Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Wrzesień 2013

Wrzesień 2013 (13)

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:59

WALKA O FREKWENCJĘ

Napisane przez

Referendum samorządowe przestaje być świętem lokalnej demokracji. Zamiast pełnić rolę Forum Romanum, zmienia się w arenę politycznego starcia. Walka na na niej toczy się zaś nie o głosy mieszkańców, ale o to... ilu z nich pójdzie do urn w dniu głosowania.

Dzień 13 października 2013 r. będzie w historii Warszawy datą szczególną. Tego dnia warszawiacy wypowiedzą się w referendum, czy chcą, aby prezydentem miasta nadal była Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO), czy też pokażą jej czerwoną kartkę. Jednak wszystko wskazuje na to, że niezależnie od jego wyniku, Gronkiewicz –Waltz nadal bedzie rządzić miastem. Jak to możliwe?

Gra na frekwencji

Hanna Gronkiewicz-Waltz jest nie tylko prezydentem stolicy, ale również wiceprzewodniczącą krajowych struktur Platformy Obywatelskiej. Dlatego referendum w sprawie jej odwołania ma wymiar ogólnokrajowy – a nie tylko ze wględu na to, że rządzi największym miastem w Polsce. Aby warszawskie referendum było ważne, musi w nim wziąć udział 3/5 wyborców, którzy głosowali w ostatnich wyborach samorządowych. W przypadku stolicy musi to być co najmniej 389 430 osób. To oznacza, że frekwencja musi wynieść minimum 29 proc. Osiągnięcie jej wydaje się bardzo prawdopobone, jako że do komisarza wyborczego trafiły listy z ponad 232 tysiącami podpisów osób domagających się odwołania pani prezydent.

Dlatego zwolennicy Hanny Gronkiewicz-Waltz zaczęli grać na obniżenie frekwencji. Niewielka liczba głosujących spowoduje, że referendum nie będzie ważne. Premier Donald Tusk i inni prominentni politycy PO, a nawet prezydent Bronisław Komorowski, zaczęli namawiać mieszkańców stolicy do pozostania 13 października w domu. Wiadomo bowiem, że do urn ruszą porzede wszystkim przeciwnicy prezydent Gronkiewicz-Waltz. Niemal pewne jest więc, że większość głosów padnie za jej odwołaniem. W tej sytuacji głosy w jej obronie de facto mogą prezydent pogrążyć – bo podwyższą frekwencję i paradoksalnie zwiększą szansę na przegraną.

Ile kosztuje referendum?

Innym sposobem zniechęcania warszawiaków do referendum było podkreślanie kosztów z nim związanych. – Szacujemy, że przy tej liczbie wyborców, osób uprawnionych do udziału w referendum w Warszawie, koszt kart do głosowania wyniósłby około 250 tysięcy złotych. Takie koszty poniesie budżet państwa. Inne środki będą pochodziły z budżetu samorządowego – mówił mediom szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Czaplicki. Ale znaczna część wydatków związanych z przeprowadzeniem referendum lokalnego pokrywana jest z budżetów samorządów. Rada miasta będzie musiała pokryć wszelkie koszty związane z organizacją tego referendum, w tym również diet dla członków komisji.

Co prawda, „cena” samego referendum nie jest oszałamiająco wysoka, ale zdecydowanie większe byłyby koszty przyspieszonych wyborów samorządowych w stolicy – bo samo referendum w sprawie odwołania prezydent, bez wyborów nowego włodarza miasta, byłoby nie do końca sensowym rozwiązaniem. Kazimierz Czaplicki szacuje wydatek na 2-2,2 mln zł. Tyle bowiem kosztuje przeprowadzenie wyborów w mieście, w którym jest około miliona wyborców.

Tymczasem niedawno prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz informowała, w odpowiedzi na interpelację jednego z radnych, że referendum będzie kosztowało około 3 mln zł, a przedterminowe wybory – 4 mln zł. Zajmujący się wyborami na co dzień Kazimierz Czaplicki podaje kwotę dwa razy niższą... Niezależnie od jej wysokości, władze miasta podały, że potrzebną kwotę zapewnią, zabierając ją z tzw. rządowej subwencji drogowej, czyli z newralgicznego dla życia miasta budżetu. To bezzwrotna pomoc finansowa, udzielana samorządom przez państwo ze środków budżetowych, z przeznaczeniem na inwestycje związane z komunikacją.

Chaos czy sukcesy?

Zwolennicy odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz zarzucają jej brak kompleksowego rozwiązania problemu odszkodowań wypłacanych z tytułu dekretu Bieruta (na jego mocy na własność gminy m.st. Warszawy w 1945 r. przeszły wszelkie grunty w przedwojennych granicach miasta), nieskuteczne działania na rzecz zniesienia janosikowego (wpłata do budżetu państwa na podstawie ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego przez jednostki, których dochody z podatków przekraczają wskaźniki określone w ustawie), podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej przy jednoczesnych cięciach w budżecie ZTM, wysokie opłaty za śmieci i chaos przy wdrażaniu ustawy śmieciowej, a także cięcia w edukacji.

Odpowiedzią prezydent miasta jest jej wzmożona aktywność publiczna i interaktywna mapa, na której zaznaczono wszystkie – czasem wręcz symboliczne – inwestycje miejskie dokonane pod jej rządami.

Niezależnie od wyniku – prezydent nadal rządzi

Deklaracje przedstawicieli najwyższych władz państwowych – o nie braniu udziału w referendum – i namawianie warszawiaków do brania z nich przykładu spotkały się z ostrą reakcją nie tylko opozycji, ale i zwykłych obywateli. Nic dziwnego, namawianie do niebrania udziału w referendum samorządowym w imię doraźnych korzyści politycznych, to psucie demokracji lokalnej.

Donald Tusk wyraźnie zapowiedział jednak, czego chce. Jeśli bowiem nawet warszawiacy nie chcieliby dłużej pani prezydent Gronkiewicz-Waltz na dotychczasowym stanowisku, to szef rządu zamierza i tak utrzymać ją przy władzy. Najprawdopodobniej mianowałby ją komisarycznym prezydentem miasta, do czego – jako premier – ma prawo. Plan spotkał się z takim oburzeniem opinii publicznej, że Tusk natychmiast złagodniał. –Pozwoliłem sobie na taką uwagę, chcąc pokazać absurdalność tego referendum. Jestem przekonany, że to referendum nie ma większego sensu, zwłaszcza na rok przed wyborami, kiedy to warszawiacy wybiorą Hannę Gronkiewicz-Waltz lub, jeśli mają jej dosyć, kogoś innego – tłumaczył.

Wszystkie te działania to de facto elementy kampanii referendalnej, która musi zostać zakończona do 11 października do godziny 24. Następnego dnia nastąpi przekazanie przewodniczącym obwodowych komisji spisu wyborców uprawnionych do udziału w referendum.

Co poza Warszawą?

Nie tylko w stolicy mieszkańcy domagają się odwołania władz. Nie wszędzie jednak skutecznie. 8 września mieszkańcy Gryfic w Zachodniopomorskiem mieli zdecydować o ewentualnym odwołaniu Andrzeja Szczygła, od czterech kadencji burmistrza miasta. Inicjatorzy referendum zarzucali burmistrzowi próby dezintegracji rady miejskiej, ponadto ich zdaniem w ciągu 2,5 roku ostatniej kadencji burmistrz Szczygieł miał przekroczyć kompetencje w zakresie gospodarki finansowej gminy, przede wszystkim akceptując wydatki niezabezpieczone w jej budżecie. Nie podobało się im również bezpłatne oddanie w zarząd gryfickiemu TBS lokali gminnych i korzystanie z doradztwa kancelarii prawnej, której usługi wyceniono na kwoty sporo przekraczające rynkowe stawki.

Referendum jednak okazało się nieważne. Do urn poszło bowiem zbyt mało uprawnionych wyborców. Aby było ważne, musiało wziąć w nim udział co najmniej 4539 osób – a więc 3/5 uczestniczących w wyborach burmistrza w 2010 r. Uprawnionych do głosowania było blisko 20 tysięcy osób. Tymczasem w referendum głosy oddały 1583 osoby. Za odwołaniem burmistrza opowiedziały się 1364 osoby, a przeciw zagłosowało 150 mieszkańców miasta. Frekwencja wyniosła 8,22 proc.

W nieodległym Rewalu mieszkańcy również chcieli odwołać wójta. Ich zdaniem Robert Skraburski łata budżet gminy wysoką ceną wywozu śmieci, podatkami i opłatami wodno-kanalizacyjnymi. Miał on ponadto doprowadzić do bardzo wysokiego zadłużenia gminy (wskaźnik zadłużenia wynosił w 2012 roku 83,5 proc.) i rozrostu administracji. Wyborcom nie podobało się również to, że zaciągnął kredyty na rewitalizację Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, która miała stać się atrakcją turystyczną.

Organizatorzy referendum w Rewalu zebrali co prawda odpowiednią ilość głosów, jednak ostatecznie nie zamierzają oddać petycji w ręce komisarza wyborczego. „Z uwagi na katastrofalną sytuację finansową Gminy (jak się okazało, dług na koniec roku 2012 wzrósł o 268% – przyp. red.), nie chcemy przyczyniać się do dalszego wzrostu zadłużenia – i dlatego odstępujemy od złożenia wniosku o przeprowadzenie referendum w naszej Gminie. Uważamy, że za obecny stan gminy odpowiadają wyłącznie obecny Wójt i Rada Gminy” – napisali w komunikacie.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:53

SZPIEGOWANIE NA EKRANIE

Napisane przez

Afera związana z ujawnieniem przez Edwarda Snowdena informacji obnażających działania amerykańskiej NSA i brytyjskich służb antyterrorystycznych – oraz istnienie programu zbierania informacji znanego jako PRISM – wprowadziły spory chaos w świecie.

Okazało się, że Amerykanie i Brytyjczycy wydają ogromne pieniądze na podsłuchiwanie połączeń telefonicznych i korespondencji elektronicznej, które szerokim strumieniem nieustannie płyną po całym świecie łączami elektronicznymi. Czy mamy powody do obaw? Postarajmy się krótko przeanalizować ten dylemat.

Internet łączy wszystkich

Internet i narzędzia korespondencji cyfrowej są podstawowym narzędziem komunikacji we współczesnym świecie. Używają go wszyscy bez wyjątku. Wiadomo, że celem uruchomienia Internetu było umożliwienie komunikacji w dobrych zamiarach. Niestety, obecnie wykorzystywany jest on również przez przestępców, zarówno terrorystów spod znaku Al-Kaidy, jak i mafie przestępcze, które m.in. dzięki szyfrowane połączenia poprzez program Skype mogą swobodnie planować działania. Podobnie ma się sytuacja z wykorzystywaniem łączy telefonicznych.

Nie jest możliwe „ręczne” monitorowanie właściwego wykorzystania Internetu. Wynika to z ogromnej ilości informacji, która nieustannie jest przesyłana pomiędzy ludźmi na całym świecie. Konieczne jest zatem zbudowanie odpowiednich automatów monitorujących sieć w odniesieniu do zakazanych treści i działań. Dotyczy to szczególnie terroryzmu, treści pornograficznych, pedofilii, handlu ludźmi, handlu narządami, handlu uzbrojeniem itp. Jest zatem niezbędne, aby krajowe i międzynarodowe instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo umiały na czas zareagować i przeciwdziałać takim niebezpieczeństwom.

Anonimowość dobrowolna

Obecnie coraz częściej rezygnujemy z anonimowości. Robimy to na przykład po to, aby mieć możliwość korzystania z usług przechowywania danych w tzw. „systemie chmury elektronicznej”. To bardzo wygodne, kiedy ze smartfona, komputera i tabletu możemy obsługiwać naszą pocztę elektroniczną, terminarz spotkań i nasze dokumenty. Wygodnie jest, kiedy mamy dostęp do nawigacji GPS albo GSM. Musimy jednak jednocześnie wyrazić zgodę na to, aby odpowiednie systemy mogły nas śledzić. Muszą one wiedzieć, gdzie jesteśmy, czym się interesujemy, aby przygotowywać dla nas odpowiednio przygotowane usługi.

Wszystko w porządku, jeżeli sami wyrażamy zgodę na takie dobrowolne śledzenie. Znamy jego zakres i w każdej chwili możemy z niego zrezygnować. Gorzej, kiedy nie mamy świadomości, że jesteśmy śledzeni.  Wtedy musimy być chronieni przez odpowiednie organy państwa.

W granicach prawa

Prawo krajowe i europejskie kładzie szczególnie duży nacisk na ochronę prywatności. Pozwala nam również dobrowolnie z niej rezygnować. Na straży ochrony danych osobowych w Polsce stoi Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych (GIODO). GIODO i instytucje będące jego odpowiednikami w Unii Europejskiej – i na świecie – pilnują odpowiedniej ochrony danych osobowych, a więc również naszej prywatności.

Obecnie objęcie obywateli taką ochroną nie należy do łatwych zadań. Z uwagi na to, że do większości naszych działań musimy wykorzystywać internet i telefonię cyfrową, istnieje możliwość śledzenia strumieni danych przepływających przez łącza oraz analizowania historii zapisanej na nośnikach cyfrowych. Sprzyjają temu przepisy o kilkuletniej tzw. „retencji danych”, oznaczającej w szczególności konieczność składowania historii połączeń w systemach telefonicznych. Jest to realizowane na potrzeby ewentualnej analizy historii wydarzeń prowadzonej przez organy do tego uprawnione po zaistnieniu różnych naruszeń prawa.

Nie byłoby jednak w porządku, jeżeli taka analiza byłaby realizowana przez uprawnione do tego instytucje w sposób niedozwolony. Szczególnie wtedy, kiedy byłoby to związane z bezprawnym łamaniem zabezpieczeń systemów informatycznych. Nie można bowiem wyrazić zgody na to, aby służby bezpieczeństwa poszczególnych krajów w sposób nieuprawniony stosowały rozwiązania znane z działalności hakerskiej.

Cyberprzestrzeń coraz mniej wirtualna

Dziś nasze życie nie może już istnieć bez Internetu. Płatności i bankowość elektroniczna, telefonia GSM, poczta i dokumentacja elektroniczna, kontakt z lekarzem, sprawy urzędowe, rezerwacje biletów i hoteli – wszystko załatwiamy drogą elektroniczną. Jednakże, podobnie jak w przestrzeni rzeczywistej, również w cyberprzestrzeni mamy do czynienia z działaniem uczciwym i z przestępczością. Trudno zatem dziwić się, że również cyberprzestępstwa są śledzone i karane. Z tego powodu każdy z nas musi mieć świadomość, że uczciwość obowiązuje wszędzie: w świecie rzeczywistym i wirtualnym.

Nie można oczekiwać, że przestępca może pozostawać bezkarny, jeśli łamie prawo w cyberprzestrzeni. Powinien wtedy liczyć się z pełnymi tego konsekwencjami. W takim przypadku służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo powinny mieć prawo i obowiązek odnajdywania takich ludzi w cyberprzestrzeni i właściwego ich karania.

Nie byłoby jednak właściwe, gdyby ktokolwiek uzurpował sobie prawo do śledzenia wszystkich osób obecnych w cyberprzestrzeni. Na to zgody być nie może. Nie chcemy żyć w matriksie. Nie możemy być stawiani w sytuacji wyboru pomiędzy korzystaniem z Internetu i ochroną prywatności. Cenimy sobie naszą prywatność i dobrowolną anonimowość, ale chcemy korzystać z nowoczesnych technologii. Miejmy nadzieję, że świat właściwie wykorzysta tzw. aferę Snowdena.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:52

PREMIER LUZUJE RYGORY

Napisane przez

Aktualna sytuacja finansów publicznych w naszym kraju wpływa na podejmowanie przez władze różnych działań „wspierająco-zapobiegawczych”. Potencjalne problemy z uchwalaniem budżetu państwa na 2014 r. stały się podstawą do podjęcia przez rząd działań asekuracyjnych w postaci zawieszenia 50-procentowego progu ostrożnościowego zapisanego w ustawie o finansach publicznych. Pod koniec lipca Sejm RP znowelizował w tym zakresie ustawę o finansach publicznych. Teraz okazuje się, przyszedł czas na wsparcie jednostek samorządu terytorialnego.

Począwszy od 2014 roku jednostki samorządu terytorialnego przy uchwalaniu budżetów będą musiały weryfikować możliwości zadłużania się w oparciu o nowy tzw. indywidualny wskaźnik zadłużenia, zdefiniowany w artykule 243 ustawy o finansach publicznych.

Wskaźnik ten w przypadku wielu jednostek samorządu terytorialnego będzie w sposób dramatyczny utrudniał podjęcie uchwały budżetowej na rok 2014 oraz kolejne lata. Dotyczy to szczególnie małych miast, gmin i powiatów, gdzie przeważają wydatki bieżące, związane z utrzymaniem jednostki. Zgodnie ze wspomnianym artykułem 243 ustawy o finansach publicznych, spłata rat kredytów i pożyczek oraz obsługa zadłużenia na dany rok budżetowy nie może przekroczyć średniej nadwyżki operacyjnej – liczonej jako różnica miedzy dochodami bieżącymi, a wydatkami bieżącymi – z trzech ostatnich lat, powiększonej o dochody ze sprzedaży majątku.

Taka formuła preferuje te jednostki samorządu terytorialnego, które uchwalają budżety proinwestycyjne. Wynika to wprost z konstrukcji nowego wskaźnika, który w swojej formule określającej dopuszczalny wskaźnik zadłużenia zakłada w liczniku dochody bieżące pomniejszone o wydatki bieżące – natomiast w mianowniku punktem odniesienia są dochody ogółem.

Premier łagodzi rygory

Od dłuższego czasu potencjalne problemy jednostek samorządu terytorialnego, związane z nowymi wskaźnikami zadłużenia, są sygnalizowane stronie rządowej.             W odpowiedzi na te działania premier Donald Tusk poinformował przedstawicieli Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu o podjęciu decyzji o złagodzeniu rygorów w zakresie wskaźników zadłużenia dla jednostek samorządu terytorialnego. Działania te obejmują planowane zwolnienie z rygorów oszczędnościowych przy zaciąganiu zobowiązań w związku z realizacją inwestycji finansowanych ze środków europejskich.

W tym miejscu należy zastanowić się, na jakich założeniach opiera się propozycja szefa rządu. Zgodnie bowiem z aktualnie obowiązującym zapisem zawartym w art. 243 ustawy o finansach publicznych, wielkość wskaźnika zadłużenia nie jest powiązana ze zobowiązaniami wynikającymi z:

1)    Wykupów papierów wartościowych, spłat kredytów i pożyczek zaciągniętych w związku z umową zawartą na realizację programu, projektu lub zadania finansowanego z udziałem środków pochodzących z budżetu Unii Europejskiej oraz niepodlegających zwrotowi środków z pomocy udzielanej przez państwa członkowskie Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA);

2)    Poręczeń i gwarancji udzielonych samorządowym osobom prawnym realizującym zadania jednostki samorządu terytorialnego w ramach programów finansowanych z udziałem środków pochodzących z budżetu Unii Europejskiej oraz niepodlegających zwrotowi środków z pomocy udzielanej przez państwa członkowskie Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA).

Przepis ten oznacza w praktyce, że do limitów nie dolicza się zadłużenia związanego z finansowaniem zadań ze środków europejskich. A więc kredytów, pożyczek czy kosztów wykupu obligacji emitowanych w związku z koniecznością prefinansowania wydatków, na które beneficjent pozyskał środki europejskie. Z kolei instrumenty finansowe w zakresie tzw. wsparcia pomostowego, to rozwiązanie, które dotyczy projektów, dla których nie ma zastosowania reguła finansowania zadań w formie zaliczki. Natomiast będzie interesować beneficjentów, którym środki europejskie są refundowane po przedstawieniu wniosków rozliczeniowych. Po otrzymaniu refundacji spłacany jest kredyt. Dzisiejsze brzmienie art. 243 zwalnia z obowiązku uwzględniania przy wyliczaniu dopuszczalnego dla danej jednostki samorządu terytorialnego wskaźnika zadłużenia zobowiązań zaciąganych na realizację projektów finansowanych z części unijnej. W zależności od przyjętych reguł dla poziomu finansowania w poszczególnych programach operacyjnych dotyczy to różnego udziału środków w finansowaniu zadań. Może to być na przykład poziom 60%[1], ale bardzo często poziom dofinansowania środków unijnych ustalony jest na poziomie 85% wartości realizowanych zadań.

Zaciąganie zobowiązań bez negatywnych konsekwencji

Propozycja premiera jest związana z rozszerzeniem zwolnienia, również na powstanie zobowiązań z tytułu kredytów, pożyczek czy wykupu papierów wartościowych na sfinansowanie tzw. wkładu własnego. Czyli będzie miało znaczenie dla projektów realizowanych przy współfinansowaniu ze środków własnych beneficjenta. Może się oczywiście zdarzyć, że jednostka samorządu terytorialnego dysponuje własnymi środkami, niezbędnymi dla dofinansowania  zadania. Ale istnieje też spora grupa jednostek, których praktycznie nie stać na poniesienie ciężaru współfinansowania tych zadań. W takim przypadku zmuszone są  do poszukiwania środków zewnętrznych w postaci emisji obligacji lub zaciągnięcia kredytu lub pożyczki.

Nowe rozwiązania pozwolą jednostkom samorządu terytorialnego na zaciągniecie tych zobowiązań bez negatywnych konsekwencji dla możliwości dalszego zadłużania.  Propozycję te należy oceniać pozytywnie – jako działanie prorozwojowe. Dzięki bowiem takiemu rozwiązaniu jednostki samorządu terytorialnego będą mogły pokonać barierę formalnie ograniczająca możliwości inwestycyjne. Ale przyglądając się problemowi z perspektywy systemu finansów publicznych, pojawia się pewien niepokój.

Wskaźniki zadłużenia zawarte w przepisach ustawy o finansach publicznych mają na celu zabezpieczenie jednostek samorządu terytorialnego przed nadmiernym zadłużaniem się. Nie możemy postrzegać ich  wyłącznie jako ograniczeń formalnych, utrudniających prowadzenie działań rozwojowych przez jednostki samorządu terytorialnego. Propozycja szefa rządu – zresztą przygotowywana od jakiegoś czasu przez pracowników Ministerstwa Finansów – niesie ze sobą zagrożenie niekontrolowanego wzrostu rzeczywistego zadłużenia. Z jednej strony takie rozwiązanie pozwoli na prowadzenie polityki rozwoju przez jednostki samorządu terytorialnego, których wskaźniki zadłużenia są na granicy dopuszczalnej przez prawo. Z drugiej strony samorządy dysponujące nadwyżka operacyjną, a więc środkami, które mogą być wykorzystane do dofinansowania zadań unijnych, skorzystają z nowej propozycji i finansowanie tychże zabezpieczą za pomocą nowych zobowiązań, wykorzystując  posiadaną nadwyżkę na finansowanie innych zadań. W każdym z tych przypadków mamy do czynienia z „zaproszeniem” do zwiększania realnego zadłużenia.

Aktualnie obowiązujące na gruncie artykułu 243 ustawy o finansach publicznych  wyłączenie z rygorów zadłużeniowych środków europejskich nie stanowi zagrożenia dla systemu finansów publicznych. Bowiem spłata kredytu pomostowego następuje w krótkim czasie, po otrzymaniu przez beneficjenta refundacji wydatków pokrytych z pożyczonych środków. Natomiast w przypadku rozszerzenia zwolnienia z rygorów oszczędnościowych w zakresie wkładu własnego beneficjenta, spłata zadłużenia będzie podlegała tym samym regułom, co zaciąganie innych zobowiązań w celu sfinansowania deficytu budżetowego. Ominięcie formalnego ograniczenia wysokości zadłużenia nie uwolni jednostki samorządu terytorialnego od rzeczywistych obciążeń zobowiązaniami finansowymi budżetów uchwalanych w latach kolejnych.

Zdajmy się na rozsądek JST

Dlatego też, oceniając pozytywnie rządową inicjatywę, musimy zdać się na rozsądek beneficjentów tych zmian, a wiec organów uchwałodawczych i wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego. Sądzę, że spory wysiłek – związany z koniecznością przygotowania rzetelnych kalkulacji konsekwencji nadmiernego zadłużenia i przekonywania do ostrożności w planowaniu przedsięwzięć w roku wyborczym – spocznie na skarbnikach i podległych im służbach finansowych.   Miejmy nadzieję, że dzięki rozsądkowi potencjalny wzrost inwestycji samorządowych nie spowoduje poważniejszych kłopotów finansowych jednostek samorządu terytorialnego w dalszej perspektywie.



[1] Zgodnie z projektem nowelizacji art. 243 ustawy o finansach publicznych ograniczeń w zakresie wliczania zobowiązań z tytułu finansowania projektów „unijnych” ze środków krajowych nie stosuje się w przypadku, gdy finansowanie ze środków europejskich wynosi co najmniej 60% 

Przegląd tradycyjnych potraw świątecznych potwierdza, że w każdym regionie Polski są one inne. Jednak przegląd potraw tradycyjnych zachwyca różnorodnością, jakością, wiernością recepturom i – co pewnie najważniejsze –  niezwykłymi walorami smakowymi.

W Polsce zarejestrowanych jest 1251 produktów tradycyjnych. Pod względem regionalnym prym wiodą województwa: podkarpackie – 144, pomorskie i śląskie – po 136, lubelskie – 111. Listę zamykają z kolei: lubuskie – 16, zachodniopomorskie – 21, warmińsko-mazurskie – 24.

„Miody z Lasu Świętej Marii” i „Konfitura szczecińska z zielonych pomidorów” to dwa nowe produkty regionalne województwa zachodniopomorskiego wpisane na Listę Produktów Regionalnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Na akceptację czeka już siedem kolejnych produktów. W tym roku zostało zaakceptowanych m.in. sześć potraw tradycyjnych z tarnowskiego (województwo małopolskie): blachorze, zalipskie pierogi, chleb żytni gruszkowski (z dodatkiem maślanki z Gruszowa), strojcowskie zawijoki, ogórki konserwowe z Kanny, rosół polski. Często są to potrawy niezwykle proste, według receptur przyrządzanych w czasach, kiedy przygotowanie posiłku wymagało kulinarnej wyobraźni gospodyni. To dlatego czasem autorzy potraw tradycyjnych, z rozbawieniem komentując zachwyt konsumentów, mówią o ich tęsknocie do jedzenia, znanego z wakacji u babci na wsi.

Jakość i wyjątkowość

Produkt tradycyjny chętnie wykorzystywany jest do promocji gminy czy regionu. Truskawką kaszubską („kaszebsko malena” na LPT od 2008 r.) w lipcu 2011 r., z okazji prezydencji Polski w UE, obdarowano urzędników Komisji Europejskiej. Do Strasburga zawieziono wówczas 3,5 tony tych truskawek. Jesienią natomiast, promowanym w KE produktem tradycyjnym były… polskie jabłka. Truskawka kaszubska trafiła nawet na znaczki pocztowe. W czerwcu 2013 r., podczas Dni Kaszubskich w Brukseli, kuchnię regionu prezentowały: kaszubski kuch marchewny, sernik na ziemniakach, mus z truskawek kaszubskich, zylc (galareta wieprzowa) i brejka (unikatowa kawa po kaszubsku). Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nawet nazwy – nie tylko kaszubskich zresztą – potraw tradycyjnych są intrygujące.

Akceptacja i zainteresowanie produktami tradycyjnymi wynika nie tylko ze znużenia ogromną ilością towarów w marketach spożywczych, ale także coraz większą troską o zdrowe odżywianie. Produkt lokalny, tradycyjny, regionalny powstaje z produktów wytwarzanych w danym regionie według receptury stosowanej od lat. Owoce i warzywa dojrzewają w okolicy, a nie podczas transportu z innego kraju do Polski, tracąc przy tym wartości odżywcze.

Wyjątkowość produktu tradycyjnego podkreśla historia jego powstania. Przepis na „strojcowskie zawijoki z ziemniakami” gospodyniom gminy Bolesław przekazali podobno jeszcze podczas II wojny światowej ukrywający się
w okolicy spadochroniarze. Historia „sera welskiego” produkowanego w Lidzbarku Welskim sięga 1906 r. Nazwa sera pochodzi od rzeki Wel – otoczonej łąkami, gdzie wypasano krowy, a z otrzymanego mleka produkowano ser o niepowtarzalnych walorach smakowych. Przepis na „sielawę wędzoną z Pojezierza Drawskiego” tuż po wojnie przekazali ludności napływowej przebywający tam jeszcze niemieccy rybacy.

Urok produktów tradycyjnych to nie tylko wyjątkowe doznania kubków smakowych, ale też ich wyjątkowe historie związane z niezwykłą przeszłością lokalnej społeczności. Receptury przekazywane są z pokolenia na pokolenie albo odkrywane w starych książkach kucharskich. I tak np. przepis na „konfiturę z zielonych pomidorów” pochodzi z książki „Stettiner Geschenk – Kochbuch fűr junge Ehe” (Szczecińska książka kucharska dla młodych małżeństw), a przepis na „rosół polski” z terenu Lokalnej Grupy Działania „Dolina Raby” jest pierwszym przepisem z pierwszej polskiej książki kucharskiej z 1682 r., która powstała na zamku w Wiśniczu.

Trzeba pogratulować determinacji wnioskodawcom, którzy pragną docenienia potrawy tradycyjnej poprzez wpisanie jej na Listę.

Jak trafić na Listę Produktów Tradycyjnych

Na Listę MRiRW wpisywane są produkty, których jakość, wyjątkowe cechy i właściwości wynikają ze stosowania tradycyjnych metod produkcji, stanowią element dziedzictwa kulturowego regionu, w którym są wytwarzane, oraz są elementem tożsamości społeczności lokalnej. Za tradycyjne uważa się metody produkcji wykorzystywane od co najmniej 25 lat. Precyzuje to ustawa „o rejestracji i ochronie nazw i oznaczeń produktów rolnych i środków spożywczych oraz o produktach tradycyjnych” (Dz. U.2005 NR 10, poz. 68).

Wpis produktu na Listę Produktów Tradycyjnych nie wiąże się z ochroną nazwy oraz kontrolą zgodności produkcji z zadeklarowaną metodą wytwarzania. Producenci produktów wpisanych na Listę Produktów Tradycyjnych mogą ubiegać się o uzyskanie odstępstw od wymagań sanitarnych i weterynaryjnych, jeżeli konieczność taka wynika z tradycyjnej receptury. Wniosek o wpis na Listę Produktów Tradycyjnych składa się do właściwego miejscowo marszałka województwa, który dokonuje jego oceny i po pozytywnej weryfikacji przesyła do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Z wnioskiem o wpis produktu na Listę Produktów Tradycyjnych mogą wystąpić osoby fizyczne, osoby prawne oraz jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, wytwarzające dany produkt (zgodnie z art. 49 ustawy „o rejestracji i ochronie nazw i oznaczeń produktów rolnych i środków spożywczych oraz o produktach tradycyjnych”).

Polskie produkty tradycyjne obejmują dziesięć kategorii: produkty mleczne, mięsne, produkty rybołówstwa, warzywa i owoce, wyroby piekarnicze i cukiernicze, oleje i tłuszcze, miody, gotowe dania i produkty, napoje i inne (np. balsam kapucyński, grzyby marynowane z szyszką, ciechocińska sól). Produkt może być skreślony z Listy w przypadku, gdy nie ma możliwości nadania mu takich cech i właściwości, które były podstawą umieszczenia go na Liście Produktów Tradycyjnych.

Lokalne nie tylko z Listy

Kiermasze i jarmarki produktów regionalnych odbywają się w galeriach handlowych i na targowiskach, na regionalnych targach żywności czy licznych festiwalach smaku. W tym roku były to m.in. w maju – Jarmark Produktów Regionalnych w Uniejowie, w lipcu – Jarmark Jakubowy w Szczecinie i „Na pasterskim szlaku” w Łupkowie (projekt realizowany przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Łupkowa i Okolic), w sierpniu – IV Europejskie Targi Produktów Regionalnych w Zakopanem, Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku w Poznaniu, gdzie m.in. był konkurs nalewek i mnóstwo konkursów, jak np. „Nasze Kulinarne Dziedzictwo – Smaki Regionów”.

Dla konsumentów frajda niezwykła, dla producentów – możliwość zaprezentowania swojego produktu oraz zmierzenie się z konkurencją w różnych konkursach na potrawy i produkty tradycyjne. Np. w Zakopanem za najlepsze uznane zostały sery ze Śląska Cieszyńskiego: „ser pasterski z czosnkiem niedźwiedzim” z Istebnej, bryndza z Istebnej, „parzęnice”z Koniakowa i „feta owczo-krowia” z Czudca. Na Jarmarku Jakubowym w Szczecinie wybrano produkt, który ma stać się charakterystycznym wyrobem Jarmarku. Jest to „muszla jakubowa” – muszla z nadzieniem śmietankowym,z bakaliami zanurzonymi w rumie i orzechami arachidowymi. W konkursie na trunek, zorganizowanym przez Muzeum Kultury Pomorza w Słupsku, wygrała „pigwóweczka pana Wiesia” ze Szczecina.

Oczywiście, nie wszystkie nagrodzone potrawy spełniają warunki, by ubiegać się  o wpisanie ich na Listę. Dla konsumentów jednak najważniejsze jest to, że produkt ma pochodzenie lokalne, bo jest zrobiony z wysokiej jakości produktów, które są z miejsca nieodległego od miejsca zamieszkania. I, co wcale nie jest wyjątkowe, wielu próbuje i robi samodzielnie np. konfiturę
z zielonych pomidorów czy nalewkę z pigwy. Sądzę, że moda na konfitury domowej roboty według przepisu babci jest buntem wobec przeciwutleniaczy i zagęstników w słoikach z przetworami na półkach sklepowych.

Moda czy konieczność

Produkt tradycyjny identyfikowany jest z towarem charakterystycznym dla kultury danego regionu. Mimo niemal nieograniczonego dostępu do różnorodnych artykułów          spożywczych, coraz częściej poszukujemy wyjątkowego i oryginalnego smaku. Zapewniają nam go lokalni producenci, dostarczający na rynek tradycyjnie wykonane artykuły wysokiej jakości. Zaletą zainteresowania konsumentów ich wyrobami jest w znacznym stopniu wsparcie lokalnych przedsiębiorców. My kupujemy – oni zarabiają.

Dzięki takim imprezom, jak – oprócz już wymienionych – Festiwal Lokalnej Żywności w Krakowie, Festiwal Kultury Kresowej i Produktu Regionalnego w Chełmie, Targ Żywności i Regionalnej w Elblągu, Targ Rękodzieła i Żywności Regionalnej w Białymstoku, Jarmark Produktów Regionalnych w Uniejowie, mamy okazję poznać smaki polskiego stołu. Mniej w tym mody, a więcej troski o zdrowie i tradycję.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:46

GMINA EKOINNOWACJI

Napisane przez

Zarząd Fundacji Promocji Gmin Polskich ma przyjemność poinformowania czytelników Magazynu Samorządowego „GMINA” o uzyskaniu największej liczby punktów przez projekt złożony w tegorocznym konkursie Edukacji Ekologicznej ogłoszonym przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, w kategorii „Ekoinnowacje w ochronie środowiska”. Nasza satysfakcja jest tym większa, że konkurencja była znaczna.

Nie po raz pierwszy – jak mniemamy – doceniono zapewne walory merytoryczne projektu skorelowane z bardzo dziś istotnymi potrzebami samorządów terytorialnych w zakresie ochrony środowiska naturalnego. Komisja konkursowa miała też zapewne na uwadze dorobek wcześniejszych zrealizowanych i pomyślnie zakończonych projektów Fundacji, realizowanych dzięki środkom dotacji Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, jak: „Nasza Gmina Chroni Klimat” (2010-2011) i ostatnio „Gminny Lider Recyklingu” (2011-2013).

Partnerami Fundacji są – podobnie jak w poprzednich inicjatywach – Serwis Samorządowy Polskiej Agencji Prasowej oraz znana w wielu rejonach naszego kraju, wypróbowana w stosowaniu nowoczesnych technologii, warszawska spółka inżynieryjna „WAPECO”, której specjalnością są innowacyjne i ekologiczne materiały budowlane. Partnerstwo z tą firmą oznacza możliwość współpracy z najlepszymi ekspertami i ośrodkami naukowo-badawczymi, gwarantującymi najwyższą jakość promowanych rozwiązań. Nowy projekt rozpocznie swoje – jesteśmy o tym przekonani, że owocne – życie już w październiku tego roku.

Mamy nadzieję, że publikowane poniżej informacje o możliwościach i warunkach udziału w tym projekcie okażą się przydatne dla potencjalnych jego uczestników i chętnych. Zachęcamy więc do lektury i nawiązania kontaktu z Fundacją.

Aktualnie samorządy gminne posiadają wiele kompetencji ustawowych i możliwości wdrażania zasad oraz osiągania celów trwałego i zrównoważonego rozwoju – choć nie są one w wystarczającym stopniu wykorzystywane. Zakres tych możliwości i obszarów odpowiedzialności stale się poszerza, wraz z delegowaniem wielu, coraz to nowych, zadań publicznych na szczebel lokalny. Problemem nie jest wyłącznie sposób finansowania tych zadań, lecz świadomość środowisk samorządowych (w szczególności liderów, kadr zarządzających i radnych) do wykorzystania tych obszarów dla wdrażania procesów innowacyjności ekologicznej. Wynika to często z niewiedzy lub braku dostępu do źródeł rzetelnej, kompleksowej i profesjonalnej informacji oraz do fachowych doradców i ekspertów, szczególnie w mniejszych gminach i na terenach wiejskich. Do kluczowych obszarów kompetencji polityki samorządowej ukierunkowanej na wdrażanie innowacyjności, w szczególności ekologicznej, należy obszar gospodarki komunalnej.

W projekcie szczególny nacisk zostanie położony na różnice między standardową ochroną środowiska na poziomie minimum i zwykłego respektowania wymogów prawnych, a podejmowaniem działań i przedsięwzięć o charakterze ekoinnowacyjnym, ale również kwestie, jak wdrażać nowe wymogi prawne, szczególnie w obszarze ochrony środowiska, w sposób innowacyjny. Poprzez pokazanie, jak mogą i powinny być wdrażane ekoinnowacje w gospodarce komunalnej, zostanie również upowszechniona wiedza na temat ich znaczenia dla gospodarki, regionu i kraju. Program edukacyjny projektu (szkoleń e-learningowych) będzie zwracał uwagę na powiązania między ekonomią (ekonomicznością), a ekologią (ekologicznością) innowacyjnych rozwiązań w gospodarce komunalnej i polityce samorządowej, w szczególności jak energo-, zasobo- wodo- i materiałooszczędność przekłada się, często w dłuższej perspektywie czasowej, na wymierne oszczędności finansowe w budżecie lokalnym. W programie podkreślana też będzie rola innowacji informatycznych w polityce komunalnej i funkcjonowaniu urzędu gminy, które sprzyjają efektywności ekologicznej z uwagi na odmaterializowanie wielu procesów, a tym samym zmniejszenie oddziaływania na środowisko.

Celem projektu jest zatem budowa wiedzy na temat ekoinnowacyjności i efektywności ekologicznej w środowisku kadr JST i innych instytucji publicznych, jej weryfikacja w procesie edukacyjnym przewidzianym w ramach projektu oraz nadanie tej charakteru interaktywnego dzięki możliwościom internetowym i e-learningowym.

Projekt, którego pełna nazwa brzmi „Eko-gminy.pl Kampania informacyjno-edukacyjna z wykorzystaniem platformy e-learningowej w zakresie wdrażania innowacyjnych ekologicznie rozwiązań w gospodarce komunalnej i polityce samorządowej” adresowany jest do pracowników urzędów gmin, powiatów i województw, odpowiedzialnych i zajmujących się zadaniami związanymi z gospodarką komunalną, ochroną środowiska, gospodarką odpadami, planowaniem przestrzennym, polityką energetyczną, infrastrukturą komunalną, rolnictwem i rozwojem obszarów wiejskich, budownictwem komunalnym, zamówieniami publicznymi itp.

Edukacyjna część programu kierowana jest do urzędników wszystkich szczebli, jak również do zainteresowanych liderów samorządowych, radnych, przedstawicieli przedsiębiorstw komunalnych. Pośredni i bezpośredni wpływ na rozwój ekoinnowacyjności w gminach i w sferze gospodarki komunalnej ma wiele różnych organów JST i instytucji administracji publicznej. I to do tego środowiska mamy nadzieję docierać z treściami zawartymi w programie merytorycznym. Uwzględnia on, co warto podkreślić, wyniki ankiety internetowej przeprowadzonej dzięki Serwisowi Samorządowemu PAP.

Działania przewidziane w projekcie uszeregowane zostały w następujących blokach zadaniowych: promocja samego projektu związana z rekrutacją jego uczestników; szkolenia e-learningowe pt. „Ekoinnowacje w gminie”; przygotowanie i edycja wydawnictw edukacyjnych oraz informacyjno-promocyjnych, głównie w edycji internetowej oraz konkurs „Gmina Ekoinnowacji”, którego rozstrzygnięcie nastąpi tradycyjnie podczas ogólnopolskiej konferencji podsumowującej doświadczenia z blisko 2-letniej realizacji całego projektu.

Najważniejszą częścią projektu są szkolenia e-learningowe. W poprzednich, podobnych projektach uczestniczyło blisko trzy tysiące przedstawicieli samorządów i administracji lokalnej, z których zdecydowana większość uzyskała certyfikaty szkoleniowe. Obecnie przygotowane szkolenia „rozpisane” zostały na 24 wykłady merytoryczne, ujęte w modułach tematycznych, prowadzonych w formie comiesięcznych sesji wykładowych, połączonych z konsultacjami i testami. Szkolenia będą miały charakter elastyczny, dostosowany do możliwości czasowych szkolących się. Uczestnikiem e-szkoleń będzie mogła być wyłącznie osoba zarejestrowana. Szkolenia realizowane będą za pośrednictwem czterech zintegrowanych, tematycznych platform e-learningowych, utworzonych w ramach poprzednich projektów edukacyjno-ekologicznych dofinansowanych ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Projekt rozpocznie się w IV kwartale 2013 r. i potrwa do połowy 2015 r.

Dla zorientowania potencjalnych uczestników w tematyce szkoleń będą one dotyczyć różnych aspektów innowacyjności ekologicznej, w szczególności w takich obszarach działalności JST, jak: polityka energetyczna gminy, gospodarowanie odpadami komunalnymi, kształtowanie zieleni miejskiej i przestrzeni publicznej, gospodarka wodno-ściekowa, transport publiczny, gospodarka rolna, budownictwo komunalne, zielone zamówienia publiczne. Informacje o projekcie będzie można wkrótce uzyskać na portalu eko-gminy.pl. Zapraszamy!

Prezes Zarządu Fundacji Promocji Gmin Polskich

ADOLF REUT

Koordynator Projektu

MIKOŁAJ NIEDEK

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:44

ARCHITEKT Z GŁOWĄ DO… KAPELUSZY

Napisane przez

Ma zmysł do mody, jej ubrania, dodatki – a zwłaszcza kapelusze – zawsze budziły podziw. Po maturze chciała iść do łódzkiej „odzieżówki”, ale rodzice przekonali ją, że ubrań do garnka raczej nie da się włożyć. W 1957 roku ukończyła więc Wydział Architektury na Politechnice Gdańskiej, a już na emeryturze zamieniła cyrkiel i ekierkę na pędzel.

Architekt i znana wałecka malarka, Irena Żychowska, urodziła się w Drużkopolu na Wołyniu. Bliscy do dziś wołają na nią Inka, bo w rodzinie, w trzech pokoleniach, były już trzy Ireny.

Rodzina

Matka – Irena z domu Raszyńska, i ojciec – Marian – Maruszniakowie ukończyli Uniwersytet Lwowski. Rodzice byli nauczycielami matematyki i dużo od niej wymagali.

Rodzina ze strony mamy pochodziła spod Warszawy. Babcia – Irena Raszyńska – była modystką w Przasnyszu. Dzięki niej przetrwało wiele rodzinnych historii, bo wszystkie zapisywała w pamiętniku. Dziadek Jan Raszyński, felczer, walczył na wojnie japońsko-rosyjskiej. Wracając z frontu, poznał właściciela fabryki dykty pod Klewaniem i postanowił tam zostać, sprowadzając rodzinę na Wschód.

Ojciec – profesor matematyki, pochodzący spod Lwowa, wybrał pracę na wołyńskiej wsi. Tam budował szkołę. Ukończono ją w 1939 roku, ale już dwa lata wcześniej uczyły się w niej dzieci. Jako rezerwista piechoty, 19 sierpnia 1939 r., na własne imieniny, dostał powołanie do wojska we Włodzimierzu. – Miałam przygotowaną laurkę, ale nawet nie zdążyłam mu jej wręczyć – wspomina po latach Inka. − Przez pierwszy rok wojny nie miałyśmy z matką od niego żadnych wieści.

Pod Bydgoszczą dostał się do niewoli i resztę wojny spędził w obozie jenieckim w Woldenbergu, Oflagu II C, w dzisiejszym Dobiegniewie. Z tego obozu Inka Żychowska do dziś przechowuje książeczkę z rysunkami, przedstawiającymi, jak jeńcy próbowali prowadzić w miarę możliwości normalne życie w warunkach obozowych. Był tam nawet kabaret. Później ojciec Inki wspominał, że siedział w obozie z ludźmi, których nigdy nie spotkałby na wolności. Wśród nich był choćby znany aktor, wykładowca w PWST w Warszawie Kazimierz Rudzki.

Wojenna wędrówka

W 1942 roku na Wołyniu zaczęła się bieda. Ludzie cierpieli głód, a Inka mimo to przygarniała wszystkie zwierzęta. To prawdopodobnie uratowało jej życie. Kiedyś, zimą, wybrała się z matką do szkoły. Idąc z miasta na wieś, musiały pokonać dziesięć kilometrów. Była ładna pogoda, więc poszły na skróty przez las. Kiedy zbliżały się do głównej drogi, nadjechała furmanka z Niemcami. Zaczęły uciekać, ale spuszczono za nimi wilczura. Kiedy je dogonił, przestał szczekać, a nawet zaczął się łasić i lizać jej ręce. Widocznie musiała „pachnieć” zwierzętami. Niemcy strasznie wrzeszczeli, ale po wylegitymowaniu puścili je wolno.

Życie na Wołyniu stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Ludzie zaczęli masowo uciekać. Był styczeń 1944 r. Wtedy mieszkały jeszcze w Kamionce Strumiłowej. Nie pamięta, jak dostały się z matką i babcią do pociągu, z dobytkiem zapakowanym do walizeczek. Z Wołynia przedostały się na Lubelszczyznę, ale w pierwszych dniach błąkały się od miasta do miasta. W końcu znalazły miejsce w Radecznicy za Szczebrzeszynem i Biłgorajem, w klasztorze u ojców Bernardynów. Do Radecznicy, 12 kilometrów, wiózł je saniami chłop ze Szczebrzeszyna. W czasie wojny był to ośrodek tajnych spotkań żołnierzy AK.

Ojciec, po wyjściu z Woldenberga w 1945 r., zatrzymał się w Chodzieży (dzisiaj województwo wielkopolskie) i pisał listy, żeby odszukać rodzinę. Znalazła się jeszcze w tym roku. − Matce pensja była płacona albo i nie, więc żeby zarobić na podróż, wystawiła w szkole „Krakowiaków i górali” – opowiada Inka.

Tą drogą rodzina po wojnie znalazła się w Chodzieży.

Lata powojenne

Dwunastoletnia wówczas Irena była drobniutkim podlotkiem, ale z niespożytą energią, co powodowało, że mimo woli pakowała się w nieprawdopodobne historie. Tu przeprowadziła pierwszy eksperyment malarski. Ojciec jej przyjaciółki Basi był współwłaścicielem znanej przed wojną, a istniejącej do dziś fabryki porcelany. Przed uwłaszczeniem zakładu ukrył złotą farbę, którą wykańczało się porcelanę, w kance. Farba była droga, z racji na domieszkę złota. Na jej dostawę podpisywano zagraniczne kontrakty.

Inka i Basia znalazły kankę gdzieś w szopie i wpadły na pomysł, by tą farbą pomalować mamom płoty na Dzień Matki. – Było to w czasach, kiedy jeszcze nie było zakazu na kary cielesne, a mama specjalnie poczucia humoru nie miała, więc skończyło się setnym laniem – wspomina Irena Żychowska. − A dla ojca Basi dużymi nieprzyjemnościami.

Skandalistka

Kiedy w latach 50. rozpoczynała studia na Politechnice Gdańskiej, postanowiła zostać urbanistką, a nie architektem od budynków. – W normalnym budownictwie nie można się było zrealizować, wszyscy byli biedni, więc budowano najprościej i tanio – tak uzasadnia swój wybór. – Dominowała wielka płyta, a obowiązujące normy narzucały, by budynek dłuższy o dwadzieścia centymetrów skrócić ze względu na koszt. Duże pole do popisu dawało projektowanie kościołów – dodaje.

W czasach gdańskich poznała pisarkę Joannę Chmielewską, która również studiowała architekturę. Ma wszystkie jej książki, ale najbardziej lubi „Lesia”, bo opisana w niej pracownia projektowa przypomina jej klimat miejsc, w jakich sama pracowała. Na studiach poznała też Jacka Fedorowicza, Edmunda Fettinga, Bogumiła Kobielę, Zbyszka Cybulskiego, Czesława Niemena, wówczas jeszcze – Wydrzyckiego.

W 1954 r. wystąpiła epizodycznie w teatrzyku Bim-Bom, w spektaklu w reżyserii Jerzego Gruzy, którego tytułu nie pamięta. Grała… posąg stojący w jesiennym lesie. – Był to pierwszy spektakl, kameralny, tylko dla gdańskich studentów – wspomina Irena Żychowska. – O przedstawieniu napisał „Wieczór Wybrzeża” i nie wiem, jakim cudem gazeta dotarła do Chodzieży, a koło nauczycielskie zwróciło się do ojca z pretensjami, że pojawiłam się… nago.

„Przystanek”

Skończyła studia, rozstała z pierwszym mężem i mogła jechać do Lidzbarka Warmińskiego, choć ten wydawał się końcem świata. Przyjechała do Piły, gdzie mieszkali jej rodzice.

− Ojciec dostał w szkole wilczy bilet. Zarzucono mu, że źle wpływał politycznie na młodzież – przytacza kolejną rodzinną historię pani Irena. − W tamtych czasach każda lekcja miała rozpoczynać się od wychwalania ówczesnego systemu. Ojciec nie wiedział, jak przejść od takiego wstępu do matematyki, więc wchodził do klasy, rzucał: „Niech żyje Stalin” i z dziwną miną rozpoczynał lekcję. Starsza młodzież założyła grupę opozycyjną, która się zbierała w Trzciance. Jeden z uczniów powiedział o tym mojemu ojcu, a inny chłopak doniósł, że on o tej grupie wie – i został usunięty ze szkoły na podstawie donosu.

Kiedy w 1959 r. powstał w Pile szpital powiatowy, Marian Maruszniak zakładał laboratorium. Było to możliwe, bo w Woldenbergu był prawie uniwersytet, na którym skończył chemię i fizykę.

W Pile poznała też drugiego męża. – W szpitalu pracowało pięciu lekarzy, czterech się we mnie kochało, a jeden nie i postanowiłam, że… tak nie będzie – wspomina Inka spotkanie z przyszłym mężem. − Kiedy się przedstawił, myślałam, że nazywa się Ryszard Orzechowski, a był Żychowski – wspomina. Poznali się w 1958 roku. W Wałczu na młodego lekarza czekała praca – ale z kolei nie było posady dla architekta. Na miejsce czekała do czasu, kiedy w mieście powstało Wałeckie Przedsiębiorstwo Budowlane.

W Pile Irena Żychowska była pierwszą szefową Powiatowej Pracowni Urbanistycznej. Miasto, wówczas w powiecie trzcianeckim, było zrujnowane, z dala od dużych ośrodków. Nie było też z nimi dobrze skomunikowane. Dyplom, który Irena Żychowska obroniła 13 marca 1957 roku – „Piła jako miasto wojewódzkie” – o czym na owe czasy nie było mowy, nie odbiegał od planów, które zrealizowano w 1975 roku.

Zawsze myślała, że wróci do Gdańska, a mieszka w Wałczu już pięćdziesiąt lat i „nawet bardzo lubi to miasto”.

Kiedyś z Dobrochną Szymańską, byłą dyrektor Muzeum Ziemi Wałeckiej, próbowała uratować jeden z ładniejszych budynków w mieście, taki naprzeciwko poczty, ale się nie udało – na jego miejscu powstał nowy obiekt. Przy wałeckim Rondzie Niepodległości stoi Pieta z 1908 r., wykonana w Monachium. Jest to rzeźba z kamienia ufundowana przez katolików niemieckich przed I wojną światową jako wotum za ocalenie od epidemii zarazy, nękającej okolice Wałcza. Idąc niedawno obok figury, zauważyła, że ktoś pociągnął ją „barankiem”. Narobiła wówczas szumu i przyniosło to taki skutek, że zdarto tynk. Kosztowało to miasto 40 tysięcy złotych, a Pieta wciąż wymaga renowacji i oczyszczenia cokołu.

Wiele lat temu na Piaskach na przesmyku między jeziorami Trzebieszki i Krępskiem Górnym znalazła zaniedbaną pstrągarnię i przerobiła ją na domek letniskowy, który nazwała od imienia męża „Rysiówką”. Jej koleżanka z Warszawy orzekła jednak, że domek musi mieć nazwę od dwóch imion i wymyśliła „Rysinkę”.

Sześćdziesiąt sześć kapeluszy

− Moja mama od maleńkości mi powtarzała, że jesteśmy za biedne na złe gatunki materiału. Najmniej na dziesięć lat muszą starczyć – wspomina Inka. – A ja marzyłam, żeby po roku wyrzucić uszyte z nich ubrania. Ale materiały były za solidne i to się nie chciało niszczyć – wzdycha. Kiedy brakuje materiałów, przenicowuje ubrania, czyli szyje tak, że najpierw nosi je na prawo, a potem pruje i przekłada… na lewo. To sposób jeszcze z lat wojennych.

Czasy studenckie wspomina, jak prawdziwą rewię mody. Z koleżankami kupowała najtańszy materiał, tzw. cajg – czarny lub szary, z białymi, cieniutkimi niteczkami. Koce w akademikach szły na płaszcze zimowe. Nigdy nie nabrała cierpliwości do szycia, ale nie miała wyjścia, więc szyła i to w rękach.

Kiedy nastała moda „na Bardotkę”, czyli obowiązkowa stała się spódnica na halkach, wypatrzyła w sklepie pszczelarskim sztywną siatkę. Nie podwinęła jej, a kiedy wróciła do domu, nogi miała całe we krwi.

Zazwyczaj nosi się sportowo i klasycznie. Pierwsze dżinsy nabyła w 1952 roku i nie ściąga ich do dziś. Uwielbia marynarki, a za idealne dopełnienie stroju uważa kapelusze, których obecnie ma sześćdziesiąt sześć. − Wiem, że ubieram się niestosownie, ale propozycje dla mojego wieku to zazwyczaj coś szerokiego, workowatego, czarnego, szarego. Nie mam wyjścia. Ubieram się… młodzieżowo – kwituje.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:39

ŁAPIĄ SŁOŃCE NA PODLASIU

Napisane przez

Dzięki dotacjom z Brukseli dziewiętnaście podlaskich gmin inwestuje w kolektory solarne – na domach prywatnych i w obiektach użyteczności publicznej. Na ten cel dostaną aż 35,4 milionów złotych.

Województwo podlaskie nie jest potęgą pod względem uprzemysłowienia, edukacji czy informatyzacji. Za to jego atutem jest nieskażona natura. To skojarzenie, napędzające choćby ruch turystyczny, lokalni włodarze ugruntowują poprzez kolejne przedsięwzięcia ekologiczne.

Jednym z ostatnich jest projekt, w którym uczestniczy 19 tamtejszych gmin, polegający na budowie kolektorów słonecznych m.in. na budynkach prywatnych, szkołach, przedszkolach czy urzędach. Wartość wszystkich inwestycji wyniesie 49,6 mln zł. Tyle że lwią część tej kwoty – a dokładnie 35,4 mln zł – wysupłała Unia Europejska w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego(RPOWP) na lata 2007-2013.

- Odnawialne źródła energii to priorytet Unii Europejskiej. Bruksela nie żałuje na ten cel pieniędzy w kończącej się perspektywie finansowej, zaś w nowej, na lata 2014-2020, ma być jeszcze hojniejsza. Organizując „solarny” konkurs dla samorządów, wpisujemy się w tę tendencję – mówi Izabela Smaczna-Jórczykowska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego w Białymstoku. Dodaje, że tym razem z dotacji nie mogą skorzystać instytucje komercyjne. Nie powinny się jednak czuć dyskryminowane, ponieważ podobne inicjatywy skierowane były wcześniej głównie do nich.

Radziłów pionierem

Gminy zostały wyłonione w konkursie. Pierwszeństwo miały te słabo rozwinięte i leżące na obszarach chronionych. Z ośmioma z nich urząd marszałkowski zawarł już umowy na dofinansowanie – na łączną kwotę 19,1 mln zł, z czego aż 13,8 mln zł to unijna dotacja. To Goniądz, Grajewo, Narewka, Hajnówka, Krynki, Radziłów, Turośń Kościelna i Zabłudów. Solary zostaną tam zainstalowane na ponad 1,1 tys. domów oraz na 32 obiektach użyteczności publicznej. Z pozostałymi gminami umowy na dofinansowanie będą podpisane w najbliższym czasie.

Umowę z  urzędem marszałkowskim zawarła m.in. gmina Radziłów, która realizuje jeden z większych tego typu projektów, obejmujący 34 miejscowości. Do końca października kolektory będą tam zamontowane w 220 gospodarstwach i na sześciu budynkach użyteczności publicznej. Inwestycja pochłonie 4,3 mln zł, z czego 3,3 mln zł da Bruksela.

– Instalujemy kolektory próżniowe o powierzchni około 3 m kw. i płaskie o powierzchni 4 m kw. Cena zestawu wynosi od 12 do 15 tys. złotych. 22 proc. to wkład własny mieszkańców, którzy zgłosili się do projektu – informuje Ewa Duchnowska, zastępca wójta gminy Radziłów.

Solary będą służyć do podgrzewania wody użytkowej w sezonie letnim. Duchnowska jest pewna, że kolektory przyniosą korzyści ekologiczne, bo latem – by podgrzać wodę – rolnicy spalają węgiel i drewno, a teraz nie będą musieli tego robić. Będą więc potrzebowali mniej tradycyjnego opału, a to pozwoli na oszczędności. Ich poziom zależy m.in. od źródła energii, z którego obecnie korzysta właściciel domu lub administrator obiektu użyteczności publicznej.

Zastępczyni wójta Radziłowa nie jest w stanie powiedzieć, jak szybko zwróci się instalacja kolektorów w przypadku różnych typów ogrzewania. Oszacował to jednak Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). W 3-osobowym gospodarstwie domowym zwrot z inwestycji nastąpi po 10 miesiącach – jeżeli wcześniej do podgrzania wody używało ono prądu; po 18 miesiącach – jeśli stosowało olej opałowy; po 26 – gdy był to gaz i po 36 – w razie wyeliminowania pieca węglowego. Przy czym szacunki te nie uwzględniają dotacji unijnej. Natomiast dzięki niej czas ten można skrócić nawet o 50-70 proc.

Boom na solary

Skąd presja Unii na energię odnawialną w Polsce? Odpowiedź wydaje się prosta: energetyka solarna – dzięki dopłatom – bardzo popularyzuje się w Europie, bardziej niż jakakolwiek inna technologia, również spośród tych „zielonych”. Tymczasem w naszym kraju mikroelektrowni słonecznych jest – jak na lekarstwo. Inaczej niż w krajach, w których zapewniono korzystne, gwarantowane ceny sprzedawanego przez nie prądu. Szczególnie w Niemczech, gdzie działa ponad 4 mln tego typu urządzeń domowych. U nas liczba mikroinstalacji Odnawialnych Źródeł Energii, czyli OZE (kolektory słoneczne, pompy ciepła, małe elektrownie wiatrowe, kotły na biomasę, mikrobiogazownie czy domowe systemy fotowoltaiczne) nie przekracza 223 tysięcy – wynika z badania TNS OBOP przeprowadzonego na zlecenie Instytut Energetyki Odnawialnej.

Na szczęście sytuacja szybko się zmienia. Zainteresowanych inwestycjami w tym sektorze jest aż 45 proc. respondentów, a 21 proc. zamierza sfinalizować inwestycje w przydomowe, odnawialne źródła energii, w ciągu maksymalnie dwóch lat. Największy odsetek (31 proc.) rozważa możliwość pozyskiwania energii ze słońca. W rezultacie rynek mikroinstalacji OZE, dziś szacowany na 4,5 mld zł, może się zwiększyć do 2020 r. nawet sześciokrotnie.

Wielu specjalistów nie ma wątpliwości: już niedługo zacznie się w Polsce prawdziwy boom na termiczną energetykę słoneczną – taki, jaki miał miejsce swego czasu w Niemczech i Włoszech. W dużej mierze za sprawą dotacji unijnych, ale głównie tych z NFOŚiGW. W optymizmie utwierdza m.in. ostatni raport Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO), według którego w 2012 r. krajowy rynek kolektorów słonecznych wzrósł o 19 proc. w ujęciu rok do roku, co stanowi jeden z lepszych wyników w Europie. W analizowanym okresie przybyło u nas 1,2 mln mkw. solarów, co odpowiada 848 MW przeliczeniowej mocy cieplnej. W sprzedaży instalacji słonecznych zajęliśmy w UE drugie miejsce, zaraz po Niemczech. W 2011 r. uplasowaliśmy się na czwartej pozycji. w tym roku kolektory słoneczne staną się pod względem mocy zainstalowanej drugą w kraju, po energetyce wiatrowej, technologią OZE.

Jakie są możliwości Podlasia w zakresie wykorzystania OZE? Wygląda na to, że bardzo duże, głównie za sprawą zasobów biomasy, dobrych warunków wiatrowych i energii słonecznej. Tak przynajmniej uważa prof. Janusz Leszek Sokół z Katedry Ekonomii i Nauk Społecznych Politechniki Białostockiej, po badaniach sondażowych, które przeprowadził wśród mieszkańców województwa. Ankietowani wskazywali m.in. zalety stosowania OZE. Najczęściej wymieniali ochronę środowiska (32 proc.) i nieograniczone zasoby tej energii (26 proc.). Niższe koszty eksploatacji były ważne dla 13 proc. respondentów, a oszczędność surowców nieodnawialnych i ograniczenie emisji pyłów do atmosfery – dla 9 proc. Mniejszy odsetek badanych zwracał uwagę na niewyczerpywalność surowców i wszechobecność energii (odpowiednio 9 i 3 proc.).

– Inwestycje solarne mają wymiar nie tylko ekonomiczny i ekologiczny, ale też wizerunkowy – zaznacza Radosław Ceplin, specjalista ds. kreowania marki, właściciel firmy konsultingowej Communico Arts. – Dzięki takim przedsięwzięciom Podlasie przełamuje stereotyp regionu wiejskiego, promującego głównie tradycję czy walory przyrodnicze i turystyczne, a wyrasta na niezłomnego promotora innowacji i technologii, których nie powstydziłyby się najbardziej rozwinięte kraje Unii.

Iść w stronę słońca

Solary w województwie podlaskim to zresztą nie pierwszyzna. W połowie 2010 r. 30 baterii słonecznych zamontował np. powiatowy szpital w Siemiatyczach. Urządzenia kosztowały około 200 tysięcy złotych, ale cała inwestycja, obejmująca także ocieplenie budynku, wymianę stolarki i modernizację kotłowni, zamknęła się w 1,1 mln zł. Z tym, że dwie trzecie tej kwoty to pieniądze z UE.

Inne duże przedsięwzięcie z zakresu OZE dopiero powstaje. Są nim elektrownie fotowoltaiczne o docelowej mocy 20 MW, które w miejscowościach Kolno, Jedwabne i Lipsk na powierzchni 25 hektarów wybuduje Grupa Amber Energia, dostawca energii elektrycznej dla biznesu. Pierwszą część projektu – „Elektrownia słoneczna (fotowoltaiczna) Lipsk” – warszawska firma zaczęła realizować w wakacje. Kompleks o nazwie Podlasie Solar Park zapewni prąd 2 tysiącom gospodarstw domowych. Do wartej 28 mln zł inwestycji 13,9 mln zł dołożyła UE. Część finansowania zapewnia budżet państwa.

– Energetyka słoneczna to najszybciej rozwijający się segment OZE na świecie. Natomiast w Polsce inwestycje w energetykę słoneczną i energetykę rozproszoną powinny być znacznie większe. Mamy tylko jedną, wolnostojącą farmę solarną o mocy 1 MW. Tymczasem w Niemczech zainstalowanych jest około 32 tys. MW, a w Belgii około 3 tys. MW – tłumaczy Przemysław Pięta, prezes Amber Energii.

Na tle kraju Podlasie zaczyna uchodzić za solarne eldorado. Choć – co warto mocno podkreślić – nie ma tam większej liczby słonecznych dni w roku niż w innych regionach. Za to, dzięki dalekowzroczności lokalnego samorządu i dotacjom z RPO – panuje klimat zachęcający do inwestowania w niekonwencjonalne źródła energii.

– Nawet podwarszawskie gminy mogłyby się sporo nauczyć od samorządów podlaskich, bo technologie fotogalwaniczne nadal wykorzystują w niedostatecznym stopniu – twierdzi Radosław Ceplin. – Nie mam jednak wątpliwości, że włodarze z Mazowsza, Pomorza, Wielkopolski, skądkolwiek zresztą, zaczną wkrótce kopiować dobre pomysły swoich kolegów z Białegostoku, Hajnówki czy Grajewa. To się najzwyczajniej w świecie opłaca – kwituje.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:30

POPIELA ZJADŁY MYSZY, A NAS ZJEDZĄ…

Napisane przez

…pasożyty przewodu pokarmowego! Temat to dla wielu niesłusznie wstydliwy. Po latach alienacji ruszyliśmy poznawać świat, kosztować egzotycznych potraw, wygrzewać się na słońcu, zbierać wspomnienia i fotografie. Zdarza się jednak dość często, że oprócz pamiątek przywozimy z dalekich krajów nieproszonych lokatorów – w postaci robaków przewodu pokarmowego.

Przejściowe zaburzenia gastryczne wiążemy ze zmianą sposobu żywienia – i rozpoznajemy u siebie wywołaną przez  bakterie biegunkę podróżnych. Nie przyjdzie nam nawet do głowy, że nasz organizm być może stał się miejscem wędrówki pasożytów jelitowych, w drodze do osiągnięcia dojrzałości. Zanim parazyty ulokują się w konkretnym narządzie przechodzą kolejne stadia rozwojowe. Wystarczy, że jesteśmy przemęczeni lub zestresowani – a ryzyko inwazji wzrasta.

Niebezpieczna przedszkolna zabawka

Czy zakażenie pasożytami grozi nam tylko podczas urlopu? Wystarczy nie ruszać się z kraju i jesteśmy bezpieczni? Niestety. Przy ogromnym rozpowszechnieniu pasożytów w akwenach wodnych, w surowym mięsie i rybach, ryzyko zainfekowania towarzyszy nam na co dzień.

Wystarczy posłać dziecko do przedszkola, w którym nie przestrzega się zasad higieny. Podawana z rąk do rąk zabawka, to wzajemne „obdarowywanie się” jajami choćby owsika, glisty ludzkiej czy tasiemca karłowatego. Jaja parazyta błyskawicznie trafiają do jamy ustnej malucha i wnet pasożyt zadamawia się w organizmie nowego żywiciela, który jest – bardziej przecież niż dorośli – podatny na to zakażenie.

Gdy rodzice zauważą zmiany w zachowaniu swego dziecka (nadpobudliwość, nerwowość, zaburzenia snu), zaczną szukać pomocy u psychologa. Do lekarza zgłoszą się z przedszkolakiem dopiero po pojawieniu się bólu brzucha, zmniejszeniu apetytu, apatii. Na szczęście diagnostyka robaczycy u dzieci jest prosta i możliwa do przeprowadzenia w praktyce lekarza rodzinnego. Leczenie również nie obciąża organizmu dziecka, choć nawroty zakażeń pasożytami powinny skłonić do weryfikacji placówki przedszkolnej pod względem sanitarnym.

Pasożyt noszony latami

Z dorosłymi może nie być tak łatwo: przebieg infekcji może być bezobjawowy. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia badaczy, jak to wiele chorób nowotworowych ma swoje umocowanie w chorobach pasożytniczych.

Bohaterką tych newsów jest przede wszystkim przywra. Zarażamy się nią, jedząc niedokładnie umyte owoce, warzywa, surowe mięso zwierząt i ryb. Ten robak płaski może być powodem brodawczaków pęcherza moczowego, punktem wyjścia do rozrostu nowotworowego narządów kobiecych. „Schistosomatoza jest obok malarii najpoważniejszym w skali światowej parazytologicznym problemem zdrowotnym. Do Polski choroba ta jest zawlekana rzadko” – to cytat z Wikipedii.

Dane to dość chyba już zakurzone. Tak wielu z nas już odwiedziło Azję i państwa Afryki, a jeszcze więcej delektuje się dostępną w Polsce kuchnią orientalną. Okazuje się więc w praktyce, że jednak nie tak rzadko. Jedynie z rozpoznawaniem inwazji pasożytniczej mamy problem. O boreliozie (choroba bakteryjna wywołana przez krętki) też było w Polsce cicho przez wiele lat – póki nie zaczęły nas trawić późne następstwa infekcji roznoszonej przez kleszcze.

Sygnały alarmowe

Parazyty podejrzewa się zazwyczaj dopiero w sytuacji pojawienia się intruza w stolcu. Dzieje się tak, gdyż objawy zakażenia mogą być dość niecharakterystyczne. Organizm sam próbuje poradzić sobie z pasożytem. W stanach spadku odporności dochodzi do manifestacji objawów z powodu znacznego namnożenia parazyta.

Niestety, życie pokazuje, że zbyt rzadko podejrzewa się pasożyty w przypadku osłabienia, drażliwości, „pobolewania” brzucha, wzdęć, ogólnego rozbicia, braku apetytu, nadmiernej męczliwości, nawracającej niedokrwistości z niedoboru żelaza, pokrzywki, bólów głowy. Gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy? Pewne jest, że wciąż pokutuje przekonanie, że nie wypada „złapać” robaczycy, bo to „choroba brudnych rąk”.

Uważam, że to stwierdzenie już się zdezaktualizowało. Czy mamy wpływ na sposób mycia warzyw i owoców w restauracjach, w których jadamy? Przecież, przebywając w krajach wschodnich i podczas mycia zębów możemy „połknąć jaja”, a nasz organizm jest bardziej podatny na zakażenie niż tubylczy, stykający się z parazytami na co dzień. O infekcję zatem nietrudno.

Rodzime zagrożenia

Leczę mieszkańców okolicznych wiosek od lat. Nie dla nich wyjazdy zagraniczne i jadanie po restauracjach. Z przykrością stwierdzam, że – nie wyjeżdżając z domu – również możemy stać się ofiarą pasożytów przewodu pokarmowego.

Źródłem zakażenia glistą ludzką jest bardzo często woda ze studni. Tak, z tej przydomowej. Któż studnie czyści? Odkaża? Kto sprawdza ich stan epidemiologiczny w wiejskich gospodarstwach? A przecież zwyczaj picia wody prosto ze studni jest zakorzeniony w naszym społeczeństwie od lat. Przegotowana woda (pozbawiona glist) nie jest przecież smaczna. Zimna woda zdrowia doda?!...

Kto zatem winien jest zarobaczeniu naszego społeczeństwa? Po połowie: my sami i nasz system opieki zdrowotnej. Mści się, moim zdaniem – na skuteczności diagnostyki i leczenia – nadmierne rozdrobnienie medycyny. Kształcenie lekarzy zostało podzielone na coraz to bardziej szczegółowe specjalizacje, a umniejsza się rolę lekarza rodzinnego. Większość pacjentów, od chwili wejścia do gabinetu, żąda skierowania do specjalisty. A to właśnie lekarz podstawowej opieki zdrowotnej najlepiej zna środowisko swego pacjenta i ewentualne zagrożenia.

Z przykrością przyznaję, że jedynym badaniem diagnostycznym, jakie jest w zasięgu lekarza rodzinnego jest badanie kału na pasożyty. Znalezienie jaj lub cyst jest dość trudne, często więc medyk otrzymuje wynik: „nie znaleziono”, a to nie oznacza, że w organizmie nie ma pasożytów. Badania serologiczne pacjent musi wykonać na własny koszt, chyba że otrzyma skierowanie z poradni chorób zakaźnych. Ale, by się do niej zarejestrować – długa droga. Bo przecież i tam są limity przyjęć, jak w każdej innej poradni specjalistycznej.

Niedostępny prazykwantel

Z leczeniem tez jest różnie. Mamy preparaty na leczenie obleńców, czyli owsików, glisty czy tasiemca. Gorzej z leczeniem przywry, tak bardzo niebezpiecznej dla człowieka. Prazykwantel nie jest dostępny na polskim rynku farmaceutycznym. Ktoś przeoczył, zapomniał? Import docelowy leku? Jakiś kolejny absurd w naszym systemie opieki zdrowotnej. Czyżby dlatego nie jest dostępny ten lek, bo Polska nie jest już „krajem rozwijającym się”? A może zwyczajnie ktoś z decydentów, w swym codziennym zagonieniu, nie zauważył, jak bardzo – jako obywatele wolnego kraju – staliśmy się światowi?

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:27

KREW NA WAGĘ ZŁOTA

Napisane przez

Stacje krwiodawstwa biją na alarm. Zapasy krwi kończą się w szybkim tempie. Najgorsza sytuacja była w sierpniu: zdarzały się wypadki, że szpitale musiały odwoływać zabiegi chirurgiczne. Po wakacjach jest nieco lepiej, ale sytuacja nadal nie wróciła do normy.

„Potrzebujemy krwi. Im więcej tym lepiej” – niemal każda stacja krwiodawstwa w kraju mogłaby się podpisać pod tymi słowami. W poprzednich latach taki apel kierowano do honorowych krwiodawców głównie w lipcu i sierpniu, kiedy ci wyjeżdżali na wakacje. W tym roku było podobnie. To ciężkie miesiące dla lekarzy, bo honorowi krwiodawcy są wtedy na urlopach. W tym roku jednak było wyjątkowo źle, a sytuacja nadal nie wróciła do normy.

Dramatycznie niskie stany magazynowe

- Wrzesień zaczął się dla nas nieciekawie – przyznaje Adrianna Franc, koordynator ds. promocji w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa (RCKIK) we Wrocławiu. – Studenci jeszcze się nie zjechali. Za to rodzice myślą głównie o tym, jak pomóc swoim dzieciom wejść w nowy rok szkolny. Efekt – mamy niewielu dawców i mało krwi grup 0 i A, zarówno plusów, jak i minusów – tłumaczy.

Również nastroje w warszawskim RCKIK są minorowe. Powód to dramatycznie niskiestany magazynowe krwi grup 0Rh-, ARh-, BRh- i ABRh-. W białostockim banku krwi nie ma z kolei grup 0Rh, 0Rh+, ARh-, ARh+ i BRh-. Natomiast w Gdańsku brakuje grupy ARH-, a 0Rh wystarczy tylko na kilka dni. Tymczasem w Poznaniu pilnie potrzeba krwi BRH-. Najgorzej jej w Słupsku i Szczecinie. Tu brakuje dosłownie  wszystkich grup.

- W wakacje aktywność krwiodawców, owszem, maleje. A jednak nie to jest głównym powodem deficytów żywej tkanki, które czasem dają o sobie znać nawet we wrześniu – tłumaczy Sławomir L. Kaczyński, przewodniczący Krajowej Rady Honorowego Krwiodawstwa PCK. – Te niedostatki wynikają przede wszystkim z większej liczby wypadków komunikacyjnych i w rolnictwie latem, a także z kumulacji zabiegów chirurgicznych, co z kolei ma związek ze zbyt późnym podpisaniem przez szpitale kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Kampanie w mediach i na billboardach

Na szczęście apele stacji krwiodawstwa spotykają się z szybkim odzewem. Tak było na przykład 12 sierpnia w jednostce 2 batalionu saperów w Stargardzie Szczecińskim. Zorganizowano tam zbiórkę, w której – oprócz żołnierzy – uczestniczyli policjanci oraz funkcjonariusze służby więziennej i straży granicznej. W efekcie zebrano 19 litrów krwi. Spisał się także Kalisz, gdzie na osiedlu Dobrzec 25 sierpnia zebrano 18 litrów. Jej organizatorami była tamtejsza Rejonowa Rada Honorowego Krwiodawstwa Polskiego Czerwonego Krzyża i Parafia pw. błogosławionego Papieża Jana Pawła II.

Powodów do niepokoju nie ma również w Kielcach. Tamtejszy RCKIK nie musiał w ostatnich miesiącach korzystać z zasobów zgromadzonych w innych ośrodkach. Co więcej, jest w stanie zaopatrywać w krew pozostałe regiony kraju.

- Kluczem do sukcesu jest ofiarność mieszkańców, a dokładnie umiejętna współpraca z lokalnymi samorządami, organizacjami, szkołami – wskazuje Jerzy Stalmasiński, dyrektor kieleckiego RCKIK. – Po wakacjach ruszyliśmy pełną parą. Codziennie pobieramy nawet sto jednostek krwi. To duże wyzwanie dla naszych placówek i ekip wyjazdowych.

Na deficyt krwi nie narzeka także katowicki RCKIK. Częściowo dzięki sms-om, które pracownicy placówki wysyłają do mieszkańców zawsze, gdy kończą się zapasy. - Dzięki komórkom poradziliśmy sobie latem. Tym bardziej damy sobie radę teraz, gdy zaczęły się otwarte akcje pobierania krwi w plenerze, połączone na przykład z festynami, nauką udzielania pierwszej pomocy czy konkursami dla najmłodszych – uważa Aleksandra Dyląg z RCKIK w Katowicach. – W naszych oddziałach w terenie i ambulansach praca wre. Stała grupa krwiodawców nigdy nas jeszcze nie zawiodła. Ale nigdy nie ma ich tak wielu, żeby nie było warto walczyć o następnych – dodaje.

SMS-y to nie jedyne nowinki technologiczne, które mogą zaktywizować krwiodawców. Wrocławski RCKIK pewnie nie narzekałby dziś na braki krwi, gdyby we wrześniu kontynuował kampanię marketingową, którą prowadził przez całe wakacje. – Promowaliśmy krwiodawstwo w mediach, na billboardach, na dwustu ekranach w autobusach miejskich oraz na telebimach, które znajdują się w centralnych punktach miastach. W rezultacie w lipcu i sierpniu mieliśmy najwyższe stany krwi w Polsce – opowiada Adrianna Franc.

Komercjalizacja nie pomoże

Przykłady ofiarności cieszą. Niestety, zapasy altruizmu są na wyczerpaniu. Według danych GUS, w roku 2010 zbiorowość honorowych krwiodawców w Polsce liczyła 633 tys. osób. Problem w tym, że chętnych do dzielenia się własną krwią z każdym rokiem ubywa. Dziś ich liczbę szacuje się na pół miliona.

Może więc należałoby płacić za oddaną krew gotówką? Ten pomysł się nie sprawdza, co w latach 70. wykazał brytyjski socjolog Richard Titmuss, porównując system oddawania krwi w USA (płatny) i Wielkiej Brytanii (honorowy, jak w Polsce). Otóż, honorowy funkcjonuje lepiej. Nie trapią go chroniczne braki i marnotrawstwo krwi , a koszty i ryzyko skażeń są mniejsze. Uczony twierdził, że przekształcanie krwi w zwykły towar rozmywa ludzkie poczucie, że należałoby ją oddawać.

Podobnie uważa Krzysztof Loranc, zastępca dyrektora sprzedaży w technologicznej firmie Arcus, który półtora miesiąca temu po raz pierwszy oddał krew. I chce robić to już regularnie. Jego zdaniem, komercjalizacja i zysk z krwiodawstwa zabrałyby donatorom zadowolenie i przekonanie, że robią coś ważnego dla drugiego człowieka. – Gdy usłyszałem, że ojciec kolegi ma poważną operację i potrzebuje krwi, nie mogłem odmówić – wspomina menedżer z Arcusa. – Zrodził się we mnie odruch solidarności. A później radość, poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Motywy pieniężne z pewnością odebrałyby mi tę satysfakcję.

Tym niemniej, Loranc rozumie te osoby, które narzekają, że sytuacja honorowych dawców krwi w Polsce systematycznie się pogarsza, czyli przysługuje im coraz mniej uprawnień i przywilejów. – To dobrze, że osoby promujące krwiodawstwo stale przypominają, iż krew jest niezbędna zarówno ofiarom wypadków, jak i cierpiącym na wiele poważnych chorób – ocenia. – Szkoda jednak, że tak mało mówią o korzyściach, choćby o ulgach podatkowych czy dniu wolnym w pracy. Dla wielu niezdecydowanych mocnym argumentem może być też robione przed każdym pobraniem badanie krwi pod kątem wirusów, bakterii i chorób. Wielokrotnie zdarzało się, że honorowy krwiodawca o ciężkiej chorobie dowiadywał się właśnie podczas rutynowego badania.

Celebryci dają przykład

Na szczęście w Polsce jest coraz więcej dobrych akcji promujących oddawanie krwi. Twarzami niektórych są celebryci, będący również honorowymi dawcami. Należą do nich aktorzy Piotr Małaszyński i Rafał Mroczek, działacz charytatywny Jurek Owsiak, podróżnik i polarnik Marek Kamiński, poseł i ratownik GOPR Piotr van der Coghen czy dziennikarz Tomasz Lis.

– Słowa uczą, a przykład pociąga. Zwłaszcza przykład kogoś znanego i lubianego. Szczególnie młodzież naśladuje swoich idoli z kina, telewizji czy estrady – komentuje Loranc. – Nasze akcje kierujemy do poszczególnych grup społecznych: studentów, licealistów, którzy osiągnęli pełnoletniość, klientów pewnej sieci handlowej lub strażaków – dodaje Sławomir L. Kaczyński z PCK. – Do każdej trzeba mówić specyficznym językiem i zachęcać je innymi argumentami. Taki różnorodny, ściśle dostosowany do profilu odbiorców przekaz zawsze działa. Wbrew utyskiwaniom, że duch ofiarności i bezinteresowności w narodzie ginie – podkreśla.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:19

ŚMIECIOWA FIKCJA

Napisane przez

Nowa ustawa śmieciowa działa już prawie kwartał. Minister środowiska jeszcze przed jej wejściem w życie groził, że za niepodporządkowanie się nowemu prawu wymierzane będą drakońskie kary. Pierwsze kontrole przeprowadzone przez inspektorów już pokazują, że nie wszędzie system funkcjonuje prawidłowo. Narzekają też mieszkańcy, głównie na terminowość wywozu śmieci i wysokość opłat.

Inspektorzy ochrony środowiska od kilku tygodni jeżdżą po Polsce i sprawdzają, jak samorządy wywiązują się ze swoich obowiązków. – Jeszcze nie zakończyliśmy kontroli w gminach. Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska mają przesłać nam informacje z poszczególnych obszarów i w listopadzie przedstawimy raport na temat wyników kontroli – mówi Magazynowi Samorządowemu „Gmina” Kinga Dębkowska, specjalista ds. komunikacji społecznej.

Kontrole nadal trwają na Mazowszu. Sprawdzonych zostało dotychczas 10 z 32 zaplanowanych gmin. Z analiz wynika, że większość gmin nie zorganizowała jeszcze punktów selektywnej zbiórki odpadów komunalnych – oraz nie osiągnęła wymaganych poziomów odzysku i recyklingu. Dodatkowo gminom wytknięto brak kontroli firm odbierających odpady od właścicieli nieruchomości. W Warszawie, po przetargowej wpadce, do końca roku obowiązuje prowizorka – mieszkańców, jak dawniej, obsługują firmy, ale za wywóz płaci miasto.

Nie lepiej jest w kujawsko-pomorskiem. Przykładowo, w Toruniu wywozem odpadów zajmuje się miejscowe Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, które – jako jedyny oferent – wystartowało w przetargu na realizację tej usługi i go wygrało. Ta komunalna spółka zaoferowała stawkę 57,4 mln zł brutto. Od 1 lipca opłata za wywóz odpadów naliczana jest od gospodarstwa domowego i liczby zamieszkujących je mieszkańców. Zróżnicowano opłatę dla zabudowy jednorodzinnej i wielorodzinnej. Pojemniki i worki do gromadzenia odpadów zapewnia miasto, a zbiórka selektywna jest tańsza. Tak wygląda teoria. A praktyka? – Jak dotąd nie dostaliśmy pojemników do selekcji śmieci. Usłyszeliśmy, że mamy po prostu czekać – mówi Bożena Furczyk, właścicielka jednego z dziewięciu mieszkań w domu tworzącym wspólnotę „Bydgoska 116”. Efekt jest taki, że segregacja odbywa się tylko na papierze.

Od osoby, nie lokalu

W Gdyni niezadowoleni mieszkańcy urządzili nieopodal ratusza demonstrację. Nie odpowiada im wybrana przez radę miasta metoda rozliczeń za wywóz odpadów. Samorządowcy podjęli bowiem decyzję, by stawki uzależnić tylko od metrażu lokali. Czy w 100-metrowym mieszkaniu zameldowana jest, lub mieszka, jedna osoba, czy osiem – pobierana opłata jest identyczna, niezależnie od ilości „produkowanych” śmieci. W przypadku osób samotnych jest to tym dotkliwsze, że nowe regulacje spowodowały wzrost ceny o kilkaset procent. Demonstranci domagali się wprowadzenia opłat uzależnionych od liczby osób zamieszkujących w lokalu – a nie metrażu. Urzędnicy obawiają się jednak, że przy takim rozwiązaniu ludzie zaczęliby wymeldowywać się z mieszkań i w ten sposób zaniżać opłaty. Przy czym, wPolsce koszt zagospodarowania odpadów komunalnych jest relatywnie niski. Rocznie waha się on od 15 do 75 euro. Dla przykładu, we Francji czy w Niemczech cena wynosi od 125 do 650 euro. Tyle, że tam wyższe – i to znacznie – są też zarobki.

Kłopot z zsypami

Władze Rzeszowa zachęcają mieszkańców stolicy Podkarpacia do przeprowadzania selekcji śmieci poprzez niższe ceny odbioru odpadów. W Rzeszowie z takiej możliwości korzysta 95 procent osób, które złożyły do tej pory tzw. deklaracje śmieciowe. Jednak na łamach lokalnej prasy pojawiają się narzekania mieszkańców, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej – na wielu osiedlach, mimo ustawionych pojemników do selekcji, śmieci wrzucane są bez zwracania uwagi na przeznaczenie kubłów, a ze zobowiązania złożonego w deklaracji wywiązuje się zaledwie garstka ludzi.

Jerzy Kustra, wiceprezes spółdzielni Nowe Miasto przyznaje na łamach miejscowego dziennika „Nowiny”, że system na największym w Rzeszowie osiedlu nie działa, jak należy, i winą za zamieszanie obarcza konsorcjum firm z Miejskim Przedsiębiorstwem Gospodarki Komunalnej. – To ono wygrało przetarg na odbiór nieczystości i miało obowiązek stworzyć ludziom warunki do segregacji. Jeśli chce od nich wymagać selektywnej zbiórki, powinno dostarczyć odpowiednie kubły. A ograniczyło się ono do tego, że na połowie osiedla na stare kubły naklejono obskurne nalepki, które dla starszych osób są po prostu niewidoczne. Przy pozostałych blokach nie ma nawet naklejek – opowiada Jerzy Kustra.

W specyficznej sytuacji są mieszkańcy bloków z zsypami. Prowadzą one do jednego kontenera. Problemem jest selekcjonowanie, zgodnie z nowymi przepisami, frakcji mokrej i suchej (papier, szkło, plastik). Docelowo zsyp będzie przeznaczony na odpady frakcji mokrej, a na suchą dodatkowe kosze ustawiono na parterze. Półtora miesiąca po przyjęciu takiego rozwiązania, MPGK jednak ich nie ustawiło. Tym czasem opłaty wzrosły o 40 procent, a śmieciarki przyjeżdżają rzadziej.

Władze miasta zapowiadają kontrole mieszkańców i wystawianie wysokich rachunków tym, którzy zasad selekcji nie przestrzegają. Jak fizycznie mają wyglądać takie kontrole – nikt jednak nie wie, zwłaszcza w blokowiskach. Za pierwszy miesiąc odbioru śmieci w nowym systemie w terminie rachunki zapłaciło tylko 80 procent mieszkańców. Pozostali zalegają miastu łącznie 200 tysięcy złotych.

Nieterminowe odbiory

Kontrolę przeprowadzono już w Lublinie. Tam przetarg na wywóz i zagospodarowanie odpadów wygrały dwie firmy – KOM-EKO i MPO Sita. Lublin został podzielony na siedem sektorów, pierwsza z tych firm obsługuje cztery, a druga – trzy. Łączny roczny koszt wywozu i zagospodarowania śmieci w tym mieście to ok. 57 mln. zł. Sprawdzane były nieprawidłowości zgłaszane urzędnikom przez samych mieszkańców oraz funkcjonowanie systemu odbioru odpadów

Kontrolowano terminowość odbioru, ale też stan wyposażenia w pojemniki i worki oraz stan sanitarny altan śmietnikowych i innych miejsc przeznaczonych do gromadzenia śmieci. Kontrolerzy stwierdzili ponad 700 nieprawidłowości. Większość z nich dotyczyła nieterminowego odbioru opadów, m.in. w 265 przypadkach były opóźnienia w odbiorze tzw. fakcji suchej, a w 112 – odpadów zmieszanych. Prawie 140 nieprawidłowości dotyczyło pojemników na odpady: brakowało ich lub były za małe. Miasto – zgodnie z umową zawartą z firmami, które wygrały przetarg na odbiór odpadów – może naliczyć 50 zł kary za jeden dzień opóźnienia w odbiorze każdego rodzaju śmieci.

Zbyt niskie ceny

Tak wygląda sytuacja w dużych miastach. A jak jest w małych gminach? Inspektorzy ochrony środowiska skontrolowali gospodarkę odpadami komunalnymi w podradomskich gminach Wolanowo i Ciepielów.W gminie Ciepielów, zamieszkiwanej przez ok. 6 tys. osób, cenę za odbiór śmieci posegregowanych ustalono na poziomie 3,15 zł za miesiąc, w Wolanowie – 3,50 zł za miesiąc. W przeliczeniu na średnią ilość odpadów daje to ok. 133 zł za tonę.

Tymczasem przyjęcie odpadów do regionalnej instalacji przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK) to poziom ok. 230-300 zł za tonę. „Wydaje się, że przy tak niskim poziomie ilości odebranych odpadów komunalnych, gminy powinny podjąć kontrole przewoźników odpadów. Istotny element tej kontroli powinien stanowić udział pracownika Urzędu Gminy w procesie odbioru odpadów przez przewoźnika wraz z ich dowozem do RIPOK” – napisali inspektorzy w dokumencie pokontrolnym.

W praktyce chodzi o to, aby sprawdzić, czy przy wyjątkowo niskich cenach firmie odbierającej odpady wystarcza pieniędzy, aby opłacić ich przyjęcie przez zakład utylizacji. Pytanie brzmi bowiem, co się dzieje z odpadami, gdy firma nie jest w stanie zapłacić za ich utylizację. Wątpliwości inspektorów ochrony środowiska budziły ponadto ilości odpadów zbierane od mieszkańców obu gmin. W Ciepielowie w 2012 r. średnio od jednego mieszkańca odebrano zaledwie 19,5 kg, w Wolanowie – 23 kg. Tymczasem statystyczny Polak wytwarza rocznie 315 kg odpadów komunalnych. Inspektorów zastanowiło także i to, że w 2012 r. żadna z kontrolowanych gmin nie miała zawartej umowy z firmami na odbiór odpadów budowlanych i poremontowych.

Zmiany, które weszły w życie 1 lipca, wprowadzono po to, aby uszczelnić gospodarkę odpadami. Dotychczas znaczna ich część trafiała na dzikie wysypiska, bo mieszkańcy oszczędzali na rachunkach. Fikcją była też segregacja. Teraz to gmina ma ustanowić punkty odbioru posegregowanych odpadów oraz kontrolować firmy, które je wywożą. Chodzi głównie o przestrzeganie wymogów technicznych śmieciarek – w tym obowiązku odpowiedniego wyposażenia ich w urządzenie GPS umożliwiający ich lokalizację. Obecny stan realizacji nowych ustawowych wymogów można by określić przysłowiem – pierwsze koty za płoty. Problem w tym, żeby ich losu nie podzieliły kolejne zwierzaki.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY