Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

Grudzień 2013

Grudzień 2013 (12)

poniedziałek, 30 grudzień 2013 01:15

ANIOŁ DLA KAŻDEGO

Napisane przez

Pani Agnieszka Małaszko od trzech lat pracuje w „Galerii Pod Aniołami”, gdzie sprzedaje obrazy, rzeźby, biżuterię oraz rękodzieło. Motywem przewodnim wielu z tych dzieł są anioły: malowane, rzeźbione w drewnie, ceramiczne, a nawet wykonane z liści kukurydzianych. Niektóre o błogim wyrazie twarzy, inne szelmowsko uśmiechnięte, bądź nieco melancholijne. Trafiają w najróżniejsze gusta, choć sama Agnieszka przyznaje, że najbliższe jej estetyce są anioły przez wielu uważane za nieurodziwe.

Ile anielskich postaci przewinęło się przez galerię? Tego Agnieszka nie potrafi dokładnie określić. Wszystkich aniołów oczywiście nie pamięta, ale utkwiło jej kilka szczególnych, w tym pierwszy – taki anioł-dzwoneczek na choinkę. Anielskie grono było na tyle liczne, że stało się inspiracją dla nazwy nowo otwieranej galerii.

W domu aniołom nie sprzyja szczęście

W domu Agnieszka nie ma zbyt wielu aniołów, ponieważ… odpadają im skrzydła.

– Moja rodzina jest bardzo energiczna, w domu panuje gwar, przewija się dużo gości. Anioły nie mają tu lekkiego życia – wyjaśnia. – W czasie zabaw z dziećmi figurki czasem tracą skrzydła lub głowy. Szczęśliwie zachował się jeden aniołek szklany – prezent od przyjaciółki. Jako jedyny przetrwał bez uszczerbku.

Pierwsze anioły, które zapadły w pamięć naszej gospodyni, wykonała Dorota Kurzyna – jedna z artystek, z którą Agnieszka podjęła współpracę. – One są naprawdę cudowne i najbardziej przypadły mi do gustu. Kurzyna jest bardzo zdolną artystką. Potrafi w ceramice pokazać twarze, co naprawdę nie jest prostą sztuką.

Galeria otwiera swoje podwoje

− Kilka lat temu zajmowałam się robieniem biżuterii i sprzedawałam ją w Internecie – wspomina Agnieszka. – Jednak z czasem chciałam stworzyć miejsce, gdzie mogłabym ją nie tylko robić i sprzedawać, ale i przyciągnąć osoby, które zajmują się podobnymi rzeczami. Miejsce, gdzie artyści mogliby zaprezentować swoje prace, miejsce z klimatem, z duszą.

Decyzja zapadła, Agnieszka postanowiła otworzyć galerię.Znalazła idealne miejsce w urokliwej, przedwojennej kamienicy. Pomieszczenia wymagały gruntownego remontu i znacznych nakładów finansowych.

– Nie chciałam otworzyć kolejnego sklepu. Zależało mi na stworzeniu miejsca, które pozwoliłoby zatrzymać się w codziennym biegu. Chcę, by osoby odwiedzające galerię czuły się swobodnie, mogły bez skrępowania oglądać wystawione w niej dzieła. Staram się poznać moich klientów. Dowiedzieć się, jakie są ich oczekiwania. Znam doskonale prace wystawione w galerii, bardzo chętnie odpowiadam na pytania moich gości. Galeria to strefa wolna od nerwów i stresu. Nawiązałam w niej wiele znajomości, niektóre z czasem przerodziły się w przyjaźnie – mówi Agnieszka. – Galeria ma nie tylko prezentować rękodzieło. Jest to również miejsce, gdzie można się czegoś nauczyć przy okazji różnych warsztatów, które organizuję. Z czasem asortyment powiększył się też o materiały plastyczne, bo takie jest zapotrzebowanie. Ludzie coraz częściej mają potrzebę robienia czegoś własnoręcznie, tworzenia rzeczy pięknych. Niektórym sprawia to większą satysfakcję, niż kupno gotowego dzieła – dodaje.

Otwarcie galerii było opisane w lokalnej prasie. To była skuteczna promocja tego miejsca.

− Twórcy, którzy dziś na stałe współpracują z galerią, sami zaczęli jej szukać, chcąc zaprezentować swoje prace szerszemu gronu odbiorców. Sama również poszukuję nowych rękodzieł, jeżdżąc na okoliczne jarmarki, kiermasze i festiwale. Zależy mi, by najciekawsze prace znalazły się na naszej wystawie, zatem staram się przyciągnąć interesujących artystów – opowiada Agnieszka.

– Bardzo lubię dzieła Marcina Paproty i Katarzyny Aftyki. Poza tym w galerii można zobaczyć prace Danuty Gajewskiej, Basi Klimaszewskej, Agnieszki Urbaniak, Bartłomieja Baranowskiego i wielu innych. Ich twórczość, to jest coś, co trafia w mój gust. Na razie nie mają znanych nazwisk, ale według mnie, jest to tylko kwestia czasu.

– Na wernisażach bywam rzadko – kwituje. – Przyznam, że nie przepadam. Bardziej jest to spotkanie towarzyskie, niż kontemplowanie sztuki. Ktoś z zewnątrz może poczuć się skrępowany. Wolę swobodniejszą atmosferę, jaką gwarantują otwarte imprezy, jak wspomniane już przeze mnie jarmarki.

Każdy anioł jest inny

W galerii mieszka jeden anioł, który zdaniem Agnieszki jest wyjątkowy. To anioł z parasolką, Anioł na Niepogodę, dzieło Doroty Kurzyny. Na razie wystawiony jest do sprzedaży, ale właścicielce galerii szczególnie zależy, by trafił w dobre ręce. – To jest mój anioł, bo ja w ogóle nie odczuwam czegoś takiego, jak niepogoda w życiu. Nawet, gdy zdarzy mi się gorszy dzień, to znajdę w nim coś, co było pozytywne. Mam nadzieję, że znajdzie dobry dom i przyniesie wiele radości nowemu właścicielowi.

Wspaniałe anioły pochodzą ze studia rzeźby i ceramiki unikatowej „Cela 37” w Lublinie. Agnieszka trafiła na nie, przeglądając strony internetowe. – Są takie barokowe i trochę smutne – opisuje. – Każdy jest inny, nie ma dwóch takich samych egzemplarzy, co bardzo sobie cenię. Uważam, że klienci również lubią nabywać rzeczy unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Nie są to seryjne produkty, idealnie gładkie i lśniące. Noszą na sobie odcisk dłoni swoich twórców, a czasem zdaje mi się, że przez ten dotyk artysta oddaje fragment siebie. Ich niedoskonałość jest tym, co nadaje aniołom indywidualny charakter.

W historii galerii zdarzył się też epizod z aniołem gigantem. Do pani Agnieszki zgłosił się łodzianin z ofertą sprzedaży rekordzisty wśród aniołów, o niebagatelnej wysokości trzech metrów. Po prostu nie da się obok takiej postaci przejść obojętnie. Ten anioł miał być wizytówką galerii i zachęcać do jej odwiedzenia. Niestety, był wykonany z tworzywa sztucznego i nie pasował do reszty anielskiej gromadki.

To nie tylko ładny przedmiot

Anioły to powszechnie budzące sympatię postacie. – Prawdziwa moda na anioły zaczęła się rok czy dwa lata temu. Wiele osób zbiera postacie aniołów. Są najlepszym prezentem, by wyrazić dobre intencje. Nie jest to również podarunek, który zbyt mocno zobowiązuje. Pani Agnieszka sama obdarowuje ludzi aniołami, najczęściej takimi, które są jej dziełem. Anioły, które otrzymała w prezencie, może zliczyć na palcach jednej ręki: od mamy, od teściowej, od przyjaciół, w tym Kamili Pajurek, właścicielki „Lawendowego Ogrodu”. Były to dwa anioły przytulone do siebie, namalowane na drewnie. Podarowuje się je, by wyrazić szczególną wdzięczność, ale także, by czuwały nad osobą obdarowaną. Czasami daje się je z miłości, czasami w dowód przyjaźni, bądź tak po prostu, bez okazji. Anioły równie często daje się dzieciom: kiedy się rodzą, przy chrzcie, pierwszej komunii. Tak na szczęście, bo anioły przynoszą szczęście.

Anioły można zrobić ze wszystkiego

− Tu wyobraźnia nie zna granic – zapewnia Agnieszka. Anioły mogą być namalowane, bądź wyrzeźbione w drewnie. Z tych drugich szczególnie ceni sobie prace lokalnego rzeźbiarza Ryszarda Wysockiego. Mogą być witrażowe: w technice Tiffany’ego lub ze szkła fusingowego. Anioły ceramiczne, ręcznie lepione lub z gotowych odlewów. Można też zrobić je na szydełku, uszyć z materiału albo wydziergać na drutach.

Najoryginalniejsze z tych, które pojawiły się w galerii, są z liści kukurydzianych. – Te anioły mają takie różne przebarwienia. Początkowo sądziłam, że to efekt celowego farbowania, a to są naturalne kolory liści.

Anielskie święta

− Największe zapotrzebowanie na anioły pojawia się przed świętami Bożego Narodzenia – mówi właścicielka galerii. – A ja, paradoksalnie, już zastanawiam się, czy właśnie z powodu galerii znajdę czas, by wszystko przygotować.Na pewno będzie świeża choinka. Znajdą się na niej bombki, które zachowały się jeszcze od czasów mojej prababci, babci i mamy. Zbierane przez trzy pokolenia − rodzinny skarb. Na pewno dołożę trochę nowych bombek przyniesionych z galerii, bo też każdego roku w ozdobach są straty. Kiedyś sama wypiekałam pierniki. Teraz dostaję od sąsiadki, która mieszka w sąsiedztwie galerii. Są wyśmienite. Na choince wieszam orzechy, jabłka i cukierki dla dzieci. Oczywiście, nie może na niej zabraknąć aniołów. Taka choinka z aniołami jest dla mnie obietnicą prawdziwie anielskich świąt.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 01:14

NIE ZAMYKAM SIĘ PRZED MIESZKAŃCAMI W GABINECIE

Napisane przez

Rozmowa z Jackiem Gurszem, burmistrzem Chodzieży w województwie wielkopolskim

ANNA CEBULA: Jakie były pana pierwsze zadania, kiedy siedem lat temu został Pan burmistrzem Chodzieży?

Przede wszystkim, zaczynałem od uporządkowania stanu finansów miasta i dokończenia rozproszonych inwestycji. Zorganizowałem też współpracę z jednostkami samorządowymi, ale też skontrolowałem, jak funkcjonują. Jednak najpilniejszym zadaniem było zorganizowanie wysypiska, na które mogłyby trafiać odpady z Chodzieży. Miałem na to miesiąc czasu. To była wówczas jedna ze spraw priorytetowych.

Jak siedem lat temu wyglądała Chodzież?

Kiedy rozpoczynałem urzędowanie było to trochę senne miasto. Między ówczesną władzą, a mieszkańcami istniała przepaść, polegająca bardziej na stosowaniu socjotechniki, czyli niepotrzebnym opowiadaniu niż prowadzeniu konkretnych działań. Mieszkańcom dużo obiecywano, znacznie mniej zaś z tych słów dotrzymywano.

Poza tym inwestorzy nie mogli liczyć na przychylność ratusza – z tego, między innymi, powodu postanowiłem kandydować na burmistrza. Na pewno zmian wymagał niekorzystny zarówno dla mieszkańców, jak i inwestorów, plan zagospodarowania przestrzennego. Ogromnym problemem było zadłużenie miasta. Do 2006 roku Chodzież nie mogła również poszczycić się ani jedną złotówką pozyskaną ze środków unijnych. Obecnie pod tym względem jesteśmy w czołówce już nie tylko Wielkopolski, ale całego kraju. Według rankingu „Rzeczpospolitej” z 2011 roku – na ósmym miejscu.

Jakich modernizacji i inwestycji wówczas wymagała Chodzież?

Przede wszystkim, musiała powstać infrastruktura drogowa na miejskich osiedlach. Ich mieszkańcy wciąż poruszali się po drogach polnych. W fatalnym stanie znajdowała się baza oświatowa. Zastałem rozsypujące się szkoły i przedszkola. Łącznie jest w mieście siedem placówek oświatowych – trzy szkoły i cztery przedszkola. Wiele inwestycji przeprowadzono na polu ochrony środowiska i gospodarki wodno-ściekowej.

Udało się panu spełnić oczekiwania, o których pan wówczas myślał?

Budżet miejski zasiliły pieniądze zewnętrzne, m.in. na budowę dróg czy doprowadzenie bazy oświatowej do lepszego stanu. Na pewno ważnym zadaniem była rewitalizacja terenu nad Jeziorem Miejskim, z którego teraz chętniej korzystają nie tylko mieszkańcy, ale i coraz liczniejsi turyści. Jest to doskonałe miejsce do rekreacji i uprawiania sportów. Obecnie w mieście realizowany jest duży projekt związany z gospodarką wodno-kanalizacyjną. Poza tym rozpoczęliśmy także promocję Chodzieży, by przyciągnąć turystów i inwestorów. Reasumując, w ciągu siedmiu lat udało się dużo zrobić, ale to i tak przysłowiowa kropla w morzu potrzeb.

Jak się Panu współpracuje z marszałkiem województwa i starostą?

Jeśli chodzi o te organy, powiedziałbym, że współpraca przebiega bardzo dobrze. Potrafimy rozwiązywać wspólnie wiele problemów i inwestować. Jest dobrze.

Modelowo…?

Nie wiem, czy modelowo, bo chyba dobrego modelu nie ma.

A jak radzi pan sobie z radą miejską?

Zacznijmy od tego, że mam w radzie większość ze swojego komitetu wyborczego, co nie jest równoznaczne z tym, że stosujemy zasadę głosowania klubowego. Ja cenię w radnych to, że czasami mają odmienne zdanie – i inne od mojego spojrzenie na wiele spraw. Często korzystam z ich podpowiedzi i rad. Jednak niewątpliwie większość w radzie pozwala spokojniej i racjonalniej gospodarować w mieście.

Czy spotyka się pan z mieszkańcami, rozmawia z nimi? Jakie mają szanse by do pana dotrzeć, powiedzieć o problemach, załatwić sprawę?

Nie zamykam się w gabinecie. Uczestniczę w dziewięćdziesięciu procentach spotkań, na które jestem zapraszany przez organizacje i stowarzyszenia. Nie unikam rozmów na ulicach, co więcej, od lat praktykuję wieczorne spacery po mieście, czasami z kijkami, czasami bez. Potrafię w ciągu miesiąca przejść około stu kilometrów, doglądając, co się w mieście dzieje. Podczas tych spacerów rozmawiam z mieszkańcami. Myślę, że jestem kontaktowym człowiekiem – i tak jak powiedziałem, nie zamykam się w gabinecie. Urzędowo na spotkanie z interesantami wyznaczony jest poniedziałek, między godziną dziewiątą a dwunastą, ale to nie jest sztywny grafik, więc jeśli nie jestem zajęty, to zapraszam do siebie do gabinetu. Jeśli są tylko jakieś możliwości spotkania, to z nich korzystam.

Czy w czasie minionych siedmiu lat pojawiły się problemy, które konsultował pan z mieszkańcami?

Zazwyczaj w czasie takich spotkań, o których wcześniej mówiłem, często pojawiają się jakieś sugestie i podpowiedzi co do spraw, których z perspektywy ratusza nie widać. Wiele inwestycji jest zainspirowanych oczekiwaniami czy potrzebami, przy czym trzeba mieć świadomość, że nie jesteśmy w stanie zrealizować wszystkiego. Moją dewizą jest mówienie, że z jednej strony wszystko musimy robić etapami i racjonalnie planować zadania, a z drugiej strony tłumaczę, że gospodarowanie finansami miasta niczym nie odbiega od gospodarowania budżetem domowym czy firmowym. I że mogę wydać tylko tyle, ile jest w kasie. Często tłumaczę, co może jest śmieszne, że nie mam pod stołem maszynki do robienia pieniędzy, które pokryłyby wszystkie inwestycje potrzebne w mieście.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że Chodzież jest pana miejscem na ziemi. Czy zatem, pana zdaniem, miasto jest dobrym miejscem do zamieszkania, z perspektywami dla młodych ludzi, przyjaznym dla osób starszych, które tu będą żyć już na emeryturze, z dobrym dostępem np. do opieki zdrowotnej, z idealnymi warunkami środowiska?

Niewątpliwie, jest to dobre miejsce do zamieszkania pod tym względem, że oferuje niesamowite warunki do spokojnego życia. Jest to taki zielony zakątek Wielkopolski – tak nazywamy Chodzież i okolice. Natomiast struktura zabudowy i położenie miasta między trzema jeziorami powoduje, że mamy ograniczone możliwości na nowe, spektakularne inwestycje. A co za tym idzie, tworzenie dużej ilości nowych miejsc pracy. Ponad połowa powierzchni Chodzieży jest wyłączona z zabudowy, czy to mieszkalnej czy produkcyjnej. Dlatego wygospodarowanie jakiegokolwiek terenu dla nowych inwestorów jest niemożliwe i stąd na tym polu ściśle współpracujemy z gminą.

Jak w tej sytuacji radzą sobie mieszkańcy, gdzie znajdują zatrudnienie?

Myślę, że najmocniejszą gałęzią jest sfera produkcyjno-usługowa. Mamy bardzo dużo podmiotów gospodarczych jedno- czy dwuosobowych. W tej chwili w mieście funkcjonuje kilka zakładów. Największy z nich to Europol Meble, no i oczywiście, Fabryka Porcelany – chociaż kiedyś pracowało w niej trzy tysiące osób, a obecnie zatrudnionych jest czterystu pięćdziesięciu pracowników.

Co w pierwszej kolejności pokazałby Pan gościowi, który zawitałby do miasta? Jakie są jego największe atrakcje?

Myślę, że jeziora. Tych zresztą nie da się nie zauważyć, przejeżdżając przez Chodzież. Także lasy są naszym lokalnym dobrem. Na pewno też Starówkę z barokowym kościołem i ulicą z domkami tkaczy.

Co jeszcze chciałby Pan zrobić, co na razie się nie udało?

Chodzież nadal nie ma muzeum. Dużym, stojącym przed nami wyzwaniem jest remont stadionu miejskiego – z zamiarem powiększenia go o bazę lekkoatletyczną. Czynimy starania, by powstała też akademia sztuki, takie centrum warsztatowo-oświatowe – nastawione na muzykę, poezję, kino, śpiew.

Z jakich osiągnięć jest pan naprawdę dumny?

Od kiedy jestem burmistrzem, ratusz nie jest miejscem hermetycznym dla mieszkańców. Myślę, że udało mi się nawiązać z chodzieżanami nić współpracy. Dumny jestem z tego, że w ostatnich latach jesteśmy postrzegani z lepszej perspektywy nie tylko w województwie, ale i w kraju. Miasto jest też promowane w Polsce i za granicą. Kolejnym powodem do zadowolenia jest podwojenie budżetu – w stosunku do 2006 roku – a co się z tym wiąże, uregulowanie finansów miasta, co jest podstawą jego bytu. Cieszy mnie również promenada nad jeziorem. To jest taka perełka Chodzieży, która zmobilizowała mieszkańców do aktywności, zachęciła ich do wyjścia na spacery, do uprawiania sportów. Ale też na terenach przyległych do jeziora zaczęli inwestować drobni przedsiębiorcy.

 

CHODZIEŻ – o powierzchni 12,77 m kw. jest położona na Pojezierzu Chodzieskim, przy drodze krajowej nr 11. Liczy ok. 19,5 tysiąca mieszkańców. Tylko w granicach miasta są trzy jeziora – Chodzieskie, Strzeleckie i Karczewnik. Związany z Chodzieżą prozaik, Tadeusz Siejak, pisał o niej: „Witajcie w miasteczku pięknym, jak Eden…”

Już od XIX wieku, kiedy turyści odkryli piękne okolice miasta, przypominające górskie krajobrazy, miejsce to porównywano do „małej Szwajcarii” – a samą Chodzież nazywano „perłą Wielkopolski”. Jeszcze przed wojną zachwycił się nim Witkacy, a prezydent Ignacy Mościcki często polował w okalających je lasach.

Ze wzniesienia, nazywanego Górą Podanińską, które jest częścią Wysoczyzny Chodzieskiej, pierścieniem okalającej miasto i jego okolice, można podziwiać jedną z najpiękniejszych panoram miasta.

Chodzież znana jest przede wszystkim z Fabryki Porcelany. Jej początki sięgają drugiej połowy XIX w. W 1854 r. doszło do sprzedaży zamku (jego pozostałości znajdują się w pobliżu dworca PKP), a nowi właściciele, Walter i Müller, już po roku uruchomili w nim produkcję fajansu.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:45

SPOKOJNE ŚWIĘTA CZYLI eWUŚ DO POPRAWKI

Napisane przez

Nie ulega żadnej wątpliwości, że gwiazdą systemu opieki zdrowotnej w mijającym roku był eWUŚ, czyli Elektroniczna Weryfikacja Uprawnień Świadczeniobiorców. Oj, dał się on we znaki wszystkim.

System doprowadził do wielu konfliktów, gdyż często błędnie wykazywał brak uprawnień do świadczeń zdrowotnych. Pacjent nie rozumiał, co oznacza, że „świeci na czerwono”, personel  próbował wyartykułować zasady weryfikacji elektronicznej, a kończyło się na skoku ciśnienia tętniczego u obu stron. To, co miało ułatwić pracę, wydłużało kolejki do rejestracji w nieskończoność.

O krok od katastrofy

Na podobieństwo pracy przy taśmie w zakładach opieki zdrowotnej składały się dwa scenariusze: „Dowód osobisty? Dziękuję. Kto następny, proszę?” lub „Dowód osobisty? Brak uprawnień (czyli świecenie w eWUŚ na czerwono)”, co oznaczało niezadowolenie ubezpieczonego – jego oświadczenie – i pomstowanie na macierzystą przychodnię/zakład diagnostyczny/poradnię specjalistyczną/szpital.

Niewielu chorych rozumiało istotę problemu. Awantury o eWUŚ stały się codziennością. Przerwy w łączności paraliżowały pracę przychodni. Pacjenci mieli dość. Personel śnił o eWUŚ po nocach. eWUŚ zaś był jak niechciane dziecko. I nic dziwnego: mnóstwo razy słyszałam stwierdzenia, że po to płacimy składkę zdrowotną, by mieć dostęp do opieki zdrowotnej, wszelkie zaś utrudnienia administracyjne powinny być jak najszybciej niwelowane tak, by chory nie musiał tego przypłacać własnym zdrowiem.

Pacjenci obrzucali system weryfikacji inwektywami. Póki kończyło się na składaniu oświadczeń, można było jeszcze jakoś przystać na ten sposób sprawdzania uprawnień do świadczeń zdrowotnych.  Największy sprzeciw budziło uzależnienie poziomu finansowania podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) od eWUŚ. Praktyki miały stracić średnio po 7,5 proc. środków finansowych. Dla wielu gabinetów  lekarskich oznaczało to utratę płynności finansowej. Mało brakowało, a to niedoskonałe narzędzie weryfikacji uprawnień stałoby się powodem upadku instytucji lekarza rodzinnego w naszym kraju, wręcz sprawcą pozbawienia wielu obywateli dostępu do  opieki zdrowotnej.

Fałszywa wyrocznia

Obecnie można skorygować ręcznie uprawnienia doświadczeń zdrowotnych. Zamierzeniem NFZ było, by eWUŚ stał się wyrocznią. Na szczęście przedstawiciele środowiska medyków – Federacja Porozumienia Zielonogórskiego oraz Kolegium Lekarzy Rodzinnych – nie szczędzili wysiłków, by dostarczać coraz to nowych argumentów za tym, by a i owszem, uszczelniać system, ale nie kosztem lekarzy rodzinnych i ich pacjentów.

Kolejne przykłady błędnego działania elektronicznej weryfikacji potwierdziły tezę o wadach ukrytych tego narzędzia. Na szczęście, Prezes NFZ podzieliła obawy świadczeniodawców. Tym razem obyło się bez demonstracji siły. Obie strony mogą mieć satysfakcję: chorzy nie będą ofiarami błędów polityki zdrowotnej, ucichła też wrzawa. Mieszkańcy nawet najbardziej oddalonego od stolicy miasteczka czy wioski mogą spokojnie przygotowywać się do świąt, oswajać z zimą – zamiast wystawać w kolejkach do lekarza rodzinnego po zapas recept „na wszelki wypadek”. Przy wigilijnych stołach nie będzie już rozmów o konfrontacji lekarze rodzinni-Narodowy Fundusz Zdrowia . Zapanowała normalność, czyli lekarz po 1 stycznia będzie czekał w swej przychodni.

Dla naszego starzejącego się społeczeństwa dostęp do opieki medycznej i rehabilitacji jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb. Stres związany z kontraktowaniem usług medycznych, fundowany naszemu społeczeństwu  rokrocznie na przełomie grudnia i stycznia, nie dodaje splendoru żadnej władzy. Przecież Narodowy Fundusz Zdrowia ma nabywać usługi medyczne, nie zaś likwidować system opieki zdrowotnej.

Co po Nowym Roku?

Skoro eWUŚ został odroczony, rodzi się pytanie, czy lekarze podstawowej opieki zdrowotnej będą triumfować, podpisując aneksy do dotychczasowych umów? Jakie korzyści odniesie pacjent, a jakie lekarz? Nowy rok to kontynuacja obowiązujących w 2013 roku zasad funkcjonowania. Bez problemu otrzyma pomoc medyczną, nawet jeśli w eWUŚ błędnie zaświeci się na czerwono. Wystarczy oświadczenie chorego, że jest ubezpieczony, a będzie miał dostęp do bezpłatnej porady, badań diagnostycznych i refundowanych recept. Nadal obowiązuje definicja porady wypracowana w 2010 roku, więc przewlekle chory pacjent otrzyma recepty na leki bez konieczności osobistego zgłoszenia się do gabinetu lekarskiego. Obłożnie chorzy skorzystają z wizyty domowej w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, otrzymają też zlecenia na wykonanie zabiegów pielęgniarskich w miejscu zamieszkania – jeżeli oczywiście ich stan zdrowia będzie tego wymagał.

Lekarz rodzinny będzie nadal przewodnikiem po systemie opieki zdrowotnej. To on zdecyduje, kiedy skierować chorego na badania dodatkowe, do poradni specjalistycznej czy do szpitala. Niestety, od świadomości naszych obywateli zależeć będzie decyzja, czy w godzinach wieczornych i nocnych zgłosić się do działu pomocy doraźnej, wezwać  zespół ratunkowy, udać się do ambulatorium lekarza POZ  - czy poczekać do rana i pójść po poradę do swojej przychodni. Żadna reforma tego problemu nie uporządkuje. Tylko edukowanie chorych może z czasem przynieść efekty i przyszpitalne oddziały ratownictwa nie będą odwiedzane przez chorych z błahymi problemami.

Póki co, nie ma pomysłu, jak przeciwdziałać zjawisku nadużywania dostępu do świadczeń medycznych. W POZ obowiązuje składka kapitacyjna, czyli osoby, które nie korzystają ze świadczeń, finansują te, które korzystają. Każdy lekarz rodzinny ma grupę chorych, nadużywającą prawa do bezpłatnych świadczeń. Utrudnia to dostęp tym naprawdę potrzebującym. W specjalistyce nadal obowiązuje wycena punktowa porad, w szpitalu procedury.

Choć zapanował spokój i, póki co, zarówno szpitalom, jak i przychodniom w ciągu najbliższego roku nie grozi widmo bankructwa, reprezentanci środowiska medycznego są dalecy od samozadowolenia i nie mają zamiaru zapadać w sen zimowy. Nie zwiększono środków na leczenie. Zamrożenie środków to gra na zwłokę, czekanie na lepsze czasy. Przedstawiciele środowiska lekarskiego zgodzili się na dotychczasowe warunki finansowe, czym wykazali dobrą wolę. Przed nimi jednak długa droga – negocjowanie umów na kolejne lata.

Przewrotna sprawiedliwość

Może wreszcie NFZ i Ministerstwo Zdrowia, podczas wypracowywania rozwiązań korzystnych dla wszystkich stron, spojrzą na świadczeniodawców, jak na partnerów. Chodzi o to, by podstawowa opieka zdrowotna odzyskała należne jej miejsce w systemie, a opieka specjalistyczna i leczenie szpitalne mogły zapewnić opiekę dla wszystkich, którzy jej potrzebują.

Nie da się nie zauważyć, iż próba odebrania środków za pomocą eWUŚ, paradoksalnie, przyniosła Narodowemu Funduszowi Zdrowia wymierne korzyści. Odwróciła ona bowiem uwagę od faktu, że roczna stawka kapitacyjna przeznaczana na pacjenta nie zmienia się od kilku lat, mimo wzrostu kosztów diagnostyki i leczenia. Znowu świadczeniodawca ma się cieszyć z tego, że mu „nie zabrano”. Opieka specjalistyczna i szpitalna potraktowane zostały podobnie jak POZ. Kontrakty na tym samym poziomie, z niewielkimi cięciami (zmniejszenie liczby punktów o 1 proc. – powiat bartoszycki), to tylko z pozoru zapewnienie ciągłości funkcjonowania zakładów. To taki paradoks naszej rzeczywistości. Pokutuje zasada: lepszy rydz niż nic. Jedno trzeba przyznać. System opieki zdrowotnej jest wreszcie sprawiedliwy: nie wyróżnił nikogo. W rzeczywistości umniejszył wszystkim. Nie ma więc powodów do radości.

Dla kierujących zakładami oznacza to dalsze cięcie wydatków na podstawowe potrzeby zakładu. A co z chorymi? Problem pacjentów jest wciąż taki sam. Znowu będą skargi na niewystarczający dostęp do świadczeń limitowanych ilością punktów czy procedur. Istnieje ryzyko spadku jakości usług. Jedynie wymagania NFZ pozostają na tym samym poziomie: pacjenci w stanach zagrożenia życia oraz przypadki pilne mają być przyjmowane mimo ograniczeń kontraktu, podobnie inwalidzi wojenni.

Wszystko w ramach podstawowej umowy. Urzędnicy umywają ręce, to medyk decyduje, czy przyjąć chorego. Jeżeli dojdzie do nagłego pogorszenia się stanu zdrowia nieprzyjętego pacjenta, czarny PR – niczym stado hien – napadnie tych, co zawinili – czyli lekarzy – pomijając autorów obowiązujących przepisów. Nikt nie będzie pytał o niezapłacone przyjęcia poza limitem. Centrala NFZ daleko, lekarz pod ręką.

eWUŚ niechaj nam dojrzewa

Z uporem więc będę powtarzać, że powinna być dodatkowa pula na przypadki pilne, zarówno w szpitalach, jak i w specjalistyce. Wystarczy ująć ten wariant porady, czy hospitalizacji, w umowie. Ba, określić, jaki procent mogą stanowić te pilne przypadki. Jestem pewna, że takie rozwiązanie znacznie zwiększyłoby dostęp do świadczeń, mniej też byłoby hospitalizacji, gdyż poradnie specjalistyczne przejęłyby znaczną część ciężko chorych pacjentów. Wiele łóżek szpitalnych zajmują bowiem ci, którzy w porę nie dostali się do specjalisty.

Taka procedura ułatwiłaby też funkcjonowanie podstawowej opieki zdrowotnej. Przy zwiększeniu dostępu do porad specjalistycznych lekarz rodzinny nie miałby dylematu: napisać skierowanie w trybie pilnym do specjalisty, czy skierować chorego do szpitala. Wierzę, że wreszcie KTOŚ znajdzie salomonowe rozwiązanie i udoskonali ten, tylekroć reformowany, system opieki zdrowotnej – tak, by i świadczeniobiorcy (pacjenci) i świadczeniodawcy (zakłady opieki zdrowotnej czy lekarze) byli zadowoleni. Zamiast wylewać dziecko z kąpielą, warto usiąść przy stole i wspólnie zastanowić się nad poprawą systemu opieki zdrowotnej, który – choć nieco kulawy – ratuje jednak wiele istnień ludzkich. A co z eWUŚ?  Podziwiajmy choinkę, łammy się opłatkiem, a eWUŚ… niech pomału dojrzewa.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:24

STOLICA DOBREGO ŻYCIA

Napisane przez

Z perspektywy Warszawy, czy kilku innych dużych polskich metropolii, Rzeszów może wydawać się lokalnym ośrodkiem, w którym życie toczy się własnym rytmem. Błąd. Być może jest to najbardziej światowe z polskich miast. A co ważniejsze, to jedno z niewielu miejsc, w których ludzie są zadowoleni z tego, jak im się żyje.

W grudniu Rzeszów otrzymał Europejską Nagrodę za Najlepsze Praktyki przyznaną przez Europejskie Stowarzyszenie Badań Jakościowych (ESQR), a prezydent Rzeszowa dostał nagrodę Primus Innovatorum 2013. Laureaci są wybierani są przez ESQR w kompleksowej procedurze na podstawie ankiet, badań opinii konsumentów oraz badań rynkowych i opinii publicznej. W tym roku nagrody przyznano 76 instytucjom z 59 krajów z całego świata.

Wśród całego grona nagrodzonych renomowanych firm, instytucji i organizacji z Europy, Azji, Afryki, Ameryki i Australii znalazł się i Rzeszów – jako jedyne miasto z Polski i jedno z nielicznych wyróżnionych Nagrodą za Najlepsze Praktyki miast Europy.

A jest to tylko ostatnia z wielu nagród, które regularnie dostaje miasto. Kilka tygodni wcześniej zostało ono sklasyfikowane najwyżej w Polsce w rankingu inteligentnych miast opracowywanym przy udziale Politechniki Wiedeńskiej. W uzasadnieniu podano m.in. stawianie na rozwój kapitału ludzkiego, ułatwianie mieszkańcom dostępu do administracji (w centrach handlowych istnieją Punkty Obsługi Mieszkańców, gdzie sprawy urzędowe można załatwić od ręki, dyżurują przedstawiciele ZUS-u i Rzecznik Praw Konsumenta), a także rozwój monitoringu wizyjnego i powszechnego dostępu do szerokopasmowego Internetu.

Tymczasem w corocznym Rankingu Samorządów publikowanym przez dziennik „Rzeczpospolita”, wśród miast najlepiej wykorzystujących fundusze unijne Rzeszów zajął wysokie – 3. miejsce. W stosunku do 2012 roku, kiedy Rzeszów znalazł się na 27. pozycji, była to znaczna poprawa, „wyskoczenie” m.in. przed Wrocław i Lublin. W kategorii „Najlepsze miasta” – miasta na prawach powiatu, stolica Podkarpacia znalazła się na 7. Miejscu – przed m.in. Wrocławiem, Krakowem, Katowicami i Lublinem.

Stolica Podkarpacia dostała też tytuł najlepiej zarządzanego miasta w Konkursie Innowator – i tytuł Przyjaznej Gminy w konkursie o takiej samej nazwie. Nagrody tylko z tego roku można jeszcze długo wymieniać. Zamiast tego zapytaliśmy prezydenta Rzeszowa, Tadeusza Ferenca, jaką ma receptę na zarządzanie miastem.

STANISŁAW RAJEWSKI: Panie prezydencie, jest pan dumny z kolejnych wyróżnień, które dostaje Rzeszów?

TADEUSZ FERENC*: Tak, oczywiście. Ale moja duma ma tu znaczenie drugorzędne. Te nagrody to sygnał, że miasto dynamicznie się rozwija w kierunku, który zaplanowaliśmy. To swojego rodzaju potwierdzenie z zewnątrz, że podejmujemy właściwe decyzje. Z drugiej strony, kiedy jadę za granicę – służbowo albo prywatnie – zawsze wracam z przekonaniem, że wciąż robimy za mało, że ciągle jest mnóstwo zaległości do nadrobienia.

Od 2002 roku podejmuje pan najważniejsze dla Rzeszowa decyzje. Jaką ma pan receptę na zarządzanie miastem?

Właśnie taką, żeby ciągle uczyć się od innych i starać się dorównać lepszym od nas. Bez przerwy poszukiwać, podglądać nowe rozwiązania, które jeszcze lepiej i sprawniej będą służyć mieszkańcom. Ostatnio pracujemy, na przykład, nad projektem kolejki nadziemnej, która usprawni komunikację i rozładuje korki.

Dlaczego właśnie nadziemną?

Bo metro to rozwiązanie sprzed ponad stu lat. Tramwaje, oprócz tego, że są równie stare, to w dodatku zajmują dużo miejsca. Na całym świecie ucieka się z komunikacją miejską do góry, a nie pod ziemię. Poza tym proszę porównać koszty: inwestycja w drugą linię metra w Warszawie to 4,6 miliarda złotych. Tymczasem szacunkowy koszt naszej inwestycji to 200 mln złotych.

Wspomniał pan o konieczności uczenia się od innych. Czy jest jakieś miasto na świecie, które szczególnie chciałby pan naśladować?

Raczej nie. Nie ograniczam się do jednego miasta czy regionu. Z każdej podróży przywożę jakieś pomysły. Z Dubaju jedne, a z Wiednia inne. Wysyłam też swoich architektów i urbanistów, żeby oglądali cudze rozwiązania, analizowali je pod kątem tego, jak mogą poprawić jakość życia mieszkańców – i potem ewentualnie wdrażali je w Rzeszowie.

Jakie rozwiązania zatem pożyczył Rzeszów za granicą?

Chociażby okrągłą kładkę dla pieszych, którą zbudowaliśmy nad Aleją Piłsudskiego, o której było głośno w całej Polsce, widziałem w Szanghaju. Ale nie muszą to być rzeczy wielkie i spektakularne. Na przykład, któregoś razu w Wiedniu zdałem sobie sprawę, że tam ludzie w parkach rozkładają koce, urządzają grilla – krótko mówiąc, miło spędzają czas. Nikt ich nie wygania i nie ustawia tabliczek z napisem: „Nie deptać trawy”. Więc postanowiłem w rzeszowskich parkach ustawić tabliczki z napisami: „Tu możesz rozłożyć koc”, albo „Tu jest miejsce na grilla”, żeby zachęcić mieszkańców do korzystania z tych możliwości. Warszawa i Wrocław w mijającym roku chwaliły się, że wprowadziły wypożyczalnie rowerów miejskich, tymczasem u nas działa to od 2010 roku i nikogo już nie dziwi. Nie są to wielkie rzeczy, ale dzięki nim mieszkańcy Rzeszowa lepiej czują się w swoim mieście.

Żeby jednak czuli się naprawdę dobrze, potrzebne są nieco poważniejsze rzeczy niż okrągła kładka i tabliczki z miłymi napisami? Opozycja w radzie miejskiej zarzuca panu, że szasta pan pieniędzmi na drogie gadżety.

Są to projekty mniejszej rangi niż budowa dróg, mostów, szkół, przedszkoli, żłobków, ale – jak doskonale pan wie – nie zaniedbujemy niczego. Natomiast, gdyby moim celem było uniknięcie krytyki za wszelką cenę, to ugrzązłbym w niekończących się dyskusjach nad kolejnymi projektami, a Rzeszów nie wyglądałby dziś tak, jak wygląda. Nie rozwijałby się tak, jak się rozwija. To normalne, że do 95 proc. projektów w mieście są zgłaszane wątpliwości. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się nie podoba. Jeśli te uwagi są uzasadnione, to oczywiście, pochylamy się nad nimi. Ale prezydent miasta musi mieć jedną podstawową cechę: musi być konsekwentny.

Mógłbym wymienić parę przykładów, kiedy konsekwentne ignorowanie mieszkańców doprowadziło do sytuacji, w której życie w danych miejscowościach stało się nieznośne.

W Rzeszowie jest odwrotnie. Wszystkie nasze działania są podporządkowane jednemu celowi: poprawie komfortu życia w Rzeszowie i ściąganiu do miasta nowych mieszkańców. Dodatkowo, żeby nie oderwać się od rzeczywistości – cały czas trzymam rękę na pulsie. Regularnie, przez trzy miesiące w roku, prowadzimy konsultacje społeczne. Dzięki temu mamy aktualną wiedzę na temat potrzeb mieszkańców. Oprócz tego, sam cały czas chodzę na spotkania z mieszkańcami w różnych instytucjach. Dodatkowo, przy okazji wieczornych spacerów z żoną, łączę przyjemność z pracą i np. osobiście oceniam stan ulic – albo słucham uwag przypadkowo spotkanych ludzi.

Wspomniał pan o budowie nowych szkół. W wielu miejscowościach w Polsce szkoły się zamyka i zwalnia nauczycieli. Dlaczego w Rzeszowie jest na odwrót?

Właśnie po to, żeby ludzie chcieli tu mieszkać i tu się przeprowadzać. Jeśli zapewnimy dostęp do szkół i wyższych uczelni, to obronimy się przed emigracją do innych miast i przyciągniemy tu nowych mieszkańców. Ostatnio byłem na spotkaniu w jednym z rzeszowskich liceów i zapytałem w jednej z klas, ile jest w niej osób spoza Rzeszowa. Okazało się, że ponad połowa. Jestem pewien, że po maturze wielu z tych uczniów pójdzie w Rzeszowie na studia, zamieszka tu na stałe i będzie przyczyniać się do dalszego rozwoju miasta.

Podsumowując zatem, zamykanie szkół to – moim zdaniem – krótkowzroczność. Przy czym edukacja, to tylko jedna ze sfer, na której się skupiamy i która sprawia, że Rzeszów jest atrakcyjnym miejscem do życia. Kolejne to chociażby sport i kultura. Oprócz tego, że mamy doskonałą drużynę siatkarską, to staramy się też ułatwiać mieszkańcom uprawianie sportów. Zamek Lubomirskich niedługo już – mam nadzieję – przestanie być siedzibą sądu i zostanie zaadaptowany do celów kulturalnych.

Założenia założeniami, ale czy to działa?

Zdecydowanie: liczba mieszkańców stale rośnie. Obecnie zameldowanych w Rzeszowie jest 184 tysiące osób. Szacujemy jednak, że de facto mieszka tu na stałe około 220 tysięcy ludzi.

Chcąc dowieść, że „Rzeszów – stolica innowacji” to nie jest pusty slogan, musi pan mieć wyjątkowo sprawny aparat urzędników. Jak dobiera pan współpracowników?

Podczas kilkudziesięcioletniej pracy na kierowniczych stanowiskach nauczyłem się jednej rzeczy: najgorsze, co może zrobić szef, to zatrudnić kogoś po znajomości, czy z polecenia. Nie byłbym dziś prezydentem Rzeszowa, ani nie byłbym w stanie tak zmieniać tego miasta, gdybym rozdawał posady na tej zasadzie. Ja jestem odpowiedzialny przede wszystkim przed mieszkańcami, a nie znajomymi czy kolegami. A mieszkańcy rozliczają mnie z realizacji konkretnych inwestycji. Muszę mieć zatem kompetentnych ludzi, którzy znają się na robocie. Nie interesuje mnie, jakie mają poglądy, koligacje i przynależności – mają się poświęcać dla pracy. Jeśli tak robią, to mogą być pewni, że zostaną docenieni. Z kolei ci, którzy próbowali cyganić, czy obijać się, nigdy nie zagrzali u mnie długo miejsca.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:21

START UP – szansa na normalność

Napisane przez

Utarła się dość powszechna opinia, że młodym ludziom – zwłaszcza w ostatnich latach – brakuje inicjatywy, zaradności i realnych, dobrych pomysłów na zawodową pracę, czy  rozwijanie własnej przedsiębiorczości. To – nie tylko naszym zdaniem – kolejny stereotyp, utrwalający się w trudnych, niestety, czasach utrzymującego się wciąż wysokiego wskaźnika bezrobocia, szczególnie wśród absolwentów szkół i uczelni wyższych.

Fundacja Promocji Gmin Polskich ma trwale zapisane w swojej działalności statutowej zadanie: podejmowania inicjatyw sprzyjających rozwojowi potencjału społecznego i ekonomicznego polskich gmin. Jednym z najważniejszych czynników tego potencjału jest przedsiębiorczość mieszkańców. Przyglądając się bliżej barierom hamującym rozwój przedsiębiorczości dotykamy najczęściej kwestii braku środków finansowych potrzebnych młodym ludziom na znalezienie stosownego zajęcia, na podjęcia kroków dla indywidualnej przedsiębiorczości. Programy pomocowe i zasiłki, coraz skromniejsze i coraz wyżej oprocentowane pożyczki czy kredyty – problemu nie rozwiązują. Tym bardziej liczą się więc  dobre, realne pomysły i inicjatywy. Z tym większą więc satysfakcją prezentujemy Czytelnikom Magazynu Samorządowego GMINA współautorkę systemowego projektu pomocowego pod nazwą „START UP – szansa na normalność”, panią Sylwię Krzymowską: studentkę trzeciego roku Akademii Obrony Narodowej. Pani Sylwia studiuje, ale też pracuje zawodowo, jest Członkiem Zarządu (Prezesem) i współwłaścicielem firmy Cash Flow Partner sp. z o. o.  z siedzibą w Warszawie.

Wdzięczni będziemy za Państwa wypowiedzi związane z prezentowaną niżej inicjatywą, za opinie i sugestie, które mogłyby wzbogacić projekt.

Skąd wziął się pomysł na „START UP”?

Z życia. Ja i moja siostra, Klaudia Krzymowska– obecnie studentka piątego roku Wydziału Prawa na Uniwersytecie Łódzkim – oraz nasi znajomi, wiele razy dyskutowaliśmy o naszych możliwościach startu w dorosłe życie. Perspektywy były raczej mizerne. Poszukiwania pracy kończyły się, niestety, stresem i – co gorsza – umocnieniem się przekonania, że człowiek, który nie urodził się niewolnikiem, nie będzie odpowiadał wymogom pracodawców, godził się na ubliżające  często ludzkiej godności, poniżające warunki pracy i płacy.

Pozostaje więc praca na własny rachunek. Aby cokolwiek jednak robić, potrzebny jest kapitał. Skąd go wziąć? Z banku? Nie ma takiej opcji, trzeba mieć zabezpieczenia, zdolność kredytową. Skąd ja mam to mieć? Nie tylko ja, ale i tysiące podobnych mi młodych ludzi, którzy nie odziedziczyli majątku lub nie wygrali w LOTTO?

Zaprezentowane w projekcie rozwiązania są – jak się wydaje – profesjonalne. Skąd ta wiedza u tak młodej osoby?

W tym zakresie poprosiłam o pomoc mojego ojca, który ubrał moje pomysły w zasady i procedury, a jego przyjaciel, ekspert w tych sprawach – dr Stanisław Gutsche – opracował kwestie ekonomiczne. Obaj panowie, z racji wieloletniej pracy w instytucjach finansowych, nie mieli większych problemów, aby pomóc nam w zapewnieniu projektowi prawidłowych formuł i zasad.

Czym jest więc projekt „START UP – szansa na normalność”?

Właśnie szansą na normalność. Cóż z tego, że kończymy kierunkowe studia? Cóż z tego, że możemy dostać finansowanie z Urzędów Pracy, jeśli nie mamy często zielonego pojęcia o funkcjonowaniu gospodarki, o obrocie gospodarczym, o zasadach funkcjonowania biznesu, podstawach prawnych, procedurach podatkowych czy dokumentacji finansowo-księgowej?

Dlatego też projekt, oprócz wsparcia finansowego, podejmuje się zadań gwarantujących podopiecznym podstawową edukację  prawną i gospodarczą, ale też i systemowe zabezpieczenia przed nierzadko „zbójeckimi”  podmiotami rynkowymi. Stwarza to startującym w biznesie realne szanse pomnażania zainwestowanego kapitału, a zarazem ochrony uczciwej firmy przed różnymi oszustami i nierzetelnymi rozliczeniami. Konsultacje z ludźmi z wieloletnim doświadczeniem biznesowym utwierdziły mnie w przekonaniu, że działania dotyczące bezpieczeństwa biznesowego są w projekcie niezbędne, by uczciwie gospodarujące firmy mogły panować nad przepływami finansowymi, gwarantując planowy rozwój i sprawną obsługę zaciąganych kredytów i zobowiązań.

To może przybliżmy czytelnikom idee projektu. Do kogo jest on skierowany?

Beneficjentami są dwie grupy obywateli: osoby najbardziej narażone na bezrobocie i wykluczenie należą do grup 30- i 50+. Pierwsi z braku możliwości, drudzy z uwagi na wiek, który w wielu przypadkach nie daje możliwości uzyskania pracy etatowej, czy możliwości przystosowania się do nowej rzeczywistości, w jakiej – jako bezrobotni – się znaleźli. Obie grupy społeczne wymagają wsparcia i zabezpieczenia, o jakim przed chwilą mówiłam. Kolejną grupą są samorządy lokalne.

Ale samorządy przecież nie są bezrobotne?!...

To prawda, posłużyłam się skrótem myślowym. Samorządy zostały obarczone zadaniem pomagania w znajdowaniu pracy, działają – niestety, niewydolnie – urzędy pracy, a wszyscy borykają się z brakiem środków, które pośrednio lub bezpośrednio tworzą nowe miejsca pracy. Dostępne są jedynie pieniądze na szkolenia bezrobotnych, celem zdobycia przez nich kwalifikacji lub przekwalifikowania.

Nasz projekt, na bazie środków unijnych – a będzie to realne w nowej, rozpoczynającej się w przyszłym roku, perspektywie finansowej – umożliwi z kolei tworzenie lokalnych i odnawialnych funduszy wsparcia finansowego dla wspomnianych grup społecznych. START UP to, najprościej mówiąc, forma wsparcia finansowego w postaci mikro-pożyczek parametryzowanych. Projekt spełnia wszelkie wymogi ustalone w tym względzie przez Ministra Rozwoju Regionalnego, a wbudowane weń zasady bezpieczeństwa biznesu gwarantują trwałość kapitałową środków finansowych. Jest to bezsporna nowość w kształtowaniu nowego modelu biznesowego – chroniona prawem autorskim – i może aspirować do wytworzenia Europejskiego Standardu Użytkowego (ESU) w zakresie bezpiecznego modelowania biznesu.

Niestety, nie znalazło to uznania u ministra pracy, który wysłał nas z projektem do urzędów pracy. Podobne były reakcje innych osób i instytucji, które – jak to się nam wydawało – pomysł w rzetelnie opracowanym profesjonalnym już kształcie powinien zainteresować i skłonić chociażby do odpowiedzi. Tym większa chwała dla Prezesa Związku Banków Polskich – Pana Krzysztofa Pietraszkiewicza – który nasz projekt rzetelnie zrecenzował, udzielił fachowych rad i zachęcił do dalszych działań. Co, niniejszym, czynimy…

Nieco bardziej szczegółowo: czym jest – jak to określiłyście – mikro-pożyczka parametryzowana?

Proponujemy dwie formy wsparcia finansowego: pierwsza to pożyczka do 50 tysięcy złotych na uruchomienie działalności – i tu preferujemy działalności w formie spółek prawa handlowego; druga to pożyczka w kwocie do 6 tysięcy złotych dla osób, które mogą podjąć pracę lub ją znalazły, ale z banalnych przyczyn finansowych nie mogą zrealizować swego marzenia, jakim w ostatnich latach jest praca.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego nie mogą podjąć oferowanej pracy...

Przyczyny są często prozaiczne. Mamy np. młodą matkę, która znalazła pracę, jednak nie może jej podjąć z powodu braku miejsca w żłobku dla jej dziecka i nie ma pieniędzy na to, by „umieścić je” w prywatnym żłobku lub wynająć opiekunkę. Często przebywam w rejonach przy granicy wschodniej i widzę, jak dużym problemem jest dla ludzi kupno biletu na dojazd do pracy, czy zrobienie badań lekarskich, niezbędnych do podjęcia pracy np. w sektorze spożywczym.

Jak byłyby oprocentowane takie pożyczki?

Dla obu pożyczek 8,4 procent w skali roku. Maksymalny okres spłaty tej dużej pożyczki to 60 miesięcy przy 12-miesięcznym okresie karencji przy spłacie kapitału, a dla małej pożyczki to 36 miesięcy.

A co byłoby zabezpieczeniem? 50 tysięcy złotych to jednak spora kwota.

Podstawowym zabezpieczeniem jest weksel. Jako drugie zabezpieczenie dopuszczalne są wszelkie inne formy jak poręczenie, przewłaszczenie, hipoteka czy też ubezpieczenie pożyczki. To jednak zwiększy jej koszt, ale jest bardzo korzystne z wielu względów i łatwe do załatwienia.

Czy nie uważa Pani, że mimo wszystko projekt obciąży kosztami swych ewentualnych chętnych beneficjentów?

Nie, nie zgadzam się. Uważam, że wsparcie powinno być zwrotne, ponieważ jest pewna presja konsekwencji. Mimo wszystko to ma być instrument, przysłowiowa wędka, a nie zwykłe  rozdawnictwo pieniędzy. Poza tym, takie rozwiązanie jest jedyną drogą osiągnięcia synergii lub, jak kto woli, funduszu odnawialnego, co przy ograniczonych środkach ma podstawowe znaczenie.

Rozdawnictwo przerabiamy na co dzień. Jakie widzieliśmy efekty z wypłaconych odpraw przy likwidacji zakładów pracy? Niektórzy nie stracili szansy na własny biznes, ale ile tych działalności na własny rachunek przetrwało? „Łatwe” pieniądze nie wyedukowały w ludziach – dotychczas pracobiorcach – należytej dyscypliny biznesowej. Co zrobiła większość zwalnianych z pracy górników z dotacjami na „nowe życie”?

Po konsultacjach z psychologami i socjologami, uważamy, że należy stworzyć warunki normalnej pożyczki. Jest jeszcze jeden, bardzo ważny aspekt, pobudzający dumę beneficjentów naszego projektu, przyszłych ludzi biznesu. Gdy ich biznes rozkwitnie, a są na to szanse, gdyż będzie zakładany i prowadzony profesjonalnie, już jako pracodawcy, a nie poszukujący zatrudnienia, będą mogli poszczycić się własnymi firmami powstałymi za własne pieniądze. Taka droga nauczy ich szacunku dla pieniądza, który nie spada z nieba i nie jest łatwo go zarobić. Miejmy też nadzieję, że ścieżka, którą przejdą, nauczy ich również szacunku dla zatrudnianych pracowników.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:19

TRUDNE WYBORY

Napisane przez

Niezmiernie przykrą cechą środków pieniężnych jest ich ograniczoność. Cechą, która zmusza nas do dokonywania wyborów w sposób ciągły. Dotyczy to wszystkich poziomów klasyfikacyjnych finansów. Zarówno finansów domowych, finansów przedsiębiorstw, jak i finansów publicznych.

W przypadku finansów domowych nierzadko zdarza się, że konieczność dokonywania wyborów finansowych przyjmuje całkiem dramatyczny wymiar. Na przykład dylemat: zakupić dziecku nowe zimowe buty, czy zapłacić za obiady w stołówce szkolnej. Na poziomie finansów przedsiębiorstw, czy finansów publicznych wybory nie wiążą się z podobnymi emocjami, bowiem podejmowanie decyzji o dokonaniu wydatku nie jest związane ze sferą osobistą osoby podejmującej decyzje. Bywają one, jednakże, nie mniej trudne.

W przypadku przedsiębiorstw rozstrzygniecie zagadnienia, czy dostępne środki finansowe przeznaczymy na konsumpcję (np. wypłatę dywidendy), czy będziemy chcieli je zainwestować, to dylemat, który może decydować o być albo nie być przedsiębiorstwa na rynku. Oczywiście, w przypadku podjęcia decyzji o rozpoczęciu inwestycji, niezmiernie istotnym jest również określenie kierunku tychże.

Ograniczenia prawne

Jeśli zagadnienie podejmowania decyzji w sprawie kierunków wykorzystania dostępnych środków finansowych przeniesiemy na poziom finansów publicznych, napotkamy jeszcze inny rodzaj trudności. Związane są z koniecznością uwzględniania ograniczeń prawnych, wynikających z obowiązku realizacji zadań przypisanych przez przepisy prawa dla danej jednostki organizacyjnej. Ten aspekt zagadnienia jest szczególnie aktualny dla jednostek podsektora rządowego, gdzie swobodę decyzji co do kierunków wykorzystania środków ograniczają przepisy określające zadania każdej jednostki oraz zapisy zawarte w ustawie budżetowej na dany rok.

Natomiast nieco inaczej sprawa wygląda wówczas, gdy przyglądniemy się zagadnieniu z perspektywy jednostek podsektora samorządowego. Gminy, powiaty czy województwa samorządowe dysponują suwerennością w zakresie konstrukcji swoich budżetów. Ta suwerenność pozwala na wybór realizowanych celów, a w ślad za tym kierunków wykorzystywania środków finansowych na poziomie jednostki samorządu terytorialnego. Konkretne uprawnienia w tym zakresie zostały przypisane osobom reprezentującym we władzach jednostki samorządu terytorialnego członków wspólnoty samorządowej, czyli mieszkańców (wyborców) gmin, powiatów, wreszcie – województw. Myślę, oczywiście, o wójtach, burmistrzach, prezydentach miast oraz zarządach jednostek samorządu terytorialnego w przypadku powiatu i województwa. Ale swój udział w decydowaniu mają również radni odpowiednich jednostek samorządu terytorialnego. W ramach rozwijania tzw. społeczeństwa obywatelskiego coraz bardziej konkretniejsze stają się działania zmierzające do aktywizacji społeczeństwa poprzez bezpośredni wpływ na kształtowanie kierunków wydatkowania środków publicznych. Dzisiaj głównie przez rozwiązania prawne, zmierzające do konstrukcji budżetu obywatelskiego, określanym też mianem budżetu partycypacyjnego.

Wolność, ale nie bezwzględna

Zwracając uwagę na tendencje związane z decentralizacją w zakresie decydowania o kierunkach wykorzystania środków publicznych, podkreślić należy, że suwerenność w podejmowaniu decyzji na temat finansowania remontu drogi, czy też przeznaczenia środków na zadania z zakresu polityki społecznej, nie oznacza bezwzględnej swobody. Dowolność jest limitowana przez szereg warunków. Zarówno wspomnianych już wcześniej warunków formalno-prawnych, jak również uwarunkowań odnoszących się do pojęcia interesu publicznego.

Do pierwszej grupy uwarunkowań należy zaliczyć ograniczenie dotyczące realizacji przez jednostki samorządu terytorialnego zadań zleconych z zakresu administracji rządowej. Finansowane są one w ramach dotacji celowej z budżetu państwa, której środki mogą być wykorzystywane wyłącznie na zadanie wynikające z przepisów prawa, na które zostały przyznane. W zależności od szczebla samorządu terytorialnego różnie kształtuje się udział tychże dotacji w budżecie jednostki. Zadania zlecone z zakresu administracji rządowej dotyczą przede wszystkim obszarów pomocy społecznej oraz ochrony przeciwpowodziowej. W zasadzie swoboda decyzji w zakresie finansowania tych zadań dotyczy wyłącznie kwestii ponoszenia kosztów ich realizacji bezpośrednio przez jednostki samorządu terytorialnego, co wiąże się z ich niedofinansowaniem przez budżet państwa. Przy czym poprawność formalna dofinansowania przez jednostki samorządu terytorialnego zadań zleconych z zakresu administracji rządowej jest często kwestionowana przez instytucje kontrolne.

Druga grupa uwarunkowań formalno-prawnych, ograniczających swobodę w wybieraniu kierunków wydatkowania środków finansowych przez jednostki samorządu terytorialnego, obejmuje określony przepisami ustrojowymi zakres zadań przewidzianych dla gmin, powiatów i województw. W konfrontacji z oczekiwaniami społecznymi bardzo trudno jest wyjaśnić w sposób przekonywujący, że środków województwa nie można bezpośrednio wykorzystać do finansowania zadań gminy. Na przykład województwo nie ma podstaw prawnych do realizacji modernizacji drogi gminnej. Istnieje jednakże, jako pewnego rodzaju wyjątek, możliwość udzielenia pomocy finansowej innej jednostce samorządu terytorialnego[1]. W takim wypadku inwestorem zadania będzie jednak gmina.

Uwarunkowania ograniczające swobodę wyboru kierunków wydatkowania środków finansowych przez jednostkę samorządu terytorialnego związane z zagadnieniem interesu publicznego należy rozpatrywać przede wszystkim w kontekście wspomnianej przeze mnie na początku ograniczoności – jako przykrej, aczkolwiek immanentej cechy pieniądza.

Interes publiczny

Interes publiczny jest podstawowym wyznacznikiem realizacji zadań realizowanych przez instytucje publiczne, w tym oczywiście jednostki samorządu terytorialnego. Środki publiczne winny być bezwzględnie wykorzystywane do realizacji zadań związanych z zaspokajaniem potrzeb społecznych. Przy czym interes publiczny nie jest pojęciem jednoznacznym. Pojęcie to można klasyfikować według różnych kryteriów. Jednym z nich jest zasięg oddziaływania. Można w tym kontekście mówić o lokalnym, regionalnym czy ogólnokrajowym interesie publicznym. Dla przykładu: tocząca się ostatnio w Krakowie debata na temat uchwalonego przez Sejmik Województwa Małopolskiego zakazu palenia węglem. Argumenty podawane przez zwolenników zakazu odnoszą się przede wszystkim do interesu lokalnego, wyrażającego się koniecznością poprawy powietrza, którym oddychają mieszkańcy Krakowa. Z kolei pojawiają się przeciwne głosy, odnoszące się do argumentu makroekonomicznego w postaci pogorszenia się sytuacji niezmiernie ważnej w strukturze gospodarczej naszego kraju branży górniczej.

Niejednoznaczność pojęcia interesu publicznego wpływa w praktyce na to, że właściwie każdy pojęcie to rozumie odmiennie. Można odnieść to do dość powszechnego powiedzenia, zgodnie z którym „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Widać to wyraźnie we wspomnianym przykładzie zakazu palenia węglem w paleniskach na terenie Stołecznego-Królewskiego Miasta Krakowa. Zwolennicy zakazu wskazują na interes publiczny w postaci świeżego powietrza. Przeciwnicy zwracają uwagę na interes publiczny, odnoszący się do funkcjonowania branży górniczej, producentów pieców węglowych itd. Ale jako ważny podaje się również argument ekonomiczny, związany z obciążeniem lokatorów kosztami zmian sposobu ogrzewania mieszkań.

Omawiane uwarunkowania mają niebagatelny wpływ na decyzje związane z przygotowaniem projektów uchwał budżetowych jednostek samorządu terytorialnego, szczególnie w zakresie realizacji zadań własnych. A więc wyboru zadań finansowanych w kolejnych latach z budżetu gminy, powiatu czy województwa samorządowego. Ograniczoność środków finansowych objawia się tym, że z reguły oczekiwań jest znacznie więcej niż możliwości finansowych. Organy kolegialne uchwalające budżety składają się z radnych reprezentujących różne środowiska, a więc i różne oczekiwania. Z perspektywy konkretnych grup mieszkańców odmiennie będzie tworzony ranking zadań niezbędnych do wykonania w pierwszej kolejności.

Olimpiada – czy też nie?

Odwołując się w tym tekście konsekwentnie do przykładu Stołeczno-Królewskiego Miasta Krakowa, można jako przykład mechanizmu podejmowania decyzji dotyczącej realizacji zadań podać publiczną dyskusję zwolenników i przeciwników starań o organizację zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 r. Koszty związane tylko ze złożeniem wniosku aplikacyjnego, który obciążyć ma samorządowców, szacuje się na poziomie ok. 20 mln złotych. Przeciwnicy igrzysk wskazują na szereg innych zadań, które można zrealizować za te środki. Na przykład dofinansowanie zmiany sposobu ogrzewania mieszkań, czyli kosztów likwidacji palenisk węglowych. Z kolei zwolennicy wskazują na korzyści, jakie dla miasta i regionu mogą przynieść igrzyska olimpijskie w Krakowie. Przede wszystkim byłaby to promocja regionu na świecie, ale również inne, jak dokończenie modernizacji „Zakopianki”.

Rozdźwięk między możliwościami, a oczekiwaniami w Nowym Roku budżetowym zwiększa fakt, iż będzie to rok przejściowy w zakresie finansowania zadań ze środków unijnych. To znaczy ograniczoność środków finansowych będzie bardziej odczuwalna niż w poprzednich latach. Tym samym jeszcze bardziej potrzebna będzie zdolność do przyjmowania kompromisu, który wszystkim samorządom pozwoli zrealizować rzeczywiście najpotrzebniejsze zadania związane z zaspokajaniem potrzeb społecznych.

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku życzę Państwu serdecznie, aby zdolność do zawierania kompromisów pozwalających dokonywać optymalnych wyborów zadań w projektowanych budżetach stała się normą w całym kraju.


[1] Tematowi udzielania pomocy finansowej miedzy jednostkami samorządu terytorialnego w ramach tzw. Inicjatyw Samorządowych poświęcony był artykuł „Inicjatywy Samorządowe przy modernizacji dróg” opublikowany w sierpniowym numerze Magazynu Samorządowego GMINA

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:17

NIK: KONTRAKTY SOCJALNE WYMAGAJĄ GRUNTOWNYCH ZMIAN

Napisane przez

W listopadzie Najwyższa Izba Kontroli podsumowała skuteczność kontraktów socjalnych zawieranych między gminami, a osobami znajdującymi się w trudnej sytuacji życiowej – głównie z powodu trwałego bezrobocia. Wnioski z raportu są przytłaczające.

Jeszcze w latach 2006-2010 efektywność tego rodzaju kontraktów utrzymywała się na poziomie 30 procent, jednak przez kolejne dwa lata spadła aż o połowę i obecnie wynosi zaledwie 15 procent. Przy jednoczesnym wzroście liczby podpisywanych umów: w latach 2007-2011 gminy podpisywały średnio około od 70 do 80 tys. kontraktów socjalnych rocznie. Tymczasem w ubiegłym roku ilość kontraktów przekroczyła 83 tys. i dotyczyła aż 130 tys. osób.

Raport sporządzono na podstawie kontroli przeprowadzonych w 35 ośrodkach pomocy społecznej, a jego wyniki prezes Izby Krzysztof Kwiatkowski przedstawił na międzynarodowej konferencji na temat wsparcia przedsiębiorczości społecznej. Konferencję w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi zorganizowało Stowarzyszenie Wsparcia Społecznego JA-TY-MY.

Konkluzja NIK nie pozostawia wątpliwości: to zdecydowanie za mała skuteczność przy nieproporcjonalnie wysokich nakładach finansowych.

Pieniądze na zasiłki i szkolenia

Szacunkowo ośrodki objęte kontrolą NIK wydały ponad 27 mln złotych na realizację tych kontraktów. Najwięcej środków pozyskano z Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Dzięki nim dofinansowano ponad połowę kontraktów zrealizowanych w latach 2011-2012. Z kolei udział samorządów w finansowaniu kontraktów wynosił zaledwie około 14 procent.

NIK zamieścił również informację, jak rozdysponowano tę sumę. Około 30 procent środków przeznaczono na wypłatę zasiłków, a około 20 procent wydano na szkolenia. Na praktyki, staże, prace społecznie użyteczne, roboty publiczne przeznaczono 12 procent środków, a na konsultacje z psychologiem lub terapeutą, grupy samopomocowe, grupy wsparcia – zaledwie 7 procent środków.

Wskazówki NIK

Jednocześnie w raporcie NIK znalazła się instrukcja, jak właściwie powinien być przygotowany kontrakt socjalny. Czytamy więc, że powinien on wskazywać osobie lub rodzinie kierunki działań umożliwiające wyjście z trudnej sytuacji, mobilizować do własnej aktywności, wzmacniać wiarę we własne siły, zapewniać możliwość korzystania z potrzebnego doradztwa lub szkoleń oraz pomocy finansowej.

Między gminą, a osobami czy rodzinami pozostającymi w trudnej sytuacji życiowej, zawierane są dwa rodzaje kontraktów socjalnych – typu A lub B. Pierwszy z nich ma na celu rozwiązanie ciężkiej sytuacji życiowej beneficjenta, zmobilizowanie go do aktywności zawodowej i samodzielności życiowej, z kolei kontrakty typu B mają przeciwdziałać wykluczeniu społecznemu.

Bez pracy ani rusz…

Pod tym względem wnioski zawarte w raporcie NIK niewiele odbiegają od obserwacji samych pracowników socjalnych. Ich zdaniem jednak, niemal jednogłośnym, finalnie efektem zrealizowania takiego kontraktu powinno być podjęcie pracy przez beneficjenta. – Generalnie to wszystko mi się podoba – podsumowuje ideę kontraktów Ewa Januszkiewicz-Goroszkin, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Trzciance, w którym co roku zawieranych jest około czterdziestu kontraktów. – Podopieczni też przyzwyczaili się, że w jakiś sposób są zmuszani do aktywności, biorą udział w szkoleniach. W końcu taka osoba powinna się usamodzielnić, ale bez pracy to jest niemożliwe, a rynek na naszym terenie jest, jaki jest. Często dochodzimy do takiego punktu, że te wspólne działania idą na marne – dodaje.

W podsumowaniu NIK również znalazła się opinia pracowników socjalnych. Według nich kontrakt jest narzędziem trudnym, pracochłonnym, odpowiedzialnym i wymaga znacznego zaangażowania z ich strony.

1 pracownik socjalny na 2000 mieszkańców

Kontrola NIK wykazała, że kontrakt często jest realizowany w warunkach niewystarczającego stanu zatrudnienia w tej grupie pracowników oraz ich znacznego obciążenia wykonywaniem zadań niezwiązanych bezpośrednio z pracą socjalną. Według ustawy o pomocy społecznej, na dwa tysiące mieszkańców powinien przypadać jeden pracownik socjalny. Kierownik trzcianeckiego M-GOPS przyznaje, że gdyby dysponowała większymi środkami, zwiększyłaby liczbę wakatów o dwóch pracowników. Wtedy spełniałaby warunki ustawy, zakładające, że mogą oni poświęcić tyle czasu, ile jest konieczne – i na realizację kontraktów, i na inne zadania, jak chociażby pomoc ludziom bezdomnym.

Czy kontrakt aktywizuje beneficjenta?

Z raportu wynika też, że w większości wziętych pod lupę ośrodków pomocy społecznej wymogi kontraktów realizowano właściwie. Jednak dostrzeżono w nich istotne błędy, które mają wpływ na skuteczność.

W dokumencie czytamy, że w kontraktach nieprawidłowo określone są cele podejmowanych działań i sposoby ich osiągnięcia. W ramach kontraktów często organizowane są kursy dla bezrobotnych, tyle że podnoszące ich kwalifikacje w mało atrakcyjnych na rynku pracy zawodach. Na tym polu nie ma również dostatecznej współpracy ośrodków pomocy społecznej z powiatowymi urzędami pracy. Często – jak wykazał NIK – ta współpraca ogranicza się zaledwie do wymiany danych.

Ewa Januszkiewicz-Goroszkin z Trzcianki przyznaje, że M-GOPS organizuje własne szkolenia bez udziału PUP, żeby umożliwić podopiecznemu wszechstronny rozwój, natomiast zapewnia, że nie widzi problemu we współpracy z PUP, mimo że ta ogranicza się zazwyczaj do kierowania na cztero- bądź sześciomiesięczne staże.

Ośrodki pomocy społecznej nie mogą się też pochwalić wystarczającą skutecznością przy aktywizacji beneficjentów. W sytuacji rosnących zadań pomocy społecznej, gminy niechętnie finansowały kontrakty, a ograniczone środki nie pozwalały na działania skutecznie motywujące beneficjentów.

NIK zwrócił też uwagę na niewystarczające regulacje prawne, które uniemożliwiają dyscyplinowanie beneficjentów kontraktów przez wstrzymanie lub odmowę przyznania świadczenia. Z jednej strony, ośrodek pomocy społecznej może wstrzymać świadczenie – lub w ogóle go nie przyznać. Zobowiązany jest jednak do uwzględnienia sytuacji osób będących na utrzymaniu petenta ubiegającego się o świadczenie, bądź z niego korzystającego. Oznacza to, że nawet w przypadku ewidentnego braku współdziałania beneficjenta z pracownikiem socjalnym, skorzystanie z możliwości wstrzymania lub odmowy przyznania świadczenia nie zawsze jest możliwe, jeżeli spełnione są prawne przesłanki do przyznania pomocy.

Więcej pracy… w papierach

Raport NIK pod wieloma względami nie różni się od opinii pracowników socjalnych, którzy od lat na co dzień realizują te kontrakty. Krytycznie kontrakty ocenia również Elżbieta Drab, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Człopie (w woj. zachodniopomorskim). W gminie w tym roku podpisano 14 kontraktów (w ubiegłym roku – 10), które realizuje trzech pracowników socjalnych.

Jednak zdaniem Drab problem nie tkwi w liczbie pracowników, a w narzędziu, czyli w tym przypadku kontrakcie socjalnym. − W jakim celu realizuje się te kontrakty, w których zawarte są nierealne zadania? – zastanawia się Elżbieta Drab. – W takiej małej gminie, jak nasza, liczącej 5,5 tys. mieszkańców, nie ma instytucji wspierających, na przykład ośrodka interwencji kryzysowej, poradni psychologicznej i terapeutycznej, urzędu pracy – wymienia. – Więc co można zaoferować podopiecznemu, jeśli na zajęcia z psychologiem, czy do urzędu pracy musi udać się trzydzieści kilometrów?

A w Człopie aż jedna piąta mieszkańców objęta jest opieką socjalną, tyle że zdaniem Drab kontrakt socjalny to kolejny dokument, który podwaja pracę pracowników socjalnych, jednak ogranicza ją do wypełniania dokumentacji.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:12

BATEM I RUSZNICĄ. JAK POLACY WITALI NOWY ROK

Napisane przez

W przeciwieństwie do świąt Bożego Narodzenia, Nowy Rok przez długie wieki był w Polsce dniem niemalże codziennym. Od stulecia zaczęliśmy się jednak bawić w sylwestrową noc – i to hucznie!

Stary rok pozostawił po sobie złe wspomnienia, problemy, animozje? Trzeba spisać je na kartce, a potem puścić ją z dymem. Płomień pochłonie dotychczasowe kłopoty, podobnie jak może również strawić przedmioty kojarzące się z wspomnieniem, którego chcemy się pozbyć. W portfelu powinny być pieniądze, a w spiżarce – jedzenie. Sprzątanie przed Nowym Rokiem lepiej odpuścić: można wymieść z domu szczęście. Za to w Sylwestra po północy warto pootwierać okna i drzwi, a następnie nakręcić zegar. Pożegnamy w ten sposób stary rok, powitamy nowy, a dzięki przeciągom pozbędziemy się kłopotów.

Wiele ze starych obyczajów i przesądów zachowało się do dziś, choć ich forma uległa znacznym modyfikacjom. Rzadko kto spogląda już dziś w niebo – rozgwieżdżone wieszczy szczęśliwy, dobry rok – choćby dlatego, że przez całą sylwestrową noc nieboskłon rozjaśniać będą sztuczne ognie, skądinąd importowana z Chin wariacja na ten temat. Inna sprawa, że nad większością europejskich metropolii trudno dziś obserwować gwiazdy – łuna świateł potrafi skutecznie przyćmić najjaśniejsze nawet konstelacje. W najlepszej sytuacji znajdą się wobec tego ci, którzy spędzą sylwestrową noc na wsi.

Tak jak w przypadku świąt i tradycji luźno wiążących się z chrześcijaństwem, i w przypadku Nowego Roku wiele zwyczajów wiąże się z życiem uczuciowym. Stary przesąd m.in. każe pannom i rozwódkom uważnie słuchać rozmów, jakie będą się toczyć zaraz po północy. Pierwsze męskie imię, jakie w nich padnie, będzie imieniem przyszłego partnera. Na noworoczną zabawę zakładano też najczęściej nowe ubrania, co miało symbolizować zarówno „nowy początek” i powodzenie, oraz – nie ukrywajmy – zapewniać przychylne spojrzenia płci przeciwnej. W nowoczesnej formie zwyczaj ten stał się swoiście „ortodoksyjny”: sylwestrowe „poradniki” zalecają choćby, żeby w bieliźnie, którą założymy na noworoczny bal, wciąż pozostawały metki.

Ważny jest także pierwszy dzień Nowego Roku: od lat starsi powtarzają dzieciom: jaki pierwszy dzień, taki cały rok.

Nowy Rok nie tak oczywisty

Koniec końców, w ostatnich dekadach doszedł do rozmaitych polskich tradycji, jeszcze jeden element „z importu”: szampan. A wraz z nim – świecka tradycja obserwowania bąbelków w kieliszku. Im większe pęcherzyki będą się odrywać od dna, tym więcej będzie „ruchu” w naszym życiu. Drobne bąbelki oznaczają stabilizację i utrzymanie status quo. Co prawda, naukowcy dowodzą, że wielkością, dynamiką i gęstością piany z szampana da się sterować – choćby wybierając określone gatunki trunku – ale to zapewne nie zniechęci rodzimych miłośników wróżb.

Trudno się dziwić, że większość tych tradycji zrodziła się niedawno – i zazwyczaj nie w Polsce. Europejskie święto wywodzi się z kolei z czasów starożytnego Rzymu. Gajusz Juliusz Cezar, przebudowując imperium, wprowadził 1 stycznia jako początek roku kalendarzowego (juliańskiego). Wypadające w ten dzień święto Janusa posłużyło z kolei do stworzenia nazwy miesiąca: janwar’ po rosyjsku czy january po angielsku.

Ale już poza Europą Zachodnią nic nie jest takie proste. Już w krajach prawosławnych przesunięcie dat związane z obowiązującym tam kalendarzem gregoriańskim sprawia, że Nowy Rok wypada „juliańskiego” 14 stycznia. Na przełomie stycznia i lutego zaczyna się Nowy Rok w Chinach: w tamtejszej tradycji, właściwie pozbawionej oficjalnych świąt religijnych, zabawy noworoczne są najważniejszym czasem laby w całym roku – pracujący niemalże na okrągło mieszkańcy Państwa Środka mają wtedy aż trzy dni wolnego i milionami wsiadają do pociągów i busów, by choć raz w roku pojechać do rodzinnych miejscowości. Jeszcze później świętują Persowie lub Kurdowie: ich Nowruz wypada w pierwszy dzień wiosny, co skądinąd wydaje się być dosyć logiczne.

Apokalipsa odroczona

Data jednak datą, można by zapytać: a co tu świętować? Na Zachodzie, również w Polsce, można by odpowiedzieć: odroczoną Apokalipsę. Jak głosi legenda, przeszło milenium wstecz darzona wielką estymą wróżka Sybilla przepowiedziała ludzkości koniec świata. Miał on nastąpić wraz z końcem 999 roku, gdy z lochów Watykanu uwolni się smok Lewiatan. Nic więc dziwnego, że przepowiednia Sybilli obiegła kontynent – i wszędzie napędziła ludziom strachu. W noc przed 1 stycznia 1000 roku Europa skuliła się i pogrążyła w modlitwie – a o świcie, wybuchła radością. Apokalipsy nie było. Papież Sylwester II po raz pierwszy błogosławił ludzkości, a w miastach i wsiach zaczęły się huczne zabawy.

I tak już zostało, choć Polskę ominęła zarówno posępna zapowiedź Sybilli, jak i zwyczaj balowania w sylwestrową noc. Zabawy zaczęły się dopiero w XIX w. na szlacheckich dworkach i w pałacach arystokracji. Podpatrzony na Zachodzie – i Wschodzie – zwyczaj nałożył się częściowo na okołobożonarodzeniowe tradycje wróżbiarskie, a za pierwszy szampan służyło białe wino sprowadzane z Węgier. Wyganianie starego roku i starych nieszczęść odbywało się z sarmacką fantazją – trzaskaniem z batów i palbą z rusznic, czy kto tam co miał.

Na wsiach z kolei zaczęto wypiekać w ten dzień „szczodraczki” i „bochniaczki”: pieczywo, które oczywiście miało symbolizować szczęście i dobrobyt. Częstowano nim tych, którzy składali życzenia noworoczne. Wtedy też ukuto używany do dziś zwrot: „do siego roku”. Siego, czyli szczęśliwego i dostatniego.

Czego Państwu i sobie życzymy! Do siego roku!

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:10

ZIMOWA WALKA ZE ŚNIEGIEM

Napisane przez

Intensywne opady śniegu okazały się wyzwaniem nie tylko dla drogowców. Okres zimowy i opady śniegu to także nie lada wyzwanie dla samorządów, które – po pierwsze – muszą odpowiednio wcześnie przygotować się na opady śniegu, utrudnienia komunikacyjne i nieprzejezdność dróg, awarie prądu, ogrzewania czy pęknięte rury wodociągowo-kanalizacyjne, a po drugie – zawczasu pogodzić uszczuplone budżety z „zimowymi” wydatkami.

Wydatki związane z utrzymaniem porządku zimą to przede wszystkim koszty odśnieżania, zapewnienia przejezdności dróg i ciągów pieszych oraz walki ze śliską nawierzchnią. Ich ciężar ponoszą budżety samorządów, o czym pisaliśmy już w październikowym wydaniu Magazynu Samorządowego GMINA. Dziś pierwsze opady śniegu mamy już za sobą, a przez najbliższe 2-3 miesiące sytuacja raczej – bo w meteorologii nic nie jest pewne – się nie zmieni. Jak zatem sobie radzić z uporczywymi opadami śniegu?

Jak nie łopatą go, to solą…

Bieżące odśnieżanie to absolutna konieczność. Cięższy sprzęt – najczęściej podwykonawcy, zakładu oczyszczania miasta itd. – wyjedzie na szosy i drogi. Inny – lżejszy – posłuży do odśnieżenia parkingów, chodników czy parkowych alejek na terenie gminy. Poza odśnieżarkami mechanicznymi, które szybko i sprawnie uporają się z zasypanymi chodnikami i parkingami, mamy do dyspozycji tradycyjne narzędzia napędzane siłą ludzkich mięśni, takie jak łopaty czy miotły.

Skuteczne będzie, oczywiście, wsparcie substancji zapewniających chropowatość nawierzchni, a zatem: piasku, kruszywa, chlorku magnezu i chlorku wapnia oraz mieszanek środków niechemicznych i chemicznych. Najczęściej jednak używa się soli (chlorku sodu) przeznaczonej do utrzymania porządku na drogach i zwalczania śliskości chodników. Sól drogowa zalecana jest przez ekspertów jako środek do skutecznego rozmrażania śniegu i lodu zalegającego m.in. na ciągach pieszych i jezdnych. Jest to specjalna sól gruboziarnista, która rozpuszcza się wolniej i działa dłużej, często wzbogacona gotowymi mieszankami, skutecznie roztapiającymi śnieg i lód. Wybierając sól do posypywania, warto także zwrócić uwagę, czy produkt posiada pozytywną opinię Instytutu Dróg i Mostów.

Gdy temperatura spada poniżej 10 stopni Celsjusza, nie zastanawiamy się czym pługosolarki posypują drogi… Ważne aby nie było ślisko i jeździło się bezpiecznie. Zazwyczaj jednak sypią na asfalt chlorek wapnia, czyli sól kwasu solnego i wapnia, natomiast rzadko kiedy do posypywania dróg wykorzystywany jest piasek.

Sypanie solą budzi wiele kontrowersji – jej oddziaływanie niestety nie jest obojętne dla posypywanych nawierzchni i ich otoczenia, a zwłaszcza roślinności. Posypywanie solą jezdni i chodników, które sąsiadują z pasami zieleni lub drzewami, wzbudza także protesty ekologów, bowiem środek ten uszkadza roślinność. W miejscach, gdzie na trawniki spychana jest śniegowa breja z solą, wiosną ukazują się sczerniałe i zniszczone place zamiast trawy. Być może zatem warto rozważyć, czy okolice miejskich trawników, rabat, parków posypywać niszczącą je solą? Ogrodnicy radzą, by – gdzie tylko to możliwe – decydować się na ręczne lub mechaniczne odgarnianie śniegu i posypywanie ciągów pieszych piaskiem, co uchroni rośliny przed degradacją. Może zatem warto zainwestować w małe traktorki z wymiennymi przystawkami (skądinąd, przydatne przez cały rok)?

Ponadto, jak podkreśla Maciej Kłeczek – właściciel firmy produkującej specjalistyczne mieszanki soli drogowej – nadmierne solenie, poza negatywnym oddziaływaniem na rośliny, powoduje także szkody w postaci korozji betonu, mogą także pojawić się odbarwienia kostki brukowej. Przeciętnii użytkownicy żalą się też na zniszczone buty i podwozia samochodów.

Miasta różnie radzą sobie z tymi niedogodnościami. Na przykład urzędnicy krakowskiego magistratu przekonują, że ulice położone w ścisłym centrum Krakowa – ze względu na zabytki – nie są posypywane solą, a chlorkiem wapnia. Ale w innych częściach miasta nie da się jednak uniknąć soli, bo nie ma pieniędzy na alternatywne, kilkakrotnie droższe substancje. Ponadto ratusz przekonuje, że śnieg z krakowskich ulic usuwa w taki sposób, by nie zaszkodzić zieleni miejskiej: np. przejeżdżające solarki w ogóle nie posypują rosnących przy ulicach drzew. Natomiast w Warszawie, począwszy od zeszłorocznej zimy, drogi miały być posypywane ekologicznym żwirem, dzięki czemu nie trzeba byłoby sprzątać śniegu (co stanowi oszczędność dla „zimowego budżetu”). Jednak na ulice wciąż wyjeżdżają solarki, bo... od żwiru zapychają się studzienki i niszczy lakier na karoserii aut, natomiast żwir jest wykorzystywany tylko na peryferyjnych, gruntowych drogach bez odwodnienia.

Brak alternatywy?

Jak podkreśla jeden z producentów mieszanek soli drogowej, zwykle ze względu na negatywne oddziaływanie soli wiele gmin decyduje się na zakup gotowych mieszanek soli drogowej z piaskiem. Taka mieszanka – jak twierdzi Maciej Kłeczek – jest bardzo skuteczna: nawierzchnia staje się szorstka i jednocześnie jest zabezpieczona przed powstaniem śliskości. Jednak sól i tak gromadzi się w glebie wzdłuż dróg i niszczy trawę porastającą pobocza.

Na chwilę obecną nie ma jednak dla niej alternatywy. Inne środki chemiczne są kilka razy droższe. Najtańszymi środkami do usuwania śliskości są szorstkie materiały powodujące chropowatość powierzchni, takie jak piasek i żwir. W przypadku zastosowania tego typu materiałów należy zwrócić uwagę aby ich ziarnistość wynosiła powyżej 1 mm i aby zawierały jak najmniej składników spoistych – gliny. W przypadku popularnego żużlu trzeba pamiętać, że podobnie jak sól, ma on duże właściwości korozyjne i jest szkodliwy dla środowiska. Niestety, wiele gmin ze względu na niskie koszty stosuje takie praktyki.

niedziela, 29 grudzień 2013 23:57

POMYSŁY MIESZKAŃCÓW ZA BUDŻETOWE PIENIĄDZE

Napisane przez

Płacę – więc wymagam. Jedno z podstawowych praw rządzących gospodarką rynkową zaczyna święcić triumfy w samorządzie. Polacy chcą współdecydować o tym, na co przeznaczane są ich podatki. Jak kraj długi i szeroki, budżety partycypacyjne – zwane również obywatelskimi – stały się hitem wśród mieszkańców.

Już kilkadziesiąt polskich miast zgodziło się na to, by ich mieszkańcy decydowali, na co zostanie przeznaczona część ich budżetów. W głosowaniach organizowanych przez samorządy biorą udział dziesiątki tysięcy ludzi.

Tak integruje się mieszkańców

Zdaniem promotorów partycypacji obywatelskiej, stanowi ona kwintesencję demokracji lokalnej, a możliwość podpowiadania samorządowi przez mieszkańców, na co powinien przeznaczyć część budżetowych pieniędzy, to strzał w dziesiątkę.

– W ten sposób buduje się kapitał społeczny. To angażuje obywateli w decyzje o lokalnych wydatkach i daje możliwość skutecznego dialogu mieszkańców z ich reprezentantami. Ludzie widząc, że mają wpływ na to, co dzieje się w ich otoczeniu, tym chętniej się angażują – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Ewa Stokluska z Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, członek Rady ds. budżetu partycypacyjnego przy Prezydencie m. st. Warszawy.

Wydatki, o których decydują obywatele, to co prawda tylko 0,5-1,5 proc. budżetów poszczególnych miast. O reszcie nadal decydują prezydenci i radni. Współdecydowanie o wydatkach integruje mieszkańców, pielęgnuje patriotyzm lokalny, daje im wiedzę o miejskich finansach i pozwala realizować te inwestycje, których ludziom najbardziej brakuje. Partycypowanie przez mieszkańców w podziale budżetowych pieniędzy służy też kreowaniu lokalnych liderów.

Brazylijski przykład

Na czym polega istota budżetu partycypacyjnego? Sprawa nie jest skomplikowana. Najpierw mieszkańcy przesyłają projekty swojego autorstwa. Najczęściej dotyczą one spraw najprostszych. Może to być budowa ścieżki rowerowej, rewitalizacja parku, budowa placu zabaw na nowym osiedlu lub nowego żłobka. Gdy lista zostanie zamknięta, urzędnicy – razem z ekspertami – weryfikują te pomysły. Sprawdzają, czy inwestycję da się zrealizować zgodnie z prawem i czy koszty przyjęte w projekcie zostały prawidłowo oszacowane. Te projekty, które przejdą weryfikację, biorą udział w konkursie. Mieszkańcy głosują i wybierają ten, który ich zdaniem najlepiej odpowiada ich potrzebom. Zwycięskie projekty są wpisywane do budżetów miast i realizowane.

Chociaż w Polsce budżety partycypacyjne to nowość, sama idea ma już długą historię. Pomysł narodził się dwadzieścia lat temu w brazylijskim Porto Alegre. W tym mieście najpierw mieszkańcy decydowali o podziale środków na osiedlu, potem w dzielnicy, w końcu – na poziomie całego miasta. Przygotowany przez mieszkańców budżet partycypacyjny trafiał do radnych i burmistrza, a ci przyjmowali go bez zmian. Od czasu jego wprowadzenia w Porto Alegre znacząco poprawiły się warunki życia. Ulice wypiękniały, a odsetek domów z dostępem do prądu i bieżącej wody z roku na rok rośnie.

Eksperyment przeprowadzony w Brazylii szybko zyskał rozgłos, a pomysł zaczął być kopiowany na całym świecie. Dziś jest już stosowany w tysiącach miast, od Ameryki Południowej po Europę. Władze hiszpańskiej Sewilli od 2004 roku zachęcają mieszkańców do współudziału w tworzeniu miejskiego budżetu. Decyzję o odsetku budżetu miejskiego przeznaczonego do decyzji obywateli co roku podejmuje rada miasta. Budżet partycypacyjny staje się coraz popularniejszy w Wielkiej Brytanii. Od 2006 roku ponad 150 gmin przyłączyło się do rządowego programu zachęcającego do stosowania tego rozwiązania. Modele stosowane w poszczególnych gminach odpowiadają na aktualne potrzeby lokalnych społeczności. Na przykład w Tower Hamlets – dzielnicy Londynu – władze co roku wydają 2,5 miliona funtów w ramach budżetu partycypacyjnego.

Brazylijski pomysł na polski grunt przeszczepili lokalni społecznicy. Pierwszy z głosem mieszkańców zmierzył się Sopot. Cztery lata temu na budżet partycypacyjny przeznaczył cztery miliony złotych. Sopocianie, wbrew obawom urzędników, nie przeznaczyli pieniędzy na festyny, lecz wydali je na pojemniki do segregacji śmieci.

Miliony do wydania

Rekordowa pod tym względem okazała się w tym roku Łódź. Władze miasta do dyspozycji mieszkańców przeznaczyły 20 milionów złotych. Zainteresowanie było ogromne, w głosowaniu wzięło udział ponad 100 tysięcy ludzi. Prace nad budżetem partycypacyjnym przeprowadzono w sposób wzorcowy. Już w połowie 2012 roku powołany został zespół ds. budżetu obywatelskiego. Zespół liczy 23 osoby, a w jego składzie znaleźli się przedstawiciele Rady Miejskiej, organizacji pozarządowych, rad osiedli, Urzędu Miasta Łodzi, a także Uniwersytetu Łódzkiego.

Szczególnie chwalony jest model budżetu partycypacyjnego funkcjonującego w Dąbrowie Górniczej. W tym roku mieszkańcy po raz pierwszy mogą zdecydować, na co w przyszłym roku zostaną wykorzystane pieniądze z ich podatków – pięć milionów złotych. Kwota ta zostanie podzielona pomiędzy 27 dzielnic miasta (kwoty od 53 do 380 tys. zł). Wśród projektów znalazły się m.in. place zabaw, parkingi, boiska, skwery w dzielnicach, remonty chodników, renowacje miejskich alejek, rewitalizacja osiedli. Każdy mieszkaniec ma możliwość zagłosować na projekty proponowane do zrealizowania w jednej z dzielnic. Głosy można oddawać na trzy sposoby: przez internet na stronie twojadabrowa.pl, w punkcie konsultacyjnym w dzielnicy, albo w Biurze Obsługi Klienta w Urzędzie Miejskim. Udział w głosowaniu mogą wziąć wszyscy mieszkańcy, którzy ukończyli 16 lat. W przyszłym roku zostaną zrealizowane te projekty, które zbiorą najwięcej punktów. Wyniki mają być znane 13 grudnia.

– Z początku spotykaliśmy się ze złośliwymi uwagami mieszkańców: po co mamy wyręczać radnych, od czego jest władza. Jednak mieszkańcy szybko przekonali się do tej idei. Wpłynęło 250 projektów, a w głosowaniu brało udział 23 tysiące osób. Więc osiągnęliśmy prawie 20-procentową frekwencję, ponieważ w naszym głosowaniu mogli również głosować 16-latkowie. Zaczynamy pracę nad kolejną edycją budżetu – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Piotr Drygała, kierownik biura organizacji pozarządowych z Dąbrowy Górniczej.

Mieszkańcy Wałbrzycha zdecydowali z kolei, że w ich mieście rozbudowane zostanie hospicjum stacjonarne. Właśnie to przedsięwzięcie zdobyło największe poparcie podczas głosowania, które odbyło się w ubiegłym miesiącu. W sumie, w Wałbrzychu w budżecie partycypacyjnym na 2014 rok jest 2,2 miliona złotych na projekty lokalne oraz 1,8 miliona na przedsięwzięcia ogólnomiejskie.

Na zwycięski projekt ogólnomiejski o nazwie „Rozbudowa Hospicjum Stacjonarnego, podniesienie jakości opieki nad chorymi i ich Rodzinami” głosowało prawie 4 tysiące mieszkańców. Koszt realizacji inwestycji to 1,45 mln zł. Poparcie mieszkańców uzyskały też projekty o znaczeniu dzielnicowym. Wśród nich do realizacji wybrano m.in. urządzenie placów zabaw dla dzieci, centrum spotkań mieszkańców, ścieżki zdrowia, budowę parkingu, boiska sportowego, zagospodarowanie terenów zielonych oraz odnowienie schodów. Projekty, które otrzymały najwięcej głosów, zostaną wpisane do budżetu miasta na przyszły rok.

Ostatecznie w konkursie w Wałbrzychu wystartowało 120 projektów. – 84 lokalne i 36 ogólnomiejskich. Każdy mieszkaniec Wałbrzycha, który ukończył 16 lat, mógł oddać swój głos na trzy projekty lokalne i trzy ogólnomiejskie. Władze miasta zapowiadają, że jeżeli po ich realizacji w budżecie będą jeszcze pieniądze, zostaną wykorzystane na kolejne inwestycje z listy rezerwowej. Aby było sprawiedliwie, każda z dzielnic otrzymała na swoje projekty część pieniędzy proporcjonalną do liczby jej mieszkańców. To już drugi projekt Wałbrzyskiego Budżetu Partycypacyjnego. W ubiegłym roku na pomysły mieszkańców przeznaczono 3 mln zł.

Propozycje inwestycji z budżetu partycypacyjnego zbiera też Toruń. Tu na realizację potrzeb zgłaszanych przez mieszkańców miasta przeznaczono 6,4 mln zł. Konkretne pomysły przedsięwzięć –  możliwych do zrealizowania w ramach budżetu obywatelskiego – mogą zgłaszać mieszkańcy Torunia, którzy ukończyli 16 lat. Zgłaszany wniosek musi mieć poparcie co najmniej piętnastu osób i trzeba go złożyć do 16 grudnia. Urzędnicy magistratu spodziewają się, że weryfikacja propozycji potrwa do 21 stycznia 2014 r. Z zadań oznaczonych jako „przyjęte” utworzona zostanie lista projektów, które poddane będą pod głosowanie.

Jeden mieszkaniec może zgłosić jeden projekt ogólnomiejski oraz dwa lokalne – dotyczące okręgu, w którym mieszka. Podczas ostatecznego głosowania każdy z biorących w nim udział będzie mógł poprzeć maksymalnie trzy projekty z jednej listy lokalnej dotyczącej okręgu, w którym mieszka, oraz trzy projekty z listy ogólnomiejskiej. Głosowanie potrwa od 24 stycznia do 3 lutego przyszłego roku. Lista wybranych projektów zostanie ogłoszona w połowie lutego.

Stolica stawia na dzielnice

Do wprowadzenia budżetu obywatelskiego przygotowuje się też stolica. W połowie lipca prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że Warszawa – jak coraz więcej miast w Polsce – będzie wdrażać budżet partycypacyjny. Pierwszy raz ma się to stać w 2015 roku. Dzielnice mogłyby zdecydować o przyznaniu na ten cel od 0,5 proc. do 1 proc. swojego budżetu. W skali miasta może to być więc między 21 a 42 mln złotych. Do prac nad swoimi budżetami partycypacyjnymi przyłączyły się wszystkie dzielnice.

Najwięcej procentowo (1 proc. budżetu dzielnicy) chcą przeznaczyć do dyspozycji mieszkańców Ursynów (3 mln złotych), Bemowo (około 2 mln), Ochota (2,1 mln) oraz Wilanów (około 750 tys.). 0,6 proc. budżetu przeznaczy na dzielnicowy budżet partycypacyjny Praga Południe (to około 2 mln złotych). Na najniższą możliwą wysokość zdecydowały się dzielnice: Mokotów (2,5 mln złotych), Białołęka (około 1,2 mln), Bielany (1,5 mln), Śródmieście (2,5 mln), Targówek (około 1,4 mln), Ursus (590 tys.), Wawer (800 tys.), Wesoła (300 tys.), Włochy (około 580 tys.), Żoliborz (660 tys.) oraz Rembertów (271 tys.).

– Zorganizowanie całego przedsięwzięcia to skomplikowany proces, bo w Warszawie w tworzeniu projektów i późniejszym głosowaniu będą mogli brać udział już 14-latkowie. Jesteśmy jednak dobrze przygotowani i wierzymy, że wszystko zakończy się sukcesem – mówi nam Ewa Stokluska.

Skonstruowanie dzielnicowego budżetu partycypacyjnego to długi proces, który będzie trwał prawie rok. Pierwszym krokiem było powołanie przez dzielnice zespołów ds. budżetu partycypacyjnego. 20 stycznia przyszłego roku zarząd dzielnic ogłosi przystąpienie do realizacji budżetu partycypacyjnego. Od 20 stycznia do 9 marca 2014 roku zostanie przeprowadzona ogólnomiejska akcja informacyjna, dotycząca możliwości zgłaszania projektów w danej dzielnicy. W czerwcu przeprowadzone zostanie głosowanie nad projektami zgłoszonymi przez mieszkańców. Zwycięskie projekty zostaną zapisane w budżecie na 2015 rok.

Pieniądze dla sołectwa

Część samorządowców jest jednak zdania, że budżety partycypacyjne to specyfika dużych miast. Tam, gdzie dominują tereny wiejskie, rozwiązaniem skierowanym na współpracę z mieszkańcami są fundusze sołeckie. Są to środki wyodrębnione z budżetu gminy, zagwarantowane na realizację przedsięwzięć służących poprawie życia mieszkańców. Dodatkową zachętą dla gmin do wyodrębniania funduszu sołeckiego jest możliwość otrzymania zwrotu części poniesionych wydatków z budżetu państwa. Zgodnie z ustawą o funduszu sołeckim, w budżecie państwa zagwarantowane są środki na ten cel. Zwrot może dotyczyć 10, 20 lub 30 proc. poniesionych kosztów, zależnie od zamożności gminy, która zdecydowała się wyodrębnić fundusz sołecki. Największy procentowo zwrot otrzymują gminy najbiedniejsze.

– Mamy 22 sołectwa i we wszystkich utworzyliśmy fundusz. I to mieszkańcy w jakiejś mierze decydują o przeznaczeniu tych środków. Czasami mam inne zdanie niż oni, ale szanuję ich decyzję – mówi w rozmowie Magazynem Samorządowym GMINA Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia w województwie dolnośląskim. W samorządach najwyraźniej zaczyna się nowa era.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY