń 2014 01:48

INFORMATYZACJA W PERSPEKTYWIE 2014-2020

Napisane przez

Wraz z nadejściem nowej perspektywy finansowej w Unii Europejskiej zadajemy sobie dużo pytań. Zastanawiamy się, jak wysokie będą środki przeznaczone dla Polski. Pytamy również o to, jakie będzie ich przeznaczenie. Z tego między innymi powodu, postanowiliśmy przyjrzeć się planom rządowym na najbliższe lata w zakresie informatyzacji. Przedstawiamy w tym miejscu wyniki naszej analizy Programu Operacyjnego „Polska Cyfrowa” (POPC) z dnia 5 grudnia 2013 r., a przyjętego przez rząd na początku stycznia 2014 r.

Pamiętajmy jednak o tym, że pomimo rozpoczęcia roku 2014 nadal realizowana jest poprzednia perspektywa finansowa – 2007-2013 – której realizacja rozpoczęła się w 2008 r. Wcześniej trwały przygotowania formalne i organizacyjne do jej uruchomienia. Rzeczywiste zakończenie poprzedniej perspektywy nastąpi do końca 2015 r. W tym czasie – zapewne nie później niż od początku 2015 r. – rozpocznie się faktyczna realizacja perspektywy 2014-2020.

Osie priorytetowe POPC

W POPC określono cztery osie priorytetowe, według których będzie zorganizowany cały program. Ich opis, w ślad za treścią POPC, został przedstawiony poniżej.

Oś priorytetowa I. Powszechny dostęp do szybkiego Internetu

Oś obejmuje wspieranie działań związanych z rozwojem infrastruktury internetowej w celu uzyskania przepustowości co najmniej 30 Mbps. Wsparcie, oraz jego wysokość, będą zależne od zidentyfikowanych na danym obszarze potrzeb inwestycyjnych, wynikających z uwarunkowań poszczególnych obszarów, w tym szczególnie z wieloaspektowej (np. obecność infrastruktury, dostępność usług, gęstość zaludnienia, typ zabudowy, ukształtowanie terenu)oceny ekonomicznej opłacalności inwestycji.

Oś priorytetowa II. E-Administracja i otwarty rząd

Tutaj będą wspierane projekty o oddziaływaniu krajowym. Z usług i informacji sektora publicznego udostępnianych elektronicznie będą korzystać mieszkańcy wszystkich regionów Polski. Szczególnie duży nacisk został położony na udostępnianie nowych e-usług, poprawianie e-usług już dostępnych oraz umożliwienie ponownego wykorzystania informacji z sektora publicznego.

Oś priorytetowa III. Cyfrowa aktywizacja społeczeństwa

W ramach tej osi będą realizowane projekty na terenie całego kraju, z uwzględnieniem specyficznych potrzeb społecznych w zakresie budowy i rozwoju kompetencji cyfrowych. Ciekawa jest tutaj propozycja dotycząca między innymi zbudowania możliwości uczestniczenia w referendach i głosowaniach przez Internet.

Oś priorytetowa IV. Pomoc techniczna

Czwarta oś priorytetowa dotyczy pomocy technicznej. Jej główny wysiłek będzie skierowany na wsparcie beneficjentów POPC w zakresie pozyskiwania budżetów na swoje projekty i właściwej ich realizacji.

Budżet POPC

Jak podają autorzy, w przypadku infrastruktury szerokopasmowego Internetu w ramach osi I POPC koszt inwestycji szacuje się na co najmniej 17,3 mld PLN, tj. ponad 4 mld euro. Nowy budżet w ramach POPC na ten cel, to ok. 1,03 mld euro. Pozostała część środków pochodzić będzie przede wszystkim z programów operacyjnych z perspektywy finansowej 2007-2013, w ramach dokończenia realizowanych inwestycji, jak również z budżetu środków prywatnych sektora komercyjnego. Dodatkowo uwzględnia się obecny budżet przewidziany w Planie Zintegrowanej Informatyzacji Państwa (PZIP). Orientacyjne koszty zaproponowanych projektów dotyczących tworzenia lub rozwoju e-usług publicznych zostały określone w PZIP na kwotę ok. 3,65 mld PLN, tj. ponad 0,862 mld euro. Warto pamiętać również o tym, że projekty w PZIP, przejęte z Planu Informatyzacji Państwa 2007-2010, są finansowane w ramach obecnego Programu Operacyjnego „Innowacyjna Gospodarka” (POIG), którego realizacja zakończy się w roku 2015.

Podsumowując, nowo pozyskany budżet stanowi około ok. 26 proc. budżetu – ok. 4 mld euro w nowej perspektywie. Pozostałe ok. 74 proc. stanowi przeniesienie budżetu z perspektywy obecnej i musi być rozliczone do końca 2015 r.

Zakresy oddziaływania POPC

POPC łączy w sobie działania z obecnej perspektywy finansowej skupionej głownie w POIG oraz nowe środki na perspektywę 2014-2020.

Autorzy POPC stwierdzają, że Polska wypada niezbyt mocno na tle średniej z krajów Unii Europejskiej. Badany przez KE poziom zaawansowania dostępnych e-usług publicznych w Polsce w 2010 r. wynosił 90 proc. dla e-usług skierowanych do przedsiębiorców przy średniej unijnej 94 proc. oraz 85 proc. dla e-usług dla obywateli przy średniej UE27 równej 87 proc. Wykorzystanie e-usług z e-administracji na przełomie 2011 i 2012 r. wyniosło: ponad 90 proc. przedsiębiorstw oraz 48 proc. osób fizycznych. Tylko 16 proc. osób fizycznych wysłało przez Internet wypełnione formularze, a średnia UE wynosi 29,5 proc. Warto jednak nadmienić, że w ostatniej perspektywie 2007-2013 badane wskaźniki wyraźnie wzrosły, co oznacza, że ostatnie lata spowodowały istotny rozwój podaży i wykorzystania e-usług w Polsce.

W POPC wyszczególniono dwanaście obszarów kluczowych w zakresie udostępniania e-usług. Pogrubioną czcionką zaznaczyliśmy te działania, które mogą być bardziej interesujące dla samorządów. Są to, cytując treść POPC, następujące zakresy działań:

1.       Rynek pracy:

·         scentralizowanie usług dla osób bezrobotnych, poszukujących pracy, pracodawców i przedsiębiorców oraz publicznych służb zatrudnienia poprzez e-PUP,

·         zapewnienie jednego punktu dostępu do wszystkich ofert pracy pochodzących z sektora publicznego,

·         umożliwienie aplikowania o pracę w sektorze publicznym w formie elektronicznej,

·         przeniesienie nowych usług rynku pracy do Internetu – obecnie dostępna jest rejestracja osób bezrobotnych.

2.       Ubezpieczenia i świadczenia społeczne:

·         internetowe konto ubezpieczonego, zintegrowane z innymi usługami e-administracji,

·         kolejne usługi udostępniane przez ZUS: dalsza elektronizacja zwolnień lekarskich i ich przesyłania od lekarzy wystawiających do ZUS – w koordynacji z projektem P1 realizowanym przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia MZ),

·         utworzenie na poziomie centralnym skonsolidowanego systemu informatycznego, wspomagającego gminy, powiaty i województwa w realizacji zadań z zakresu zabezpieczenia społecznego.

3.       Ochrona zdrowia:

·         rozwój e-usług, w tym udostępnionych w projektach P1 i P2, realizowanych przez Centrum Systemów informacyjnych Ochrony Zdrowia, związanych z zarządzaniem elektroniczną dokumentacją medyczną przez pacjenta (e-recepta, e-skierowania, e-zwolnienia w integracji z ZUS, e-rejestracja na wizytę do lekarza, wprowadzenie elektronicznej karty ubezpieczenia zdrowotnego, informacja o dostępności leków),

·         w RPO: środki na dostosowanie systemów teleinformatycznych świadczeniodawców do wymiany danych w ramach ogólnopolskiego systemu informacji – kryteria wyboru projektów będą weryfikowały komplementarność ich funkcji z systemami krajowymi,

·         dostosowanie podmiotów leczniczych nadzorowanych przez resorty do wymiany danych z systemem informacji medycznej,

·         wsparcie telemedycyny: konsultacje między pracownikami medycznymi, kontakty pacjent-lekarz, rozwój aplikacji cyfrowych wspomagających monitorowanie stanu zdrowia, profilaktyka zdrowotna i procesy lecznicze, medycyna powypadkowa i ratownictwo medyczne.

4.       Prowadzenie działalności gospodarczej:

·         wystawianie i przesyłanie przez przedsiębiorców elektronicznych faktur do wszystkich podmiotów publicznych,

·         rozwój Pojedynczego Punktu Kontaktowego o nowe funkcjonalności, np. angielska wersja językowa, mechanizmy kreacji informacji zarządczej dotyczącej realizacji procedur administracyjnych, poszerzenie zakresu informacji dostępnych na portalu,

·         komunikacja elektroniczna z administracją podatkową za pomocą Portalu Podatkowego,

·         umożliwienie pełnego elektronicznego wglądu w akta spraw podatkowych.

5.       Wymiar sprawiedliwości i sądownictwo:

·         umożliwienie elektronicznego składania pism procesowych w postępowaniu cywilnym wraz z załącznikami (dowodami) oraz dokonywania doręczeń,

·         wdrożenie elektronicznych akt sprawy, dostępnych dla sędziów, uczestników postępowania i ich pełnomocników przez Internet (możliwość zapoznania się z aktami sądowymi oraz protokołami elektronicznymi z rozpraw bez konieczności osobistej obecności w sądzie; oszczędność kosztów związanych z wydrukami, korespondencją i przejazdami),

·         rejestracja rozpraw audio-wideo w sprawach cywilnych i wykroczeniowych (pełne utrwalenie rzeczywistego przebiegu rozpraw),

·         dokonywanie czynności procesowych (np. przesłuchiwanie świadków, biegłych i stron postępowania) na odległość przy użyciu systemów do wideokonferencji.

6.       Prezentacja i udostępnianie danych przestrzennych i statystycznych:

·         wektoryzacja map stanowiących zasób geodezyjny i kartograficzny,

·         kontynuacja procesu udostępniania e-usług wytworzonych w oparciu o zintegrowane dane państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego (PZGiK) i dane geoprzestrzenne administracji rządowej i samorządowej w standardzie dyrektywy INSPIRE,

·         zapewnienie każdemu dostępu do danych i dokumentów gromadzonych w powiatowych rejestrach publicznych państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego, w szczególności w ewidencji gruntów i budynków EGIB (kataster nieruchomości), bazie danych obiektów topograficznych (BDOT500) oraz geodezyjnej ewidencji sieci uzbrojenia terenu (GESUT),

·         zapewnienie możliwości przeglądania, wyszukiwania, pobierania i przekształcania danych przestrzennych z rejestrów krajowej infrastruktury informacji przestrzennej prowadzonych przez organy administracji inne niż służba geodezyjna i kartograficzna,

·         unowocześnienie procesów związanych z produkcją i udostępnianiem danych statystycznych.

7.       Nauka i szkolnictwo wyższe:

·         utworzenie centralnego narzędzia dostępu do informacji publicznej, zasobów naukowych i interaktywnych usług elektronicznych dla studentów, naukowców, przedsiębiorców, administracji publicznej i obywateli,

·         umożliwienie zdalnego ubiegania się o finansowanie nauki, przy założeniu: najwyższego stopnia transakcyjności procedury, podejścia procesowego, kompleksowej obsługi elektronicznej od złożenia wniosku, poprzez opinię recenzentów, aż po wydanie decyzji,

·         świadczenie usługi zdalnej sprawozdawczości i centralnego zasilania bazy przez podmioty szkolnictwa wyższego.

8.       Podatki i cła:

·         utworzenie nowych usług dla podatników podatku VAT i CIT oraz podniesienie do poziomu pięciu wybranych dostępnych już e-usług,

·         podniesienie sprawności i wydajności obsługi klienta poprzez stworzenie elektronicznego zintegrowanego systemu obsługi klienta na granicy (lądowej, morskiej, lotniczej i kolejowej),

·         umożliwienie automatycznej wymiany danych między Centralną Bazą Danych administracji skarbowej, a innymi jednostkami administracji państwowej (integracja Centralnego Rejestru Podmiotów – Krajowej Ewidencji Podatników jako rejestru referencyjnego z pozostałymi państwowymi rejestrami referencyjnymi),

·         automatyzacja czynności od objęcia towarów procedurą gospodarczą, aż do zakończenia tej procedury (obecnie w postaci elektronicznej obsługiwane jest jedynie zgłoszenie celne do procedury, a sam proces obsługi procedury gospodarczej, w tym komunikacja z przedsiębiorcą, nie ma wsparcia elektronicznego).

9.       Sprawy administracyjne, w szczególności obywatelskie:

·         umożliwienie, w jak najszerszym zakresie, elektronicznego załatwiania spraw urzędowych w zakresie paszportów,

·         wprowadzenie usługi umawiania przez Internet wizyty w urzędzie w celu załatwienia sprawy,

·         umożliwienie złożenia w formie elektronicznej wniosku o wydanie zaświadczenia o prawie do głosowania,

·         elektroniczne udostępnienie rejestru wyborców i spisu wyborców.

10.   Zamówienia publiczne:

·         utworzenie portalu eZamowienia umożliwiającego przeprowadzanie za pomocą środków elektronicznych całego procesu postępowania o udzielenie zamówienia,

·         elektronizacja procesu postępowania o udzielenie zamówienia w trybach inicjowanych przez publikację ogłoszenia oraz procesu dynamicznego systemu zakupów i aukcji elektronicznych,

·         automatyczne, bieżące dokumentowanie czynności podjętych w trakcie postępowania,

·         automatyczne generowanie dokumentacji postępowania,

·         automatyczna ocena ofert oraz wniosków o dopuszczenie do udziału w postępowaniu, w przypadku, gdy możliwe będzie skwantyfikowanie wybranych warunków udziału w postępowaniu oraz kryteriów oceny ofert.

11.   Bezpieczeństwo i powiadamianie ratunkowe:

·         umożliwienie masowego powiadamiania o zagrożeniach za pośrednictwem wiadomości wysyłanych na telefony komórkowe lub naziemnej telewizji cyfrowej,

·         możliwość dokonywania zgłoszeń i zawiadomień policji z wykorzystaniem aplikacji mobilnych,

·         spersonalizowane zgłoszenia ratunkowe (automatyczne dołączenie do zgłoszenia  specjalnych danych przypisanych do konkretnego abonenta – tzw. złota lista),

·         eCall: automatyzacja zgłoszeń przy wypadkach drogowych (komunikacja systemu zainstalowanego w pojeździe z systemem służb ratunkowych),

·         usługi wspomagające przewidywanie zagrożeń naturalnych i zdarzeń niebezpiecznych oraz zwiększające ochronę przed ich skutkami.

12.   Rolnictwo i rozwój obszarów wiejskich:

·         elektronizacja wymiany danych dotyczących świadczeń emerytalnych i rentowych rolników,

·         wprowadzenie elDAS (identyfikacja elektroniczna rolników),

·         wprowadzenie ewidencji rolników i producentów jako podstawowego zasobu danych, na których budowane są usługi we wszystkich jednostkach resortu rolnictwa,

·         wdrożenie e-usług zapewniających wsparcie producentów rolnych przy zarządzaniu gospodarstwem rolnym, rozwoju e-sprzedaży, doradztwo i transfer wiedzy, w tym utworzenie jednego punktu dostępu elektronicznego do ww. e-usług.

  W zakresie tzw. funkcji horyzontalnych POPC wskazuje następujące obszary działania:

1.       upowszechnienie i poprawa funkcjonalności głównego mechanizmu potwierdzania tożsamości obywatela w elektronicznych kontaktach z administracją, w tym za pośrednictwem urządzeń mobilnych poprzez profil zaufany ePUAP,

2.       poprawa jakości danych oraz zdolności rejestrów publicznych do wzajemnej wymiany danych,

3.       optymalizacja wydatków na infrastrukturę poprzez m.in. wykorzystanie technologii chmury obliczeniowej,

4.       rozwój funkcjonalności oraz niezawodności centralnego punktu dostępu do e-usług publicznych, tj. platformy ePUAP.

Regiony słabiej rozwinięte

Prawie cały kraj został w POPC sklasyfikowany jako regiony słabo rozwinięte. Nie jest nim tylko województwo mazowieckie. Dlatego dotacja UE dla tego województwa w ramach nowej perspektywy finansowej będzie liczona na poziomie 80 proc. budżetu. Wynika to z faktu, że w poprzedniej perspektywie finansowej Mazowsze również należało do obszarów słabo rozwiniętych. Pozostałe piętnaście województw stanowi obszary słabiej rozwinięte. Dlatego też dotacja dla nich jest liczona na poziomie 85 proc.

Co dalej?

W latach 2014 i 2015 mamy czas zamykania poprzedniej perspektywy finansowej (2007-2013) i otwierania nowej, na lata 2014-2020. Urzędy samorządowe będą pracować zatem ze zdwojoną aktywnością. Będzie to czas zamykania obecnych projektów, ich rozliczania i audytów. W tym samym czasie trzeba pracować nad pomysłami na nowe projekty, które uzyskają finansowanie w nowej perspektywie. Ważne jest zatem, aby w kolejnych latach zastosować dobrą zasadę kontynuacji, poprawy i rozwoju dotychczas uzyskanych efektów prac, co również dobrze widać w koncepcji POPC.

środa, 22 styczeń 2014 01:17

BARTOSZYCKI SZPITAL EDUKUJE MIESZKAŃCÓW REGIONU

Napisane przez

Ze Sławomirem Wójcikiem, dyrektorem Szpitala Powiatowego w Bartoszycach rozmawia Anna Osowska

ANNA OSOWSKA:  Jest pan chirurgiem od lat związanym z bartoszyckim szpitalem. Obecnie piastuje Pan stanowisko dyrektora Szpitala Powiatowego w Bartoszycach. Jaką rolę pełni szpital powiatowy w systemie opieki zdrowotnej naszego kraju?

SŁAWOMIR WÓJCIK: Szpitale powiatowe można podzielić na kilka kategorii. Są szpitale z podstawowymi oddziałami, jak wewnętrzny, chirurgia, pediatria i ginekologia. Nasz szpital ma dwanaście oddziałów i, co za tym idzie, jego zasięg jest ponadpowiatowy. Mamy oddziały specjalistyczne. Jest, miedzy innymi, rehabilitacja dziecięca, rehabilitacja neurologiczna dorosłych, nefrologia ze stacja dializ, oddział chorób płuc, ortopedia. Wiodącym oddziałem jest Szpitalny Oddział Ratunkowy, do którego przywożeni są  pacjenci z całego regionu.

Jak duże jest zapotrzebowanie na świadczenia szpitalne?

Nasz szpital leczy rocznie ok 18 tysięcy pacjentów. Część z nich z powodzeniem mogłaby być leczona ambulatoryjnie. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że leczenie szpitalne jest znacznie droższe niż ambulatoryjne.

Jak sobie z tym radzą pracownicy szpitala?

Szpital jest placówką zajmującą się tylko i wyłącznie leczeniem stacjonarnym. Poradnie lekarza rodzinnego i poradnie specjalistyczne znajdują się poza strukturami szpitala. Staramy się informować i edukować pacjentów w tym zakresie. Niestety z różnym skutkiem.

Jak powinna przebiegać diagnostyka i leczenie pacjenta zanim trafi do szpitala?

Pacjent powinien być stale i przede wszystkim pod opieką lekarza rodzinnego. I to lekarz rodzinny powinien decydować o diagnostyce, leczeniu i ewentualnie kierować  chorego do specjalisty czy szpitala. W ugruntowanych systemach opieki zdrowotnej lekarz rodzinny nie tylko kieruje do szpitala, ale i obserwuje to leczenie, a następnie nadzoruje wykonywanie przez pacjenta zaleceń. U nas różnie to przebiega.

Zdarzają się nagłe zachorowania po godzinach funkcjonowania przychodni POZ. Kto wówczas świadczy usługi medyczne? Lekarz rodzinny przyjmuje według harmonogramu. Świadczenia medyczne POZ po godzinie 18 w dni powszednie i w święta są oddzielnie kontraktowane. Gdzie znajdą pomoc mieszkańcy naszego powiatu po godzinach pracy swego lekarza rodzinnego?

Po godzinach pracy lekarza rodzinnego, czyli w dni powszednie od godziny 18 do 8 rano, oraz całodobowo w dni wolne od pracy, w strukturach szpitala funkcjonuje nocna i świąteczna opieka lekarska i pielęgniarska, zarówno ambulatoryjna, jak i wyjazdowa. Ambulatorium to nie przedłużenie pracy lekarza rodzinnego. Tutaj leczymy zachorowania ostre lub zaostrzenia chorób przewlekłych, które wystąpiły po godzinach pracy POZ. Nie uzyskamy tu pomocy typu wizyty kontrolnej lub przedłużenia leków przyjmowanych przewlekle. W przypadku zachorowań ostrych, zagrażających życiu, urazów, wypadków, pacjenci zgłaszają się do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego (SOR).

Jak sprawdza się na co dzień system organizacyjny bartoszyckiego szpitala?

Uważam, że organizacja naszego szpitala jest wręcz modelowa w odniesieniu do obszaru, jakim jest powiat. Funkcjonowanie obok siebie ambulatorium NŚOZ i SOR umożliwia właściwą, bezpieczną i wygodną dla pacjenta opiekę doraźną.

Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej powiatu bartoszyckiego w roku 2013 udzielili 216 000 porad w swoich przychodniach. W liczbie tej są też ujęte wizyty domowe. Powiat liczy około 61 tysięcy mieszkańców. Jak wielu pacjentów korzysta z SOR i z Ambulatorium NŚOZ?

W naszym szpitalu w SOR w 2013 r. przyjęto 9200 pacjentów. Lekarze Nocnej i Świątecznej Opieki Lekarskiej udzielili 7150 porad. To bardzo dużo.

Do lekarza rodzinnego pacjent ma prawo zgłosić się z każdym problemem zdrowotnym. Czy zdarzają się nieuzasadnione zgłoszenia pacjentów do SOR lub Ambulatorium?

Przyjmuje się, że 20-30 proc. przypadków jest leczonych w SOR, choć nie ma do tego wskazań. Podobnie do ambulatorium NŚOZ nie powinni zgłaszać się ci, którzy zwyczajnie pominęli swojego lekarza rodzinnego, albo nie odpowiadał im zbyt długi czas oczekiwania na wizytę do specjalisty. Po godzinie 18 ustawiają się kolejki tych, którzy nie mogli – albo nie chcieli – pójść do lekarza rodzinnego lub nie zostali przez niego przyjęci. Okazuje się, że niektórzy przychodzą do ambulatorium celem wizyty kontrolnej w trakcie leczenia. Jest to nieporozumienie. Lekarze ambulatorium mają udzielać pomocy doraźnej, nie zaś zastępować lekarza rodzinnego czy specjalistę. Prośba o powtórzenie leków przyjmowanych przewlekle jest zwyczajnym nadużyciem i niepotrzebnie generuje konflikty.

Wróćmy do tych chorych, którzy rzeczywiście wymagają pomocy szpitala. Jak pacjent ma się odnaleźć w budynku szpitala?

Przed wejściem do szpitala znajdują się tablice informacyjne. Są oznaczone trzy kierunki: Izba Przyjęć, Ambulatorium NŚOZ oraz SOR – EMERGENCY. Pacjent może być przyjęty do szpitala w trybie planowym, wtedy, gdy posiada skierowanie z wyznaczonym terminem przyjęcia. Wówczas trafia do IP w godzinach 8-15. Jeżeli pacjent posiada skierowanie pilne, to w godzinach pracy IP trafia właśnie tam, a po godzinie 15.00 lub w przypadku, gdy skierowania nie ma, a potrzebna jest mu pilna pomoc medyczna, trafia do SOR TRIAGE.

Kto decyduje o tym, jak szybko i w jakiej kolejności zostanie udzielona pomoc osobie zgłaszającej się do szpitala?

W przypadku, gdy pacjent ze swoim problemem zdrowotnym przychodzi do szpitala, oczywiście – nie posiadając skierowania – trafia do punktu określanego jako TRIAGE, czyli punktu segregacji. W punkcie tym kwalifikowany personel nadaje status i wskazuje, dokąd pacjent powinien przejść. Zajmują się tym wykwalifikowane pielęgniarki oraz ratownicy medyczni. Ratownicy medyczni są to wykwalifikowani pracownicy, którzy specjalizują się w czynnościach ratunkowych. Z TRIAGE pacjent jest kierowany do lekarza NŚOZ lub do SOR.

Jaki jest czas oczekiwania na pomoc lekarską?

W NŚOZ czas oczekiwania jest zależny od długości kolejki oczekujących. Inaczej jest w SOR. Tutaj każdy pacjent otrzymuje odpowiedni znaczek-kolor. Kolor zielony oznacza, że pacjent nie ma stanu zagrożenia życia, lecz wymaga diagnozowania oraz leczenia w SOR – i może oczekiwać do 180 minut. Kolor żółty – poważniejsze schorzenie, więc oczekiwanie może wynieść do 90 minut. Kolor czerwony określa stan bezpośredniego zagrożenia życia i czas oczekiwania nie może przekraczać 10 minut, ale najczęściej pacjent w ogóle nie czeka. Pacjenci przywożeni przez zespoły ratownictwa medycznego przyjmowani są poza kolejnością.

Od jak dawna funkcjonuje Szpitalny oddział ratownictwa?

SOR w Bartoszycach istnieje od ponad dziesięciu lat, a w nowych pomieszczeniach funkcjonuje od połowy 2012 r.

Mówiliśmy o nieuzasadnionych zgłoszeniach do SOR. Jak jest z wezwaniami karetki pogotowia?

Jeśli pacjent ma dysfunkcje narządu ruchu lub jest w stanie uniemożliwiającym samodzielne zgłoszenie się do szpitala, a wymaga udzielenia pomocy medycznej w trybie pilnym, może z niej skorzystać, dzwoniąc na numer alarmowy 112 lub 999. Dyspozytor koordynuje pracę zespołów ratownictwa medycznego w województwie. Centrum Powiadamiania Ratunkowego (CPR) znajduje się w Olsztynie. Na naszym terenie stacjonują cztery zespoły Ratownictwa medycznego (RTM). Trzy podstawowe, tzw. „P”, i jeden specjalistyczny – „S”. W podstawowym zespole jeżdżą ratownicy, w specjalistycznym jeździ też lekarz. Zasięg działania zespołów ratowniczych jest ponadpowiatowy. To dyspozytor CPR  decyduje, który zespół jest najbliżej miejsca zdarzenia i zleca mu dojazd do chorego. Stąd do mieszkańca naszego powiatu może przyjechać zespół wyjazdowy spoza Bartoszyc.

Czy często zdarzają się nieuzasadnione wezwania karetki?

Nie ma już tak wielu tego rodzaju sytuacji. Większa jest świadomość społeczeństwa. Plagą są natomiast wyjazdy do osób nietrzeźwych. Nie oznacza to, że osoba pod wpływem alkoholu nie może być chora. Dopiero po zbadaniu pacjenta można stwierdzić, że nie było wskazań do wezwania zespołu wyjazdowego. Na szczęście, obecnie prawie nie zdarzają się wezwania fałszywe. Kiedyś faktycznie było to nagminne.

W jaki sposób należy wezwać pogotowie?

Jeżeli decydujemy się na wezwanie karetki, powinniśmy zrobić wszystko, by dotarła do miejsca zdarzenia w możliwie najkrótszym czasie. Przede wszystkim, należy opanować panikę i najpierw przystąpić do udzielania pierwszej pomocy, jednocześnie zlecając wezwanie pogotowia którejś z obecnych osób. Jeśli jesteśmy sami, to najpierw spróbujmy chorego uratować. Nie obawiajmy się podjąć czynności pierwszej pomocy. Gdy wzywamy karetkę, trzeba wiedzieć, do kogo wzywamy, w jakie miejsce oraz, oczywiście, z jakiego powodu. Ile osób jest poszkodowanych. W tym miejscu chciałbym apelować do samorządowców: zmorą jest brak oznakowania budynków, a często bezładne numerowanie zabudowań opóźnia dojazd. Numery powinny być duże i umieszczone w widocznym z drogi miejscu.

Dobrze oznakowany budynek wystarczy?

Po wezwaniu pogotowia warto, by na drodze ktoś oczekiwał karetki i dał wyraźny znak zespołowi wyjazdowemu, że to właśnie tu znajduje się poszkodowany.

Czy zdarza się utrudniony dojazd do chorego?

Zła jakość dróg pogarsza komfort przewozu chorego i może wydłużyć czas dojazdu. Czasami złe warunki atmosferyczne uniemożliwiają dotarcie karetki na miejsce zdarzenia i musimy się posiłkować innymi pojazdami, np. straży pożarnej lub straży granicznej, lub zwyczajnie – dotrzeć do chorego piechotą.

A pogotowie lotnicze?

Rzeczywiście, funkcjonuje też Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. W niektórych przypadkach dyspozytor może zadysponować użycie w akcji ratowniczej śmigłowca. LPR wykorzystywane jest też do transportów międzyszpitalnych pacjentów będących w ciężkim stanie, wymagających szybkiej interwencji specjalistycznej. W listopadzie 2013 r. bartoszycki szpital zmodernizował swoje lądowisko, dostosowując je do przyjmowania lotów nocnych.

W jaki sposób informacja o zasadach funkcjonowania szpitala dociera do mieszkańców powiatu?

Szpital prowadzi edukację mieszkańców naszego rejonu na bardzo szeroką skalę. Wspomaga nas w tym „Goniec Bartoszycki” – gazeta lokalna – oraz Bart-Sat, lokalna telewizja. Pacjenci, oczekując w poczekalni SOR, mają możliwość poznać zasady działania Szpitalnego Oddziału Ratunkowego i Ambulatorium Lekarzy NŚOZ, a także, zasady zachowania w przypadkach stanu zagrożenia życia. Osiągnęliśmy to, instalując w poczekalni monitor, na którym prezentujemy krótkie filmy edukacyjne.

W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra na rzecz SOR-ów. Może warto przedstawić jej pomysł bartoszyckiego szpitala i włączyć do akcji edukacyjnej poradnie lekarza POZ?

Uważam, że jest to bardzo dobry pomysł. Im większa będzie świadomość społeczeństwa, tym krótszy czas oczekiwania na pomoc tych, którzy jej faktycznie potrzebują. Dla przykładu: uczymy, jak kierować akcją ratowania życia, jak się zachować, widząc wypadek komunikacyjny, jak się zachować, widząc omdlenie, drgawki, zasłabnięcie.

Kto poza pacjentami szpitala został włączony w edukację?

Pokazywaliśmy nasze filmy edukacyjne władzom samorządowym. Spotkały się z ogromnym zainteresowaniem. Zależy nam, by dotarły do możliwie licznej grupy mieszkańców naszego rejonu. W opracowanie filmów edukacyjnych zaangażowali się ratownicy naszego szpitala pod kierownictwem koordynatora  SOR, doktora Wojciecha Stefaniaka.

Zatem współpraca z lekarzami rodzinnymi może być kolejnym krokiem w budowaniu świadomości naszej lokalnej społeczności w celu prawidłowego korzystania z SOR i NŚOZ?

Jak najbardziej. Umieszczenie monitora w poczekalni POZ i prezentowanie przygotowanych przez nas materiałów edukacyjnych nie jest kosztowne. A korzyści są bardzo wymierne. Współpraca między szpitalem, a praktykami lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej również na tym polu ma szansę się rozwijać.

środa, 22 styczeń 2014 00:44

Spółdzielnia socjalna: gdzie kucharek pięć…

Napisane przez

Sołtys i szefowa koła gospodyń wiejskich w Wałczu Drugim, Jadwiga Matysek, namówiła cztery kobiety, by założyły spółdzielnię socjalną. Od dłuższego czasu były bez pracy. W sierpniu ubiegłego roku otrzymały dotację, zakasały więc rękawy…

Wykorzystały te umiejętności, które mają i zajęły się gotowaniem. Potrawy przygotowują tak, jak robią je dla swoich rodzin. Według członkiń spółdzielni, to właśnie źródło ich sukcesu: ich obiady smakują, jak w domu. Dzisiaj każdy dzień zaczynają już o trzeciej rano, by wywiązać się z zamówień.

Spółdzielnię, którą nazwały „Ogrodem Smaków”, tworzy pięć kobiet. Najmłodsza z nich ma 32 lata, najstarsza 57. Jedna dojeżdża z Dobina – sąsiedniej wsi.

I sukces, i porażka do podziału

Jadwiga Matysek wyjaśnia, jak powstał pomysł. Kilka lat wcześniej – jako sołtys – przystąpiła do prężnie działającej w gminie pozarządowej Lokalnej Grupy Działania „Lider Wałecki” i wielokrotnie brała udział w szkoleniach, jakie organizowała grupa. Na wyjazdach podpatrywała, jakie inni ludzie mają pomysły na przedsiębiorczość.

Na jednym z warsztatów usłyszała o spółdzielniach socjalnych. Dowiedziała się, jakie są zasady ich funkcjonowania: skoro kobiety mają problem ze znalezieniem zatrudnienia, muszą same stworzyć sobie stanowisko pracy, a najlepiej znaleźć kilka chętnych osób. Wówczas można podzielić zadania. Poza tym sukces w pojedynkę to nie problem, o wiele trudniejsze jest ryzyko. W grupie łatwiej też poradzić sobie z porażką.

Stabilizacja dla młodych

− Wówczas zaczęło mi świtać, że może coś takiego stworzyć samemu – mówi Matysek. Jednak najpierw, z mężem Ireneuszem, zastanawiała się, czy warto się w to angażować. Przysłowiowego chleba im nie brakowało, ale też – jak mówi pani Jadwiga – sama „kołysała się” między obowiązkami sołtysa, a pracą w kole gospodyń wiejskich. − Nic stałego – podsumowuje. Jednak najbardziej chodziło jej o młodsze kobiety.

− Moja córka i jej bratowa bez powodzenia szukały pracy. Trafiały się im zlecenia, ale po odliczeniu kosztów w sumie nie miały zarobku. W takiej małej miejscowości jest ciężko o pracę. Często to kwestia szczęścia, bo ktoś ją jednak dostaje – utyskuje pani Jadwiga.

Ruszają na szkolenia

Jesienią dwa lata temu, na spotkanie zorganizowane przez „Lidera Wałeckiego” przyjechali pracownicy Zachodniopomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego i zaproponowali udział w kursie tworzenia spółdzielni socjalnych od podstaw. Sołtys zgłosiła się na szkolenie.

Jednak jak przyznaje, o spółdzielni zaczęła myśleć na poważnie, dopiero kiedy pojawiła się szansa na duże dofinansowanie. Aby się o nie starać, kobiety musiały przebrnąć przez szereg formalności i szkolenia na temat tego, jak stworzyć biznesplan, z podstaw księgowości i prawa. Pierwsze warsztaty odbyły w Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka” w Poznaniu.

Kolejny warunek: spółdzielnię mogą założyć tylko osoby bezrobotne. Tu pojawił się problem. Jak wyjaśnia Jadwiga Matysek, razem z córką były pozbawione statusu osób bezrobotnych, bo odmówiły udziału w szkoleniu, które oferował Urząd Pracy. – Zaliczanie piątego kursu z obsługi komputera było bez sensu, dlatego straciłam status bezrobotnej. Jednak w ciągu tygodnia musiałyśmy potwierdzić, że jesteśmy bezrobotne. Pobiegłam do Urzędu Pracy. Przedstawiłam pani kierowniczce sytuację i okazało się, że była bardzo przychylnie nastawiona. Już na drugi dzień wszystkie byłyśmy ponownie zarejestrowane.

Kobiety musiały jeździć do Szczecina, żeby wypełniać stertę formularzy. Wyruszały pociągiem o piątej rano, żeby zdążyć do agencji na dziewiątą. Gdy już się z tym uporały, zakwalifikowały się do programu – ale to jeszcze o niczym nie przesądzało. Przeszły szkolenia, ale też w lutym jedna z nich urodziła dziecko. Na czas szkoleń zostawiała je pod opieką dziadków.

Granty na start

Przyszedł czas na sprawdzian umiejętności. – Dopiero oczy się nam otworzyły, że to wcale nie jest takie proste, jak się nam wydawało na początku. Było dużo niepewności – przyznaje Jadwiga Matysek. – W praktyce okazało się, że nie miałyśmy zielonego pojęcia, jak się tworzy biznesplan, mimo że byłyśmy po szkoleniu w tym zakresie.

Kiedy wstępną wersję przedstawiły w agencji w Szczecinie, okazało się, że wniosek zawierał wiele nieprawidłowości. Przyszło lekkie załamanie, ale osoba odpowiedzialna za weryfikację pokazała, co jest nie tak. − To był człowiek nerwowy, ale rzeczowy – mówi Matysek i podkreśla, że jego wskazówki były cenniejsze niż półroczne szkolenie.

W sierpniu otrzymały 100 tysięcy dofinansowania. Za te pieniądze wyposażyły kuchnię w najnowocześniejszy sprzęt, zakupiły między innymi piec konwekcyjno-parowy. Mają jeszcze problem z jego obsługą, ale uczą się metodą prób i błędów. Czasami coś się nie udaje.

O 6 tysięcy zwiększyła pulę kolejna dotacja, tzw. pomostówka, którą mogą przeznaczyć na ZUS i bieżące rachunki – na przykład za energię. Teraz starają się o następny grant, również w wysokości 6 tysięcy złotych. – Tyle że trzeba się wyrobić z dokumentami w bardzo krótkim czasie – martwi się szefowa spółdzielni. – Jest okres świąteczny – dodaje. Na załatwienie zaświadczeń z ZUS i Urzędu Skarbowego o tym, że nie zalegają z płatnościami, mają cztery dni.

Szefowa walczy o przetargi

Lokal znalazły we własnym zakresie, bez pomocy gminy. Na posesji Jadwigi Matysek zaadaptowały na kuchnię… dawny kurnik. Budynek był w opłakanym stanie. Dziś to miejsce jest nie do poznania. Wiele pracy wykonały własnym sumptem. Mąż Jadwigi Matysek położył kafelki, zainstalował sanitariaty, poprowadził kanalizację i centralne ogrzewanie.

„Ogród Smaków” musi przetrwać minimum rok. Jeśli sobie nie poradzą, będą musiały zwrócić cały sprzęt innej spółdzielni, którą wskaże agencja. Jednak są dobrej myśli. Na początku było dużo problemów, ale chyba się udało. Zaraz po otworzeniu spółdzielni stanęły do przetargu na dostarczanie posiłków dla szkół i… wygrały. Zdecydował łut szczęścia, bo jedyny konkurent nie dopełnił formalności, chociaż zadeklarował konkurencyjną cenę na obiady. Dziś Matysek przyznaje, że bez tego przetargu miały małe szanse na przetrwanie. Szkoły dają im byt. Częścią pracy podzieliły się nawet z bliźniaczą spółdzielnią, działającą w sąsiedniej wsi. W tym samym czasie w gminie powstały jeszcze dwa takie kobiece przedsiębiorstwa.

Szefowa „Ogrodu Smaków” już składa wnioski o kolejne przetargi, bo to zapewnia bezpieczeństwo spółdzielni. Duży ruch miały na święta. Samych pierogów przygotowały sto kilo, do tego domowy barszcz, krokiety i ciasta. Sama pani Jadwiga upiekła szesnaście makowców. To jej specjalność, choć tu mistrzynią jest Regina Stolarska.

Przygotowywały już wesela, „osiemnastki”, roczniki, konsolację, a ostatnio – wigilię sołtysów. Każdego roku organizuje ją jedno z sołectw w gminie. W tym roku wypadło na Wałcz Drugi. Zadania podjęły się kobiety ze spółdzielni. – Dziewczyny, rewelacja! – mówił zachwycony wójt.

Podstawą są potrawy przygotowywane tak, jak gospodynie robią je w domu. I chyba są smaczne, bo klienci wracają z kolejnymi zamówieniami. W ich kuchni nie wykorzystuje się mrożonek. Także zapas mięs i warzyw mają góra na trzy dni. Produkty zamawiają u sprawdzonych hurtowników, nigdy nie kupują ich w supermarketach.

Sposób na pracę i… figurę

Dzień rozpoczynają tuż przed czwartą rano. W kuchni pierwsza zjawia się J. Matysek, która nastawia zupy. Zaraz pojawiają się pozostałe panie. Dziennie przygotowują minimum 326 obiadów, jeśli nie mają innych zleceń. Przed dziewiątą posiłki do szkół: w Witankowie, Różewie, Strącznie i Gostomi. Rozwożą je najmłodsze. Kilka dni temu zakupiły – nie najnowszy, ale większy – samochód.

− Niby ja rządzę i trzymam wszystko w ryzach, zwłaszcza kasę – mówi pani Jadwiga. – Ale dziewczyny są odpowiedzialne. Nie ma spychologii. Każda z pań sprząta po sobie. Brudnych garnków nie zostawia się w kuchni, bo najłatwiej je zapuścić.

Spółdzielnia miała też pierwsze kontrole – skarbówki i sanepidu, ale wszystko było w porządku.

Kobiety pracują w spółdzielni na pół etatu. Na rękę każda z członkiń spółdzielni bierze 632 złote wynagrodzenia. Nie jest to zawrotna kwota, ale już mają więcej w rodzinnych budżetach.

Pani Jadwiga Matysek mówi, że stała praca wymagała zmiany trybu życia. Wszystkie wstają o świcie. Pracują od poniedziałku do piątku i, paradoksalnie, od tego gotowania wszystkie… schudły.

środa, 22 styczeń 2014 00:33

MAMY LASY, SPOKÓJ I CENNE ZABYTKI

Napisane przez

Rozmowa z Zenonem Chojnackim – od 2010 r. wójtem gminy Inowłódz w województwie łódzkim

ANNA CEBULA: Gmina Inowłódz to zakątek Polski dość popularny wśród turystów. Co według pana decyduje o tym, że tak chętnie tu przyjeżdżają?

ZENON CHOJNACKI: Po pierwsze, atrakcyjne położenie gminy – nad wodą, w dolinie rzeki Pilicy, na jej najbardziej urokliwym pod względem krajobrazowym odcinku – i w otoczeniu lasów, na obszarze dawnej Puszczy Spalskiej. Zalesienie wynosi obecnie około 60 procent obszaru gminy. Po drugie ta ziemia ma niezwykle ciekawą historię, co wynika m.in. z jej położenia: na przecięciu najstarszych szlaków handlowych. To stanowi jej atut także obecnie. Trzeci element to ciekawe zabytki: XI-wieczny kościół św. Idziego – jest to jeden z najcenniejszych pod względem historycznym obiektów w Polsce, XIX-wieczna synagoga, zamek królewski Kazimierza Wielkiego z XIV w., układ zabudowy pierzejowej przy rynku w Inowłodzu, jeszcze z czasów średniowiecznych.

Miejscowością bardzo atrakcyjną i przyciągającą turystów jest niewątpliwie Spała, w której – w pałacyku myśliwskim – swoją siedzibę mieli carowie, w dwudziestoleciu międzywojennym było to miejsce, gdzie czas chętnie spędzali prezydenci – Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki. Stąd miejscowość zyskała miano drugiego Belwederu. Bywał tu także marszałek Józef Piłsudski. Po wojnie znajdował się tu Ośrodek Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie, po okresie pewnego zastoju, turystyka znów się rozwija. W miejscowości jest także Ośrodek Przygotowań Olimpijskich − Centralny Ośrodek Sportu, do którego na zgrupowania przyjeżdżają nie tylko sportowcy z Polski, ale i z całego świata. Stąd nasza niewielka gmina jest znana.

Jak gmina jest przygotowana na przyjazd turystów pod względem bazy noclegowej, gastronomicznej, wypożyczalni sprzętu rekreacyjno-sportowego?

Tylko w Spale, liczącej zaledwie 450 mieszkańców, do dyspozycji turystów jest 1200 miejsc noclegowych o urozmaiconym standardzie – począwszy od czterogwiazdkowego hotelu po schronisko. Powstają również coraz liczniej gospodarstwa agroturystyczne. Nie brakuje także restauracji o zróżnicowanych kategoriach. Turyści mogą skorzystać z wypożyczalni sprzętu do aktywnego wypoczynku – kajaków czy rowerów.

Sława gminy wypoczynkowej to kapitał, jaki – zwłaszcza Spała – zawdzięcza w dużym stopniu jeszcze czasom przedwojennym. Jakie działania podejmuje się obecnie w celu promocji gminy? W jaki sposób gmina wspiera turystykę?

Nowością jest kiosk informacji turystycznej przy głównej ulicy w Spale, gdzie można zorientować się, jakie gmina oferuje atrakcje lub bezpłatnie skorzystać z dostępu do Internetu. Zatrudniamy również pracownika, który zajmuje się sprawami turystyki w gminie i prowadzi punkt informacji turystycznej. Organizujemy również cykliczne imprezy: nie tylko doroczne, ogólnopolskie dożynki prezydenckie w Spale, ale również Powiatowe Święto Ziemniaka w Brzustowie, wydarzenia na zamku królewskim. Poza tym powstaje szereg publikacji informacyjnych o gminie, promujących jej atrakcje, wszystkie te ciekawe rzeczy, które się dzieją. To, co gmina realizuje w turystyce.

Region znany jest też z pięknej, tradycyjnej kultury ludowej. W niewielu miejscach można uczestniczyć w wydarzeniach, podczas których gros mieszkańców pojawia się w regionalnych strojach ludowych…

W gminie działają dwa zespoły ludowe i koło gospodyń wiejskich, które kultywują tę tradycję. Odtwarza się potrawy według starych receptur, przypomina się te dawne przepisy i pokazuje, jak te dania przyrządzić. Można ich spróbować, m.in. na imprezie regionalnej Powiatowe Gotowanie, ale także wziąć udział w darciu pierza czy kiszeniu kapusty. Pokazuje się, że takie zwyczaje kiedyś istniały. Jest to też sposób na uatrakcyjnienie regionu. W Brzustowie powstało gospodarstwo „Stary Sad”, gdzie w tradycyjny sposób hoduje się owce. Jego właścicielka z uzyskanej wełny wykonuje rękodzieło artystyczne. W tej wsi odtworzono również starą, wiejską chatę. Tę tradycję regionu tomaszowskiego, czy w ogóle łódzkiego, ciągle pielęgnuje się w domach z potrzeby serca, ale też uatrakcyjnia to region i ma to po części charakter komercyjny.

Czym naprawdę moglibyśmy poczuć się zaskoczeni, co warto zobaczyć, a czego nie opisano w przewodnikach?

Odpowiem z mojej perspektywy. Sam mieszkam w gminie stosunkowo niedługo: zaledwie od siedmiu lat. Zawsze urzekało mnie położenie tego miejsca. To już mówię tak od siebie, od serca – ponieważ przyjeżdżałem tu na wakacje i weekendy. Poza tym spokój, otoczenie lasów i rzeka. Myślę, że osoby, które tu przyjeżdżają, też odnoszą takie wrażenie i chętnie tu powracają.

Ważnym źródłem utrzymania jest dla mieszkańców właśnie turystyka. W czym jeszcze tkwi potencjał gminy i jakie są inne mocne dziedziny lokalnej gospodarki?

Kiedyś dominowało rolnictwo, dzisiaj jest zmarginalizowane. Odbudowuje się przemysł drzewny. Na terenie gminy funkcjonuje kopalnia surowców mineralnych „Chalcedon”, ale generalnie nie ma tu znaczącego przemysłu. Dużym pracodawcą jest Centralny Ośrodek Sportu. Poza tym dominują drobne firmy związane z przemysłem drzewnym, głównie tartaki, i firmy budowlane. Ponieważ teren obfituje w dobre piaski, powstały również betoniarnie.

Jak podsumowałby pan 2013 r. w gminie Inowłódz? To był dobry rok, kiedy udało się przeprowadzić duże inwestycje, czy pozostawił problemy, z którymi trzeba zmierzyć się w najbliższym czasie?

Zakończyliśmy rewitalizację zamku królewskiego. W tym roku skupimy się na jego wyposażeniu. W ubiegłym roku złożyliśmy wniosek – już zatwierdzony – o dofinansowanie unijne na ten cel, na kwotę około 300 tysięcy złotych. Czekamy na finalizację, czyli podpisanie umowy. Do problemu odbudowy zamku podchodzono wielokrotnie, nie tylko za mojej kadencji czy poprzednika. Mieszkańcy domagali się tego przez lata i w końcu, dzięki temu, że pojawiły się środki unijne, udało się odbudować obiekt. Pierwsze starania miały miejsce już w latach 90. Wówczas, w 1997 r., konserwator zabytków stworzył projekt rozbudowy zamku. Według jego zamierzenia miał to być typowy obiekt muzealny. Jednak jego praca trafiła na półkę.

W 2003 r. gmina ponownie rozpoczęła starania o przywrócenie zamku. Wystąpiła do konserwatora i projektanta, aby również nadać obiektowi cechy użytkowe – i uwzględniono to w projekcie. Ja również poparłem tę inicjatywę, bo uważam, że to kolejna doskonała atrakcja w gminie, która będzie przyciągać turystów. Prace polegały na konserwacji i utrzymaniu ruin zamku, częściowej rekonstrukcji wybranych elementów dawnej struktury oraz adaptacji części uzyskanych pomieszczeń. W zamku będzie funkcjonować gminne centrum kultury, biblioteka, centrum informacji turystycznej.

Ważną, tegoroczną inwestycją jest skwer spacerowy nad rzeką w Inowłodzu. Na osiedlu w Spale zbudowaliśmy sieć wodociągową. Natomiast z funduszu sołeckiego w Spale zamontowano urządzenia do ćwiczeń na świeżym powietrzu. Następną inwestycją, która została zrealizowana, była budowa drogi dojazdowej w Brzustowie – nowe 1300 metrów asfaltu.

Natomiast dużym problemem, którego nie udało się rozwiązać, jest jaz w Spale, który nigdy nie był remontowany. Planowałem jego odbudowę w 2013 r., ale procedura jest tak długa, że przełożyło się to na ten rok, a zaczynaliśmy podejście do tego tematu już w 2011 r. Dopiero na jesieni ubiegłego roku dostaliśmy pozwolenie na spuszczenie wody w stawie i dokonanie przeglądu tej budowli. Jaz jest w katastrofalnym stanie i musimy się jak najszybciej za niego zabrać.

Jednym z ważniejszych działań, narzuconych odgórnie, była ustawa śmieciowa. Jak gmina wybrnęła z tego zadania?

Realizację ustawy już skontrolowała Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska. Potwierdzeniem tego, że poradziliśmy sobie z tym zadaniem dość dobrze, jest pozytywna opinia inspekcji. Zanim wdrożyliśmy to w praktyce, mieszkańcy otrzymali od gminy pełną informację o zmianach w odbiorze odpadów. Ogłosiliśmy przetarg, który wygrała firma, jak na razie − w mojej ocenie − rzetelnie wykonująca swoje obowiązki. Mamy teraz pół roku na ocenę pod względem finansowym: czy pokrywają się nam koszty, czy będzie nam brakować środków. Ewentualnie będziemy szukać sposobów na usprawnienie tego systemu.

Jakie kluczowe zadania zaplanował pan na ten rok?

Zaplanowałem budowę ciągu spacerowego wzdłuż rzeki w Spale i utwardzenie placu, gdzie odbywają się masowe imprezy, następnie podejście do melioracji części terenów na osiedlu za Pilicą. Jest to potrzebna inwestycja, głównie ze względu na działalność bobrów, które wyrządzają nam duże szkody. Jednak o tym, co będzie realizowane, tak naprawdę zadecydują radni. Przedstawiłem im budżet – zgodnie z harmonogramem – i teraz czekam na sesję 30 stycznia, podczas której zaakceptują, bądź odrzucą, moje propozycje.

Ten rok jest również rokiem na podsumowanie kadencji. Gdyby za podsumowanie przyjąć skalę od jeden do dziesięciu, ile punktów przyznałby pan sobie za realizację własnego programu wyborczego?

Trudno siebie oceniać. To raczej należy do wyborców. Każdego roku otrzymywałem absolutorium, więc moje działania były oceniane pozytywnie. Najważniejsze, że gmina się rozwija w miarę możliwości. A potrzeby są ogromne. To nie sztuka też naobiecywać, że się dużo zrobi i nie spełnić tych obietnic.

Czuje pan już gorączkę przed wyborami samorządowymi − większą krytykę ze strony opozycji, podsumowania, wytykanie błędów?

Chyba jeszcze nie, aczkolwiek jak się czasami twierdzi, następna kampania wyborcza zaczyna się dzień po zakończeniu wyborów. Może już trwa, tylko ja jej nie zauważyłem. Trudno powiedzieć. Przede mną jeszcze dużo pracy do końca kadencji – i to jest moje największe zmartwienie. Zamierzam się dobrze wywiązywać ze swoich obowiązków. Bez ciśnienia i gorączki przedwyborczej.

Zamierza pan ponownie kandydować?

Przede mną jeszcze sesja absolutoryjna. Moja praca będzie podlegała ocenie i jak już powiedziałem – to szmat pracy. Przyjdzie czas na zastanowienie i podjęcie decyzji.

Inowłódz to gmina wiejska licząca niespełna 4 tysiące mieszkańców, położona we wschodniej części powiatu tomaszowskiego, przy drodze krajowej nr 48 w niedużej odległości od Warszawy, Łodzi i Kielc (po 80 kilometrów) oraz Radomia (60 kilometrów), Piotrkowa (40 kilometrów) i Bełchatowa (70 kilometrów). Na jej terenie jest dziesięć sołectw – poza Inowłodzem – także Spała, Brzustów, Dąbrowa, Konewka, Królowa Wola, Liciążna, Poświętne, Zakościele, Żądłowice. Miejscowość Teofilów nie ma statusu sołectwa.

środa, 22 styczeń 2014 00:15

KSAWERY: SPRAWDZIAN DLA RATOWNIKÓW I SAMORZĄDOWCÓW

Napisane przez

RAPORT „GMINY” PO KATAKLIZMIE

Wiejący z prędkością nawet do 150 kilometrów na godzinę orkan Ksawery, który dotarł do Polski 5 grudnia – a jego kulminacja miała miejsce w ciągu następnych dwóch dni, aż do wyciszenia 8 grudnia – postawił na nogi wszystkie służby ratownicze w kraju.

Łącznie do pracy skierowano 42 tysiące strażaków w całej Polsce. Zaangażowani byli również policjanci i ratownicy medyczni. Ciężki sprzęt wyjeżdżał 4 tysiące razy: 6 grudnia – 1747 razy, 7 grudnia – 1739 razy, i 8 grudnia – 795 razy. Rozmiary huraganu były tak duże, że do koordynacji działań włączyły się sztaby kryzysowe. Dla wielu z nich był to pierwszy taki sprawdzian.

Najsilniej obecność huraganu odczuli mieszkańcy województwa zachodniopomorskiego, śląskiego i łódzkiego, ale także województwa kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. Spokojniej było w województwie  mazowieckim, podlaskim i lubuskim, niemniej i w tych regionach huragan wyrządził szkody.

Na wodzie, lądzie i w powietrzu

Resort Infrastruktury i Rozwoju oszacował straty powstałe w wyniku huraganu na 55,6 mln złotych, w tym w gospodarce morskiej na 32,68 mln zł. W dniach od 5 do 7 grudnia wstrzymano rejsy do i ze Świnoujścia oraz do i z Gdyni.

Z kolei Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podliczyła szkody na 16,5 mln zł.

Budżet grupy PKP uszczuplił się o 4,9 mln zł. Na kolei doszło łącznie do 417 wypadków i awarii. Aż 1006 pociągów wyruszyło w trasę z opóźnieniem, 49 z nich odwołano, zaś 101 miało skrócone relacje. Kolejowe służby interwencyjne brały udział w 719 akcjach. Za skutki huraganu przewoźnik towarowy PKP Cargo będzie musiał zapłacić 2,3 mln zł. Zarządzająca torami spółka PKP PLK straty oszacowała na 1,5 mln zł.

Z kolei transport lotniczy stracił 565 tys. zł, z czego około 530 tysięcy to koszty portu lotniczego w Gdańsku. Nie bez zakłóceń pracowały lotniska w Szczecinie, Wrocławiu, Warszawie i Modlinie. W czasie Ksawerego odwołano 136 lotów, a 100 rejsów miało opóźnienia.

Bardzo trudne warunki panowały również na drogach. W województwie kujawsko-pomorskim tworzyły się korki ciągnące się na kilka – a nawet kilkanaście – kilometrów. Na autostradzie A1 w okolicach węzła w Kowalu i na drodze 91 zaspy sięgały ponad dwóch metrów. Konieczna była ewakuacja kierowców. Dzieci, które jechały na wycieczkę, noc spędziły w szkole w Strzelnie. Łącznie z samochodów ewakuowano 200 dzieci i 50 dorosłych. Kierowcom, którzy utknęli na drogach, dostarczano gorącą herbatę i posiłki.

W ciągu zaledwie czterech dni huragan spowodował śmierć pięciu osób, a pięćdziesiąt trzy zostały ranne. To najtragiczniejsze skutki Ksawerego. Poza tym huragan uszkodził również wiele obiektów, połamał setki drzew i konarów, a także pozrywał linie energetyczne i zniszczył stacje transformatorowe. W tym czasie pół miliona osób nie miało prądu nawet przez kilka dni.

W pełnej gotowości, ale spokojnie

W większości gmin pracowały i monitorowały sytuację sztaby kryzysowe. − W zasadzie orkan Ksawery nas nie dotknął – podsumowuje wójt gminy Inowłódz w województwie łódzkim, Zenon Chojnacki. – Czekaliśmy na rozwój wypadków, jednak u nas huragan pozostawił może kilka złamanych drzew i konarów. Mimo to byłem przez cały czas dyspozycyjny, z telefonem w ręku, a także mój zastępca z zespole do reagowania kryzysowego i kierownik Zakładu Usług Komunalnych. Dodatkowo gmina współpracowała z Powiatowym Centrum Zarządzania Kryzysowego. Pod telefonem był kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej i inspektor ds. drogownictwa.

Gminę Tolkmnicko w województwie warmińsko-mazurskim Ksawery w zasadzie obszedł bez większych szkód, mimo położenia nad Zalewem Wiślanym. Tylko w jednej miejscowości, Suchaczu, doszło do niebezpiecznego podniesienia stanu wody, jednak jak poinformował burmistrz Andrzej Lemanowicz, nie zdecydowano się na ogłoszenie stanu zagrożenia powodzią. – Rozwój sytuacji obserwowano z chwili na chwilę. Strażacy byli przygotowani do układania worków z piaskiem – podsumował huragan w Tolkmnicku burmistrz. Swoje działania w zasadzie mógł ograniczyć do „bycia pod telefonem”.

O wiele niebezpieczniej było w pobliskiej gminie Elbląg, gdzie taki alarm ogłoszono. Mieszkańcom zagrażała tzw. cofka, która wypychała wodę z zalewu do rzeki w mieście.

Wnioski z Ksawerego

W gminie Mirosławiec w województwie zachodniopomorskim nie odnotowano niebezpiecznych zdarzeń drogowych. Od świata została odcięta wieś Jadwiżyn, bo nie można było się z niej wydostać, ani do niej dojechać, natomiast nikt nie utknął samochodem w zaspie. Tu działania polegały na udrożnieniu dojazdu. Największym problemem okazał się brak prądu. Zadaniem sztabu kryzysowego było głównie informowanie mieszkańców o rozwoju sytuacji, a także przyjmowanie informacji zwrotnych o tym, co dzieje się w terenie. Z powodu braku prądu pojawiły się problemy z łącznością.

Z tej lekcji burmistrz Piotr Pawlik wyciągnął wnioski. Na ostatniej sesji Rady Miejskiej przedstawił listę niezbędnych inwestycji, by w przyszłości, w razie sytuacji kryzysowej, usprawnić pomoc. Według niego konieczna jest przebudowa hydroforni w Jabłonowie, aby była możliwość podłączenia do niej agregatu prądotwórczego. Poza tym trzeba zakupić opony zimowe dla jednostek OSP i samochód z napędem na obie osie dla strażników miejskich. Pawlik zwrócił też uwagę, że huragan potwierdził, iż zakup beczkowozu i radiotelefonu to były pożytecznie wydane przez gminę pieniądze. Z czasem, kiedy nie było prądu, powstały problemy z dostarczaniem wody, więc trzeba było ją dostarczać mieszkańcom gminy. Również nie do przecenienia okazał się radiotelefon, kiedy rozładowywały się komórki.

Samorządowcy raczej pozytywnie oceniają swoje działania w czasie huraganu Ksawery. Natomiast pojawiły się również negatywne opinie. Wiele do powiedzenia ma sołtys Barbara Ferenc z Nakielna w gminie Wałcz, w województwie zachodniopomorskim. To niewielka wieś nad jeziorem Bytyń, w otoczeniu lasów. W czasie huraganu miejscowość została odcięta od świata. Drogowcy przez trzy dni nie odśnieżyli drogi dojazdowej, na dodatek do mieszkańców nie docierały żadne informacje o tym, kiedy pogotowie energetyczne usunie awarię i przywróci dostawy prądu. Nie otrzymali też komunikatu, gdzie mogą szukać pomocy. Według opinii sołtys albo sztab kryzysowy w gminie w ogóle nie działał, albo był bardzo niesprawny. – Działy się rzeczy naprawdę różne, a nigdzie nie można się było dodzwonić – opisuje huraganowe dni sołtys.

Widoczność była tylko na wyciągnięcie ręki, nad głowami latały nie tylko gałęzie, ale i przedmioty. Silnemu wiatrowi towarzyszyły intensywne opady śniegu, nawet do 70 cm, i błyskawice, co się naprawdę rzadko zdarza. Śniegu napadało tyle, że nawet nie starczyło miejsca, by go przerzucić. Podczas największego nasilenia huraganu we wsi nie pojawił się żaden urzędnik z gminy zainteresowany sytuacją i tym, jak w tym czasie radzą sobie mieszkańcy. W końcu ludzie na własną rękę opanowali sytuację. − Stąd moje rozdrażnienie – podsumowuje sołtys. − I rada, by w przyszłości przynajmniej zadbać o informację, bo najgorsza jest niepewność.

Zapewne to nie jedyny taki przypadek w Polsce. Tymczasem jak zauważyły wówczas media, od poniedziałku – zaraz kiedy ustąpił Ksawery – ludzie ruszyli do sklepów po agregaty prądotwórcze, zapewne by w przyszłości, w podobnych sytuacjach zminimalizować zależność od sprawności samorządowców.

środa, 22 styczeń 2014 00:14

Z NOWĄ NAZWĄ W NOWY ROK

Napisane przez

Z początkiem tego roku w całej Polsce zmienionych lub zlikwidowanych zostało 115 nazw miejscowych. Zmiany najczęściej dotyczą spraw czysto administracyjnych, zdarza się jednak, że stanowią o żywotnym interesie społeczności. Szczególnie, gdy nazwa miejsca zamieszkania budzi kontrowersje wśród mieszkańców lub zwykłą wesołość wśród turystów.

W dzisiejszym Głogowie na Dolnym Śląsku na Ostrowie Tumskim niedaleko wodociągów istniała kiedyś wieś Obora. Pochodzenie nazwy wiązało się z istniejącym tu w przeszłości folwarkiem, w którym hodowano krowy. Nazwa wioski w różnej formie funkcjonowała od średniowiecza. Najwidoczniej nie podobała się jednak mieszkańcom, bo od tego roku została oficjalnie zlikwidowana. Nawet jeżeli u podstaw tej decyzji nie leżał tylko dyskomfort zamieszkujących tę cześć miasta ludzi, to i tak zapewne wielu z nich odetchnęło z ulgą. Bo kto chciałby mieszkać w Oborze?

W województwie zachodniopomorskim w ubiegłym roku miała miejsce sytuacja zgoła odmienna. Wójt Darłowa Franciszek Kupracz wystąpił z inicjatywą, by nazwę Zielnowo zmienić na Lepperowo. Bo Zielnowo to licząca około 70 mieszkańców wieś, w której mieszkał założyciel Samoobrony. – W końcu dzięki Lepperowi ta mała miejscowość zaistniała w naszej rzeczywistości – tłumaczył w sierpniu ubiegłego roku na antenie telewizji TVN24. Inicjatywa spotkała się jednak z ostrym sprzeciwem samych mieszkańców. – To absurdalny pomysł. Nie wiem, skąd wójtowi to przyszło do głowy – skwitowała w rozmowie z dziennikarzami stacji Justyna Osses, sołtys Zielnowa. Ostatecznie Zielnowo pozostało Zielnowem. – Nazwa nie została zmieniona i wszystko zostało po staremu. Propozycja zmiany na Lepperowo wyszła od wójta, ale on nie chciał nikomu narzucać swojej woli – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA zastępca wójta Radosław Głażewski.

Jak Lalki zostały Pupami

Choć do zmiany nazw dochodzi każdego roku, wiele z nich trwale weszło do historii – w charakterze lokalnych anegdot. Najsłynniejszą chyba batalię o zmianę nazwy swojej miejscowości stoczyli mieszkańcy jednej z mazurskich wiosek. Osada przed wojną znajdowała się w Niemczech i nosiła nazwę Puppen, co w języku Goethego oznacza „lalki” – które w mazurskiej gwarze nazywają się Pupy. Najwyraźniej Mazurzy nie mieli żadnych złych skojarzeń, dobrze pamiętając niemiecki „teatralny” źródłosłów nazwy. Powojenni eksperci od wyszukiwania polskich akcentów na Ziemiach Odzyskanych bez trudu zaaprobowali więc wersję mazurską – przez propagandę nazywaną prapolską. Puppen zostało urzędowo ochrzczone mianem Pupy.

Nazwa zaczęła jednak doskwierać nowym powojennym osadnikom, nieznającym gwary Mazurów – szczególnie, gdy publicznie musieli zdradzić miejsce zamieszkania. Niezadowolenie z roku na rok rosło. Na pomoc mieszkańcom Pup przyszedł w końcu reżyser Aleksander Ford. Pod koniec lat 50. zaczęły się prace nad filmem „Krzyżacy”. Szansą dla pupczan (pupian?) stał się rycerz Jurand ze Spychowa. Sienkiewiczowski bohater podsunął urzędnikom pomysł nowej nazwy – w 1959 r. wieś oficjalnie została Spychowem. W okolicy podobny, a być może nawet większy, problem z nazwami swoich osad mieli mieszkańcy dwóch innych wsi: stare mazurskie Kurwik i Kurwie musiały zastąpić Kierwik i Karwica Mazurska.

Śmieją się tylko turyści

Wywołująca uśmieszki, a nawet drwiny, nazwa miejsca zamieszkania to problem aktualny do dziś, bo co ma odpowiedzieć mieszkaniec Białegokału w powiecie rawickim w Wielkopolsce, gdy ktoś zapyta go skąd pochodzi? Dziś i tak tamtejsi mieszkańcy nie mają najgorzej, bo do 1999 roku mieszkali w Białym Kale. Problem wciąż może doskwierać mieszkańcom Suchych Cipek w okolicach podhalańskiego Poronina. Kompromitującej nazwy próbowano się pozbyć w 2009 roku drogą administracyjną. Nie udało się do dziś, bo wciąż są ważniejsze wydatki i na zmianę nazwy brakuje środków w gminnej kasie. Ale jak mówi w rozmowie z  Magazynem Samorządowym GMINA sekretarz gminy Poronin, Katarzyna Krzyściak, problem jest wydumany. – Ta nazwa tak naprawdę nikomu nie przeszkadza, bo nie figuruje w żadnych dokumentach. Nikt oficjalnie nie jest tam zameldowany, a nazwa, choć może i śmieszna, funkcjonuje tylko wśród lokalnej społeczności – tłumaczy.

Suche-Cipki to jedna z wielu nazw miejscowości w Polsce, która bawi przyjezdnych ze względu na skojarzenia, czasem podszyte wulgaryzmem. Takie nazwy wywołują najwięcej emocji i komentarzy, nic więc dziwnego, że turyści dla żartu bardzo często fotografują się na tle tablic z nazwami takich wsi, jak: Całowanie, Zadki, Pieścidła, Cyców, Górne Wymiary, Moszna, Podsutki, Przytulanka, Pupkowizna, Roskosz (dawniej Rozkosz), Rozkoszówka, Zazdrość, czy Zdrada. Jak to jest urodzić się w miejscu, którego nazwa budzi powszechną wesołość najlepiej wie Tomasz Murawski, mieszkaniec wsi Moszna w gminie Brwinów na Mazowszu. – Nie wstydzę się tego gdzie mieszkam. Mówię wprost: we wsi Moszna. Sam często mówię o tym, bo to świetna anegdota. Ludzie po prostu się śmieją i nie zdarzyło mi się, aby ktoś szydził z tego powodu – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA.

Na baczności powinni mieć się jednak kierowcy, przejeżdżający przez jedną z wsi w gminie Ryki, w województwie lubelskim. Tabliczka z nazwą znajduje się tuż przed zakrętem, a informuje o tym, że wjeżdża się do miejscowości Oszczywilk. Osobliwa nazwa może stać się przyczyną niezachowania przez prowadzących samochód szczególnej ostrożności. W urzędzie gminy, w nazwie wioski nikt jednak nie widzi nic śmiesznego. Nikt tam też nie słyszał, aby ktoś chciał tę nazwę zmieniać…

Bardzo drogi koniec świata

Nad zmianą nazwy jednego z przysiółków zastanawiali się natomiast mieszkańcy Głuszyny pod Ostrzeszowem, w województwie wielkopolskim. Bo w Głuszynie jest Koniec Świata. Nazwa przysiółka dała się we znaki mieszkańcom szczególnie w grudniu 2012 r., gdy cały świat żył wizją apokalipsy. – Musieliśmy na koniec świata nowe tabliczki przywiesić, bo ciągle kradną – mówił wtedy, w rozmowie z lokalnymi mediami Józef Adamus, sołtys Głuszyny. – Ciągle ktoś drogowskazy zdejmuje. Na drodze tablicę kazałem przyspawać, żeby nie zginęła. Bo każdy chce mieć pamiątkę z Końca Świata, a to kosztuje – narzekał.

Urzędowe zmiany nazw są efektem wniosków rad gmin, przekazanych za pośrednictwem wojewodów do ministra administracji, który wprowadza je w formie rozporządzenia. Najczęściej mają charakter porządkujący, ale zdarza się, że są efektem wniosków samych mieszkańców.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:55

SAMORZĄDY IDĄ W ŚWIAT

Napisane przez

Zdaniem większości samorządów, współpraca z partnerem zagranicznym podejmowana jest dla korzyści, jakie z niej mogą mieć mieszkańcy oraz z powodów promocyjnych. Najczęściej jest to współpraca partnerska z zagranicznym miastem, gminą czy regionem – potwierdzona pisemną umową o współpracy w wybranych dziedzinach życia społecznego, gospodarczego i kulturalnego.

Polskie samorządy najczęściej i najchętniej współpracują z Niemcami. Na drugim miejscu jest Ukraina. Potem są: Francja, Litwa, Węgry, Słowacja, Czechy, Rosja, Białoruś. Partnerów szuka się też w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Holandii, Belgii, Hiszpanii oraz Rumunii.

Praktyczne wymiary partnerstwa

Inspirujące współpracę międzynarodową kontakty i inicjatywy samorządów lokalnych i organizacji społecznych są formą obywatelskiej dyplomacji w zakresie polityki zagranicznej. Najważniejsze jednak jest to, że bezpośrednie kontakty ludzi z różnych krajów budują porozumienie i, wcale nierzadko, są okazją do zawiązania wieloletnich przyjaźni.

– W 1990 roku do ówczesnego burmistrza Płotów przyjechał wysłannik burmistrza Niebűll – wspomina Franciszek Gródecki z Urzędu Miasta Płoty. – Był to Karl H. Spaude, rodowity mieszkaniec dawnych Płotów (Plathe), w latach 1990-1992 członek Zarządu Miasta Niebűll. Wkrótce z wizytą przyjechała oficjalna delegacja, którą bacznie obserwowali funkcjonariusze SB. Podpisanie oficjalnego dokumentu odbyło się dopiero siedem lat później. Od 1997 r. do dziś gmina Płoty (zachodniopomorskie) i niemiecka gmina Niebűll (Szlezwik-Holsztyn) współpracują w kilku dziedzinach: samorządowej, kulturalnej, oświatowej, sportowej.

Organizowane są letnie obozy młodzieżowe, występy zespołów artystycznych (Młodzieżowa Orkiestra Dęta koncertuje w Niebűll, a w Płotach – zespół niemieckich akordeonistów), zawody sportowe (KS „Rotweis”, „Polonia” i „Mokasyn” biorą udział w biegach ulicznych i turniejach piłkarskich). Polscy nauczyciele uczestniczyli w kilku miesięcznych kursach językowych w Niebűll. Polscy i niemieccy wędkarze wspólnie łowią ryby na Bałtyku i na Redze. Współpracują też jednostki strażackie, rolnicy i przedsiębiorcy.

Od 2007 r. Miasto i Gmina Płoty współpracuje ze Lwowem w zakresie ochrony przeciwpożarowej i samorządowej. Podpisano porozumienia z Komendantem Wojewódzkim Straży Pożarnych Miasta Lwowa, Prezesem Zarządu Wojewódzkiego Ochotniczych Straży Pożarnych we Lwowie oraz Starostą Łyczakowskim. Delegacje ze Lwowa uczestniczyły w kilku zawodach sportowo-pożarniczych oraz w uroczystościach z okazji Dnia Strażaka na szczeblu gminy i powiatu gryfickiego. Udało się też zorganizować wakacje w Płotach dla grupy czterdziestu dzieci z rodzin strażaków ze Lwowa.

Franciszek Gródecki przyznaje, że koszty współpracy z miastami partnerskimi pokrywane są częściowo z budżetu samorządu, straży pożarnych, klubów sportowych. W przypadku współpracy z Ukrainą część kosztów wyjazdu ponoszą uczestnicy delegacji.

Pierwsze porozumienie partnerskie Białystok podpisał w 1992 r. z holenderskim Eindhoven i ta współpraca trwa do dziś. Następne porozumienia partnerskie Białystok podpisał z: Kaliningradem i Pskowem (Rosja), Kownem (Litwa), Grodnem (Białoruś), Jełgawą (Łotwa), z amerykańskim Hrabstwem Milwaukee i Dystryktem Dijon we Francji. Współpraca stolicy Podlasia z partnerami zagranicznymi to głównie organizacja misji i spotkań o tematyce gospodarczej, wymiana kulturalna, oświatowa i sportowa. Ważna też jest wymiana doświadczeń z zakresu m. in. funkcjonowania samorządu, wykorzystania nowych technologii w inwestycjach samorządowych, pozyskiwanie inwestorów.

We wrześniu 2013 r. na terenie Wielkopolski realizowany był projekt „20 lat współpracy samorządów z Wielkopolski i Bretanii”, przygotowany z inicjatywy Wielkopolskiego Ośrodka Kształcenia i Studiów Samorządowych oraz Stowarzyszenia Bretagne Pologne. Jego kluczowymi uczestnikami byli przedstawiciele jedenastu wielkopolsko-bretońskich partnerstw gminnych, współpracujących ze sobą od ponad dwudziestu lat. Celem projektu było zacieśnienie dotychczasowej współpracy i nakreślenie nowych obszarów współdziałania w przyszłości. To przedsięwzięcie było kontynuacją projektu „20-lecie konstruktywnego partnerstwa pomiędzy Bretanią a Polska, doświadczenia i nadzieje” zrealizowanego w lipcu 2012 we Francji.

Co wynika z raportu ISP

Raport Instytutu Spraw Publicznych powstał w 2012 r. w ramach projektu „Rola samorządów w polityce zagranicznej RP” realizowanego przez Związek Miast Polskich we współpracy z ISP, a wspartego finansowo przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Z raportu, opracowanego na podstawie ankiet, wynika, że tylko jedna czwarta samorządów nie podjęła jeszcze współpracy zagranicznej. Przyczyną tego jest brak środków finansowych, kompetencji językowych i czasu.

Trzy czwarte samorządów deklarujących współpracę zagraniczną nie ma programu rozwoju tej współpracy. Prawie połowa samorządów – jako formy działań promocyjnych – wymienia udział w targach międzynarodowych, znacznie mniejsza grupa – udział w konkursach i kampanie promocyjne adresowane do zagranicznego odbiorcy.

Współpracę na poziomie międzynarodowym samorządy finansują z kilku źródeł. Przede wszystkim są to środki własne, potem – fundusze unijne
i międzynarodowe, budżet zagranicznego partnera, fundusze krajowe i środki od prywatnych sponsorów.

Prawie 80 proc. ankietowanych za główne utrudnienie we współpracy międzynarodowej uważa brak odpowiednich środków finansowych na jej prowadzenie. W dalszej kolejności są: brak czasu z powodu obciążenia pracowników, niewystarczające kompetencje – np. brak znajomości języków obcych, brak zainteresowania ze strony partnera oraz utrudnienia organizacyjno-administracyjne, wynikające z polskiego prawa i nakładane przez jednostki administracyjne wyższego rzędu. Demobilizujący do większego zaangażowania jest też brak widocznych rezultatów współpracy z zagranicznym partnerem.

Kierunek: Ukraina

Z inicjatywy Instytutu Rozwoju Regionalnego w Szczecinie w 2009 r. na Zamku Książąt Pomorskich zostało podpisanych dziewiętnaście listów intencyjnych, dotyczących współpracy samorządów zachodniopomorskich z samorządami środkowej Ukrainy. W 2010 r. listy intencyjne z samorządami Autonomicznej Republiki Krymu podpisało siedem samorządów z województw zachodniopomorskiego i pomorskiego.

Konwent Współpracy Samorządowej Polska-Ukraina, który swoją siedzibę ma w Szczecinie, aktualnie przygotowuje misję gospodarczą polskich przedsiębiorców na Ukrainę. Spotkają się tam z przedsiębiorcami rekomendowanymi przez ukraińskie samorządy, współpracujące z samorządami polskimi.

We wrześniu 2012 roku zrealizowany został projekt „Polsko-ukraińska wymiana młodzieży – dobre praktyki na rzecz demokracji w środowisku lokalnym”, dofinansowany przez MEN. Ukraińscy uczestnicy podczas tygodniowego pobytu w Polsce przez dwa dni szkoleń w Świdwinie i Szczecinie poznali działalność Młodzieżowych Rad Miasta, działalność organizacji pozarządowych oraz ideę i praktyki wolontariatu. Przez następne pięć dni uczestniczyli w wizytach studyjnych, podczas których poznali działalność Rad Młodzieżowych, organizacji pozarządowych i wolonariatu.

Zebranie założycielskie Konwentu odbyło się w 2010 r. Z perspektywy trzech lat działalności dyrektor Biura Konwentu i dyrektor Instytutu Rozwoju Regionalnego (inicjator powołania Konwentu), dr inż. Zbigniew Zychowicz podkreśla, że ukraińscy samorządowcy bardzo chętnie korzystają z polskich doświadczeń. Polskie rozwiązania dotyczące funkcjonowania gminy i powiatu najchętniej przyjęliby bez zmian. Podoba im się sposób finansowania gminy, niezależność w podejmowaniu decyzji, rozwiązania prawne.

– Samorządy polskich gmin chcą pomagać samorządowcom ukraińskim nie tylko z tego powodu, że mają z nimi podpisane umowy o partnerskiej współpracy, ale przede wszystkim dlatego, że przed laty same doświadczyły pomocy od samorządów niemieckich, szwedzkich, francuskich, holenderskich
i wielu innych – mówi Zbigniew Zychowicz. – Dla nas jest to naturalne przekazywanie naszych polskich doświadczeń z okresu przedakcesyjnego do Unii Europejskiej. Dlatego nas i współpracujących z nami ukraińskich samorządowców zasmuciło to, że Ukraina nie podpisała umowy przedakcesyjnej. Nie tracimy jednak nadziei, że to nastąpi.

Celem programowym Konwentu WP-U jest powołanie Polsko-Ukraińskiej Współpracy Młodzieży na wzór Polsko-Niemieckiej Współpracy Młodzieży, która umożliwiła zorganizowanie ok. 50 tysięcy różnego rodzaju przedsięwzięć, z których skorzystało ponad 2 mln uczestników z Polski i Niemiec.

– Po spotkaniach z wicemarszałkiem Sejmu RP, Przewodniczącym Delegacji Parlamentarnej do Zgromadzenia Parlamentarnego RP i Ukrainy, Cezarym Grabarczykiem (październik 2013) i w Ministerstwie Administracji
i Cyfryzacji (listopad 2013) okazuje się, że wszyscy projekt popierają, ale Konwent w tej akurat sprawie nie otrzymuje konkretnego wsparcia – stwierdza Zbigniew Zychowicz.

Czasem trudno, ale warto

Polskie samorządy współpracują także z Chinami (kilkadziesiąt partnerstw) i krajami egzotycznymi, jak: Uzbekistan, Afganistan, Irak, Jordania, Kuwejt, Kirgistan czy Zjednoczone Emiraty Arabskie (partnerstwa pojedyncze).

Z doświadczenia i obserwacji wiem, że każdy wyjazd delegacji samorządowej do tych krajów wzbudza ogromne emocje na łamach lokalnej prasy, nie brakuje bowiem wyliczanek, ile taki wyjazd kosztował, po co ten wydatek, i dlaczego taki, a nie inny skład osobowy delegacji.

W zdecydowanej większości partnerami polskich samorządów są kraje europejskie. Są samorządy, które mają kilka czy kilkanaście partnerstw, ale też i takie, które współpracują z jednym albo z żadnym. Na pewno zasadą jest dla nich pewnik: „mierz siły na zamiary”. Współpraca z samorządem zagranicznym to na pewno konieczność odpowiedzenia sobie na pytania: po co i dlaczego? Jakie mamy środki? Trzeba to wiedzieć, jeśli współpraca ma być autentyczna, a nie pozostać tylko zadeklarowaną chęcią potwierdzoną podpisem.

Czasem się nie udaje, bo nie zawsze wszystko zależy od samorządu, partner też czasem może zawieść. Jak w życiu. Warto jednak poznawać innych i wymieniać doświadczenia w każdej dziedzinie. Samorządowej zwłaszcza, bo właśnie ta ma wpływ na jakość życia mieszkańców.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY