Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 70.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

Listopad 2013

Listopad 2013 (12)

wtorek, 03 grudzień 2013 22:04

WOJNA CENOWA SZKODZI E-ADMINISTRACJI

Napisane przez

Oszczędzanie funduszy to chleb powszedni polskich samorządowców. Jednak, oglądając z obu stron każdą złotówkę, trzeba mieć się na baczności. Informatyzując urząd trzeba brać pod uwagę nie tylko cenę, ale również jakość i możliwości sprzętu elektronicznego. A także całkowite koszty użytkowania: eksploatację, rachunki za prąd czy serwis. Bo może się zdarzyć, że tani sprzęt będzie horrendalnie drogi w użytkowaniu.

Prosty przykład: oto trzeba wyposażyć urząd w sprzęt drukujący. W pierwszej kolejności ogłaszany jest przetarg. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, wybierany jest dostawca, który zaproponował najniższą cenę. Na pierwszy rzut oka – wszystko jest w porządku.

Niestety, nie do końca. Szybko może się okazać, że urządzenia kupione tanio są niesłychanie drogie w użytkowaniu. Wymagają ciągłych napraw i, co rusz, nowych części zamiennych. Bo tusz czy toner do taniej drukarki może być dwa razy droższy niż do tej ze średniej półki. Poza tym taka drukarka nie oferuje wielu ekonomicznych rozwiązań, takich jak dwustronny druk, uśpienie sprzętu czy wyznaczanie limitu na zużycie papieru. Na tym nie koniec. Szybko okaże się, że zwykła drukarka nie ma funkcji skanowania ani kopiowania. Potrzebny więc będzie nowy przetarg…

Pułapka niskich cen

W zeszłym roku cena była jedynym kryterium oceny ofert w aż 92 proc. postępowań o zamówienie publiczne. Dla porównania: w całej Europie jedynie 30 proc. przetargów jest rozstrzyganych w ten sposób – wynika z raportu Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

– Nie tylko wykonawcy autostrad, ale też zamawiający usługi i produkty informatyczne czują się zmuszeni do wyboru wykonawcy z najniższą ceną – potwierdza Marcin Strzałkowski, prezes InteliWise, firmy specjalizującej się w dostawie rozwiązań technologicznych m.in. do jednostek samorządu terytorialnego.

Niestety, skutki takich praktyk są opłakane. Przede wszystkim prowadzą do nadmiernego obciążenia budżetu. Przykładem może być wspomniany sprzęt drukujący. Koszt rocznego utrzymania 100 drukarek to 130 tys. złotych, a tysiąca – ponad milion. Te kwoty można by zmniejszyć – i to nawet o 30 proc. rocznie – dzięki zastosowaniu aktywnego zarządzania obiegiem dokumentów lub poprzez dzierżawę sprzętu. Tyle że samorządowi włodarze rzadko decydują się na takie rozwiązania.

- Urzędy, które uznają cenę za jedyne kryterium wyboru, często fundują sobie żenująco niskiej jakości systemy IT. Albo podejmują współpracę z niewiarygodnymi firmami, które niekiedy nie są w stanie zrealizować kontraktów, choćby z powodu upadłości – wskazuje Strzałkowski. – Dzieje się tak, ponieważ zgodnie z procedurami nawet ci wykonawcy, którzy nie mają najmniejszego doświadczenia w ramach przedmiotu przetargu, proponują najniższe oferty, a dopiero potem szukają referencji na rynku, wręcz je kupując – dodaje.

Rewolucja cyfrowa w urzędach

Administracja staje się coraz ważniejszym klientem dla firm informatycznych. Przykładem jest Comarch, który przez wiele lat nie doceniał tego rynku. Tymczasem w ubiegłym roku zarobił ponad 100 milionów złotych na kontraktach z sektorem publicznym. Również spółka SAP wiąże duże nadzieje z tym sektorem rynku.

– Rosnące zainteresowanie mieszkańców e-usługami napędza popyt na zaawansowane narzędzia elektroniczne – tłumaczy Marek Głazowski, dyrektor ds. sektora publicznego w SAP Polska. – Potwierdzeniem jest współpraca i zastosowanie rozwiązań naszej firmy nie tylko przez organy administracji centralnej, ale też samorządy, choćby Urząd Miasta Stołecznego Warszawa.

Sęk w tym, że wraz z liczbą przetargów rośnie liczba dostawców, którzy zawyżają swoje możliwości, a zarazem obniżają stawki, byle tylko zdobyć kontrakt. Rywalizacji cenowej często nie są w stanie wygrać przedsiębiorcy, których oferta jest korzystniejsza z innych powodów, np. jakości, terminu dostawy czy gwarancji. Do tej pory słyszeliśmy o tym głównie w kontekście przedsięwzięć budowlanych i drogowych. Ale problem dotyczy także projektów technologicznych.

Za wojnę cenową odpowiadają też zleceniodawcy. I przynajmniej do pewnego stopnia trudno im się dziwić. Dlaczego? Projekty informatyczne w sektorze publicznym często okazują się bardziej złożone, a przez to obciążone większymi kosztami, niż uruchomienie go w prywatnych przedsiębiorstwach. Stąd bierze się pokusa, by tu i ówdzie coś uszczknąć i zaoszczędzić w budżecie.

– Struktura organizacyjna wielu urzędów jest mniej elastyczna i bardziej złożona niż w prywatnych firmach, zaś urzędowe procedury, m.in. prawo zamówień publicznych, uniemożliwiają elastyczność – wyjaśnia dyrektor Głazowski. – Kluczowym elementem, wyróżniającym sektor publiczny, są też problemy formalne. Często się zdarza, że prosta z informatycznego i technicznego punktu widzenia modyfikacja wymaga wprowadzenia zmian w rozporządzeniach, a nawet w ustawie – dodaje.

Za błędy zapłaci podatnik

Część nawet niewielkich samorządów już zdało sobie sprawę, jak istotną inwestycją jest sprawny system informatyczny. Jedną z takich gmin jest Czerwonak w województwie Wielkopolskim, który może się poszczycić rozbudowaną infrastrukturą IT. Składa się na nią m.in.: 15 serwerów, 35 laptopów, 80 stacji roboczych, dwie sieci i dwa łącza dostępu do Internetu, a także system łączności wykorzystujący technologię GSM, pozwalający na pełną mobilność pracowników.

– Dla nas najlepsza oferta to ta, która spełnia nasze oczekiwania – deklaruje Tomasz Fiedler, starszy informatyk i zastępca kierownika działu ochrony danych i teleinformatyki w gminie Czerwonak. – Dlatego przy każdym przedsięwzięciu teleinformatycznym, oprócz ceny, bierzemy pod uwagę wiele innych czynników, takich jak marka produktu, serwis gwarancyjny i pogwarancyjny, szybkość reakcji na zgłoszenia dotyczące usterek i awarii czy konieczności dostarczenia części zamiennych – podkreśla.

– Kluczem do sukcesu jest zarówno wybór odpowiedniego sprzętu, jak i wyłonienie dostawcy z właściwymi kompetencjami i doświadczeniem. Między innymi dlatego jego urząd nie organizuje przetargów, lecz konkursy ofert, na co pozwala art. 4 pkt 8 ustawy Prawo zamówień publicznych, dotyczący zakupów poniżej progu przetargowego, czyli 14 tys. euro – dodaje. Zbyt korzystna cenowo oferta zawsze wzbudza naszą czujność i podejrzliwość.

Oczywiście, konkurencyjność – mierzona także coraz niższymi kosztami pozyskiwania usług czy systemów – jest rzeczą pożądaną. – Zamawiający powinni brać również pod uwagę takie czynniki, jak jakość oferowanego rozwiązania, możliwości modyfikacji, niezawodność systemu i koszy utrzymania – wymienia Paweł Kozyra z Comarchu. – Oferty poniżej cen rynkowych powinny zostać wyeliminowane, bo ostatecznie płacą za to podatnicy – dodaje. 

wtorek, 03 grudzień 2013 22:03

ŚMIECIOWY PROBLEM GMIN

Napisane przez

Wprowadzona z wielkim hukiem ustawa śmieciowa nie działa. Kontrolerzy przyjrzeli się dziesięciu procentom polskich gmin i sprawdzili jak funkcjonują nowe przepisy. Wnioski są zatrważające – w większości miejscowości odpady nie są segregowane, a nowe dzikie wysypiska zamiast znikać – powstają.

Na razie kontrolą objęto zwłaszcza te samorządy, w których opłaty za odbiór śmieci są bardzo niskie. Efekty mówią same za siebie. Tylko jedna trzecia skontrolowanych gmin radzi sobie z wdrożeniem nowych regulacji. W sumie Główny Inspektorat Ochrony Środowiska weźmie pod lupę ponad 250 gmin w całej Polsce. Najczęściej jednak rzeczywistość pozostawia wiele do życzenia, a niekiedy dochodzi do sytuacji wręcz kuriozalnych.

Na niefrasobliwe samorządy posypały się kary. W pierwszej kolejności dostały je te gminy, w których w ogóle nie przeprowadzono przetargów. Mandaty w wysokości 50 tysięcy złotych dostało 17 samorządów. – Informacje spływają, więc trudno powiedzieć jakie będą końcowe wyniki. Cały raport  powinien powstać do roku – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Kinga Dębkowska, specjalista ds. komunikacji społecznej w Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.

– Postępujemy zgodnie z prawem – podkreśla w rozmowie z „Gminą” Mariusz Kozaczek, wójt Lubrzy, w której nie odbył się przetarg. – Nie może być kontroli, która jest na coś nastawiona, a udaje, że pewnych rzeczy nie widzi, bądź udaje, że coś jest inaczej, niż rzeczywiście obowiązuje. Nasz zakład budżetowy, który wozi śmieci, działa legalnie na obowiązujących przepisach – zaznacza. Jednak w przypadku Lubrzy uwagi dotyczyły też braku Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych.

Wśród ukaranych są m.in. Zielona Góra, Świdnica, Sopot oraz Hel. Przetargu nie rozpisały też Piekary Śląskie – zrezygnowano tam z postępowania, ponieważ stwierdzono, że dotychczasowy system działał jak należy. – Trudno mi zrozumieć funkcjonariusza publicznego, jakim jest burmistrz, który publicznie odmawia wykonania obowiązującego prawa – mówił w RMF FM szef ministerstwa środowiska, Marcin Korolec. Ukarane natomiast nie będą te samorządy, które przetargi rozpisały, ale nie zdążyły z ich rozstrzygnięciem. Takich samorządów, według danych ministerstwa środowiska, jest w całym kraju 147.

Odbiór śmieci raz na kwartał

Jednak nawet tam, gdzie przeprowadzono przetarg, sytuacja daleka jest od ideału. Takim przykładem jest Hrubieszów w województwie lubelskim. Tu wyłoniono w przetargu firmę, ale odpady miały być wywożone… raz na trzy miesiące. Inspektorzy ochrony środowiska przeprowadzili kontrolę i stwierdzili, że taka sytuacja jest nie do przyjęcia. W protokole pokontrolnym znalazło się zalecenie, żeby wywóz odpadów był częstszy. Władze gminy zobowiązały się do wprowadzenia w życie wniosków z protokołu. – Umowa na wywóz obowiązuje do końca roku. Do tego czasu mieszkańcy mogą w razie potrzeby poprosić o wcześniejszy odbiór nieczystości. Firma miałaby na to 14 dni – mówi Jan Mołodecki, wójt Hrubieszowa.

Inny przykład, tym razem z Przyłęku w województwie mazowieckim: Zgodnie z oficjalnymi danymi mieszkaniec tej gminy produkuje rocznie 32 kilogramy śmieci. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju produkuje ich… dziesięć razy więcej. Czyżby Przyłęk był najczystszą gminą w Polsce? Raczej nie. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że odpady zamiast trafić do odpowiedniego pojemnika – hurtem trafiają do lasu. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Dwie trzecie skontrolowanych gmin ma problem z osiągnięciem wymaganego w tym roku 10-procentowego poziomu odzysku szkła, papieru, plastiku czy metali, 30-procentowego poziomu unieszkodliwiania gruzu, czy 50-procentowego poziomu utylizacji odpadów biodegradowalnych.

Dzikie wysypiska jak grzyby po deszczu

Ale nowe prawo ma też nieprzewidziane skutki. W Chomęcicach koło Poznania powstało nielegalne wysypisko śmieci. Właściciel ziemi podpisał umowę z dostawcą, twierdząc że będzie śmieci segregował. Żeby prowadzić składowisko, na którym segregowane są odpady, trzeba mieć zgodę starostwa powiatowego. Tego rodzaju działalność musi być dopuszczona w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Nikt z Chomęcic jednak o takie pozwolenie nie występował.

Właściciel gruntu widocznie nie zdawał sobie sprawy na co się decyduje. – Robię, co mogę, żeby rozwiązać umowę z firmą, która odpady przywozi. Sądziłem, że to będzie inaczej wyglądało. Przywiozą partię odpadów, posegregują i wywiozą – mówił w rozmowie z „Głosem Wielkopolski”.

Podobny proceder wykryli w połowie października strażnicy miejscy ze Swarzędza. Podczas rutynowego patrolu natrafili na nielegalną sortownię odpadów i wysypisko. Na terenie jednego z gospodarstw rolnych znajdowała się ogromna ilość posegregowanych odpadów i kontenery pełne odpadów czekających na segregację. Na kontenerach widniało logo jednej z firm zajmujących się legalnie zbieraniem i przetwarzaniem odpadów na terenie powiatu poznańskiego. W ten sposób firma mogła oszczędzać na utylizacji śmieci. Sprawą zajął się już wojewódzki inspektorat ochrony środowiska. Takim praktykom miało przeciwdziałać montowanie w śmieciarkach urządzeń GPS, tak aby można było sprawdzić, gdzie wywieziono odpady. Problem w tym, że nie wszystkie firmy je stosują.

Winny jest pośpiech

Zdaniem Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, Andrzeja Jagusiewicza, bałagan z wdrażaniem ustawy to efekt między innymi tego, że gminy zostawiały wszystko na ostatnią chwilę. W wielu miejscowościach przetargi były rozstrzygane dosłownie ostatniego dnia. – Firmy, które się zajmowały tym do tej pory, niekoniecznie wygrały przetargi, wobec czego opuściły swoją piaskownicę i przestały się bawić w odbiór śmieci. Z kolei te firmy, które nie były pewne, że wygrają, czekały aż wygrają i nie robiły nic przez półtora roku. Kumulacja tych dwóch przyczyn daje taki efekt, że mamy niski w stosunku do oczekiwanych wymagań poziom recyklingu strumieni materiałowych – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową Jagusiewicz.

Za śmieci przed trybunał

A problem jest naprawdę poważny. Gminy nie radzą sobie z recyklingiem, a tajemnicą poliszynela jest fakt, że odpowiednie zaświadczenie o liczbie odzyskanych opakowań można sobie w Polsce po prostu kupić. Bowiem nad punktami zajmującymi się odzyskiem surowców nikt tak naprawdę nie ma kontroli. Jednak nawet takie sztuczne podnoszenie statystyk nie pomaga. Polska nie wypełnia limitów, za co Komisja Europejska grozi nam sprawą przed Trybunałem Sprawiedliwości.

Czasu na dostosowanie się do obowiązku zostało naprawdę niewiele. Limity muszą być spełnione do  wakacji 2014 r. Wchodząc do UE, Polska wzięła na siebie zobowiązanie, że 60 procent opakowań, które trafią na rynek, wróci do producenta. Na razie udaje nam się to zaledwie w połowie. W takich krajach jak Luksemburg, Belgia, Szwajcaria czy Szwecja prawie każda sprzedana szklana butelka wraca do producenta i zostaje poddana recyklingowi. W Polsce, według Europejskiej Federacji Opakowań Szklanych, zaledwie 45 proc. Tymczasem polskie samorządy miały półtora roku na przygotowanie się do nowego systemu – przeprowadzenie przetargów na odbiór śmieci, wprowadzenie nowych opłat śmieciowych i zebranie deklaracji od właścicieli nieruchomości. To czas, który najwyraźniej przeciekł między palcami.

wtorek, 03 grudzień 2013 22:02

SANATORYJNE FAJFY TYLKO DLA WYBRANYCH?

Napisane przez

O wyjazdach sanatoryjnych krążą legendy. Nic dziwnego, gdyż leczenie klimatyczne istnieje w Polsce od XII wieku. Dzisiaj prym wiodą nowopowstałe i nowocześnie wyposażone ośrodki z bazą hotelową na unijnym poziomie. Przed laty wystarczały drewniane pensjonaty bez wygód, spacery, leżakowanie na słońcu (tak leczono miedzy innymi gruźlicę), ćwiczenia i zabiegi oparte na medycynie naturalnej.

Największą atrakcją poszczególnych kurortów były koncerty  znanych artystów. I tak do Krynicy ruszali miłośnicy Jana Kiepury, a w Szczawnie wypatrywano Mieczysławy Ćwiklińskiej. W Ciechocinku kiedyś podziwiano Hankę Bielicką i jej kapelusze, zaś dzisiaj wspomnienie Don Wasyla wciąż powoduje szybsze bicie serca u niejednej kuracjuszki przechadzającej się pod tężniami.

Pamiętający magię deptaka w Sopocie czy Ciechocinku zasypują żartobliwymi radami aktualnie wyjeżdżających „do wód”. Wielu jednak nie kryje niezadowolenia, gdyż tę formę leczenia uważa za zwykły wypoczynek – i to na koszt państwa. Kilkunastominutowe zabiegi  w minimalnej ilości nie mają, w ich mniemaniu, szansy poprawić stanu zdrowia kuracjusza, który musiał pokonać kilkaset kilometrów meczącej drogi, a teraz biega z budynku do budynku.

Po części przyznaję im rację. Nawał pacjentów niekiedy skutkuje pracą na akord nawet tam, gdzie powinien być spokój i harmonia. Zdecydowanie inaczej do sprawy podchodzą wybrańcy, którym udało się otrzymać skierowanie do sanatorium i je zrealizować. Nie ważne dokąd, istotne, że jadą się leczyć.

Fora internetowe kipią od emocji. Na portalach powtarzają się pytania potencjalnych kuracjuszy, o dziwo, nie o poziom świadczonych usług, lecz o… średnią wieku leczonych w danym ośrodku. Czy pytającym chodzi faktycznie o powrót do zdrowia? Najprawdopodobniej tak, tylko wolą odzyskiwać sprawność wśród rówieśników. Nie można ich za to ganić. Jeśli trafi się do pokoju z wiekową osobą, to wypada jej pomagać, wyręczać, a przecież nikt w pełni zdrowy do sanatorium się nie wybiera. Statystyki pokazują, że rzeczywiście, osoby po 60. roku życia najczęściej korzystają z uzdrowiskowej oferty. Nic dziwnego, dłużej żyjemy, dłużej chorujemy, ale też na szczęście – dłużej chcemy pozostać sprawni i samodzielni.

Możliwości w ramach składki

Wzrosła też świadomość możliwości terapii w ramach składki zdrowotnej.  Podkreślić też należy, iż jedynie Narodowy Fundusz Zdrowia oraz Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych umożliwiają rehabilitację seniorom. Zakład Ubezpieczeń Zdrowotnych kieruje swoją ofertę tylko do osób czynnych zawodowo, licząc na to, że rehabilitacja przywróci je do pracy. ZUS nie ma własnych obiektów, kieruje na rehabilitację do jednostek, z którymi podpisał umowy cywilno-prawne. Turnusy prewencji rentowej trwają  średnio 24 dni i są bezpłatne.  Osoba chora może wyjeżdżać nawet kilka razy w roku, w zależności od stanu zdrowia i wskazań do rehabilitacji.

Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego natomiast zapewnia leczenie w ośrodkach rehabilitacyjnych rolnikom i ich przewlekle chorym lub niepełnosprawnym dzieciom (przynajmniej jeden z rodziców musi być ubezpieczony w KRUS) co 12 miesięcy (w uzasadnionych przypadkach częściej). Kwalifikowane są  osoby zagrożone całkowitą niezdolnością do pracy w gospodarstwie rolnym, albo uznane okresowo za całkowicie niezdolne do takiej pracy, które jednak rokują odzyskanie tejże w wyniku leczenia i rehabilitacji. Dotyczy to jednak wybranej grupy, tj. kobiet do 60. roku życia, mężczyzn do 65. roku życia. KRUS posiada własne ośrodki rehabilitacyjne. Turnusy trwają 21 dni. Koszty pokrywa KRUS. Do leczenia rehabilitacyjnego w pierwszej kolejności kierowani są rolnicy, którzy ulegli wypadkowi w gospodarstwie rolnym oraz osoby przebywające na zwolnieniu lekarskim powyżej 180 dni.

Korzystanie z leczenia rehabilitacyjnego w ramach ZUS lub KRUS nie wyklucza kontynuacji leczenia ambulatoryjnego w ośrodkach sanatoryjnych NFZ. Tutaj, jak wspominałam, na szczęście nie ma ograniczeń wiekowych. Wskazaniem do wystawienia skierowania do sanatorium jest konieczność kontynuacji leczenia specjalistycznego lub szpitalnego. Dotyczy to terapii chorób przewlekłych oraz działań mających na celu zapobieganie ich odległym następstwom. Turnusy trwają 21 dni w przypadku pobytu w sanatorium uzdrowiskowym (brak prawa do L4, leczenie w ramach urlopu wypoczynkowego), albo 24 dni, jeśli chory wymaga leczenia w szpitalu sanatoryjnym (kuracjusz otrzymuje L4). Czas oczekiwania na miejsce w sanatorium to średnio 18 miesięcy.

Krócej czeka pacjent, jeżeli w grę wchodzi kontynuacja leczenia szpitalnego (druk sanatoryjny należy złożyć w NFZ w ciągu 3 miesięcy od hospitalizacji). Jesteśmy bardzo schorowanym społeczeństwem, toteż chętnych  nie brakuje. To tłumaczy tak długie kolejki oczekujących. Od dawna nie jest to już urlop na koszt ubezpieczyciela. Tylko leczenie w szpitalu uzdrowiskowym jest bezpłatne dla pacjenta.

Pobyt w sanatorium wiąże się z dopłatą za miejsce w pokoju bardziej komfortowym. Płacimy też „za powietrze” (opłata klimatyczna). Finansujemy dodatkowe zabiegi, aby osiągnąć zamierzony efekt leczniczy i w pełni wykorzystać pobyt w sanatorium. Kurorty zapewniają dodatkowe rozrywki. Wszystko, rzecz jasna, by pokazać walory otoczenia. Rzeczywiście, uczestnictwo w organizowanych przez kurort wycieczkach, prezentacjach czy wieczorkach tanecznych, pozwala oderwać się od codziennych problemów, pozostawionych zwykle kilkaset kilometrów od uzdrowiska.

Łagodne zderzenie z rzeczywistością

Po powrocie łatwiej się zderzyć z rzeczywistością. Leczenie sanatoryjne to przecież regeneracja nie tylko fizyczna, ale i psychiczna. Polecam tę formę terapii. Szkoda, że sposób kwalifikacji pozostawia wiele do życzenia. Z jednej strony dobrze, bo to lekarz – specjalista w dziedzinie balneoklimatologii i medycyny fizykalnej lub rehabilitacji leczniczej – dokonuje oceny skierowania na leczenie uzdrowiskowe, ale niestety, odbiera się świadczeniobiorcy możliwość wyboru terminu leczenia oraz wskazania konkretnego ośrodka sanatoryjnego. Możemy jedynie zaznaczyć preferowany region kraju (nadmorskie, podgórskie itd.).

Znacznym utrudnieniem jest też konieczność „weryfikacji” skierowania po 18 miesiącach od wystawienia druku. Nauczyciele często do skierowań dołączają prośby o terminy wakacyjne. Fakt, gdyby każdy mógł wybrać dogodny okres, sanatoria przez znaczną część roku świeciłyby pustkami. Mimo mnożonych przez NFZ komplikacji, liczba zainteresowanych wcale nie spada. Niestety, zawiadomienie o przyznanym turnusie często przychodzi znienacka i zmusza do nagłej zmiany planów. To generuje stres, a nie o to przecież chodzi w procesie leczenia.

Z mojego doświadczenia wynika, że z leczenia uzdrowiskowego wciąż najczęściej korzystają emeryci i renciści. Osoby czynne zawodowo nie mogą sobie pozwolić na prewencję w postaci leczenia klimatycznego. Trzytygodniowe turnusy w bliżej nieokreślonym terminie? Kto z prowadzących firmę się na to zdecyduje? Który pracodawca zgodzi się na nagły wyjazd chorującego przewlekle, ale przecież zdolnego do pracy podwładnego? Takie realia uniemożliwiają działania profilaktyczne w zakresie chorób układu ruchu osobom w przedziale wiekowym między 45. a 60. rokiem życia. A szkoda. Nie da się nadrobić straconego czasu.

Uważam za celowe ustalenie w NFZ oddzielnej puli miejsc sanatoryjnych dla osób czynnych zawodowo. Może dzięki takim posunięciom nasz kraj będzie mógł się poszczycić większą sprawnością emerytów i mniejszą liczbą rencistów. A gdyby tak wprowadzić wariant 14-dniowych turnusów? Więcej osób mogłoby skorzystać z oferty i zmieniłaby się struktura wiekowa kuracjuszy.

Zdecydowanie nie popieram tych, którzy negują zasadność leczenia sanatoryjnego. Leczenie klimatyczne ma ugruntowaną pozycję w terapii wielu schorzeń. Mikroklimat miejscowości uzdrowiskowych czyni cuda. Jeśli jeszcze dodamy do tego możliwość skorzystania z zabiegów w dobrych warunkach i w miłym towarzystwie – efekt leczniczy pewny. A co z opowieściami o fajfach, wieczorkach tanecznych czy złamanych sercach? No cóż, małżeństwa mogą jeździć do sanatorium tylko wówczas, jeśli jedno pełni rolę opiekuna osoby niepełnosprawnej lub oboje małżonkowie są w zawansowanym wieku. Taniec sprzyja zdrowieniu, a czarowna moc kurortowego otoczenia przysparza o zawrót głowy, więc są i efekty niezamierzone w zaleconej kuracji…

Moi pacjenci wracają z sanatoriów zdrowsi, radośniejsi, jakby młodsi. O sprawy sercowe nie pytam. Na dzień dobry pytają, kiedy znowu mogą starać się o wyjazd na kolejny turnus. Gaszę ich zapędy. Muszą odczekać 12 miesięcy. Niech dadzą szansę innym. Populacja osób kwalifikujących się do leczenia balneologicznego znacznie przekracza możliwości NFZ, więc chyba już zawsze ta forma terapii będzie tylko dla wybrańców. Zatem tym zapracowanym, co nie mogą dołączyć do grona kuracjuszy, pozostaje snuć domysły i z zazdrością wzdychać w stronę deptaka w Ciechocinku albo wybrać się do uzdrowiska na własny koszt.

wtorek, 03 grudzień 2013 22:00

DEKADA INFORMATYZACJI

Napisane przez

Rozmowa z prof. Michałem Kleiberem – Prezesem Polskiej Akademii Nauk, pierwszym w polskiej historii ministrem informatyzacji

GRZEGORZ BLIŹNIUK: Panie Profesorze, był Pan pierwszym ministrem informatyzacji. Już w latach 2002-2005 budował Pan podstawy obecnego kształtu informatyzacji. Jak z perspektywy czasu wspomina Pan tamten okres?

MICHAŁ KLEIBER: To były czasy pionierskie. Wszystko robiliśmy po raz pierwszy. W wyniku moich starań w 2002 r. powstał dział administracji rządowej „informatyzacja”. W ówczesnym Urzędzie Komitetu Badań Naukowych tworzyliśmy zalążki urzędowe, umożliwiające funkcjonowanie tego działu. Zaczynaliśmy od kilku, a potem kilkunastu osób. Łatwo nie było, ale mam dzisiaj wielką satysfakcję – chyba podołaliśmy wyzwaniu. Udało nam się ustalić najważniejsze zasady informatyzacji kraju, zbudować organizację sprawnie zarządzającą procesem informatyzacji, opracować i przeprowadzić przez parlament ustawę o informatyzacji. Ważne było również to, że informatyzacja miała wreszcie swojego gospodarza, jakim był minister właściwy do spraw informatyzacji. Proszę również zauważyć, że po wielu latach informatyzacja doczekała się własnego ministerstwa, jakim jest obecne MAiC. To też jest jeden ze skutków działań podjętych w roku 2002. Myślę, że udało nam się także pokazać gospodarcze znaczenie całej branży informatycznej i środowiska skupionego wokół informatyki, przełamując szeroko wówczas rozpowszechnioną wśród polityków niewiarę w perspektywiczne znaczenie tego sektora.

Faktycznie – i po kilku latach Internauci pokazali swoją siłę w sprawie ACTA…

Bezdyskusyjnie. A przypomnijmy sobie, że jeszcze niewiele ponad dekadę temu Internet i komputery były często u nas uznawane za nieszkodliwe zabawki dla pasjonatów, a nie za realny i niezastępowalny byt we współczesnym systemie gospodarczym, społecznym i politycznym. Teraz jest to oczywiste, ale w początkach istnienia działu informatyzacja ludzie niejednokrotnie z przymrużeniem oka patrzyli na dobitnie artykułowaną przez nas konieczność szybkiego wprowadzania technik cyfrowych do szeroko rozumianego życia publicznego.

Wspomniał Pan, że za Pana urzędowania jako ministra została uchwalona ustawa o informatyzacji. Do dzisiaj jest ona podstawą działania dla każdego ministra odpowiedzialnego za informatyzację. Mało tego, kolejne jej nowelizacje – podobnie w 2005 r. – były popierane przez wszystkie ugrupowania polityczne reprezentowane w kolejnych parlamentach. Czy nie sądzi Pan, że jest to duży sukces informatyzacji, która pozostaje poza bieżącym sporem politycznym?

Oczywiście. Toczące się w kraju agresywne spory polityczne nie służą rozwojowi. Spieranie się jest społecznie korzystne tylko wtedy, gdy jego efektem staje się porozumienie, prowadzące do nowych, lepszych rozwiązań, stojących przed nami gospodarczych i cywilizacyjnych problemów. Nie bez powodu powstało kiedyś powiedzenie: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Dlatego zawsze prosiłem moich współpracowników, aby szukali racjonalnych kompromisów dotyczących kolejnych projektów ustawy o informatyzacji. To nie było w tamtym czasie łatwe. W 2003 r., kiedy przedstawiliśmy pierwszy projekt tej ustawy, mieliśmy bardzo wysoki poziom emocji politycznych. Potem, aż do początku roku 2005, ciężko pracowaliśmy nad uzyskaniem takiego kształtu ustawy, który – bez straty dla istoty problemu szybkiej informatyzacji kraju – byłby akceptowalny dla wszystkich sił politycznych w kraju.

Udało się. Podczas głosowań sejmowych w połowie 2005 r. wszystkie partie poparły ustawę. Miałem wtedy wielką osobistą satysfakcję. Byłem również bardzo wdzięczny moim współpracownikom, którzy swoją niezwykle zaangażowaną i kompetentną postawą pomogli osiągnąć ten wspólny sukces. Cieszy to tym bardziej, iż kolejne nowelizacje ustawy o informatyzacji uzyskują dzisiaj podobnie duże poparcie. Daliśmy wiec dobry przykład tego, jak kluczowe dla rozwoju kraju zagadnienia ustawowe powinny być wyłączane z obszaru istniejących sporów politycznych. Gdyby tak takie podejście udało się w parlamencie szerzej upowszechnić…

Wielokrotnie mówił Pan o tym, że dla właściwej informatyzacji i rozwoju społeczeństwa informacyjnego należy zapewnić synergię pomiędzy podażą e-usług, infrastrukturą dostępu do Internetu i umiejętnościami informatycznymi. Czy nadal pozostaje to aktualne?

Było i jest to aktualne. Jeżeli chcemy dostarczać e-usługi, konieczne jest posiadanie medium, po którym będą przemieszczać się cyfrowe teksty, obrazy i dźwięki. Po drugiej stronie łącza cyfrowego musi z kolei być ktoś, kto umie z tego skorzystać. Tylko w ten sposób można zapewnić rzeczywisty sukces procesowi informatyzacji. Taka synergia różnych działań jest kluczowym elementem, wręcz filarem, całego procesu. Ale skoro wspomnieliśmy o owym trójnogu „podaż – infrastruktura – umiejętności”, to po latach mam kolejną refleksję. Jawi mi się bowiem drugi trójnóg, stanowiący w istocie drugi filar procesu informatyzacji. Mam tu na myśli konieczność generowania synergii pomiędzy administracją rządową, samorządową i użytkownikami serwisów dostarczanych przez urzędy. Można to nazwać układem „rząd – samorząd – obywatel”. Jeżeli administracja publiczna ma działać sensownie dla obywatela, prowadząc proces informatyzacji, konieczne jest partnerskie współdziałanie rządu i samorządu. Dla obywatela nie jest istotne, jakie są kompetencje poszczególnych urzędów. Ludzie chcą szybko, wygodnie i skutecznie załatwiać swoje urzędowe sprawy. Nie interesuje ich, który urzędnik za to odpowiada. Jeżeli ktoś ma sprawę do urzędu, chciałby wejść do Internetu i ją sprawnie załatwić. Takie oczekiwanie jest dzisiaj naturalne i zgodne z duchem czasu. Przewidując taki właśnie rozwój wydarzeń i zmiany mentalności, już w latach 2002-2005 pracowaliśmy nad ustaleniem odpowiedniego podejścia do informatyzacji kraju, wyprzedzającego powszechne wtedy, niepełne rozumienie stojącego przed nami wyzwania.

Skoro mówimy o koncepcjach perspektywicznych, warto też wspomnieć, że w latach 2004-2005 w dawnym Ministerstwie Nauki i Informatyzacji wymyślono pomysł Elektronicznej Platformy Administracji Publicznej (ePUAP). Wtedy również rozpoczęto pierwsze kroki przygotowujące jej realizację. Kolejni ministrowie informatyzacji z dużym zaangażowaniem kontynuowali i kontynuują prace nad rozwojem ePUAP. Potwierdza to niejako słuszność koncepcji wypracowanej pod Pana rządami. Jest jednak wielu jej krytyków. Nie są oni przekonani o tym, że likwidacja tzw. „Polski resortowej” jest właściwa. Pan popierał koncepcję synergii rozwiązań informatycznych poprzez ePUAP? Jak można przekonywać jej przeciwników?

Popierałem ePUAP i popieram nadal. Cieszę się, że kolejni ministrowie przejmują ten pomysł i bardzo ciekawie go rozwijają. Taka konsekwencja jest ważna, ponieważ inwestycje w tym sektorze trwają z zasady wiele lat. Byłoby więc wielkim nieszczęściem, gdyby kolejne rządy rezygnowały z osiągnięć swoich poprzedników i za każdym razem zaczynały od nowa. Nie mam wątpliwości, że w merytorycznym zapleczu każdej poważnej siły politycznej są osoby myślące racjonalnie. Dobrze, że informatyzacja ma szczęście do tak rozsądnie myślących ludzi.

A co można powiedzieć krytykom ePUAP?…  Nie od razu Kraków zbudowano. Trzeba zachować cierpliwość i pozwolić na dokończenie tej platformy. Pamiętam, że jej pierwotny cel był bardzo czytelny: chodziło o to, aby po wejściu na konto w ePUAP można było załatwiać swoje sprawy urzędowe i aby równocześnie nie trzeba było w ogóle wiedzieć, gdzie i jakie dokumenty trzeba kierować. Platforma ePUAP miała to wiedzieć za nas. Ten ambitny postulat został sformułowany bardzo klarownie, ale jego realizacja jest trudna. Wymaga to przecież stworzenia skomplikowanych rozwiązań technicznych, wielu zmian z sposobie pracy urzędów, konsekwentnych zmian w prawie administracyjnym i cywilnym, daleko idących zmian mentalności zarówno urzędników, jak i obywateli. To musi potrwać lata. Nie zrobi się tego w ciągu roku czy dwu.

„GMINA” kierowana jest także do samorządów. W jaki sposób, Pana zdaniem, urząd samorządowy może korzystać na informatyzacji administracji publicznej?

Powinniśmy pamiętać, że informatyzacja nie dotyczy wyłącznie budowania e-usług w Internecie. W obecnych czasach nie ma urzędu, który mógłby skutecznie funkcjonować bez informatyki. Informatyzacja jest zatem dla urzędu tak samo niezbędna, jak dostęp do energii elektrycznej czy wodociągu. Informatyka nie jest już służącym zabawie gadżetem. Tak jak wspomnieliśmy na początku naszej rozmowy, jest ona bytem organicznym, trwale wpisanym w tkankę naszej codzienności. Jest ona dla urzędu koniecznym narzędziem.

Pamiętajmy również o tym, że Regionalnych Programach Operacyjnych na lata 2007-2013, a i w kolejnym budżecie Unii Europejskiej na lata 2014-2020, znaczne środki są i nadal będą przeznaczone na informatyzację samorządu. W Polsce powstaje właśnie dedykowany informatyzacji Program Operacyjny „Polska Cyfrowa”. Samorządy, tak jak do tej pory, będą mogły partycypować w tym budżecie i dzięki niemu rozwijać swoje gminy, powiaty, miasta i województwa. Pamiętajmy: sprawny urząd i nowoczesna gmina przyciąga nowe inwestycje, nowe firmy i nowych mieszkańców. Czy nie o to właśnie nam wszystkim chodzi?

Wiele samorządów zastrzega jednak, że nie stać ich na rozwój kosztownych technologii informatycznych. Czy można znaleźć synergię pomiędzy na przykład inwestycją w oświatę, ochronę zdrowia, infrastrukturę drogową z inwestycją w informatyzację gminy?

Gdyby gminy musiały wszystko finansować wyłącznie ze swoich własnych środków, na pewno nie byłoby to dla nich do udźwignięcia. Dlatego też wspomniałem o środkach z Unii Europejskiej. Łatwiej jest przecież zapłacić za inwestycję informatyczną na przykład 25% wkładu krajowego, a pozostałe 75% pozyskać z budżetu Unii, niż całe 100% znaleźć w – i tak mocno napiętych – budżetach samorządów.

Synergia, o którą Pan pyta, nie jest trudna do odnalezienia. Teraz nie tylko w szkołach, ale i w przedszkolach używa się komputerów i Internetu do zajęć edukacyjnych. Placówki ochrony zdrowia są niejako przymuszone wymogami NFZ do posiadania infrastruktury informatycznej. Ponadto, według obecnych przepisów prawa już od sierpnia 2014 r. wszystkie placówki ochrony zdrowia w Polsce będą zobowiązane do przetwarzana dokumentacji medycznej wyłącznie w postaci elektronicznej. Konieczne jest więc inwestowanie w informatyzację gminy i w jej oświatę, czy też ochronę zdrowia. Inny rodzaj synergii widzę pomiędzy inwestycjami drogowymi i informatycznymi. Wiadomo przecież, że budując drogi, wykonujemy prace ziemne. Można wtedy, niejako przy okazji, uzbroić gminy w infrastrukturę światłowodową. A światłowody nadal są najlepszym nośnikiem sygnału cyfrowego niezbędnego zarówno dla Internetu, jak i innych zastosowań.

Rzeczywiście, kiedyś często mówił Pan o tym, że można połączyć inwestycję drogową z rozwojem sieci światłowodowej. Podobnie rozwój gazociągu, wodociągu, czy kanalizacji. Każda z tych inwestycji wymaga prac ziemnych i można zaplanować je łącznie. Zastanówmy się jednak, czy takie podejście nadal znajduje swoje uzasadnienie? Warto tutaj wspomnieć, że sieci telefonii komórkowej coraz szczelniej przykrywają kraj Internetem bezprzewodowym.

To prawda, mamy obecnie coraz lepszą infrastrukturę bezprzewodowego dostępu do Internetu. Nie powinno to jednak zniechęcać nas do rozwoju infrastruktury światłowodowej. Jeżeli mielibyśmy wybudowaną podwójną infrastrukturę dostępową, to jej niezawodność byłaby dużo wyższa. Ponadto, internauci mieliby większy wybór potencjalnych dostawców Internetu.

Czy Pana zdaniem polskie samorządy boją się wprowadzania do użytku nowych technologii? Czy istnieją w tej kwestii jakieś bariery mentalne?

Gdyby zadał mi Pan to pytanie dziesięć lat temu, odpowiedziałbym, że tak. Teraz z pełną świadomością odpowiadam, że nie. Polskie samorządy nie mają w mojej ocenie barier mentalnych przed wprowadzaniem nowych technologii. Bardzo często są wręcz w awangardzie wdrażania nowoczesnych rozwiązań informatycznych.

Samorządy poszukują oszczędności w swoim budżecie. W jaki sposób cyfryzacja może przyczynić się do oszczędności w jednostce samorządowej?

Poszukiwanie oszczędności jest ważne i zawsze wskazane pod warunkiem wszakże,  że nie  poprzestaje się wyłącznie na tym. Informatyzacja pomaga organizować efektywną pracę urzędu. Dzięki niej każda złotówka może być wydana lepiej niż wtedy, gdybyśmy działali w tradycyjny, „papierowy” sposób. Trudno jest w tej chwili podać jakieś dokładne ilościowe oceny odnoszonych korzyści. Wiele publikacji dowodzi jednak, że dobre modelowanie pracy instytucji i ustawienie jej na dobrze zinformatyzowanych podstawach skutecznie podnosi jej efektywność, liczoną stosunkiem wydawanych pieniędzy do uzyskiwanego rezultatu pracy.

W czasie Pana urzędowania mocno zachęcano polskie i zagraniczne firmy z sektora nowoczesnych technologii do inwestowania w Polsce. Doprowadził Pan również do możliwości odliczania przez osoby fizyczne od podatku części kwoty z rachunków za dostęp do Internetu. Czy takie zachęty inwestycyjne i podatkowe są nadal potrzebne? Inwestycje mogą przecież przyczynić się do powstawania nowych firm oraz nowych miejsc pracy na terenie poszczególnych gmin, a co za tym idzie do zwiększania wpływów podatkowych w samorządach.

Ulgi podatkowe i zachęty inwestycyjne są skutecznym narzędziem dla rozwoju wskazanego obszaru gospodarki. W ciągu ostatnich lat wiele zagranicznych koncernów informatycznych otworzyło swoje oddziały i centra rozwoju technologii w Polsce. Również nasze rodzime firmy informatyczne rozwijają się imponująco. One z kolei otwierają swoje oddziały w Europie i poza nią. To bardzo cieszy. Każda gmina powinna zapraszać do siebie takich inwestorów. Nie trzeba tutaj przekonywać, że inwestycje tego typu przynoszą dla społeczności lokalnych wyłączne korzyści. Pamiętajmy także, iż przemysł informatyczny jest czysty ekologicznie, można więc tworzyć firmy informatyczne również w miejscowościach szczególnie dbających o środowisko naturalne.

Zastanówmy się nad umiejętnościami informatycznymi. Jak Pan sądzi, czy obecna bardzo silna konwergencja technologii cyfrowych skutecznie zmniejsza zjawisko wykluczenia cyfrowego?

Tak, na pewno. Jeżeli mamy dzisiaj dostęp do Internetu w każdym smartfonie, nie może być w tej sprawie żadnych wątpliwości. To już cała epoka zmian, a upłynęło zaledwie 10 lat…

Dla gmin szczególnie interesujące jest zmniejszanie wykluczenia z przyczyn ekonomicznych i geograficznych. Co tutaj można doradzić lokalnym włodarzom?

Inwestujcie w informatyzację i w dobrą infrastrukturę dostępu do Internetu. Wtedy będzie łatwiej zawodowo aktywizować mieszkańców. Będzie im łatwiej znaleźć pracę albo założyć własną firmę. Nie będzie miało znaczenia miejsce, gdzie stoi ich dom. Ważne, aby miał on dostęp do Internetu i, oczywiście, do drogi gminnej o dobrej nawierzchni. Bo przecież, jeżeli na przykład zrobimy zakupy w sklepie Internetowym, to potem ktoś musi z nimi do nas dojechać…

wtorek, 03 grudzień 2013 21:58

DOBRE PRZEPISY, ZŁE PRAKTYKI

Napisane przez

25 października w siedzibie Fundacji Republikańskiej odbyła się debata ekspercka „Projekty nowelizacji Prawa zamówień publicznych – przedmiot, cel i zasadność”. Uczestnicy spotkania rozmawiali nie tylko o merytorycznej zawartości projektów, ale też starali się określić cele wprowadzanych zmian oraz zasadność ich wprowadzenia. W trakcie dyskusji starano się też dokonać refleksji nad kondycją całego systemu zamówień publicznych w Polsce.

W spotkaniu wzięli udział posłowie Adam Szejnfeld z Platformy Obywatelskiej oraz Jerzy Szmit z Prawa i Sprawiedliwości, eksperci – Mariusz Kuźma, udziałowiec Kancelarii Doradztwa Prawnego i Gospodarczego K&K, Marek Kowalski, ekspert PKPP „Lewiatan” i Prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości, Sylwia Szczepańska, ekspert Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” – oraz prowadzący spotkanie Prezes Fundacji Republikańskiej Marcin Chludziński i ekspert Fundacji, Paweł Przychodzeń.

Punktem wyjścia debaty był problem mnożących się nowelizacji Prawa zamówień publicznych: tylko w tym roku złożono trzy nowe projekty zmian, w sumie w Podkomisji Nadzwyczajnej znajduje się sześć projektów. – Należałoby się zastanowić, czy nie czas napisać nową ustawę. Wydaje się, że w dłuższej perspektywie i tak nie uciekniemy przed takim rozwiązaniem – mówił Paweł Przychodzeń. Zdaniem uczestników debaty, duża liczba nowych rozwiązań wprowadzanych pojedynczo – np. projekt zmian autorstwa posłów Ruchu Palikota (obecnie Twój Ruch) to trzy nowelizacje, po jednym przepisie każda – pogłębia chaos.

Co więcej, ustawiczne nowelizowanie prawa w wielu przypadkach wydaje się być niepotrzebne. Najlepszym przykładem może być projekt mający w założeniu regulować sytuację podwykonawców. – Jeśli się dobrze wczytać w istniejącą ustawę, można w niej znaleźć przepisy wystarczająco regulujące relacje wykonawca-podwykonawca – podkreślał Paweł Przychodzeń.

Tematem, któremu uczestnicy debaty poświęcili wiele uwagi, były dwa projekty zakładające podniesieniu progu stosowania ustawy do 30 – a w przypadku drugiego projektu: do 50 – tysięcy euro. Z komentarzy i analiz towarzyszących dyskusji nad tymi zmianami wynika, że operacja podwyższenia tzw. progu bagatelności do 30 tys. euro spowoduje, że mniej więcej czwarta część zamówień ogłaszanych obecnie w Biuletynie Zamówień Publicznych nie będzie już udzielana w oparciu o zasady i procedury z Prawa zamówień publicznych. Zmiany – zwłaszcza dla niewielkich wykonawców – mogą być więc znaczne.

- 30 czy 50 tysięcy, to nie jest wielka różnica. Istotne dla kraju przetargi dotyczą zamówień wartych miliony – argumentował poseł Adam Szejnfeld. – Wysokość progu ma znaczenie. Znaczna część budżetów inwestycyjnych polskich instytucji to małe prace, które mieszczą się właśnie poniżej tego progu – kontrował poseł Jerzy Szmit. Zdaniem Adama Szejnfelda ważniejsze od ustalenia kwoty progowej jest jednak unormowanie sytuacji w przypadku takich niewielkich zamówień. – Nie jestem zwolennikiem mnożenia regulacji. W takiej sytuacji najważniejsza jest transparentność: np. podawanie do publicznej wiadomości szczegółów wszystkich prowadzonych postępowań, tak żeby mieszkańcy każdej, nawet najmniejszej gminy, mogli obserwować, co dany wójt robi – podkreślał poseł PO. Również i w tym przypadku uczestnicy zgadzali się, że największe kłopoty systemu zamówień publicznych nie wynikają z wadliwych przepisów, ile z praktyki ich stosowania.

Dobitnym przykładem może być kontrola systemu. – Rygor ustawowy zamienił się na rygor kontrolera – zaznaczył Mariusz Kuźma. – Teraz wszyscy tego żałują, bo kontrolujący działają dosyć dowolnie – dodał. – Kontrolerzy rzucają się na to, co łatwo kontrolować – sekundował mu Paweł Przychodzeń. Efektem jest sytuacja, gdy zamówienia są przygotowywane z myślą o potencjalnych kłopotach, w jakie wpędzić mogą zamawiającego potencjalne przyszłe kontrole.

Jeszcze inny problem to zjawisko rażąco niskiej ceny i – generalnie – dominujące w systemie zamówień publicznych kryterium cenowe, częściowo wynikające z presji kontrolerów. – Ponad 90 procent przetargów rozstrzyganych jest według kryterium ceny – mówił poseł Szejnfeld. – Jednak winni takiej sytuacji są wszyscy ci, którzy budują wokół zamówień publicznych atmosferę podejrzliwości. Stosując kryterium cenowe zamawiający po prostu się broni: przecież, jak pojawi się jakakolwiek przesłanka do oskarżenia polityka czy urzędnika odpowiedzialnego za postępowanie, trzy kolejne lata spędzi on w sądach – podkreślał. W skrajnych przypadkach prowadzi to jednak do sytuacji, w której zamawiający musi zdawać sobie sprawę z faktu, że wykonawca – aby zrealizować zamówienie w cenie wyznaczonej przez zamawiającego – będzie musiał złamać prawo. – To nie wykonawcy pierwsi zaczęli korzystać z luk prawnych – komentował Marek Kowalski. – To zamawiający zaczęli formułować zamówienia w taki sposób, że musiały one zawierać założenie, iż wykonawca będzie musiał np. płacić pracownikom stawki poniżej wynagrodzenia minimalnego – mówił.

Jednym z najważniejszych tematów październikowego spotkania była też rola Urzędu Zamówień Publicznych w systemie. Uczestnicy niemal jednogłośnie uznali, że znaczenie tej instytucji dla zamówień publicznych w Polsce zasadniczo się zmieniło: dziś Urząd ma znacznie większe prerogatywy niż zakładano to w czasach, kiedy powstawała zarówno sama instytucja, jak i obowiązująca ustawa. – Poważnie modernizujemy tę instytucję – zapewniał Adam Szejnfeld. – Urząd ma wrócić do sytuacji, w której kontroluje i nadzoruje system, a nie jest miejscem, gdzie np. realizuje się inne zadania, choćby tworzy prawo – dodawał. – W ostatnich latach UZP zagarniał coraz więcej funkcji, aż w końcu się zapchał – skwitował lapidarnie Mariusz Kuźma.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:56

MODEL KASKADOWY CYKLU ŻYCIA OPROGRAMOWANIA

Napisane przez

Prowadząc proces zamówień publicznych oraz planując rozwój systemów informatycznych, należy w sposób rozsądny patrzeć na faktyczne potrzeby urzędu i nie ulegać przy tym osobistym preferencjom. Poza opisywanymi wcześniej na łamach Magazynu Samorządowego „GMINA” kryteriami, informatycy muszą również umieć przewidzieć potencjalne kierunki rozwoju zamawianych systemów tak, aby można było potraktować pierwsze zamówienie nowego rozwiązania jako ewentualny krok w jego ewolucyjnym rozwoju.

W tym miejscu dotykamy między innymi zagadnień współczesnej inżynierii oprogramowania – w zakresie sposobu organizacji cyklu życia oprogramowania. Dzisiaj przedyskutujemy własności najbardziej klasycznego modelu cyklu życia oprogramowania, jakim jest model kaskadowy.

Oprogramowanie jest produktem

Koncepcja modelowania cyklu życia oprogramowania wywodzi się z inżynierii oprogramowania. Przyjmuje się, że oprogramowanie jest szczególnym rodzajem wyrobu, którego wytwarzanie wymaga specjalnych procedur. Są one specyficzne dla każdego etapu cyklu życia. Pojęcie cyklu życia systemu informatycznego jest kluczowe dla zarządzania pracami wytwórczymi oprogramowania systemów informatycznych. W międzynarodowej normie IEC 60300 przedstawiono cykl życia oprogramowania według schematu, przedstawionego na rysunku 1. Nakładanie się na siebie niektórych elementów z tego rysunku oznacza, że kolejne fazy cyklu życia są częściowo realizowane w tym samym czasie, a także to, że pomiędzy tymi fazami może istnieć sprzężenie przyczynowo-skutkowe. Kolejność faz cyklu życia jest oznaczona umowną osią czasu i symboliką przesłaniania prostokątów, w których umieszczono nazwy poszczególnych faz.

 
   

 

Warto również przypomnieć, że oprogramowanie musi spełniać określone przez urząd wymogi jakościowe. W normie PN-ISO 8492 określono, że „jakość to ogół cech i właściwości wyrobu lub usługi decydujących o zdolności tego wyrobu lub usługi do zaspokojenia stwierdzonych lub przewidywanych potrzeb użytkownika produktu”. Oznacza to, że w interesie zarówno urzędu, jak i dostawcy oprogramowania, jest ustalenie wymogów jakościowych oraz doprowadzenie do ich należytego spełnienia.

Idea modelu kaskadowego

W podejściu kaskadowym kolejne etapy wytwarzania oprogramowania następują kolejno po sobie. Zostało to zilustrowane na rysunku 2. Najpierw ustalamy potrzebę wytworzenia systemu informatycznego i wstępnie ustalamy, co to ma być. Potem dopracowujemy wymagania na system informatyczny i w ten sposób tworzymy opis przedmiotu zamówienia. Następnie opracowujemy pełną specyfikację istotnych warunków zamówienia (SIWZ) i na tej podstawie ogłaszamy przetarg na wykonanie systemu informatycznego. Po rozstrzygnięciu przetargu przystępujemy do współpracy z wykonawcą.

W pierwszym kroku wykonywana jest analiza systemu. Oznacza to, że uszczegóławiamy nasze wymagania z SIWZ po to, aby na tej podstawie wykonawca mógł opracować specjalistyczne modele analityczne systemu. Na etapie analizy nadal ustalamy, co ma być zrobione. Ważne jest, aby ustalić wszystkie szczegóły niezbędne dla dalszych etapów procesu wytwórczego.

Modele analityczne stanowią podstawę dla wejścia w projektowanie systemu. Na tym etapie wytwórca ustala, w jaki sposób wykonać działający system zgodny z naszymi wymaganiami. Potem wytwórca przystępuje do implementacji oprogramowania. Powstają wtedy działające programy. Są one testowane i integrowane w zamówione komponenty programowe. Następnie wytwórca prosi zamawiającego o przeprowadzenie sprawdzenia wytworzonego oprogramowania. Jest to wykonywane podczas testów akceptacyjnych, przygotowanych wcześniej przez wytwórcę w porozumieniu z zamawiającym.

Po pozytywnym przejściu testów akceptacyjnych system informatyczny może być wdrożony do eksploatacji. W czasie trwania eksploatacji systemu może zostać zidentyfikowana potrzeba wytworzenia kolejnej, ulepszonej jego wersji. Wtedy po przejściu etapu dezaktualizacji rozpoczynamy kolejną kaskadę.

W modelu kaskadowym mamy zatem następujące po sobie kroki wytwarzania oprogramowania:

1.       Koncepcja

1.1.    Pomysł na system

1.2.    Ogólny zarys wymagań

2.       Wymagania ogólne

2.1.    Cechy użytkowe systemu

2.2.    Ograniczenia techniczne, organizacyjne i prawne

2.3.    Przewidywany czas i budżet projektu

2.4.    Wymogi jakościowe na system

3.       SIWZ/Umowa

3.1.    Wymagania ogólne stanowią podstawę dla  opisu przedmiotu zamówienia

3.2.    Pozostałe dokumenty zgodnie z prawem zamówień publicznych

3.3.    Podpisanie umowy na wykonanie systemu

4.       Analiza

4.1.    Uszczegółowienie i zamrożenie wymagań

4.2.    Modele analityczne systemu

5.       Projekt

5.1.    Modele projektowe systemu

5.2.    Niezbędne wytyczne dla etapu implementacji oprogramowania

6.       Implementacja

6.1.    Wytworzenie kodów programowych

6.2.    Zintegrowanie komponentów w jedną całość

6.3.    Przygotowanie systemu do testowania

7.       Testowanie

7.1.    Testy wewnętrzne systemu u wytwórcy

7.2.    Testy akceptacyjne z zamawiającym

8.       Odbiór i wdrożenie

8.1.    Uzyskanie pozytywnego wyniku testów akceptacyjnych

8.2.    Formalny odbiór systemu

8.3.    Wdrożenie do eksploatacji

9.       Eksploatacja

9.1.    Eksploatacja wstępna przy asyście wykonawcy

9.2.    Eksploatacja samodzielna przez zamawiającego

9.3.    Wnioski odnośnie rozwoju systemu

10.   Dezaktualizacja (ewentualnie)

10.1.  Albo: ustalenie potrzeby wytworzenia kolejnej wersji systemu

10.2.  Albo: wycofanie obecnej wersji z użycia bez planowania produkcji wersji następnej

Relacje pomiędzy urzędem i dostawcą informatyki

Dla poprawnego wytworzenia i uruchomienia systemu informatycznego kluczowa jest współpraca urzędu zamawiającego system i wykonawcy tego systemu. Przedstawiony na rysunku 2 schemat cyklu kaskadowego pokazuje, że na początku pomysłów na system prace są realizowane po stronie zamawiającego. Oznaczone to zostało kolorem żółtym. Istotne jest, aby urząd potrafił ustalić potrzebę realizacji systemu i opisać jego koncepcję. Następnie konieczne jest zdefiniowanie wymagań ogólnych na system i odpowiednie przeprowadzenie procedury zamówienia publicznego. Po przeprowadzeniu procesu zamówienia na wykonanie usługi wytworzenia i dostarczenia oprogramowania, następuje podpisanie odpowiedniej umowy pomiędzy urzędem i wykonawcą systemu.

Potem następują kolejne trzy kroki oznaczone kolorem pomarańczowym, które są realizowane przez wykonawcę. Są to: analiza, projekt i implementacja systemu. Następnie realizowane są testy systemu. Zanim wykonawca poinformuje o gotowości do przekazania systemu, wykonuje on swoje testy wewnętrzne. Potem zamawiający przeprowadza testy akceptacyjne systemu. Ten etap cyklu wytwórczego jest bardzo ważny, ponieważ wyłącznie na podstawie pozytywnego przeprowadzenia testów akceptacyjnych może nastąpić odbiór systemu i tym samym płatność końcowa wynagrodzenia za jego wykonanie.

Kolejnym krokiem wykonywanym przez wytwórcę systemu jest jego wdrożenie na instalacjach docelowych i uruchomienie procesu eksploatacji systemu. Na etapie eksploatacji następuje sukcesywne przejmowanie odpowiedzialności za ciągłość pracy systemu przez urząd. Po zakończeniu okresu rękojmi i gwarancji urząd eksploatuje system, najczęściej całkowicie samodzielnie, bez wsparcia wykonawcy.

Ewentualny etap dezaktualizacji oprogramowania pozostaje w zakresie odpowiedzialności urzędu, który sam decyduje, o tym, czy i kiedy używane przez niego oprogramowanie przestało być wystarczające. Wtedy można podjąć decyzję o wprowadzeniu kolejnej, ulepszonej wersji oprogramowania. To z kolei uruchamia nowy cykl życia kolejnej wersji oprogramowania i historia zatacza koło.

Piramida propagacji błędów

W podejściu kaskadowym stosunkowo późno widzimy działające oprogramowanie. Wynika to z tego, że ogólne wymagania na system są ustalane przez zamawiającego na etapie przygotowywania SIWZ. Potem, po skutecznym przeprowadzeniu procedury zamówieniowej, następuje podpisanie umowy. Jeszcze na etapie analizy wstępnej następuje ostateczne uściślenie wymagań na system, a potem zamawiający oczekuje na wytworzenie systemu i możliwość przeprowadzenia jego testów akceptacyjnych.

Ułożenie relacji pomiędzy zamawiającym i wytwórcą w takim klasycznym – kaskadowym – podejściu rodzi wiele zagrożeń. Przede wszystkim może spowodować, że zamawiający nie będzie zadowolony z produktu, jaki został mu dostarczony. Wynika to głównie z tego, że wytwórca nie musi do końca dobrze rozumieć oczekiwań zamawiającego, sformułowanych w opisie przedmiotu zamówienia i na wstępnym etapie analizy systemu. Jeżeli mamy do czynienia z taką sytuacją, to nie jest dobrze. Mówimy wtedy o tym, że w końcowym produkcie systemu zostały zmaterializowane błędy z etapu definiowania wymagań na system i z etapu analizy. Błędy te, siłą rzeczy, przenoszą się na dalsze etapy cyklu życia oprogramowania, co prowadzi do wytworzenia produktu nie do końca zgodnego z oczekiwaniami urzędu.

Sytuacja opisana powyżej jest znana w inżynierii oprogramowania jako piramida propagacji błędów. 

W czasie wytwarzania systemu nie możemy zapominać o istnieniu zjawiska piramidy propagacji. Z praktyki inżynierii oprogramowania wynika, że usunięcie błędu analitycznego z etapu specyfikowania wymagań może być nawet do 200 razy droższe (!) przy podstawie piramidy niż u jej wierzchołka. Konsekwencje błędów mogą być więc ogromne. Warto tutaj również pamiętać o tym, że nie wszystkie błędy zlokalizowane zbyt późno można usunąć z oprogramowania. Wtedy mamy jeszcze większy problem.

Jak unikać lub osłabiać skutki piramidy propagacji błędów? Inżynieria oprogramowania zna różne metody przydatne w tym miejscu. Będziemy o nich pisać na łamach kolejnych numerów naszego pisma.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:54

JASTROWIE SZUKA SWOJEJ SZANSY

Napisane przez

Rozmowa z Piotrem Wojtiukiem − burmistrzem gminy i miasta Jastrowie, w powiecie złotowskim, w województwie wielkopolskim

Panie burmistrzu, w 2010 roku mieszkańcy zdecydowali, że po niemal trzydziestu latach włodarzowania przez burmistrza Ryszarda Sikorę, chcą nowej jakości zarządzania?

W ostatnich wyborach mój poprzednik zrezygnował z kandydowania. W mojej opinii niewątpliwie jest historią naszego miasta i gminy. Rozpoczął urzędowanie jako młody człowiek, pełniąc funkcję naczelnika jeszcze w latach 80., a od początku lat 90. obejmując stanowisko burmistrza.

Trudno się panu mierzyć z takim doświadczeniem w pracy poprzednika?

Od 2002 r. byłem radnym w Radzie Miejskiej, a od 2004 r. – dyrektorem w Zakładzie Gospodarki Mieszkaniowej – więc można powiedzieć, że znam lokalne problemy i mam doświadczenie w zarządzaniu, może nie kilkudziesięcioletnie, ale też nie rozpoczynałem pracy bez przygotowania. Jednak przyznaję, że wciąż wielu mieszkańców, szczególnie tych starszych, miło wspomina mojego poprzednika.

Jako radny należał pan do opozycji i głośno krytykował decyzje poprzednika?

Oczywiście, zawsze miałem swoje zdanie, niekoniecznie spójne ze stanowiskiem burmistrza. Ale też nie na tym polegała rola radnego, by akceptować bez zastrzeżeń wszystkie jego propozycje. Nie miałem też celu samego w sobie negowania wszystkich decyzji Ryszarda Sikory, zawsze przecież możliwe jest takie rozwiązanie problemu, które satysfakcjonuje obie strony. Jako przykład mogę podać fakt, że zdecydowanie sprzeciwiłem się pokryciu asfaltem drogi gminnej w Sypniewie. Droga ta wyłożona jest granitową kostką, jeszcze przedwojenną, więc asfalt zniszczyłby jej zabytkowy charakter. Sporo mieszkańców Sypniewa również podzielało moje zdanie. Udało się nam jednak wypracować kompromis, a jego podstawą była wola współpracy. Tylko część drogi, około półtorametrowej szerokości, wylano asfaltem – tak, żeby piesi czy rowerzyści mogli poruszać się sprawnie, nie po kocich łbach.

Jakie decyzje poprzednika wpłynęły pozytywnie na rozwój miasta?

Obiektywnie przez te lata było wiele takich działań: na przykład modernizacja budynków oświatowych. Trzeba pamiętać, że kiedy pod koniec lat 90. te obiekty były przekazywane gminie przez Kuratorium Oświaty, przejmowano je w fatalnym stanie. Trudno było kwestionować decyzję burmistrza, że trzeba jak najszybciej przystąpić do ich remontów i robiono to w miarę możliwości finansowych etapami, zaczynając od wymiany okien. Tak naprawdę dopiero w tym roku rozpoczęliśmy modernizację z prawdziwego zdarzenia, dzięki pozyskaniu funduszy zewnętrznych (ponad 2 mln zł) z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w ramach środków GIS – Zielone Inwestycje. Gazyfikacja i kanalizacja dużej części Jastrowia, wodociągowanie wsi, to niewątpliwie zasługi mojego poprzednika.

A jak panu układa się współpraca z Radą Miejską?

Nie mogę powiedzieć, że jest wzorowa, ani też fatalna czy wręcz niemożliwa. Wprawdzie pięciu radnych tworzyło mój komitet wyborczy, ale to nie oznacza, że teraz muszą ślepo akceptować moje propozycje i… bardzo dobrze. Pewnie nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że radni często mają inny punkt widzenia niż burmistrz, szczególnie w zakresie inwestycji. Wynika to również z tego, że mają inny zakres działania. Moim najważniejszym zadaniem jest budżet, czyli jego zaplanowanie, zrealizowanie i zamknięcie, przy tym w bardzo gospodarny sposób. W planach finansowych muszę też uwzględnić spłatę zobowiązań kredytowych z poprzednich lat.

Z kolei radni piszą elaboraty z zadaniami, które trzeba wykonać, często robiąc to pod presją swoich wyborców. Żeby spełnić te postulaty musiałbym mieć co roku minimum 10 mln zł, a dysponuję średnio 5 milionami na inwestycje. Taką kwotę miałem w tym roku i na tyle przewiduję budżet w zakresie wydatków inwestycyjnych w przyszłym roku, przy ogólnym budżecie w wysokości ok. 32-33 mln.

W wyniku dyskusji, wzajemnych ustępstw udaje się jednak wypracować wspólne stanowisko w sprawach ważnych dla naszej wspólnoty samorządowej.

Gdzie widzi pan szansę na rozwój Jastrowia i gminy? Jako obszaru nastawionego na turystykę, na usługi i handel, czy przemysł?

Jest to wyraźnie określone w strategii na kilkanaście najbliższych lat, jaką dla miasta i gminy przyjęła rada w ub. r. Rzeczywiście, obejmuje ona rozwój rynku turystycznego, drobnej wytwórczości i drobnego przemysłu. W gminie, niestety, nie ma warunków do wielkoprzemysłowej działalności.

Można też spojrzeć na to z innej strony: że to właśnie jest korzystne dla Jastrowia. Gminę w ponad 73 proc. pokrywają lasy objęte różnymi formami ochrony − od obszarów Natura 2000 po rezerwaty, użytki ekologiczne i lasy chronione. Właściwie tylko w Jastrowiu, gdzie zbiegają się dwie drogi krajowe, może istnieć przemysł, tyle że ze względu na otaczającą miasto przyrodę – w ograniczonym stopniu. W latach 80. w Jastrowiu działało kilka zakładów przemysłowych, które zapewniały zatrudnienie mieszkańcom, ale po transformacji ustrojowej te zakłady, jak wszędzie, zostały sprywatyzowane. I okazało się, że nie potrzebują już dotychczasowej liczby pracowników.

Otaczające nas lasy to surowiec stwarzający możliwości funkcjonowania przemysłu branży drzewnej. Osobiście uważam, że w istniejących firmach tej branży jest duży potencjał i że skala rozwoju i produkcji mogłaby jeszcze wzrosnąć.

Pojawiają się również w naszej gminie inwestycje w tzw. źródła odnawialne. Mam tu na myśli istniejącą elektrownię wodną na rzece Gwdzie, ale również planowaną budowę szesnastu siłowni wiatrowych w Samborsku oraz elektrowni fotowoltaicznej w Jastrowiu.

Czyli zdecydowanie turystyka?

Przy takiej ilości lasów turystyka w pewien sposób wynika z warunków. Mamy też kilka bardzo atrakcyjnych szlaków kajakowych na Gwdzie, Rurzycy i Piławie, które są znane wśród miłośników kajakarstwa. Nad tymi rzekami chcielibyśmy stworzyć bazę turystyczną, chociaż zarówno Gwda, jak Rurzyca i Piława, na znacznych odcinkach przebiegają przez lasy chronione.

Udało się panu przeprowadzić jakieś inwestycje na tym polu?

W przyszłym roku gmina chce stworzyć, w oparciu o środki unijne, Centrum Ekologii i Rekreacji w Nadarzycach w bardzo ładnym budynku z lat 30. XX w. po nieczynnej od kilku lat szkole. Ten plan zaakceptowała Lokalna Grupa Działania „Naszyjnik Północy” i Urząd Marszałkowski w Poznaniu. Planowany jest nie tylko remont budynku, w tym zamontowanie paneli solarnych, ale również zakup wyposażenia: kajaków, rowerów, kijków do spacerów nordic walking. Powstanie też wiata integracyjna obok budynku, a co najważniejsze, część obiektu zostanie przeznaczona na schronisko dla turystów z 50 miejscami noclegowymi. Inwestycja pochłonie ponad 400 tys. zł, z czego dofinansowanie ze środków zewnętrznych sięgnie 260 tys. zł.

Drugim takim atrakcyjnym miejscem, które już przeszło dużą metamorfozę, jest plaża nad Jeziorem Miejskim w Jastrowiu, gdzie w jej sąsiedztwie powstało kilka ośrodków dla turystów. Mogą tam skorzystać z wielu atrakcji, m.in. spa czy jacuzzi, tak więc wypoczynek i atrakcje są dostępne nie tylko wtedy, gdy dopisuje pogoda. Rewitalizacja plaży oraz terenu nad jeziorem polegała na budowie miejsc do grillowania, placu zabaw dla dzieci, siłowni na wolnym powietrzu, doposażeniu w sprzęt pływający, wymiany nawierzchni ciągów pieszych. Do tej pory było to miejsce, którego wygląd nie zmienił się od lat 60., i raczej odstraszało, niż było atrakcją dla mieszkańców, a tym bardziej dla turystów. Pierwszy etap zakończyliśmy w bieżącym roku i już mamy zagwarantowane kolejne środki, by w przyszłym roku rozpocząć drugi. Poprzez te działania teren ten stał się bardziej atrakcyjny dla mieszkańców naszej gminy, jak też turystów. W te plany wpisało się Nadleśnictwo, które − podobnie jak gmina − wykorzystuje fundusze z Programu Operacyjnego Ryby 2007-13. Dzięki zaangażowaniu tych środków powstały m.in. ścieżki rowerowe o charakterze dydaktyczno-zdrowotnym oraz atrakcyjna drewniana promenada.

Jakich kluczowych inwestycji wymaga Jastrowie?

Bez wątpienia obwodnicy. Jednak ta inwestycja musi być finansowana z budżetu państwa. W tym przypadku nie mamy wpływu na to, kiedy rozpocznie się jej budowa. Jastrowie jest w stowarzyszeniu gmin, powiatów i województw popierających budowę drogi S11, która miałaby powstać po 2015 r., ze Śląska aż do Koszalina, o łącznej długości 550 km. Natomiast w przypadku obwodnicy nadziei nikt nie robi, co więcej, jesteśmy nawet pewni, że nie powstanie ona do 2020 r.

Kolejną strategiczną inwestycją dla gminy na pewno będzie kanalizacja na terenie wiejskim. Jej budowę niedługo trzeba będzie rozpocząć. Teren ten jest skanalizowany w niewielkim stopniu. Pewne działania już podjąłem – i w przyszłym roku rozpocznie się budowa kanalizacji we wsi Samborsko. Niezależnie od tego, kto w przyszłości zostanie burmistrzem, będzie musiał zmierzyć się z tym problemem w następnej kadencji. Chcemy też przejąć w przyszłości od wojska funkcjonującą oczyszczalnię ścieków w Nadarzycach, która zaspokoiłaby w zupełności potrzeby nie tylko jednostki wojskowej, ale i miejscowości.

To kluczowe zadania, ale dla każdego mieszkańca często ważny jest kawałek chodnika, czy drogi przy jego posesji. Przyznaję, że tutaj też jest dużo do zrobienia. Szacuję, że w najbliższym czasie trzeba wydać około 10 mln zł na poprawę infrastruktury drogowej i chodników.

Czy planowane są jakieś działania związane z promocją Jastrowia?

Oczywiście. Zastanawiałem się, jak zbudować markę Jastrowia. Pewna strategia już została przyjęta. Miasto do tej pory kojarzyło się z Festiwalem Folklorystycznym Bukowińskie Spotkania – ale w takim ograniczonym, lokalnym zasięgu. Moim zdaniem, to wydarzenie nie miało i nie ma wystarczającej reklamy. W przyszłym roku festiwal odbędzie się po raz dwudziesty piąty, więc podejmiemy próbę, by go spopularyzować w większej skali przy okazji jubileuszu ćwierćwiecza.

Mam też nadzieję, że udało nam się znaleźć inny sposób na promocję naszej gminy. Jastrowie i okolice kojarzą się również z Wałem Pomorskim i dramatem „Pierwszy Dzień Wolności” Leona Kruczkowskiego, czyli historycznymi wydarzeniami z przełomu lutego i marca 1945 r., które były pierwowzorem tego utworu literackiego. Ten fakt stał się przyczynkiem do tego, że od dwóch lat organizujemy dużą imprezę „Piknik Militarny – Pierwszy Dzień Wolności”, która ma coraz większą liczbę uczestników i jest coraz bardziej widoczna w mediach, nie tylko lokalnych. Tę trzydniową imprezę organizujemy w sierpniowy weekend w okolicach Dnia Wojska Polskiego. Co najważniejsze, została ona bardzo dobrze przyjęta przez jastrowian i mieszkańców powiatu złotowskiego.

 

PIOTR WOJTIUK jest absolwentem Akademii Rolniczej w Szczecinie. W Jastrowiu mieszka od 2002 r.

Miasto Jastrowie ma ok. 8,5 tys. mieszkańców, łącznie z gminą – 12 tys. ludności. Administracyjnie leży w województwie wielkopolskim, na granicy z województwem zachodniopomorskim, geograficznie na Pojezierzu Wałeckim, w dolinie rzeki Gwdy, która wyznacza granicę pojezierza.

Inne miejscowości na terenie gminy to Brzeźnica, Brzeźnica Kolonia, Budy, Drzewiec, Piaski, Prądy, Nadarzyce, Samborsko, Sypniewko, Sypniewo, Trzebieszki. Jedna z nich, Brzeźnica Kolonia, zasłynęła jako jedno z trzech miejsc, gdzie stacjonujące w Polsce jednostki armii ZSRR wybudowały silosy broni nuklearnej.

Blisko trzy czwarte powierzchni gminy stanowią lasy objęte różnymi formami ochrony prawnej, w tym w rezerwaty „Diabelski Skok” czy „Kozie Brody”. Jednym z bardziej znanych pomników przyrody jest „Dąb Hubert” w okolicach Jastrowia.

W Jastrowiu szczególnie ciekawą grupą mieszkańców są przybysze z terenów obecnej Rumunii i Ukrainy – górale bukowińscy. Już niemal od 25 lat odbywa się tu Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny „Bukowińskie Spotkania” w którym uczestniczą zespoły bukowińskie z terenu Rumunii, Ukrainy, Słowacji, Węgier, Bośni i Hercegowiny oraz Polski.

Zimą 1945 r. mieszkał tu Leon Kruczkowski – zaraz po opuszczeniu wyzwolonego obozu Oflag GrossBorn II D w pobliskim Kłominie.

W odległości 3 km na wschód, w kierunku Złotowa, przez Gwdę przerzucony jest „wiszący most” nieczynnej linii kolejowej do Węgierc. Most był częścią 11-kilometrowej linii Jastrowie-Węgierce, zarządzanej przez Pruskie Koleje Państwowe, a oddanej do użytku 10 września 1914 r. Stalowy, kratownicowy most, z dolnym przęsłem parabolicznym, dźwigał jeden tor. Aby pozostawał w bezpiecznej odległości od wody, osadzono go na betonowych przyczółkach wychodzących z wysokich nasypów. Na przęśle mostu zachowała się żeliwna tabliczka z sygnaturą szczecińskiej firmy J. Gollnow u. Sohn, wykonawcy stalowej konstrukcji. Wycofujące się w 1945 r. wojska niemieckie, wysadziły most.

Honorowym obywatelem Jastrowia jest papież Jan Paweł II, który w 1978 r., jeszcze jako kardynał, spędzał tu ostatnie wakacje przed wyborem na papieża, pokonując kajakiem Rurzycę.

Miasto nawiązało w 2004 r. partnerską współpracę m.in. z niemieckim Steinfeld i – od 2005 r. – z węgierską gminą Bonyhad.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:53

DROGI JAK KUKUŁCZE JAJA

Napisane przez

13 września br. Sejm przyjął nowelizację ustawy o drogach publicznych, która budzi wiele kontrowersji wśród samorządowców. Zastrzeżenia dotyczą art. 10 ust. 5 tej ustawy, według którego w momencie oddania do użytku alternatywnej drogi do drogi krajowej – chodzi przede wszystkim o drogi ekspresowe bądź obwodnice – gmina automatycznie dostaje pod zarząd „krajówkę”. Gminni włodarze, przy okazji tej nowelizacji, mówią o zamianie ustroju samorządowego na spychologię.

Kontrowersyjny przepis został wprowadzony 9 grudnia 2003 r. Przykładem jego zastosowania może być powstanie drogi ekspresowej S5 – między Gnieznem a Poznaniem. Utrzymanie dotychczasowej drogi K5 przerzucono na trzy wielkopolskie gminy: Pobiedziska, Swarzędz i Łubowo, przez które ta droga przebiega.

Ale to nie jedyny taki przypadek. Podobny problem pojawił się choćby po otwarciu części drogi ekspresowej S3 od zespołu portów Świnoujście-Szczecin planowanej do południowej granicy z Czechami.

Ruina budżetu

Samorządowcy argumentują, że utrzymanie tych dróg na dotychczasowym poziomie rujnuje gminne budżety. Ostatecznie najbardziej odbija się to na bezpieczeństwie kierowców, bo standard dróg pogarsza się z powodu braku pieniędzy na zachowanie ich w należytym stanie. W związku z tym ten kłopotliwy przepis został skierowany przez sześć gmin do Trybunału Konstytucyjnego – jako niezgodny z Konstytucją oraz Europejską Kartą Samorządu Lokalnego.

Prace nad nowelizacją ustawy o drogach publicznych podpisanej we wrześniu przez Sejm, jak zgodnie przyznają samorządowcy, niewiele zmieniły na korzyść. Ustawa zakłada automatyczną zmianę kategorii odcinka drogi, jednak tylko o stopień niżej, czyli z drogi krajowej na wojewódzką. Nie ma to też obligatoryjnego charakteru. Sejmik wojewódzki może uchwałą zmienić kategorię drogi z wojewódzkiej na powiatową. Aby powiadomić o tym zarząd powiatowy, ma na to 30 dni przed podjęciem takiej uchwały.

Z kolei samorządy gminne, na które w przeszłości „zrzucono” takie drogi, mogą zmienić ich status na wojewódzkie. Mają na to 90 dni przed wejściem w życie nowelizacji ustawy o drogach publicznych. Tyle że zarząd wojewódzki może je „zepchnąć” – po nowelizacji – do szczebla powiatowych, a zarząd powiatu – do gminnych.

Kontrola prewencyjna

Prezydent Bronisław Komorowski skierował nowelizację tej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Taki komunikat podało Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta 25 października br.

− Ustawa ta budziła duże kontrowersje, ze względu na regulacje pozwalające samorządom województwa na przekazywanie samorządom innych szczebli zarządu nad istniejącymi odcinkami dróg zastępowanymi nowymi trasami – czytamy w komunikacie.

− Oznaczałoby to swoiste wycofanie się państwa z funkcji, jaką jest określenie bezpośrednio w drodze ustawy zadań poszczególnych szczebli samorządu terytorialnego – doszłoby do scedowania tych uprawnień na jednostki samorządu.

Ponadto, jak podkreślono w komunikacie, po raz pierwszy w systemie prawnym znalazłyby się przepisy stanowiące podstawę do określania zadań realizowanych przez gminy i powiaty nie bezpośrednio w ustawie, ale przez samorząd innego szczebla, w drodze uchwały, odpowiednio sejmiku województwa, rady powiatu i rady gminy. − W opinii Prezydenta RP takie rozwiązanie budzi wątpliwości co do zgodności z wynikającą z Konstytucji zasadą określania zadań samorządów w ustawie, a także z konstytucyjnie chronioną samodzielnością gminy będącej podstawową jednostką samorządu terytorialnego – czytamy dalej w komunikacie.

Podkreślono w nim również, że nowelizacja, będąca kompilacją trzech projektów poselskich (SLD, PO i PiS), spotkała się z protestem środowisk samorządowych, w tym ich krajowych organizacji (m.in. Związku Miast Polskich, którego prezesem jest Ryszard Grobelny, prezydent Poznania). W apelach kierowanych do prezydenta Bronisława Komorowskiego wskazywały one na poważne ryzyko niezgodności nowych przepisów z Konstytucją.

 

Nowelizacja ustawy o drogach publicznych została przegłosowana 13 września przez Sejm i skierowana do Senatu, gdzie czeka na głosowanie. Tymczasem zanim wejdzie w życie, bądź o jej losach zdecyduje Trybunał Konstytucyjny, samorządowcy będą mieli drogi problem z drogami.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:49

JAK PSU BUDA…

Napisane przez

Według wójta Inowłodzia, Zenona Chojnackiego, jego największym zmartwieniem są… bezdomne psy. Podobnego zdania jest sołtyska Jadwiga Naranowicz ze Szwecji. To zwykle na jej głowie spoczywa przygarnięcie szwędającego się po wsi bez opieki czworonoga i znalezienie mu miejsca do adopcji. Zwierzęta, którymi muszą się zająć, i tak mają wiele szczęścia…

Na przełomie 2012 i 2013 r. Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrole w dziesięciu województwach, sprawdzając, jak gminy i schroniska realizują ustawę o ochronie zwierząt. W sierpniu NIK opublikował raport, jak gminy i przytuliska radzą sobie z bezdomnością zwierząt.

To wstrząsające świadectwo. Według raportu, co czwarte bezdomne zwierzę umiera w schroniskach z powodu panujących w nich warunków. Poza tym jedna trzecia środków publicznych przeznaczonych na bezdomne zwierzęta wydawana jest z naruszeniem prawa. Tak brzmią główne konkluzje raportu Izby.

Kontrola objęła osiemnaście urzędów gmin i miast, dziewiętnaście schronisk i podmiotów zajmujących się opieką nad zwierzętami na podstawie umów podpisanych z gminami (w tym ich wyłapywaniem). Kontrole objęły w sumie dziesięć województw.

Przepełnienie

Jak wynika z inspekcji, największym problemem schronisk jest ich przepełnienie. W 2011 r. funkcjonowało 150 przytulisk, w których żyło ponad 100 tysięcy psów – ale faktycznie tych miejsc było trzykrotnie mniej. Z kolei kotów było 20 tysięcy, a to cztery razy więcej niż dostępnych miejsc. W większości schronisk (71 proc.) zwierzęta nie mają odpowiednich pomieszczeń – ani legowisk, ani wybiegów. Jako fatalne można opisać warunki sanitarne w 43 proc. schronisk, gdzie zwierzęta żyją w klatkach i boksach zanieczyszczonych odchodami. W 21 proc. schronisk są źle karmione.

Negatywną ocenę działalności skontrolowanych gmin NIK uzasadnił w szczególności: niepodejmowaniem skutecznych działań w celu ograniczenia populacji bezdomnych zwierząt, a nawet brakiem takich działań (w 50 proc. skontrolowanych gmin), nieprzestrzeganiem zakazu odławiania bezdomnych zwierząt bez zapewnienia im miejsc w schroniskach (61 proc.) oraz zlecaniem takiej czynności podmiotom, które nie posiadały wymaganych zezwoleń (67 proc.) albo też bez podjęcia stosownej uchwały przez rady gminy (40 proc.).

Izba negatywnie zaopiniowała również wydatkowanie nielegalnie albo niegospodarnie 1.653,7 tys. zł (36 proc. środków z budżetów osiemnastu gmin) na rzecz podmiotów, które nie posiadały wymaganych zezwoleń oraz nie zapewniły standardu usług, dotyczących opieki nad zwierzętami. Zauważono również, że brakuje kontroli wykorzystania środków publicznych i sprawowania opieki nad zwierzętami w schroniskach i w innych miejscach ich przetrzymywania (50 proc.).

Podsumowując NIK napisała w raporcie, że wejście w życie znowelizowanej ustawy o ochronie zwierząt nie przyczyniło się w znaczący sposób do rozwiązania problemu bezdomnych zwierząt. Wprawdzie szesnaście rad skontrolowanych gmin uchwaliło programy opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt, to jednak tylko pięć programów spełniało wszystkie wymogi określone w art. 11a znowelizowanej ustawy. W znacznej części gmin postanowienia tych programów, dotyczące opieki nad bezdomnymi zwierzętami, nie były realizowane.

Trzy miliony

Z ustaleń Izby wynika również, że w porównaniu do 2005 r., psów przebywających w schroniskach jest o 21 proc. więcej. Liczba porzuconych i zabłąkanych zwierząt rośnie znacznie szybciej od miejsc w schroniskach i od liczby zwierząt adoptowanych. Co gorsza, to może być jedynie wierzchołek góry lodowej: z danych Stowarzyszenia Obrona Zwierząt wynika, że w Polsce może być około 3 milionów bezdomnych psów i kotów. Oznaczałoby to, że 120 tysięcy zwierzaków, jakie obecnie znalazły dach nad głową w przytuliskach, to jedynie niewielki odsetek stworzeń wałęsających się po kraju.

Tymczasem już teraz przepełnienie schronisk jest – w ocenie Głównego Inspektoratu Weterynarii – powodem niezapewnienia przebywającym tam zwierzętom właściwych warunków bytowania, a w niektórych schroniskach nawet ochrony przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi.

Stworzono program wychodzenia zwierząt z bezdomności. Zwierzęta pokazywane są w mediach, Internecie, by znaleźć im dom, by nie zostawały w schroniskach. − Jednak do tego potrzebne jest zaangażowanie urzędników – mówi Grzegorz Bielawski, inspektor z Pogotowia dla Zwierząt w Trzciance. Sam jako wzorowe typuje gminy Tłuszcz, Sulejówek czy Obrzycko. Według jego oceny w tych gminach znacznie udało się ograniczyć bezdomność zwierząt. Gminy te otwarte są na szkolenia i prewencyjne działania. Opłacają m.in. sterylizację i kastrację zwierząt.

Znęcanie się

Być może nieco optymistyczniej zabrzmiała opinia NIK, że gminy właściwie reagowały na przypadki niehumanitarnego traktowania zwierząt.

Opinię NIK potwierdzają osoby zaangażowane w działalność organizacji pozarządowych. – Jest sporo gmin świetnie zorganizowanych, które znają prawo o ochronie zwierząt – podkreśla Grzegorz Bielawski, który na co dzień zajmuje się odbieraniem właścicielom maltretowanych czworonogów. – Jest niestety kilkaset gmin, które z tą wiedzą są na bakier.

Bielawski mógłby bez końca wymieniać przypadki drastycznego traktowania zwierząt. Jedna z ostatnich interwencji Pogotowia miała miejsce w Łomiankach, gdzie na terenie prywatnej posesji odkryto nielegalną hodowlę yorków. Około siedemdziesięciu zwierząt żyło w piwnicy, bez wypuszczania na zewnątrz, a nawet bez światła. Z kolei w Posadowie właściciel stajni trzymał w niej 64 konie niemal zagłodzone. Za duży krok uważa, jeśli ktoś w sklepie żelaznym kupuje łańcuch dla psa o przepisowej długości trzech metrów. To znak, że w jakiś sposób respektuje prawo o ochronie zwierząt. Jednak inspektor już zapowiada, że w przyszłości w nowelizacji tej ustawy pojawi się zakaz trzymania psów na łańcuchach.

Wracając do raportu NIK, spada – chociaż nieznacznie – odsetek zgonów w schroniskach. W 2011 roku wynosił 11,9 proc. wśród psów oraz 22,1 proc. wśród kotów. Pozytywnym zjawiskiem jest z kolei wzrost liczby adoptowanych zwierząt. W 2011 roku ze 100,3 tys. psów przebywających w schroniskach adoptowano 54,7 tys. (55 proc.).

wtorek, 03 grudzień 2013 21:46

SZLAK JAKO PRODUKT TURYSTYCZNY

Napisane przez

Turystyczne szlaki piesze i rowerowe trochę spowszedniały. Dzisiejszy turysta oczekuje więcej, a jego wymagania zdają się spełniać nie tylko organizacje turystyczne, ale i samorządy terytorialne. Korzyść jest obustronna, przy czym pewnie więcej zyskują ci, którzy zainwestowali w nowy szlak. Całoroczna oferta agroturystyczna i turystyczna to zysk dla pensjonatów, małej gastronomii, firm reklamowych, rzemiosła, producentów i twórców regionalnych, muzeów, parków przyrody.

Od kilku lat coraz większym zainteresowaniem cieszą się szlaki tematyczne, uwzględniające walory historyczne, kulturowe i przyrodnicze. Przeważnie są to szlaki wielokilometrowe, łączące obiekty i miejsca związane tematycznie z jedną dziedziną, bądź atrakcje o podobnym charakterze. Są okazją do poznania tego, co wyjątkowe i niepowtarzalne w takich dziedzinach jak: historia, archeologia, etnografia, kultura, architektura, przemysł.

Dla władz samorządowych szlak tematyczny to produkt turystyczny, który wpływa na popularność danego regionu. Do tego, co ważne, na jego organizację i promocję skutecznie pozyskiwane są środki unijne.

Spotkania z dziedzictwem kulturowym

Województwo Zachodniopomorskie jest partnerem w Projekcie RECReate – Rewitalizacja Europejskiego Szlaku Kulturowego na obszarze Południowego Bałtyku – Pomorska Droga św. Jakuba, realizowanego w latach 2011-2013 w ramach Programu Europejskiej Współpracy Transgranicznej Południowy Bałtyk. W ramach promocji Pomorskiej Drogi św. Jakuba w październiku w Koszalinie odbyły się szkolenia dla przewodników. To oni są naturalnymi i autentycznymi ambasadorami regionu, mają bezpośredni kontakt z turystami i to od nich zależy, czy będą potrafili zainteresować ich przemierzeniem Dróg św. Jakuba na Pomorzu.

Szlak św. Jakuba z Polski prowadzi przez Niemcy, Francję, Hiszpanię – drogą, jaką w średniowieczu pielgrzymi podążali do grobu św. Jakuba Apostoła w hiszpańskim Santiago de Compostela. W ówczesnych czasach miejsce to, obok Rzymu i Jerozolimy, było jednym z trzech głównych celów pielgrzymek chrześcijan. Tradycja pielgrzymowania do Santiago odrodziła się w latach 80. XX w., kiedy to w Europie zaczęto rekonstruować stare szlaki Jakubowe.
W 1993 r. hiszpański szlak Camino de Santiago został wpisany przez UNESCO na listę europejskiego dziedzictwa kulturowego.

Dofinansowany ze środków unijnych jest m.in. Szlak Gniazd Rodowych Lubomirskich, o całkowitej długości 879 km, który swój początek ma
w Stalowej Woli, a kończy się w Wiśniczu. Szlak wiedzie przez najciekawsze miejscowości związane z magnackim rodem na terenie województwa podkarpackiego w Polsce (478 km), obwodu lwowskiego na Ukrainie (247 km)
i okręgu preszowskiego na Słowacji (154 km). Elementem łączącym są obiekty historyczne wzniesione między XVI a XIX stuleciem. Wiele z nich zachowało się w doskonałym stanie lub zostało odrestaurowanych. Obecnie mieszczą się w nich muzea, placówki kulturalne, obiekty noclegowe, siedziby urzędów i władz lokalnych.

Szlaki znane i mniej znane

Te pierwsze są uznaną już marką polskich regionów. Są to przede wszystkim szlaki wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, które charakteryzuje najwyższa powszechna wartość. To m.in. Szlak Drewnianych Cerkwi w polskim i ukraińskim rejonie Karpat, Drewniane kościoły południowej Małopolski, Stare Miasto w Krakowie, Stare Miasto w Zamościu.

Nawet, jeśli ktoś nie był, to na pewno słyszał o Szlaku Orlich Gniazd, obejmującym ruiny zamków na trasie o długości 169 km, biegnącej z Krakowa do Częstochowy. Zamki usytuowane na szczytach wapiennych wzgórz powstały za czasów Kazimierza Wielkiego (1333-1370) – jako część systemu obronnego szlaków handlowych z Krakowa do Wielkopolski. Najbardziej znane ruiny zamków to: Ojców, Pieskowa Skała, Ogrodzieniec. Trasę można pokonać samochodem, rowerem lub w ciągu kilku dni pieszo.

Te mniej znane to np. trasy podziemne. Jest ich w Polsce ponad 100 – w takich kategoriach, jak: jaskinie, kopalnie, pomilitarne, piwnice i składy. Ich zwiedzanie jest rodzajem przygody, która nie tylko dostarcza niezwykłych wrażeń, ale też jest lekcją przyrody i historii.

Od 2006 r. w Szczecinie udostępniony zwiedzającym jest największy w Polsce schron cywilny usytuowany pod dworcem kolejowym Szczecin Główny. Przygotowano dwie trasy tematyczne: „II Wojna Światowa” i „Zimna wojna – czas PRL-u”. To schron przeciwlotniczy zbudowany w czasie II wojny światowej. Po wojnie przebudowano go na przeciwatomowy, gdzie do lat 90. XX w. odbywały się szkolenia obrony cywilnej. Znajduje się na głębokości 5 pięter, żelbetowe ściany i stropy mają grubość niemal 3 m. Powierzchnia schronu wynosi ok. 3 tys. m kw. W październiku kręcono tu zdjęcia do sceny nalotu na Szczecin do filmu „Wielka ucieczka na północ”. Film opowiada o losach dwójki norweskich pilotów z obozu w Żaganiu podczas II wojny światowej. Etapem w ich ucieczce był także Szczecin.

Na szlaku „Śladami dobrego wojaka Szwejka” wkrótce zostanie naprawiona, wymieniona i uzupełniona infrastruktura tej 120-kilometrowej trasy. Wybrane obiekty będą oznakowane dwudziestoma tablicami informacyjnymi przypominającymi przygody Szwejka. To wszystko w ramach projektu „Przez Karpaty. Poprawa dostępności turystycznej regionu Sanoka i Hummennego”, dofinansowanego m.in. z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego Program Współpracy Transgranicznej Rzeczpospolita Polska-Republika Słowacka 2007-2013. Szlak prowadzi z Czech przez Austrię, Węgry, Słowację, Polskę – na Ukrainę po miejscach opisanych przez Jaroslava Haška
w powieści „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Oprócz tablic informacyjnych, na trasie jest 80 tablic z cytatami Szwejka m.in. takim: „Nie wszyscy ludzie mogą być mądrzy, panie oberlejtnant – rzekł Szwejk tonem głębokiego przekonania. – Głupi muszą stanowić wyjątek, bo gdyby wszyscy ludzie byli mądrzy, to na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłupiałby z tego.”

Szlaki nie dla każdego, ale…

„Szlaki nie dla każdego” stawiają przed turystą określone wymagania dotyczące sprzętu i kwalifikacji, jak np. szlaki żeglarskie, albo zakładają szczególny rodzaj zainteresowań, np. zabytkową techniką. Oczywiście, na żaglówce można być balastem, czyli pasażerem, a na Szlaku Zabytków Techniki zawsze jest coś, co zainteresuje mola książkowego czy fana architektury drewnianej.

Od kilku lat coraz większym zainteresowaniem turystów cieszą się szlaki konne. Najczęściej to drogi leśne udostępnione wyłącznie turystom poruszającym się konno. Szlaki konne powstają przy stadninach koni, gospodarstwach agroturystycznych posiadających konie. Tym samym, żeby skorzystać z uroków i przeżyć na konnym szlaku, nie trzeba być właścicielem konia.

Najważniejsze szlaki konne w Polsce to: Szlak Transbeskidzki (600 km) – początek ma w Brennej w Beskidzie Śląskim, dalej biegnie przez Beskid Żywiecki, Podhale, Pieniny, Beskid Sądecki oraz Beskid Niski i kończy się
w Wołosatem, które leży na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego; i Szlak Jurajski (250 km) – zaczyna się w Stadninie Koni Huculskich w Nielepicach pod Krakowem i kończy za Częstochową na obszarze Jury Wieluńskiej. Na pokonanie całego szlaku potrzeba około tygodnia.

„Szlaki konne orężem turystyki” to projekt Fundacji Porozumienie Wzgórz Dalkowskich, Stowarzyszenia LGD Bory Dolnośląskie i Stowarzyszenia LGD „Partnerstwo Izerskie” – sfinansowany ze środków PROW na lata 2007-2013. Celem projektu, rozpoczętego w 2012 r., jest wsparcie inwestycji na obszarze 3. organizacji dla stworzenia konkurencyjnych i innowacyjnych produktów turystycznych o charakterze ponadwojewódzkim. W ramach projektu m.in. wyznaczono i oznakowano ok. 500 km szlaku, zbudowano kilkanaście zadaszonych wiat z ławami, stołem i grillem, kilkanaście postojowych zagród dla koni, wydano ulotki, mapy i przewodniki dla turystów. Realizatorzy projektu, który zakończy się w grudniu 2013 r., uznali, że dzięki niemu nastąpi wzrost znaczenia i rozpoznawalności regionu.

Szlak, czyli pomysł

Szlakiem można pieszo, rowerem, samochodem, na nartach, na koniu, kajakiem, żaglówką, kolejką wąskotorową. Liczba i nazewnictwo szlaków w Polsce jest imponująca: Szlak Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, Szlak Architektury Drewnianej, Szlak Architektury Gotyckiej, Szlak Templariuszy, Szlak Piastowski, Szlak Sakralnej Sztuki Barokowej, Pomorski Szlak Bursztynowy, Szlak Rezerwatów Przyrody.

Od 10 lat istnieje – wytyczony przez 23 gminy – Małopolski Szlak Owocowy, utworzony przez Małopolską Organizację Turystyczną. Na szlaku znajduje się prawie 300 obiektów, głównie gospodarstwa sadownicze, w których można dokonać degustacji i zakupu owoców oraz poznać technologię ich produkcji. Wszystkie obiekty oznakowane są tabliczkami.

Oznakowane szlaki są w górach, lasach, na nizinach, rzekach, jeziorach. Wszystkie prowadzą przez urokliwe, ciekawe miejsca, często krzyżują się. Zaletą każdego szlaku jest dostarczenie turyście wiedzy o wyjątkowości miejsca, w którym przebywa.

Turystyczne szlaki tematyczne są przedmiotem badań i analiz profesjonalistów, które potwierdzają ich znaczenie w kreowaniu marki regionu, powiatu, gminy, miasta. Praktyka dowodzi, że samorządy i organizacje turystyczne już o tym wiedzą. Turyści też.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY