Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

Październik 2013

Październik 2013 (14)

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:41

NASZA ZIMA ZŁA. I CORAZ DROŻSZA

Napisane przez

Klimatolodzy mogą się spierać, czy mamy do czynienia z globalnym ociepleniem, czy też przygrywką do kolejnej epoki lodowcowej. Na pewno narzekamy, że w porównaniu do poprzednich dekad, coraz częściej zdarzają się anomalie – mrozy przychodzą niespodziewanie wcześnie, albo przeciwnie: śnieg spada dopiero pod koniec grudnia, za to chłody trzymają do maja. Jedno też nie ulega wątpliwości: kolejne zimy są coraz droższe.

W Tychach akcja „Zima” na przełomie 2012 i 2013 r. trwała wyjątkowo długo: od 1 listopada 2012 roku do 8 kwietnia br. Zakończyła się mocnym akcentem: falą mrozów, który spadły na miasto w połowie marca i trzymały do początku kwietnia. Skóra ścierpła urzędnikom jednak nieco później, gdy podliczyli wydatki, jakie musieli ponieść, żeby sprostać zimowym wyzwaniom. Wyszło nieco ponad 7 milionów złotych. Dla 130-tysięcznego miasta to spora suma, ale niepokojące jest przede wszystkim to, że rachunek jest o półtora miliona wyższy niż w poprzednich latach. Koszty wzrosły o ponad jedną czwartą.

Prawie milion za dzień

Oczywiście, Tychom jeszcze daleko do największych miast w kraju. Tam dopiero trzeba wysupłać grubą gotówkę – tylko na samo usuwanie śniegu. W tym roku stołeczny budżet na ten cel wyniósł około 70 mln złotych: przy czym już w styczniu z tej puli wydano 50 milionów. Teoretycznie za każdym razem, gdy na ulice Warszawy spada śnieg, do akcji wkracza 170 pługów i solarek, co oznacza jednorazowy wydatek rzędu 800 tysięcy złotych. Problem w tym, że wystarczy kilka godzin opóźnienia, zwłaszcza popołudniu, w środku tygodnia, by w korkach utknęło około miliona pojazdów. A i koszty odśnieżania drastycznie rosną. W apogeum ostatniej zimy, w stolicy wydatki przewyższały już sumy wydane poprzedniego sezonu o 5 mln złotych. W sumie wzrost zapewne był procentowo porównywalny do sytuacji w Tychach.

Ale stolica była w relatywnie komfortowej – wyjąwszy zatory na ulicach – sytuacji: przy takim budżecie było z czego przesuwać środki. Kraków, dysponujący „zimowym” budżetem wysokości 15 mln zł, olbrzymiej większości środków pozbył się już w styczniu. Tylko jeden dzień w tym miesiącu, kiedy mróz ściął topniejący śnieg i zamienił nawierzchnię dróg w „szklankę”, kosztował metropolię milion złotych. W efekcie, u progu ferii, gdy miasto tysiącami rozjeżdżali ciągnący w Tatry Polacy, krakowski ratusz miał w kasie 2 miliony złotych, a służby apelowały o dodatkowe 10 mln złotych. Ostatecznie udało się uniknąć bicia rekordu sprzed dwóch lat, kiedy to koszty odśnieżania sięgnęły 28 mln złotych.

O tym, jak opady mogą się przełożyć na sytuację miejskich finansów, dobitnie może świadczyć przykład Lublina. W budżecie na zimę 2012/2013 miasto zabezpieczyło relatywnie spore środki: 12 mln złotych. I ostatni grudzień wyglądał całkiem dobrze: wydano raptem 2 mln złotych. Ale już w styczniu, by uczynić Lublin przejezdnym, trzeba było wydawać analogiczną sumę co tydzień. Wysokość zimowych wydatków odbijała się bezpośrednio na tych letnich: w skrajnych przypadkach z poprzednich lat ratusz redukował w sezonie wiosenno-letnim np. nakłady na koszenie trawy na miejskich trawnikach. W 2011 roku koszono ją dopiero wtedy, gdy była tak wysoka, że na rondach zasłaniała kierowcom widoczność. Ulice zamiatano nie codziennie, a co drugi dzień.

Obciążenia bezpośrednie i nie tylko

Podliczanie kosztów zimy w całym kraju utrudnia fakt, że nikt takich statystyk nie prowadzi. Kilka lat temu szacowano wydatki zimowe dla całego kraju na 200 mln złotych. Dodatkowe pół miliarda pochłaniało likwidowanie dziur w drogach czy łatanie pękniętych rur kanalizacyjnych. Gdyby potraktować wydatki Tych czy Warszawy jako typowe oznaczałoby to, że dziś koszt zimy w całym kraju może sięgać miliarda.

Statystyki podbijają też ustawiczne awarie prądu. Nie jest tajemnicą, że kilkanaście tysięcy kilometrów przewodów w całej Polsce nadaje się do natychmiastowej modernizacji. Kable liczą sobie pół wieku, nierzadko z okładem. I tego nie da się ukryć: w styczniu na niemal dwie doby bez prądu zostali mieszkańcy miast na Podkarpaciu: od Leżajska i Stalowej Woli po Krosno, a nawet Rzeszów. W sumie około 60 tysięcy ludzi. Tam na kable spadały łamiące się pod wpływem marznącego, lodowego deszczu drzewa. W tym samym czasie na Lubelszczyźnie, lód kruszył bezpośrednio słupy energetyczne w pasie od Zamościa po Kraśnik, pozbawiając prądu kilkanaście tysięcy osób. W Piotrkowie Trybunalskim pęknięta rura sprawiła, że niemal dziesięć tysięcy mieszkańców nagle doświadczyło w mieszkaniach temperatur niewiele przekraczających 10 stopni Celsjusza.

Odśnieżanie, naprawy czy interwencje w nagłych przypadkach to tylko bezpośrednie obciążenie lokalnych władz. Do tego należałoby dołożyć jeszcze koszty pośrednie. Weźmy ubezpieczenia: w chwili, gdy na ziemię spada biały puch, liczba incydentów drogowych rośnie błyskawicznie do tysiąca dziennie. Firmy ubezpieczeniowe w kwartale zimowym ponoszą wydatki analogiczne do ponoszonych w pozostałych trzech kwartałach. Ale weźmy też pod uwagę spadek temperatury: z badań wynika, że 1 stopień „na minusie” więcej oznacza 5-procentowy wzrost zapotrzebowania na energię grzewczą.

Śnieg w końcu sam stopnieje

Nie da się ukryć, że z każdym rokiem jesteśmy coraz lepiej przygotowani na nadchodzące zimy i nagły opad nie wywołuje już takiego chaosu, jak choćby w latach 90. Ale też rzadko kiedy mamy świadomość, że skala zimowego zamieszania to wypadkowa decyzji podejmowanych w ciągu całego roku czy nawet kilku poprzednich lat. Rzecz m.in. w jakości prowadzonych robót, dobieranych materiałach, stanie posiadanej infrastruktury, wyborze priorytetów rozwojowych na danym terenie.

Sprawa jest tym ważniejsza, że możliwości finansowe samorządów stopniowo się kurczą. Samorządy w najgorszej sytuacji mogą mieć wkrótce wybór jedynie przed strategią lublińską – odwlekaniem koszenia trawników – a wariantem z Bytomia Odrzańskiego pod Głogowem. Tamtejszy burmistrz zasłynął z tego, że przez niemal dwie dekady rządów po prostu… nie odśnieżał. – To nie ma sensu. Śnieg przecież prędzej czy później sam stopnieje – skwitował w wywiadzie telewizyjnym. Dzięki temu, skarb miasta oszczędzał 250 tysięcy złotych rocznie. Cóż, można i tak.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:40

ZIMA TO LUSTRO, W KTÓRYM ODBIJAJĄ SIĘ PROBLEMY SAMORZĄDÓW

Napisane przez

Rozmowa z Krzysztofem Iwaniukiem, wójtem gminy Terespol, wiceprzewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP

MARIUSZ JANIK: Tym roku zima przychodzi jakby wcześniej, znowu wszystkich zaskakując. Czy samorządy będą miały z tym problem?

KRZYSZTOF IWANIUK: Problemy będą nie tyle ze śniegiem i mrozami, ile z topniejącymi środkami, pozwalającymi nam radzić sobie m.in. ze zjawiskami pogodowymi. Rzecz oczywista: każde utrzymanie – a w szczególności zimowe – dróg czy dowozu dzieci do szkół, to konkretne koszty. Jeżeli zima będzie łaskawsza, trochę zaoszczędzimy. Jeżeli będzie surowa – samorządy mogą mieć kłopoty, zwłaszcza te mniejsze jednostki.

Poza tym nie chodzi wyłącznie o mrozy czy roztopy, ale też konsekwencje zimy, które ujawniają się wiosną – np. konieczne remonty dróg uszkodzonych przez niskie temperatury. Dzisiaj nikt nie próbuje liczyć takich odłożonych w czasie kosztów zim. Ba, ostatnio wszyscy przerzucają się drogami, niczym gorącym kartoflem – i najchętniej „wcisnęliby” je samorządom gminnym, żeby uniknąć finansowania m.in. takich remontów.

A gdyby do tego doszło?...

Samorządy mają coraz mniej pieniędzy, a zadłużanie się – w dłuższej perspektywie – będzie bezproduktywne, „długiem długo się nie pociągnie”. Musielibyśmy zdobyć wówczas źródła dodatkowego dochodu – albo w budżecie państwa, albo poprzez wprowadzenie nowych podatków na rzecz gminy. O tym chyba nikt nie pamięta.

W tym roku pierwszych niskich temperatur doświadczyliśmy już we wrześniu. Październik w niektóre dni przypominał ubiegłoroczny grudzień. A co, jeśli mrozy potrzymają do kwietnia? Jak to się odbije na finansach gmin?

Uspokajam: załamania budżetów nie będzie. Sama zima, np. w moim 20-milionowym budżecie, to 200 tysięcy złotych na zimowe utrzymanie. Nie są to więc oszałamiające środki w skali całości. Ba, z tego jeszcze czasem zostają jakieś oszczędności.

Ale chyba nie o samo odśnieżanie szos chodzi. A wydatki na ogrzewanie i prąd w szkołach czy urzędach? Oświetlenie ulic, remonty budynków pękających od mrozu, dodatkowe usługi społeczne dla biednych?...

W stosunku do wszystkich kosztów utrzymania infrastruktury publicznej wzrost wydatków bezpośrednio wynikających z zimowej aury nie jest wielki. Wspomina pan o szkołach: 90 proc. budżetu na szkoły to pensje nauczycielskie i wydatki typu „wyrównania”. Pozostaje więc 10 proc. innych kosztów, w tym np. energia elektryczna. Gdyby więc nawet cena podskoczyła o kilka czy kilkanaście procent – sytuacja byłaby do opanowania.

Problem raczej w tym, że najróżniejsze podwyżki kosztów i wydatków sumują się często w sytuacje, gdzie samorządy pozostają bez nadwyżki operacyjnej. Nieważne, czy takich jednostek jest czterysta, jak mówią jedni, czy dziewięćset, jak szacują inni. Blisko zera jest koło tysiąca samorządów, które w zasadzie powinny zacząć wdrażać oszczędności lub zacząć dodatkowo obciążać mieszkańców. Na oszczędności nie pozostawia nam wiele miejsca istniejące – bardzo „instrukcyjne” – prawo, które nakłada na nas znaczne wymogi co do świadczenia pewnych usług. Z dodatkowymi podatkami – wiadomo, jak przyjmą to ludzie. Może należałoby więc ustanowić wszędzie tam komisarzy, i niech oni robią to, co tam sobie ministerstwo wpisze w ustawę. Tylko po co wtedy mówić o „samorządności”?

Skoro jest tak źle, to tym razem zima na pewno „zaskoczy drogowców”.

To niesprawiedliwe. Nie wiem, skąd przeświadczenie, że jak tylko zacznie padać śnieg, to po godzinie na drogi i ulice wyjadą drogowcy. Na całym świecie nie ma możliwości tak szybkiej reakcji. To logiczne, że nikt nie szykuje się co roku na „zimę stulecia”. Nie ma sensu kupować i trzymać w gotowości wielkich ilości sprzętu, w oczekiwaniu, że „a nuż za chwilę zacznie padać”. Mamy w tym kraju takie „średnie” zimy – i na takie jesteśmy przygotowani. W mojej gminie wypośrodkowujemy własne możliwości. Zakładamy, że wystarczą dwa ciągniki. Ale jeśli mamy 26 sołectw, to jasne jest, że te dwie maszyny nie pojawią się jednocześnie we wszystkich.

Kolejna sprawa to same drogi: ja „swoje” drogi mogę obkaszać trzy razy rocznie – i robię to. Ale już drogi krajowa i wojewódzka, przebiegające przez moją gminę, obkaszane są raz. Jak to do siebie pasuje? Utrzymanie może być na jednym poziomie, ale kto za to zapłaci? Koordynacja między drogą krajową, wojewódzką, powiatową a gminną jest chora. Każdy ma swoje przetargi i priorytety, założenia dotyczące stopnia utrzymania – ale autobusy muszą przejechać najczęściej każdą z nich – i muszą być o określonej godzinie na przystanku. My też musimy nimi jeździć: i przecież nie podniesiemy pługa, wjeżdżając na krajową czy wojewódzką. I najwcześniej reagujemy wcześniej niż służby czy firmy, które są za te drogi odpowiedzialne. Próbowałem to koordynować, ale najwyraźniej nie ma takiej woli, każdy robi po swojemu. Tyle że potem skargi trafiają do nas.

Wiadomo, wjeżdżam na drogę, to się nie zastanawiam, kto na niej rządzi.

Nikt się nie zastanawia. To zresztą naturalne, skoro to gminy dostarczają 90 proc. usług, z których korzystają mieszkańcy na danym terenie. I to nam zaczyna brakować pieniędzy, nie tylko na podnoszenie jakości, ale utrzymanie dotychczasowej. A ministerstwo finansów jeszcze przykręca kurek, chociaż samorządy zachowują się zwykle znacznie racjonalniej niż państwo, bo lepiej rozumieją, że z pustego się nie naleje.

No i to one już widzą dno w urzędowych kasach. Czy zaciskanie pasa doprowadzi do sytuacji, w której znowu na polskich drogach zaczną straszyć pozimowe dziury w asfalcie?

Nie, większym problemem mogłaby być wiosenna powódź. Taki kataklizm niszczy infrastrukturę kompletnie: tu bez pomocy państwa, żadna gmina nie da sobie rady. Zima może oznaczać co najwyżej nieprzejezdność drogi przez kilka godzin. Ale w powszechnym mniemaniu to i tak dramat: od razu jest awantura o to, że np. karetka może nie dojechać, gdyby była potrzebna. Wszystko ma być natychmiast, bo „płacę podatki”. Nie wiem, skąd ten wyidealizowany obrazek pługa wyjeżdżającego na ulice wraz z pierwszymi płatkami śniegu.

Bez przesady, zima to nie tylko drogi. To wyższe ubezpieczenia, więcej urazów, a więc wyższe koszty działania służby zdrowia. To wreszcie, jak w poprzednich latach, sto tysięcy rodzin bez prądu w całej Polsce. Prawie pół miliona osób.

No tak, tylko wszystko to nie jest bezpośrednio związane z samorządami, choć często zjawiska te wpływają na ich sytuację. Choćby prąd – tuż po akcesji do UE przegraliśmy batalię o to, czy sieci energetyczne niskiego napięcia będą należeć do samorządów, czy spółki Skarbu Państwa. I teraz mamy taką spółkę dla właściwie całej ściany wschodniej. Pracuje ona w takim tempie, że modernizacja sieci przesyłowej może potrwać jeszcze ze sto lat. A my jesteśmy dla niej jedynie petentem: mamy obowiązek płacić, ale już wymusić racjonalizację – choćby energooszczędne żarówki w oświetleniu ulicznym – już nie. Spółka chce sprzedawać jak najwięcej energii, po jak najwyższej cenie. A my nie mamy wsparcia do tworzenia alternatyw: a przecież, gdyby na każdym dachu zamontować cztery panele fotowoltaiczne, to raptem kilowat energii, w Polsce nie trzeba będzie budować elektrowni jądrowej, dzisiejsze technologie pozwalają budować elektrociepłownie osiedlowe a nawet dla pojedynczego gospodarstwa domowego.

O, łatwo powiedzieć…

Na potrzeby gminy takiej, jak nasza – 7-tysięcznej, ciut większej niż statystyczna w Polsce – użycie technologii opartych np. na fotowoltaice, przy unijnym współfinansowaniu, rozwiązałoby problem. I moglibyśmy stworzyć system w ciągu jednej kadencji. Nasz prąd byłby zawsze tańszy i to pewnie o połowę stawki, jaką teraz musimy płacić, bo odpadną koszty przesyłu już chyba wyższe niż sama energia elektryczna. Interesujemy się takimi rozwiązaniami od pewnego czasu, ale mamy w tym zakresie związane ręce. Niezrozumiałym jest, że projektowane prawo nie zalicza gmin do tzw. prosumentów, a to cena energii elektrycznej ma bezpośredni wpływ na cenę usług publicznych świadczonych naszym mieszkańcom.

Bez przesady?

Bez przesady. Nasze ustawy nie dają nam praw, a instrukcje. Nie możemy eksperymentować z samodzielnym zaspokajaniem własnych potrzeb, a na dodatek instrukcje z rozmaitych aktów prawnych często są niespójne. Najlepszy przykład to śmieci: we Francji samorządowcy nie mają wytyczonych szczególnych procedur rozwiązania problemu. Nie ma przetargów, nie ma przymusu korzystania z regionalnej instalacji. Rozlicza się ich z efektów polityki prowadzonej na danym terenie. A jak jest u nas – i to nie tylko w sprawie śmieci – wszyscy doskonale wiemy.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:36

MODELOWE PRZYKŁADY PPP NAGRODZONE

Napisane przez

3 października w Pałacu Lubomirskich w Warszawie odbyła się Gala II edycji Konkursu 3P, w ramach którego nagrodzono inicjatorów przedsięwzięć mogących stanowić modelowe przykłady współpracy sektora publicznego i prywatnego. Podczas Gali odbyła się nie tylko uroczystość wręczenia nagród laureatom Konkursu, ale też dyskusja na temat przyszłości formuły partnerstwa publiczno-prywatnego w Polsce.

Konkurs 3P jest organizowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, w ramach projektu „Partnerstwo publiczno-prywatne”. W tegorocznej edycji konkursu nagrodzono aż cztery jednostki samorządu terytorialnego, co zdaniem patronującego konkursowi ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego jest dobitnym dowodem na to, że formuła PPP opłaca się zarówno przedsiębiorcom, jak i instytucjom, które się na nią decydują.

W jury Konkursu znaleźli się w tym roku: Dariusz Szewczyk, zastępca prezesa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (jako przewodniczący), Bogusława Bartoszek z Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, dr Irena Herbst z Fundacji Centrum ppp, dr Aleksandra Jadach-Sepioło ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Bartosz Korbus z Fundacji Instytut Partnerstwa Publiczno-Prywatnego, Anna Świebocka-Nerkowska z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki – Agnieszka Kalisiewicz, Jolanta Korzun i Grzegorz Lang.

Jury zdecydowało o nagrodzeniu czterech projektów. Znalazły się wśród nich następujące przedsięwzięcia: modernizacja oczyszczalni ścieków w Borku Strzelińskim, budowa targowiska miejskiego przy ulicy Damrota w Kędzierzynie-Koźlu, Dom Późnej Starości z zagospodarowaniem terenu w formule partnerstwa publiczno-prywatnego w Bobolicach oraz projekt „Partnerstwo Publiczno-Prywatne narzędziem kompleksowej realizacji zadania własnego Gminy Krzywiń w zakresie gospodarki ściekowej w obszarze miasta Krzywiń oraz miejscowości Jerka i Łuszkowo”. Dodatkowo wyróżniono też projekt rozbudowy układu komunikacyjnego miasta Krosna poprzez budowę połączenia ul. Niepodległości z ul. Czajkowskiego.

Równie istotną, jak ceremonia wręczenia nagród, częścią konkursowej Gali była dyskusja „PPP jako narzędzie dobrego rządzenia”, jaka odbyła się w pierwszej części spotkania. Wzięli w niej udział zarówno członek Rady Nadzorczej PARP Jan Król i członkini jury Konkursu, dr Aleksandra Jadach-Sepioło, jak i przedstawiciele JST: wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla Ewa Stawska-Bąk oraz starosta łańcucki, Adam Krzysztoń.

- Rozwój PPP w Polsce następuje zbyt wolno – zgodzili się uczestnicy debaty. – Podstawy prawne dla tego procesu istnieją, problem pojawia się na etapie rozliczania takich przedsięwzięć – podkreślał Jan Król. Jego zdaniem, w obecnej chwili najważniejsze zadanie należy więc do ministerstwa finansów, które powinno usprawnić etap rozliczania inicjatyw PPP. Przedsięwzięcia realizowane w takiej formule często napotykają też opór polityczny. – Rady Miast nie są pewne, czy chcą angażować środki publiczne w takiej formule – mówił członek RN PARP. – Potrzeba odwagi, zwłaszcza politycznej, potrzeba determinacji, by takie projekty były kończone. Mamy sytuację, w której wiele projektów jest zaczynanych, ale kończone są nieliczne – podsumowywał.

Uczestniczący w dyskusji przedstawiciele samorządów podzielili się ze słuchaczami również własnymi doświadczeniami. – Samorządy realizują potrzeby społeczne, a te rosną. Nie da się zrealizować wszystkich, trzeba więc wybierać priorytety. Ale i te czasem trudno realizować ze środków własnych, bo tych bywa zbyt mało. Nie da się ich również sfinansować kredytami bankowymi – podkreślała Ewa Stawska-Bąk. – Samorządy są skazane na PPP – kwitowała.

Ale jeśli po jednej stronie istnieje ryzyko polityczne, czy problemy z późniejszym rozliczaniem inicjatyw, to i druga strona ma swoje obawy – m.in. przedsiębiorcy prywatni obawiają się kontraktów długookresowych. Uczestnicy debaty byli jednak zgodni, że są to bariery do przezwyciężenia. – Dotyczący PPP raport NIK to zapalenie zielonego światła dla całego procesu, rzeczywisty przełom – podkreśliła Aleksandra Jadach-Sepioło. – Nawet raporty cząstkowe to informacja, jak wzorcowo przeprowadzić inicjatywy z zakresu PPP – dodała. Jej zdaniem, dzisiejsze bariery mentalne wiążą się z poczuciem bezpieczeństwa – czy właściwie, jego brakiem. Tymczasem z raportu NIK wynika niezbicie, że błędy czy zaniechania stwierdzone przez inspektorów są takie same, jak w przypadku innych form realizacji zamówień publicznych. By ośmielić samorządy i pokazać im, jak w udany sposób realizować PPP, należałoby uruchomić szereg mniejszych pilotażowych projektów. Z kolei, według Ewy Stawskiej Bąk istotną rolę w tym procesie mają do odegrania media, które podchodzą do PPP z wielką ostrożnością, żeby nie powiedzieć – niechęcią. Ważna jest też filozofia, która powinna przyświecać lokalnym włodarzom. – Najlepiej by było, gdyby projekt choć częściowo się finansował. Im szybciej samorządy będą podchodzić do swoich inwestycji biznesowo, tym prędzej będzie się rozwijało PPP – twierdzi wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla.

Co jeszcze ułatwiłoby samorządowcom zadanie? – Oczekiwalibyśmy większego nagłośnienia medialnego, szczególnie ważnego w procesie podejmowania decyzji w małych społecznościach, gdzie panuje duża nieufność wobec PPP – mówiła Stawska-Bąk. – Chcielibyśmy większej współpracy z Regionalnymi Izbami Obrachunkowymi, które obecnie prezentują dosyć zachowawcze stanowisko wobec partnerstwa. Byłoby dobrze wskazać z poziomu centralnego te projekty, które dobrze byłoby realizować w tej formule. Warto byłoby wskazać w Regionalnych Programach Operacyjnych stosowne środki –wymieniała. – Potrzebujemy jasnego prawa, oczekujemy też dodatkowych możliwości finansowania – uzupełniał Adam Krzysztoń.

Jednym z kroków w długim i trudnym procesie rozwijania partnerstwa publiczno-prywatnego będą, miejmy nadzieję, inicjatywy takie jak Konkurs 3P. Nagrodą w rywalizacji było nieodpłatne, profesjonalne wsparcie doradcze: prawne, ekonomiczne i techniczne w procesie przygotowywania, realizacji oraz zarządzania przedsięwzięciami PPP. To dobry krok, choć na długiej drodze.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:35

BATALIA W STOLICY DOBIEGŁA KOŃCA. PREZYDENT ZOSTAJE!

Napisane przez

Hanna Gronkiewicz-Waltz ocaliła stanowisko. Referendum mające na celu odwołanie prezydent stolicy okazało się nieważne. W głosowaniu wzięło udział 25,66 proc. wyborców. Aby plebiscyt okazał się wiążący frekwencja musiałaby sięgnąć 29,1 proc.

Przeciwnikom gospodyni warszawskiego ratusza zabrakło naprawdę niewiele: nieco ponad 45 tysięcy głosów. To tyle, ile mieszka w najmniejszej warszawskiej dzielnicy, czyli na Żoliborzu. W referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz wzięło udział dokładnie 343 732 głosujących. Aby plebiscyt był ważny, musiałoby wziąć w nim udział 3/5 liczby wyborców, którzy uczestniczyli w wyborze prezydent Warszawy w 2010 roku. Trzy lata temu głosowało ich 649 049. Oznaczało to, że referendum byłoby wiążące, jeśli zagłosowałoby co najmniej 389 430 osób, a większość głosowała za odwołaniem prezydent przed upływem kadencji. W niedzielę 13 października 94,86 procent głosujących opowiedziało się za odwołaniem prezydent Warszawy, przeciwnych było 5,14 procent. Ale podział głosów był w tej sytuacji drugorzędny.

Po pierwsze frekwencja

Bo, że to właśnie frekwencja będzie miała najistotniejsze znaczenie dla referendum, wiadomo było od początku. W Polsce do urn chodzi zwykle około połowy uprawnionych do głosowania. Gdy głosowanie odbywa się przed terminem, lub dotyczy kwestii lokalnych, jest ich jeszcze mniej. Stąd kampania wyborcza przed referendum skupiła się właśnie na frekwencji. Hasłem kampanii prowadzonej przez Platformę stało się więc: „Popieram Hankę, nie idę na referendum” i „Wybieram za rok, nie idę na referendum”.

– Dla polityków i politologów nie jest tajemnicą, że w referendach w sprawie odwołania wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast znacznie łatwiej zmobilizować elektorat negatywny niż zwolenników władzy. Jeśli kogoś coś boli, to jest znacznie bardziej aktywny, niż ten, kto władze popiera – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Bartłomiej Biskup, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Strategia rządzącej partii była więc prosta: zniechęcić do udziału w referendum zwolenników urzędującej pani prezydent. Platforma głosami swoich polityków nawoływała do bojkotu referendum: w akcję zaangażował się sam premier Donald Tusk, a pozostanie w domu zapowiadał nawet Bronisław Komorowski. Przeciwnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz mobilizowali natomiast swoich zwolenników, nawołując do wywiązania się z obywatelskiego obowiązku.

Styl i hasło, pod jakim swoją kampanię prowadziła Platforma, potępiała nie tylko opozycja. Zagrożenie w zniechęcaniu wyborców do głosowania widzą też eksperci. Zdecydowanie taką postawę potępia prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Przywódcy nie mogą zapominać o fundamentach demokracji – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. – Nawet, gdy w istocie są cyniczni, to muszą pamiętać, że całe uzasadnienie ich władzy, ich dostojeństwo tkwi właśnie w tych odświętnych wartościach – podkreślił. Działacze PO tłumaczyli jednak, że absencja w głosowaniu referendalnym jest takim samym wyborem, jak wrzucenie do urny kartki w obronie urzędującej prezydent.

Najwyższa frekwencja w Śródmieściu, najniższa na Wilanowie

Do urn najmniej chętnie poszedł Wilanów – tradycyjnie wspierający PO. W warszawskim mateczniku rządzącej partii frekwencja wyniosła 20,56 proc. Niechętne odwołaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz były też Białołęka 22,98 proc. i Bemowo 23,62 proc. Najchętniej z kolei do referendum poszli mieszkańcy Wawra, Pragi-Północ oraz Bielan. Tam frekwencja wyniosła odpowiednio 27,91 proc., 27,85 proc. i 27,43 proc. Paradoksalnie, najwyżej w tym zestawieniu znajduje się Wawer – dzielnica Hanny Gronkiewicz-Waltz. Co ciekawe, frekwencja w referendum była ściśle związana z sytuacją gospodarczą w poszczególnych dzielnicach. W dzielnicach, gdzie poziom frekwencji był niższy, poziom bezrobocia również był relatywnie niższy. I tak np. w Wilanowie, gdzie frekwencja wyniosła 20,56 proc., poziom bezrobocia był również najniższy: niewiele ponad 2 proc.. Z kolei w dzielnicy Praga-Północ, gdzie frekwencja osiągnęła drugi najwyższy wśród dzielnic poziom (27,85 proc.), liczba bezrobotnych jest najwyższa wśród stołecznych dzielnic i sięga ponad 7 proc. – Platforma ma tradycyjnie większe poparcie u ludzi zamożniejszych. Stąd może wynikać różnica we frekwencji – mówi Bartłomiej Biskup.

Sami zwycięzcy, przegranych brak

Inicjatorem referendum była Warszawska Wspólnota Samorządowa, której liderem stał się burmistrz Ursynowa, Piotr Guział. Podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum zbierały też m.in. PiS i Twój Ruch (do niedawna Ruch Palikota). Organizatorzy zarzucali Gronkiewicz-Waltz m.in. podwyżki cen biletów, nieprzygotowanie miasta do przejęcia gospodarki odpadami od 1 lipca tego roku, źle prowadzone inwestycje i rozrost biurokracji.

Od początku zwolennicy referendum starali się nadać plebiscytowi charakter obywatelski i ponadpartyjny. – To inicjatywa obywatelska, ponadpartyjna, oddolna, umocowana w konstytucji, bo to ona daje obywatelowi prawo do referendum – mówił w rozmowie z „Super Ekspresem” Piotr Guział. Rządzący dzielnicą Ursynów lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej zmontował wokół swojej inicjatywy egzotyczną koalicję właściwie wszystkich liczących się w stolicy ugrupowań. Murem za Guziałem stanęło choćby PiS, angażując w kampanię całą swoja machinę partyjną. Do odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz nawoływał też Twój Ruch, Solidarna Polska, PJN oraz Republikanie Przemysława Wiplera. Przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz opowiedział się też popularny warszawski polityk Ryszard Kalisz – do niedawna w SLD, dziś lider stowarzyszenia „Dom wszystkich Polska”.

I podobnie, mimo że Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostała na stanowisku, swój sukces ogłosiły jednak wszystkie ugrupowania zaangażowane w referendum. – Prawda jest taka, że to my, ludzie lewicy obroniliśmy Hannę Gronkiewicz-Waltz przed Jarosławem Kaczyńskim – dowodził w TVP Info Dariusz Joński, rzecznik SLD. Sojusz – jako jedyna partia opozycyjna – nie wezwał swoich zwolenników do udziału w głosowaniu. „Patrząc na liczbę triumfujących w referendum, to będę musiał napisać, że to sympatycy PSL w stolicy, choć nieliczni, przechylili szalę ;)” - napisał na Twitterze Krzysztof Kosiński, rzecznik PSL. Wątpliwości co do dobrze wykonanego zadania nie mają też politycy Prawa i Sprawiedliwości. – Udało się nam zmobilizować do pójścia w tym bardzo trudnym, niekonstytucyjnym referendum 340 tys. warszawiaków. Oni zdali egzamin z demokracji. Niedzielna mobilizacja to jest progres, jednak ja się nie cieszę, bo chodziło o to, żeby referendum było ważne – komentował Adam Hofman. Zdecydowanie krytyczny wobec wyniku referendum jest jedynie Piotr Guział, który jednak zaraz po ich ogłoszeniu mówił o triumfie niezależnych samorządowców. Burmistrz Ursynowa zmienił jednak zdanie i dziś przyznaje się do porażki. – Nie można uciec od słowa porażka, ja biorę pełną odpowiedzialność za tę porażkę – skomentował wyniki warszawskiego referendum na antenie TVN24.

Trzecia kadencja pani prezydent?

Dumy ze zwycięstwa nie kryje natomiastHanna Gronkiewicz-Waltz – i po zwycięstwie w niedzielnym referendum stara się iść za ciosem. Prezydent stolicy zapowiedziała już, że zamierza walczyć o kolejną kadencję. Stwierdziła też, że warszawskie referendum było przedsięwzięciem czysto politycznym i w przyszłości trzeba starać się ograniczyć podobne przedsięwzięcia. Jej zdaniem można by to zrobić, podnosząc próg ważności referendum. Prezydent stolicy na odbudowę społecznego zaufania ma rok. Wybory samorządowe już za niecałe 12 miesięcy.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:34

NUREK ZBIERA OWOCE REWOLUCJI

Napisane przez

Rewolucja śmieciowa ma niespodziewanych zwycięzców. Nie są to jednak mieszkańcy, którzy mniej płacą za odpady. Największymi wygranymi są bezdomni i drobni złodzieje. To w ich ręce trafiają mozolnie posegregowane przez lokatorów kilogramy puszek i makulatury.

Scenariusz zazwyczaj wygląda podobnie. Wcześnie rano, zanim jeszcze przyjedzie śmieciarka, pod wypełnione makulaturą czy puszkami kontenery podjeżdża niewielki furgon. Wysiada z niego kilku mężczyzn i błyskawicznie ładuje odpady. Chwile później auto odjeżdża, a po aluminium czy makulaturze nie ma już śladu. Proceder śmieciowej kradzieży dotyczy głównie miast i miasteczek, gdzie na osiedlach wystawione są pojemniki do segregacji. A śmieciowi złodzieje mają z czego wybierać.

Zbieracze zainteresowali się tymi odpadami, odkąd weszły w życie przepisy nakazujące mieszkańcom ich sortowanie. W miastach mieszkańcy osiedli wyrzucają śmieci zazwyczaj do zbiorczych kontenerów oznaczonych odpowiednim kolorem i symbolem. Żeby je wybrać, najczęściej wystarczy przechylić pojemnik.

Pieniądze leżą na ulicy. Dosłownie

Sytuacja – na pozór śmieszna – może stać się jednak dużym problemem dla gmin. Bo w myśl nowych przepisów to one są właścicielami odpadów i muszą rozliczać się z prowadzonej gospodarki śmieciowej. Chodzi o liczbę odebranych surowców wtórych w stosunku do pozostałych opadów. Jeżeli ich zakontraktowana ilość nie będzie się zgadzać, samorząd zapłaci karę.

W Szczecinie takich pojemników są setki. Ustawiono je na każdym osiedlu. – Oczywiście zdarzają się takie sytuacje. Sam dwa razy widziałem, jak tacy panowie wyjmowali makulaturę i puszki z pojemników na segregację. Zabierają tyle, ile mogą udźwignąć – mówił w rozmowie z lokalnymi mediami Marek Jakubowski, wiceprezes MPO Szczecin. Sam proceder nasila się szczególnie wtedy, gdy rosną ceny surowców w skupach.

O ile w Szczecinie odpady kradną drobni złodzieje, o tyle w Jeleniej Górze proceder ten przyjął bardziej zorganizowany charakter. Grzegorz Demuth, kierownik działu wywozu i oczyszczania w MPGK, kilkakrotnie miał sygnały o kradzieżach od swoich pracowników. Na widok śmieciarki, złodzieje zawsze szybko odjeżdżają. – Sygnałów o podbierającym nam makulaturę, jasnym busie, mieliśmy już kilka – informuje Demuth.

Wszystko wskazuje na to, że osoby zamieszane w ten proceder zwietrzyły okazję do łatwego zarobku. A zysk z takiego procederu jest naprawdę niezły: w skupie za każdy kilogram makulatury można dostać 25 groszy. To niewiele, ale gdy dostarczy się ich setki kilogramów, to już niezły zarobek. Jeszcze lepiej wyglądają ceny puszek. Kilogram to nawet 3,50 złotych. Łatwo więc policzyć, że za dziesięć kilo można dostać 35 złotych. Z punktu widzenia zbieracza, pieniądze leżą dosłownie na ulicy.

Światło, kamera!... Śmieci!

– Codziennie przychodzą do nas dziesiątki osób. Jedni dorabiają w ten sposób do emerytury czy renty, inni po prostu zbierają na alkohol – mówi nam pracownik jednego ze skupów w Jeleniej Górze. O nietypowym problemie wie już miejscowa policja, która przyznaje, że do tej pory częściej zdarzały się przypadki podrzucania odpadów, a nie ich podbierania. Problem w tym, że jednorazowa wartość skradzionych śmieci jest trudna do oszacowania, a bez tego policja nie może wszcząć postępowania. Jednak nawet jeżeli to się uda, to i tak sytuacja nie jest prosta: bo przestępstwo to kradzież na kwotę wyższą niż 250 złotych. Czyli, aby je popełnić jednorazowo, trzeba by ukraść tonę makulatury… Wystarczy więc kraść jej na każdym z osiedli na przykład po 50 kilogramów.

– Pracownicy firm zbierających śmieci podejrzewają, że ktoś im je podbiera. W całej sprawie chodzi o to, żeby określić wartość skradzionych przedmiotów. Jeśli pokrzywdzony podmiot będzie w stanie określić, jaka była to kwota, wówczas będziemy mogli wszcząć postępowanie. Szczególnie, jeśli będzie chodzić o sumę przekraczającą 250 złotych. Jest to nowe zjawisko, dlatego będziemy musieli się zmierzyć z tym problemem i wypracować jakieś jedno rozwiązanie – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” podinspektor Edyta Bargowska z Komendy Miejskiej w Jeleniej Górze.

Jednorazowa kradzież to niewielka strata, jednak – gdy oszacować ilość wszystkich znikających śmieci – pieniądze robią się naprawdę poważne. Według prezesa Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Jeleniej Górze Włodzimierza Stasiaka, w skali roku może to być nawet 600 tysięcy złotych. Dodatkowo przeszukujący pojemniki na odpady zwykle zostawiają po sobie bałagan, który później trzeba posprzątać. Władzie miasta zapewniają, że tam, gdzie jest to możliwe, przesuną pojemniki na śmieci w zasięg miejskiego monitoringu. Liczą że w ten sposób zniechęcą potencjalnych złodziei.

Przyjadą, potną, zniosą. Pełny serwis

Posegregowane znikające śmieci to nie tylko problem dużych miast. Podobny proceder rozkwitł też w mniejszych miejscowościach. Przykładem może być Brzesko w województwie małopolskim. – Śmieci są dobrze posegregowane i czyste, ponieważ to się kontroluje – mówi Katarzyna Pacewicz-Pyrek, przewodnicząca osiedla Brzezowieckie w Brzesku. Jak przyznaje Janusz Filip, prezes Brzeskich Zakładów Komunalnych, czasami firma nie ma co zbierać. – Zdarza się, że kosze na metal są zupełnie puste – mówi. Najczęściej, zamiast wyrzucać stal i inne metale, mieszkańcy oddają je quasi-firmom śmieciowym, które chętnie je odbiorą, a nawet same potną i zniosą z piętra.

Firmy śmieciowe nie mają problemu ze sprzedażą metali, szkła, butelek z plastiku i makulatury. Bardzo trudno natomiast znaleźć im nabywców na zużytą folię, samochodowe opony i plastikowe opakowania po produktach spożywczych, na przykład po jogurtach.

Podobnie ma się sytuacja w Strzelcach Opolskich. Tu śmieci najczęściej znikają z kontenerów na Osiedlu Piastów Śląskich. Zbieracze podjeżdżają wózkami i szybko ładują do nich całą zawartość, a potem jadą do pobliskiego skupu makulatury czy plastiku. W sumie chodzi o niebagatelną ilość odpadów: mieszkańcy Strzelec Opolskich i okolicznych wsi miesięcznie segregują blisko 80 ton surowców wtórnych. Henryk Nowakowski, prezes przedsiębiorstwa komunalnego, szacuje, że do tej pory zbieracze byli w stanie wywieźć na wózkach nawet dwie tony metali.

Śmieci? Elektrośmieci to dopiero problem!

To, że posegregowane i umyte śmieci to prawdziwa gratka dla złodziei, wiedzą już te gminy, które na selektywną zbiórkę postawiły jeszcze przed wejściem w życie ustawy śmieciowej. Ze znikającymi odpadami od pewnego czasu walczy już Międzylesie na Dolnym Śląsku.

– Zawsze tak było, że śmieci segregowane podkradano. My na tym tracimy, ponieważ mamy mniejsze dochody. Z całą pewnością zawsze był kradziony złom i aluminium – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia. Jednak, jak twierdzi, większym problemem dla gmin jest „podkradanie” elektrośmieci. Mechanizm jest prosty. – Pan Kowalski rejestruje firmę, która zbiera elektrośmieci. Przychodzi do szkoły publicznej i proponuje, że kupi tej szkole telewizor, jeśli pani dyrektor zorganizuje akcję, polegająca na zbieraniu starych sprzętów RTV. W szkole organizowana jest zbiórka, a przedsiębiorca zarabia, sprzedając je innym firmom. Zatem z naszego rynku znikają elektrośmieści. Jednak, paradoksalnie, dla nas jest to ogromny problem ponieważ nie możemy osiągnąć wymaganego wskaźnika zebrania elektrośmieci – przez co możemy zapłacić karę – podkreśla Korczak.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:33

NEUTRALNOŚĆ TECHNOLOGICZNA W INFORMATYCE?

Napisane przez

Urzędy samorządowe, zamawiając cokolwiek w drodze zamówień publicznych, mają obowiązek równego traktowania wszystkich potencjalnych podmiotów – które mają prawo do złożenia ważnej oferty. Dotyczy to również sytuacji, kiedy do urzędów zamawiamy rozwiązania informatyczne. Wtedy również musimy równo traktować podmioty dostarczające takie rozwiązania. Potocznie mówimy wtedy o neutralności technologicznej rozwiązań.

Należy tutaj jednak postawić zasadnicze pytanie: jak zapewnić neutralność technologiczną, skoro kupujemy konkretne urządzenia i systemy, które są przecież wykonane w konkretnej technologii? Czy wtedy przestajemy być neutralni i nie dopełniamy wymogów prawa zamówień publicznych?

Neutralność technologiczna według prawa

Ustawa o informatyzacji podaje znaczenie zasady neutralności technologicznej. Według jej twórców jest to „zasada równego traktowania przez władze publiczne technologii teleinformatycznych i tworzenia warunków do ich uczciwej konkurencji, w tym zapobiegania możliwości eliminacji technologii konkurencyjnych przy rozbudowie i modyfikacji eksploatowanych systemów teleinformatycznych lub przy tworzeniu konkurencyjnych produktów i rozwiązań”. Ponadto, prawo zamówień publicznych nakazuje, aby „w ogłoszeniu o zamówieniu i w specyfikacji istotnych warunków zamówienia” przedmiot zamówienia został opisany „w sposób jednoznaczny i wyczerpujący oraz zapewniający zachowanie uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców”.

A zatem, zgodnie z obiema ustawami – zarówno o informatyzacji, jak i prawem zamówień publicznych – nie można na wstępie do jakiejkolwiek inwestycji informatycznej przewidywać konkretnych technologii, które mogą być dostarczane wyłącznie przez jeden podmiot lub grupę podmiotów skupionych w jednej grupie kapitałowej. W praktyce zamówień publicznych, stosując zasadę neutralności wobec potencjalnych dostawców, absolutnie nie można sprzyjać budowaniu niedozwolonych monopoli technologicznych i prawnych. Należy bacznie zwracać również uwagę na treść umów podpisywanych z wykonawcami po to, by na podstawie ich zapisów nie dopuścić do wymuszenia na instytucji publicznej kolejnych zamówień rozszerzających wcześniej wykonane produkty w trybie niekonkurencyjnym, czyli z tzw. „wolnej ręki”.

Rozwój ewolucyjny

W praktyce wytwarzania systemów informatycznych jest oczywistością, że kolejne wersje wdrożonych systemów powstają na bazie rozwoju wersji poprzednio istniejących. Czy nie jest to zatem okoliczność, która powinna zwolnić instytucję publiczną z konieczności zasady zachowania neutralności technologicznej?

Otóż, nie. W żadnym wypadku nie można zasłaniać się taką sytuacją. Już podczas zamawiania pierwszej wersji systemu informatycznego trzeba mieć na względzie fakt, że za jakiś czas może zaistnieć konieczność zamówienia jego kolejnej – zmodyfikowanej – wersji. Taka konieczność może wynikać chociażby z chęci ulepszenia systemu, rozszerzenia jego zakresu lub zmiany prawa, na podstawie którego tenże system wdrożono. A zatem konieczne jest, aby urząd publiczny jako zamawiający zawsze o tym pamiętał – i już przy zamówieniu pierwszej wersji systemu co najmniej:

1.            zapewnił przekazanie zamawiającemu majątkowych praw autorskich do uzyskiwanych produktów na wszystkich polach jego eksploatacji,

2.            zapewnił przekazanie zamawiającemu czytelnych kodów źródłowych oprogramowania wraz z ich dokumentacją,

3.            zapewnił przekazanie zamawiającemu wszelkiej dokumentacji niezbędnej dla właściwego zainstalowania i uruchomienia zamawianych produktów informatycznych,

4.            zapewnił przeszkolenie niezbędnej grupy pracowników zamawiającego w celu uzyskania jego samodzielności w uruchamianiu i użytkowaniu zamówionego systemu.

Aby w maksymalnie możliwym stopniu zapewnić sobie szansę na zachowanie neutralności technologicznej rozwiązań informatycznych na kolejnych etapach ich rozwoju, powinniśmy dopilnować powyższych wytycznych. W przeciwnym wypadku możemy narazić urząd na skuteczne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, negatywne wyniki kontroli Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, a także na wykazanie naruszenia zasad dyscypliny finansów publicznych.

Jawne i otwarte interfejsy

We wcześniejszych numerach naszego pisma pisaliśmy już o interoperacyjności systemów informatycznych. Warto na to zwrócić uwagę, również mówiąc o neutralności technologicznej. Jawne i otwarte interfejsy są obecnie uznane za skuteczny sposób zapewnienia równego dostępu do możliwości dostarczenia konkretnych rozwiązań informatycznych. Należy to rozumieć w ten sposób, że jeżeli zdefiniujemy formaty komunikatów przesyłanych pomiędzy systemami, standardy techniczne obowiązujące dla tych systemów oraz wymogi sprzętowe i prawne – to dajemy szansę różnym oferentom skutecznego złożenia oferty w postępowaniu dotyczącym naszego zamówienia. Jednocześnie pozostajemy wówczas w zgodności z wytycznymi ustawy o informatyzacji, co dla zamówień informatycznych w administracji publicznej jest równie ważne.

Zachęcamy zatem do ponownego zajrzenia do wcześniejszych numerów Magazynu Samorządowego „GMINA”, aby przypomnieć sobie problematykę interoperacyjności systemów informatycznych i jawności interfejsów.

Jawność testów akceptacyjnych

Nie tylko jawność interfejsów jest ważna. Już w pierwszej wersji ustawy o informatyzacji z 2005 roku podjęto działania zmierzające do tego, aby umożliwić dowolnemu wytwórcy oprogramowania wytwarzanie własnych programów komunikujących się z innymi systemami, używanymi w instytucjach publicznych. Problem wyniknął przede wszystkim z braku otwartości systemu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Panowało wtedy powszechne oburzenie faktem, że jedynym oprogramowaniem, które umożliwiało pracodawcom przesyłanie do ZUS comiesięcznych raportów ubezpieczonych, był program „Płatnik” – dostarczany przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych i finansowany ze środków publicznych. Tymczasem spora grupa producentów oprogramowania finansowo-księgowego dla firm nie mogła dołączyć do swoich produktów modułu współpracy z systemem informatycznym ZUS, z powodu braku chęci opublikowania przez ZUS formatów interfejsów wymiany danych. Głównym uzasadnieniem ze strony ZUS była konieczność zachowania bezpieczeństwa danych składowanych w jego systemie. W opinii wielu ekspertów – również mojej – było to stanowisko dyskusyjne.

Szukając rozwiązania tego oczywistego impasu, dawne Ministerstwo Nauki i Informatyzacji wprowadziło do ustawy o informatyzacji zapis o konieczności wydania tzw. rozporządzenia o testach akceptacyjnych i badaniu zgodności oprogramowania interfejsowego. Rozporządzenie to obowiązuje od listopada 2005 r., a jest ono ogłoszone w Dzienniku Ustaw z roku 2005 nr 217 pod pozycją 1836.

Idea tego rozporządzenia polega na tym, że w przypadku, kiedy urząd publiczny nakazuje kontakt ze sobą za pomocą systemu informatycznego, to ma wtedy obowiązek opublikować projekty testów akceptacyjnych dla oprogramowania interfejsowego. Na tej podstawie dowolny wytwórca oprogramowania może zbadać swój produkt i poddać go badaniom na zgodność z tymi projektami testów. Po pozytywnym przejściu badania, oprogramowanie takie może być pełnoprawnie używane do komunikacji z urzędem publicznym. Urząd publiczny nie może w takim przypadku odmówić przyjmowania danych wysyłane przez to oprogramowanie.

Bądźmy racjonalni

Prowadząc proces zamówień publicznych oraz planując rozwój systemów informatycznych, powinniśmy w sposób rozsądny patrzeć na faktyczne potrzeby urzędu i nie ulegać przy tym naszym osobistym preferencjom. Ważne jest, aby zamawiać wyłącznie to, wobec czego istnieje uzasadniona potrzeba zakupu i użycia. Dokonywanie zakupów musi być zorganizowane w taki sposób, aby zachować zasadę równego traktowania potencjalnych oferentów z równoczesną umiejętnością uzasadnienia wymagań, sformułowanych przez urząd. Informatycy muszą również umieć przewidzieć potencjalne kierunki rozwoju zamawianych systemów – tak, aby można było potraktować pierwsze zamówienie nowego systemu jako pierwszy krok w jego ewolucyjnym rozwoju. Tutaj kłania nam się grupa zagadnień współczesnej inżynierii oprogramowania, dotycząca sposobu organizacji cyklu życia oprogramowania… Ale o tym na łamach kolejnych numerów naszego pisma.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:31

SERCE ZOSTAŁO W ŁOWICZU

Napisane przez

W wymarzonym domu w Szwecji – największej, wsi w największej gminie w Polsce, w województwie zachodniopomorskim – Beata Błędowska-Tomajczyk odtworzyła wystrój łowickiej chaty. Teraz, razem z mężem Andrzejem, prowadzi w nim gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”.

Dom odkryła, idąc przez Szwecję w procesji Bożego Ciała. Mimo że budynek był mocno zniszczony, zachwyciła się jego architekturą. Do tego położony na uboczu wsi, był niesamowicie wkomponowany w krajobraz. Z jednej strony granicę posesji wyznacza rzeka Piława – ruchliwy i znany wśród turystów z całej Polski szlak kajakowy. Skądinąd, swoją działalność na polu turystycznym Tomajczykowie rozpoczynali przed dwunastu laty od wypożyczania kajaków. W najbliższej okolicy jest jeszcze kilka popularnych szlaków – przez Dobrzycę, Gwdę, jeziora Krępsko Duże i Małe. Kajaki okazały się modne, a potem zaistniała potrzeba stworzenia bazy noclegowej dla masowo przyjeżdżających tu latem turystów. Na rzekach też nie kończą się atrakcje. Andrzej Tomajczyk, leśnik, okolice zna jak własną kieszeń. Sama Szwecja to malownicza wioska.

− Duże miasto nigdy mnie nie pociągało – mówi Beata Tomajczyk. – Ale odnajduję się w nim – dodaje zaraz. – To miejsce nie było zaplanowane, jednak zawsze marzyłam o mieszkaniu na wsi, w wiejskiej chałupie krytej strzechą. Jędrek jest leśnikiem, więc kiedy dostał propozycję pracy w Trzebieszkach, znaleźliśmy się tutaj.

Z Trzebieszkami – położonymi już w sąsiedniej gminie, Jastrowie, i w sąsiednim województwie, wielkopolskim, mimo odległości zaledwie kilku kilometrów od Szwecji – związana jest również ciekawa historia. Przed wojną w tej miejscowości leśnikiem był ojciec Renate Marsch-Potockiej - znanej niemieckiej korespondentki w Polsce, wieloletniej komentatorki w programie „Bliżej świata” Jerzego Klechty. Ojciec Marsch został zastrzelony przez Rosjan w 1945 r. Do dziś w Trzebieszkach z jego gospodarstwa zachował się kurnik, a o tym, że przed wojną leśnik to był ktoś, niech świadczy fakt, że w tym kurniku teraz jest urządzona oryginalnie i ceniona w regionie… restauracja. Renate Marsch-Potocka wielokrotnie powracała w rodzinne strony.

Na ścianie urosło… zboże

Dom w Szwecji Tomajczykom udało się kupić po dwóch latach. Zmarł jego dotychczasowy właściciel, a rodzina, okazało się, wystawiła go na sprzedaż.

Od początku, planując renowację, postanowili, że na pewno nie zniszczą charakteru domu. Nie korzystali też z pomocy architektów. Sami mieli pomysł na to, co chcą stworzyć. I wewnątrz, i na zewnątrz zbili tynki, żeby odkryć cegłę. Taki styl budownictwa powszechny był w Niemczech. Dom trzeba było ocieplić od wewnątrz. W okolicach Piły znaleźli specjalistę od… gliny. − Najpierw na ścianę nabijany był drewniany stelaż – wyjaśnia technologię właścicielka domu. – Ta przestrzeń była wypełniana łupkiem z gliny. Na to z kolei nakładana była masa słomiana, a na to szedł tynk mieszany z gliny, piasku i sieczki.

Pod wpływem wilgoci w glinie, z sieczki urosło zboże, a ściana była gotowa dopiero, jak obeschło.

Ich marzeniem było też klepisko, ale kiedy remontowali dom, w Polsce nie było technologii polegającej na polerowaniu gliny. Na podłogę wykorzystali więc beton przemysłowy. − Przydały się też umiejętności lokalnych rzemieślników – mówi Beata i pokazuje solidne, drewniane drzwi. – Kiedyś zaczepił nas miejscowy fachowiec, który chciał dorobić. Został na bardzo długo. Na koniec zrobił dębowe ławki, na które się nie umawialiśmy, i powiedział, że już nie będzie przychodził. Wtedy zrobiło się tak smutno. Remont właściwie był skończony. Został tylko jeden szczegół: cztery lata temu dom pokryli strzechą.

Kiedy Tomajczykowie kupili ten dom, w pokojach już nie było pieców, ale – na szczęście − przetrwała… baba. – Dawniej było tak, że każda z izb miała swoją kuchnię i wlot kominowy – wyjaśnia Beata. – Babą odprowadzało się dym. − Myślę, że to ostatnia chałupa we wsi, a nawet w dalszej okolicy, z babą. Kiedyś trafiło do nas małżeństwo historyków, które szukało chałupy z czarną izbą albo babą. Znaleźli taki dom dopiero pod Trzcianką.

Chata, jakby z dziecięcych wspomnień

Wnętrze domu Tomajczykowie też urządzili w oryginalny sposób… na wzór łowickiej chaty. W izbie są ludowe kapliczki, malowane i drewniane anioły, łowickie maty i „podręcznik” zabrany z kuźni dziadka: podręczne gwoździe, podkowy, młotek. Wszystko, co potrzebne, kiedy kuł konie.

− Ten kufer jest przywieziony ze „skansenu” – mówi Beata i wyjaśnia, że tak nazwała łowicką chatę babci. − To było zupełnie jak w „Chłopach” – wspomina. − Właściwie jeździliśmy tam od Wielkanocy, kiedy robiło się ciepło. Chałupy łowickie były budowane w taki sposób, że miały dwie izby i wówczas, w każdej z nich, była kuchnia albo westfalka, a w pozostałych pomieszczeniach było zimno. Kiedy nastał Edward Gierek, ludzie zaczęli rozbierać te swoje chałupy z drewna, kryte strzechą, co dawało ciepło, stawiając na ich miejsce domy murowane.

Tu grali „Chłopów”

W latach 70. w okolicach Łowicza, w Jacochowie, co roku Beata Błędowska-Tomajczyk spędzała wakacje u dziadków, gdzie − jak wspomina – wszystko było, jak żywcem przeniesione z Reymontowskich „Chłopów”.

Nic więc dziwnego, że w 1972 roku właśnie w tej łowickiej wsi powstał słynny film. Kowala Michała, w kuźni jej dziadka, zagrał sam Bronisław Pawlik. – Do dziś pamiętam, jak Pawlik przyjeżdżał niebieską ładą – wspomina Beata Błędowska-Tomajczyk. W filmie statystowali jej dziadkowie – i pół wsi. Raz dziewczęta siedziały na ławce przed chatą, kiedy pojawili się filmowcy i zaproponowali, by zagrały dziewczyny pasące gąski. Tak je to wtedy przeraziło, że uciekły do chaty i wlazły za szafę. Tkwiły za nią tak długo, aż ekipa odjechała.

– Przyjeżdżaliśmy w Wielki Piątek. Babcia rozpalała w piecu chlebowym i piekła ciasto: serniki, jabłeczniki, ciasto drożdżowe. I po zającu dla każdego z wnuków – wspomina. – To znam już z opowieści mamy, bo na Niedzielę Palmową nigdy tam nie byłam. Kiedy do domu przynosiło się palemkę po poświęceniu, to jednego kotka trzeba było zerwać, żeby nie opuszczało szczęście. Oczywiście, to nie były palmy sztuczne, tylko robione z naturalnej wierzby – dodaje.

Zapamiętała też bliskość i życzliwość sąsiadek. Jak się u kogoś zaczynały prace polowe, to ludzie szli do sąsiada pomagać. Dziadek szedł w pole i zupełnie jak Boryna zrywał kłosy, młócił w dłoniach i sprawdzał, czy są na tyle twarde, że można zaczynać koszenie.

– Potem długo jeszcze jeździłam na Boże Ciało do Łowicza na słynną procesję, gdzie ludzie idą w strojach ludowych – mówi pani Beata. – Pamiętam również odpusty kościelne z karuzelami. Jechaliśmy na nie wozem, bo kościół znajdował się trzy kilometry od miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Kobiety były zawsze tak elegancko ubrane. Niedziela to był naprawdę dzień święty, zawsze. Nie można było robić absolutnie żadnych prac, poza oczywiście karmieniem zwierząt, bo to było naturalne. A w Wielkanoc to już kompletnie. Pamiętam, że jak kiedyś robiłam na szydełku, bo mi się nudziło, to babcia wpadła w przerażenie. To były rzeczy, o które oni bardzo dbali.

Po latach pani Beata postanowiła wybrać się w sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa. Ale czekało ją rozczarowanie. – To jednak tylko wspomnienia. Kiedy konfrontuję je z rzeczywistością, tego świata już nie ma. We wsi położony jest asfalt. Ludzie pracują w mieście, tam właściwie tylko nocują – mówi.

Strój, niczym z szafy Jagny

Kiedyś Beata wymyśliła, że musi mieć oryginalny strój łowicki. Najprościej można go było kupić w „Cepelii”, ale miała poczucie, że tam sprzedają „podróbki”. Zadzwoniła do ciotki, która wciąż mieszka pod Łowiczem, i poprosiła, by pomogła. − Ciotka oryginalny pasiak znalazła u jednej z kobiet ze wsi, w stu procentach ręcznie uszyty – kwituje.

W dawnym łowickim stroju Beata Błędowska-Tomajczuk docenia przede wszystkim prostotę. Jest on ręcznie wykonany, począwszy od strzyżenia, przędzenia, po szycie i haftowanie. Do dziś nie stracił też intensywnych kolorów.

Pani Beata chwyta też do ręki charakterystyczny, łowicki koszyk. − Pamiętam jeszcze targi, na które kobiety wędrowały z takimi koszykami, z których wystawały łby gęsi – przywodzi na myśl wspomnienie. – Kobiety ubierały się w te stroje zwłaszcza na święta kościelne, ale w wełniakach pomykały i na rowerach. Gdyby dystans do kościoła był mniejszy, w niedziele chodziłabym w swoim stroju na msze – zapewnia.

Występuje w nim przy okazji innego wydarzenia. Są nim czerwcowe „Wianki”, które wymyśliła i organizuje „W Pięknej Dolinie”. Udało się jej ściągnąć na to święto nie tylko mieszkańców Szwecji, ale również turystów i mieszkańców okolicznych miejscowości.

− Każdy, kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada. Pomysłodawczyni dodaje też, że wymyśliła „Wianki” od midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, i można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale otrzymałam ulotki o hodowli krów.

W chacie „W Pięknej Dolinie” Tomajczykowie wynajmują dwa pokoje z łazienkami. Od kiedy prowadzą gospodarstwo, zaprzyjaźnili się z kilkoma rodzinami. − Ta praca w gospodarstwie to nie jest lekki kawałek chleba – przyznaje Beata Tomajczyk. – Pranie, gotowanie, sprzątanie – wylicza. Ale też szybko dodaje, że rekompensują to goście. – Kiedy wieczorem zasiada się z nimi przy herbatce, zaczynają się naprawdę piękne opowieści. Każdy przywozi cząstkę siebie. W życiu można spotkać fajnych ludzi i nie warto się uprzedzać. Tego się nauczyłam. Najbardziej zaprzyjaźnionym powierzam klucze i tylko raz mi się zdarzyło, że ktoś uciekł.

Kto jest kim, okazuje się, jak mówimy sobie: − Do widzenia!

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:30

KOŃ TROJAŃSKI PANI PREZES NFZ

Napisane przez

Mit o koniu trojańskim, zbudowanym przez Greków za radą Odyseusza, to powszechnie znana z mitologii opowieść. Dziesięcioletnie oblężenie Troi znużyło Greków tak bardzo, że zaczęli szukać innych sposobów – i było warto. Wojownicy ukryci we wnętrzu drewnianego konia zaczekali, aż uradowani odstąpieniem Greków od murów miasta obrońcy udadzą się na spoczynek, by podstępnie ją zdobyć. Prezes NFZ najwyraźniej też zna tę historię i stosuje fortele sprzed tysiącleci.

Godny Odyseusza prezent otrzymali tym razem świadczeniodawcy z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej. Koniem trojańskim jest w tym przypadku propozycja warunków kontraktowania świadczeń na przyszły rok.

Na pierwszy rzut oka NFZ wręcz dodaje im środków. Niestety, w rzeczywistości jest to podstęp. Płatnik odbiera to, co wcześniej zdeklarował. Takiej zmyślnej prezesury jeszcze nie mieliśmy! No cóż, świeża osoba na urzędzie musi się wykazać. Zgodnie z zasadą, że nowa miotła po nowemu zamiata, pani Prezes NFZ, jak może, tak próbuje prześcignąć Perfekcyjną Panią Domu. Ma być na wysoki połysk, a do tego bardzo oszczędnie, żeby jak najwięcej pieniędzy zostało w NFZ. Lekarze rodzinni mają dołożyć do interesu, nie otrzymując w zamian żadnych gwarancji utrzymania się na rynku. Ten szczwany plan znają tylko zaufani. Specjaliści do spraw wizerunku działają. Opinia publiczna ma widzieć w Pani Prezes „męża opatrznościowego”, który wreszcie zapewni opiekę medyczną na europejskim poziomie. Takiego też mają zobaczyć w niej lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, ci mniej zorientowani, oczywiście.

Pijar rewelacyjnie pomyślany. Skoro tak bardzo świadczeniodawcy obawiają się utraty płynności finansowej prowadzonych przez siebie zakładów opieki zdrowotnej po zweryfikowaniu list pacjentów przez EWUŚ, potrzebny jest ktoś, kto zrozumie, pomoże, utuli…. Zatem niczym matka, Pani Prezes postanowiła się zatroszczyć o świadczeniodawców i świadczeniobiorców. Ba, pozostawiła w tyle Ministerstwo Zdrowia i Towarzystwa Lekarskie. I po co się było medykom tyle lat uczyć?

Pani Prezes wie wszystko najlepiej. Zarządzenie, które ma być „ lekiem na całe zło” przygotowała więc z ogromną pieczołowitością, wytyczając, co i kiedy lekarz czynić powinien. Nie wiadomo tylko: jak. A wszytko to na miarę własnych wyobrażeń, autorsko, bez konsultacji z zainteresowanymi.

Koń trojański czy puszka Pandory?

W związku z tym pojawiają się całkiem nowe standardy opieki nad pacjentem. Badania mają być zlecane zgodnie z jakąś wiedzą tajemną pomysłodawczyni, bez jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia. A może tu mamy do czynienia nie tylko z koniem trojańskim, ale i z puszką Pandory? A jeśli zwyczajnie chodzi o to, by POZ utonął w długach, czyli się zdematerializował? Bóg Hades już czeka za rogiem.

Opiekę medyczną przejmą zadłużone szpitale, które mogą bez konsekwencji generować straty na koszt organu założycielskiego, czyli powiatu. Na pewno nie poprawi ich sytuacji finansowej przejęcie kontraktów POZ, gdyż koszty diagnostyki wymienianej w zarządzeniu przewyższają stawki za poszczególne świadczenia.

Plan Pani Prezes ma swoją piętę achillesową. Wprawdzie cel w postaci dążenia do wczesnego rozpoznawania i leczenia chorób cywilizacyjnych jest szczytny, lecz dążenie do niego – zupełnie pozbawione logiki. Kilometrowe formularze do wypełnienia zniechęcą najbardziej cierpliwego medyka i jego pacjenta. Miało być sprawnie i bez protestów środowiska, ale lekarze rodzinni przejrzeli Panią Prezes i nie chcą jej konia trojańskiego. Nie zgadzają się na nowe standardy terapii osób przewlekle chorych oraz zapisy zawarte w zarządzeniu, negujące w każdym kolejnym punkcie kompetencje lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.

Lekarze na to nie pójdą

Szkoda, że doradcy Pani Prezes nie zapobiegli lapsusom w stylu, że to oznaczanie poziomu cholesterolu co pół roku lub elektrokardiogram co trzy miesiące, mają być wykładnikiem należytej staranności w leczeniu chorych na serce. A może wśród ekspertów zabrakło lekarzy? Pomysł na wczesne rozpoznawanie nowotworów jest również nie trafiony. Zbyt rozbudowane formularze, wymogi diagnostyczne nie tyle pozwolą zdiagnozować raka, co wyprawią w niebyt macierzystą przychodnię pacjenta.

Do tego stopień finansowania jest wręcz obraźliwy. Mimo wysiłku nie udało się jeszcze na nowo skomunalizować podstawowej opieki zdrowotnej. Pani Prezes nie zraża się chwilowym brakiem sukcesu. Już zwierane są szyki. Ostrzone są ostrza, by od 1 stycznia 2014 r. wycięcie EWUŚ-em pacjentów „świecących” na czerwono, czyli zdaniem NFZ nieubezpieczonych, odbyło się natychmiast i bez znieczulenia. Niby to co przychodnie stracą, mogą odzyskać na mocy przygotowanego przez Panią Prezes zarządzenia, ale nawet początkujący w branży dostrzegą, że to fikcja. To jak podsumowanie z popularnego telewizyjnego programu: bardzo ładnie, ale nie przechodzisz dalej.

Po wprowadzeniu wymogów NFZ nie będzie wygranych. Przegra podstawowa opieka zdrowotna, przegrają pacjenci, bo pozbawi się ich dostępu do ich lekarza rodzinnego. Nic dziwnego, skoro zdaniem NFZ w ulepszaniu systemu opieki zdrowotnej należy stosować metody rodem z mitologii. W POZ, w odróżnieniu od mieszkańców Troi, nikt nie śpi. Lekarze rodzinni nie przyjmą od Pani Prezes NFZ jej nawet najpiękniej opakowanego konia trojańskiego.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:25

KOMUNIKACJA Z WYSOKIM IQ

Napisane przez

Kamery na skrzyżowaniach, czujniki w asfalcie, cyfrowe tablice informujące o warunkach jazdy… Polskie samorządy inwestują w zaawansowane technologie, aby po mieście jeździło się szybciej, wygodniej i bezpieczniej. Wydatki na ten cel są możliwe dzięki funduszom unijnym.

Gdańsk w rankingu najbardziej zakorkowanych miast w Polsce, przygotowanym przez portal Korkowo.pl, zajmuje wysokie, 8. miejsce. Samochody poruszają się tam ze średnią prędkością 41 km na godzinę. Mają jednak jeździć co najmniej o 7 proc. szybciej – trzeba tylko poczekać do drugiej połowy przyszłego roku. Wtedy zacznie działać Zintegrowany System Zarządzania Ruchem Tristar, który zrewolucjonizuje komunikację w Trójmieście. Projekt od 2006 roku realizuje technologiczna spółka Qumak we współpracy ze ekspertami z Politechniki Gdańskiej i Fundacji Rozwoju Inżynierii Lądowej.

– Kompleksowe wdrożenie systemu Tristar obejmuje m.in. instalację systemu sterownia ruchem, budowę i wyposażenie dwóch centrów zarządzania w Gdańsku i Gdyni, utworzenie sieci komunikacyjnej, uruchomienie i modernizację ponad 150 rozbudowanych sygnalizacji świetlnych, a także wyposażenie 675 pojazdów transportu publicznego w komputery pokładowe – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Daniel Miłosz, dyrektor Działu Zarządzania Kontraktami Integracyjnymi w firmie Qumak.

Natężenie ruchu pojazdów będą śledzić setki kamer, czujników i pętli indukcyjnych. W ramach systemu funkcjonować będzie ponad sto fotoradarów i kamer, wyłapujących kierowców, którzy blokują skrzyżowania. Ponadto zainstalowane zostaną znaki zmiennej treści, informujące o wypadkach i proponowanych objazdach oraz wolnych miejscach parkingowych.

Sercem ma być komputer dostosowujący sygnalizację świetlną do aktualnego i przewidywanego natężenia ruchu (m.in. na podstawie informacji o kończącym się koncercie, meczu czy innej imprezie masowej). Zaawansowane oprogramowanie IT ma w sposób uprzywilejowany traktować miejskie środki transportu. Między innymi dzięki zamontowanym w tramwajach, autobusach i trolejbusach czujnikom specjaliści z gdańskiego i gdyńskiego centrum zarządzania ruchem będą w tzw. czasie rzeczywistym, czyli na bieżąco, planować trasy i rozkłady jazdy oraz sugerować alternatywne kursy.

– Szacunkowa wartość inwestycji to ponad 184 mln złotych. 85 proc. tej sumy, czyli około 156 mln zł, wyłoży Unia Europejska, co pokazuje, że dotacje z Brukseli pozwalają realizować duże projekty usprawniające zarządzanie miejskimi systemami – mówi „GMINIE” Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta miasta Gdańsk.

Polscy liderzy ITS

Tristar to przykład inteligentnego systemu transportowego (ITS). Nazwa została zaakceptowana na pierwszym, światowym kongresie Stowarzyszenia ITS w Paryżu w 1994 r. i oznacza rozwiązania, które stanowią szeroki zbiór różnorodnych technologii (telekomunikacyjnych, informatycznych, automatycznych i pomiarowych) oraz technik zarządzania stosowanych w transporcie w celu ochrony życia uczestników ruchu, zwiększenia efektywności systemu transportowego oraz ochrony zasobów środowiska naturalnego. Co równie ciekawe, w krajowym prawodawstwie pojęcie „ITS” pojawiło się dopiero w ubiegłym roku.

Do najbardziej znanych projektów ITS w Polsce, nie licząc trójmiejskiego, należą przedsięwzięcia zrealizowane w Szczecinie i Krakowie. Jednak i mniejsze samorządy coraz częściej porywają się na takie inwestycje. Przykładem może być inicjatywa Urzędu Miasta w Legnicy – na najważniejszych skrzyżowaniach ulic pojawią się tam detektory ruchu. Za pośrednictwem sieci światłowodowej i radiowej będą przekazywały do centrum zarządzania informacje o zdarzeniach na drogach, co pozwoli na rozładowanie korków. System, który ma powstać do końca 2015 r., pochłonie ponad 21 mln złotych. 85 proc. tej sumy legnicki magistrat pozyskał z funduszy UE.

Celem narzędzi klasy ITS jest odkorkowanie miast i zmniejszenie uciążliwości komunikacyjnych. Ale nie tylko. Chodzi też o zwiększenie bezpieczeństwa w transporcie. – Jeżeli chodzi o funkcjonowanie miasta, do najpopularniejszych rozwiązań należą te związane z bezpieczeństwem, przede wszystkim kamery, czyli monitoring wizyjny. System rozpoznaje wypadek i alarmuje odpowiednie służby – tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Iwona Wciślak, dyrektor ds. rozwoju terytorialnego w IBM Polska.

Pod bezpieczeństwo i komfort podróżowania podpadają również wszelkie działania ograniczające degradację infrastruktury drogowej. I w tej dziedzinie trudno się dziś obyć bez technologii. Przykład? Krakowskie Laboratorium Oprogramowania IBM we współpracy z Krakowem, Akademią Górniczo-Hutniczą oraz Zarządem Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie opracowało rozwiązanie do… zarządzania dziurami w jezdniach. Jeśli któryś z mieszkańców zrobi zdjęcie wyrwy telefonem komórkowym i prześle na odpowiedni adres e-mailowy, system na podstawie informacji GPS zawartych w fotografii automatycznie ją zlokalizuje i przyjmie zgłoszenie.

Powiew świeżości z Zachodu

Na Zachodzie rozwiązania ITS znane są przynajmniej od dwóch dekad, w Polsce zaczęły być wdrażane w ostatnich latach. Dlatego mamy jeszcze spory dystans do nadrobienia. Warto byłoby np. wdrożyć narzędzie zbliżone do nowojorskiego systemu, który został zaprojektowany z myślą o osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich. Niepełnosprawni mogą wejść na specjalną stronę WWW, aby sprawdzić, jak o danej porze mogą dojechać z jednego punktu metropolii do drugiego.

– Portal pokazuje najkrótsze lub najszybsze połączenia, a także dobre zjazdy z krawężnika na określonej ulicy. Serwis informuje też o godzinach przyjazdu autobusów niskopodłogowych. Aplikacja wykorzystuje precyzyjne dane o rozkładzie jazdy, typie taboru i topografii chodników, które łatwo pokonać podróżującym na wózkach i z wózkami. W naszym kraju trudno to sobie ciągle wyobrazić – wskazuje dyrektor Wciślak.

Godne implementacji są także wszelkie narzędzia przyczyniające się do redukcji emisji pyłów i gazów cieplarnianych. Dlaczego? Według raportu WHO z 2011 roku, spośród 65 największych miast w Polsce tylko sześć mieści się w europejskiej normie dotyczącej stężenia pyłu zawieszonego (limit to 20 μg/m3, czyli mikrogramów na metr sześcienny). Najczystszy był Gdańsk ze stężeniem PM10 wynoszącym 18 μg/m3, a najbardziej zanieczyszczone powietrze w Polsce ma Kraków. Tam roczne średnie stężenie pyłu zawieszonego sięga aż 64 μg/m3. Inną ciekawą obserwacją jest to, że w Warszawie aż 67 proc. zanieczyszczeń pyłem zawieszonym pochodzi z transportu samochodowego.

Za wzór działań ekologicznych może służyć Milan Ecopass – wprowadzony przez władze Mediolanu system pobierania opłat, których wysokość zależy od stopnia ekologiczności aut (właściciele modeli spełniających normę Euro 4 i Euro 5 są z nich zwolnieni). W pierwszym roku działania systemu do centrum tego włoskiego miasta wjechało o 57 proc. mniej wozów emitujących najwięcej zanieczyszczeń, a całkowity ruch samochodowy w strefie spadł o 5 mln pojazdów. Co więcej, mieszkańcy chętniej zaczęli korzystać z komunikacji publicznej (35 mln dodatkowych przejazdów).

„W niektórych miastach polskich można spotkać tablice Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, wyświetlające informacje o aktualnych poziomach stężenia zanieczyszczeń w atmosferze. Dobrze, że jest taka informacja, jednakże na razie brak systemowej możliwości wpływu tej informacji na konkretne działania, w szczególności na transport. Technologiczne możliwości są; trzeba jedynie stworzyć możliwości prawne” – pisze Ewa Wolniewicz-Warska, wiceprzewodniczącą Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, na stronie stowarzyszenia ITS Polska.

Wspomagane elektroniką strefy płatnego wjazdu działają też w Londynie i Sztokholmie. Nie dość, że pozytywnie wpływają na środowisko naturalne, to jeszcze przyczyniają się do spadku natężenia hałasu – średnio od 1 do nawet 4 decybeli. Co więcej, dzięki nim zmniejszają się opóźnienia komunikacji publicznej.

Z unijnym wsparciem

No dobrze, mamy się na kim i na czym wzorować. Ale czy mamy fundusze na wdrażanie pomysłów, które sprawdziły się w Europie? Albo inaczej: Bruksela do tej pory, owszem, chętnie wspierała przedsięwzięcia ITS. Lecz czy nie zechce przykręcić finansowego kurka, choćby w związku z kryzysem gospodarczym?

– Bez obaw, finansowania nie zabraknie. Zwłaszcza, że nowa unijna perspektywa budżetowa na lata 2014-2020 ma wspierać działania prowadzące do wzrostu innowacyjności i konkurencyjności – uspokaja dyrektor Daniel Miłosz. Wyrazem tych priorytetów są wielomiliardowe programy operacyjne „Inteligentny rozwój” i „Polska cyfrowa”. To zaś oznacza, że trudniej będzie pozyskać środki na tzw. infrastrukturę twardą (m.in. drogi, tunele, mosty), natomiast łatwiej – na nowoczesną myśl technologiczną. Innymi słowy: UE zapala zielone światło dla inteligentnych miast i transportu z wysokim IQ.

 

UE nie tylko nie sprzeciwia się inwestycjom w ITS, ale wręcz naciska, by takie projekty realizować. A nasz rząd zdaje się to rozumieć. Dowód? Weszła w życie nowelizacja ustawy o drogach publicznych, która ma usystematyzować m.in. możliwość wykorzystywania w miastach systemów inteligentnego transportu. Wprowadza ona także do polskiego systemu prawnego przepisy unijnej dyrektywy w sprawie ram ich wdrażania. Ustawa nakłada na zarządców infrastruktury drogowej obowiązek wprowadzania usług i aplikacji ITS na drogach publicznych. Skoro Bruksela chce, samorząd nie ma chyba wyjścia: musi zapalić przed ITS zielone światło.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:24

URZĘDNIK W SIECI

Napisane przez

Komunikacja głupcze!... Tak w najprostszy sposób można określić nową strategię komunikacyjną samorządów. Władze lokalne coraz częściej chcą rozmawiać ze mieszkańcami. A wspomaga je w tym technologia.

Telefon, faks, komputer, tablet, poczta elektroniczna, SMS-y, komunikator internetowy czy zestaw wideokonferencyjny – paradoksalnie, ogromny wybór urządzeń i technologii utrudnia komunikację pomiędzy jednostką administracyjną a interesantami. Rozprasza też urzędników i odciąga ich od pracy. Jednak można tego z powodzeniem uniknąć. Bo też różne formy przekazu informacji można połączyć w zintegrowany system teleinformatyczny. Na takie rozwiązanie – zwane z języka angielskiego unified communications, w skrócie UC – zdecydował się ostatnio Urząd Miasta Opole. Ratusz postawił na UC w coraz popularniejszym modelu chmury obliczeniowej. Polega on na użytkowaniu usług dostarczonych przez usługodawcę za pomocą internetu. Oznacza to, że klient nie musi inwestować w oprogramowanie, sprzęt, a często także we własne kadry i kompetencje IT.

– To pierwszy tego typu projekt teleinformatyczny zrealizowany dla podmiotu z sektora publicznego. Skorzystanie z modelu chmurowego zapewnia urzędowi elastyczność, czyli pozwala mu dopasowywać usługi do własnych potrzeb, oraz umożliwia stałe poszerzanie kręgu osób korzystających z systemu – zachwala Rafał Bakalarz, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w firmie Netia, która dostarcza rozwiązanie.

System w opolskim magistracie obejmuje zintegrowane telefonie – klasyczną i IP, obsługę faksów, komunikator Microsoft Lync 2013 i konta pocztowe. Jest też dostęp do platformy, która umożliwia m.in. wspólną pracę na dokumentach, prezentacje w trybie broadcast i wieloosobowe wideokonferencje w jakości HD. Ponadto, w ramach umowy, są też łącza transmisji danych i dostęp do internetu. W sumie wartość oferty to 405 tysięcy złotych brutto. Jak praca w chmurze wygląda w praktyce? Na jednym ekranie konsultant widzi, kto i kiedy próbował się z nim kontaktować. Urzędnik może mu bezpośrednio i w dogodny sposób odpowiedzieć.

Kolejki muszą zniknąć

Nie tylko urząd miejski w Opolu informatyzuje się na potęgę. Podobnych przykładów wykorzystywania nowinek IT w administracji publicznej są tysiące. I to wbrew powszechnemu przekonaniu, że polskie urzędy to technologiczny skansen, którego nie sposób zmodernizować. - Stereotyp zacofanej administracji nijak się ma do rzeczywistości. Systemy, które do niedawna wspomagały głównie biznes, dzisiaj znajdują szerokie zastosowanie w instytucjach samorządowych. – I słusznie, bo niektóre procesy – takie jak komunikacja, obieg informacji, obsługa klientów, ale też finanse, księgowość, kadry – występują zarówno w korporacjach, jak i w urzędach – wskazuje Krzysztof Witczak, członek zarządu i dyrektor sprzedaży w spółce itelligence, która zajmuje się dostawą zaawansowanych produktów i usług informatycznych.

Na ile technologie mogą poprawić jakość obsługi klientów w urzędach? Według Marcina Strzałkowskiego, prezesa InteliWise, najważniejsze w tej dziedzinie są cztery kwestie. Pierwsza to łatwość i szybkość znalezienia informacji na stronie WWW danej instytucji. Druga – załatwienie sprawy podczas pierwszej wizyty na tym portalu, albo podczas jednej rozmowy lub czatu z konsultantem. Trzecia – odciążenie urzędników od błahostek. I ostatnia – łatwość i szybkość kontaktu, zarówno przez telefon, jak i przez kanały tekstowe, np. komunikatory i chat na żywo.

– Nasze doświadczenia z wdrożeń w jednostkach administracji pokazują, że problemy w urzędach powinny być rozwiązywane w 50 procentach przez wirtualnego doradcę, czyli inteligentną wyszukiwarkę, w 30 procentach przez infolinię i w 20 procentach przez live chat lub pocztę elektroniczną – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” prezes Strzałkowski.

Jego spółka, wykorzystując technologię własną oraz IBM, stworzyła aplikację Wirtualny Urzędnik, która dzięki połączeniu semantycznego wyszukiwania bazy wiedzy i rozwiązania typu live chat pozwala w przyjazny sposób obsługiwać interesantów bez konieczności ich wizyty w urzędzie. Wszystko to w trybie 24/7/365 (24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku). Pierwszy w oprogramowanie zainwestował, w kwietniu tego roku, Urząd Miejski w Gdyni. Dziś InteliWise świadczy podobną usługę dla Środy Wielkopolskiej, Olsztyna, Łomży, Świętochłowic i Warszawy.

Marcin Strzałkowski nie ma wątpliwości: administracja musi coraz lepiej radzić sobie z gwałtownym i niekontrolowanym nasileniem kontaktów, czyli „rozładowywać” kolejki sfrustrowanych ludzi. I to bez dodatkowych kosztów, ewentualnie przy niewielkich wydatkach. A takie produkty, jak Wirtualny Urzędnik im to umożliwiają. – Trudność w połączeniu się z call center i długi czas oczekiwania na odpowiedź e-mailową zachęcają urzędy do wprowadzania rozwiązań automatyzujących obsługę klienta – od wirtualnych doradców, poprzez procesory e-mail, na zaawansowanych systemach przepływu informacji skończywszy. Nawet duże korporacje nie zawsze mają takie narzędzia – uważa szef InteliWise.

To idzie młodość

Spory odsetek obywateli (35 proc.) woli nadal osobisty kontakt z urzędem – wynika z badania „Polak 3.0 – czy jesteśmy gotowi na życie w cyfrowej rzeczywistości?”, zrealizowanego przez Instytut Homo Homini na zlecenie Poczty Polskiej. Powody są różne. Czterech na dziesięciu nie ma zaufania do komunikacji cyfrowej. Ponad jedna trzecia lubi mieć papierowe potwierdzenia dokonania płatności czy załatwienia sprawy. 15 proc. przyznało, że po prostu nie umieją obsługiwać komputera. Co dziesiąty wskazał natomiast na brak takiego urządzenia lub dostępu do sieci.

– Od e-administracji nie ma jednak odwrotu. Głównie z powodu komunikacyjnych przyzwyczajeń młodego pokolenia, które coraz więcej spraw prywatnych, służbowych i urzędowych załatwia w przestrzeni wirtualnej, najczęściej za pomocą swoich smartfonów, tabletów i ultrabooków – stwierdza dyrektor Krzysztof Witczak z itelligence.

Sondaż Homo Homini tę opinię potwierdza: dziewięciu na dziesięciu respondentów w wieku 18-24 lata chce wykorzystywać internet do kontaktowania się z jednostkami administracji publicznej i w sprawach związanych z usługami masowymi (dostawa prądu, gazu, ogrzewanie, telekomunikacja). – Za sprawą internetu i mediów społecznościowych na naszych oczach dokonuje się rewolucja w komunikacji. Instytucje rządowe, samorządowe i dostawcy usług muszą dopasować do tego swoje strategie. Doskonałym przykładem jest rynek pocztowy, na którym SMS-y i maile wypierają papierowe listy – twierdzi Jerzy Jóźkowiak, prezes Poczty Polskiej.

Najwięcej entuzjastów sieciowej obsługi (69 proc.) pochodzi z miast i miasteczek. 65 proc. używa do tego laptopów, notebooków i netbooków, a 42 proc. – komputerów stacjonarnych. Niemal wszyscy (90 proc.) są zadowoleni z tej formy załatwiania spraw urzędowych – pokazuje najnowszy raport firmy EMC Poland, dostawcy produktów, usług i rozwiązań z dziedziny zarządzania i przechowywania informacji.

– Już prawie 18 milionów mieszkańców Polski jest – lub bywa – w sieci, a w ostatnim roku podwoiła się liczba osób korzystających z dostępu bezprzewodowego. Dzięki e-administracji mogą załatwiać sprawy urzędowe w dogodnym dla siebie miejscu i czasie, bez konieczności zwalniania się z pracy i marnowania czasu w kolejkach – zachwala Adam Wojtkowski, dyrektor generalny EMC w Polsce.

Najpopularniejszą e-usługą jest rozliczanie podatków (13 proc.). Według Ministerstwa Finansów, e-deklaracje za 2011 r. złożyło ponad 2,1 mln osób, czyli 12 proc. podatników PIT. A w tym roku na tę formę rozliczenia zdecydowało się już ponad 3,5 mln podatników. Daleko nam jednak do Austrii, w której zeznania drogą elektroniczną wysyła ponad połowa podatników, i do Estonii, gdzie robią to prawie wszyscy (94 proc.).

Pieniędzy nie zabraknie

Plany informatyzacji kraju są ambitne. Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji, chce na ten cel przeznaczyć aż 1,96 mld euro w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Natomiast e-administracja ma zostać zasilona kwotą 885 mln euro. Jest tylko jedno „ale”: te pieniądze będą (przynajmniej częściowo) wyrzucone w błoto, jeśli urzędom nie uda się uniknąć błędów, które popełniły w ostatnich latach. Jak ocenia prezes Strzałkowski, setki jednostek administracji publicznej i lokalnej zainwestowały miliony, a nawet miliardy złotych w unowocześnianie i cyfryzację obsługi, ale interesanci tylko częściowo widzą zmiany. Systemy są budowane jako proste przeniesienie do tzw. „cyfry” tradycyjnych działań w urzędach (papierowa biurokracja czy kontakty twarzą w twarz), bez zrozumienia istoty komunikacji elektronicznej. Prowadzi to do tego, że ludzie z tych wątpliwych udogodnień albo nie korzystają, albo robią to rzadko.

– Interesant, inwestor, mieszkaniec – każdy ma proste wymagania i proste pytania. Szuka informacji lub chce coś szybko załatwić. Tymczasem na większości stron WWW urzędów nie znajduje jasnej i wyczerpującej odpowiedzi. Użytkownik zostaje odesłany do Biuletynu Informacji Publicznej albo na karty spraw, a tam nawet najprostsze rzeczy wyjaśnia się urzędniczym żargonem na kilku stronach – opisuje Marcin Strzałkowski.

Jak podkreśla z kolei Alina Pawlicka-Mamczura, rzecznik prasowa prezydenta Opola, coraz więcej inicjatyw realizuje się przy udziale mieszkańców. – Przygotowujemy projekt budżetu obywatelskiego. Stworzyliśmy platformę sms-ową, dzięki której mieszkańcy mogą się łatwo dowiedzieć, co dzieje się w terenie. Nawet przy wyborze piosenek odtwarzanych w lokalnej fontannie słuchamy głosów naszych mieszkańców – mówi Pawlicka-Mamczura.

Prognozy są optymistyczne. Z e-administracji korzystało w ubiegłym roku 31 proc. Polaków. W 2023 roku ma ich być aż 64 proc. – Bo obywatele, mimo licznych obaw i zastrzeżeń, jednak coraz częściej wybierają usługi w sieci, zaś administracja uczy się bardzo szybko. Może nie jest to kolosalna zmiana, ale coraz więcej osób jest tym zainteresowane – zaznacza rzeczniczka prasowa prezydenta Opola.

Choć w sprawie e-administracji wiele dobrego już zostało zrobione, to póki co, sytuacja daleka jest jeszcze od ideału. – Strony urzędów nie są intuicyjne ani przyjazne. Urzędnicy nadal myślą o nich przede wszystkim w kategorii wizytówki, a nie kanału komunikacji z klientem  – mówi w rozmowie z Magazynem „Gmina” Agata Kordowicz, która w firmie badawczej Gemius doradza instytucjom publicznym, jak ulepszać obsługę e-klientów. – Tymczasem wystarczyłoby choćby wprowadzenie wirtualnego doradcy, który pomagałby użytkownikowi w odnalezieniu potrzebnych treści. Nie zapominajmy też o tym, że wciąż niewiele instytucji czy urzędów oferuje możliwość załatwiania spraw przez internet – dodaje.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY