Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

Sierpień 2013

Sierpień 2013 (19)

niedziela, 25 sierpień 2013 17:10

SZEŚĆ KLUCZOWYCH BŁĘDÓW HANNY GRONKIEWICZ-WALTZ

Napisane przez

Jeszcze trzy lata temu Hannę Gronkiewicz-Waltz na fotelu prezydenta miasta dobrze oceniało 68 proc. warszawiaków. Dziś jest to już tylko 38 proc, a liczba negatywnych ocen wzrosła odpowiednio z 21 do 48 proc.

Spadek popularności długo był powolny i rozłożony w czasie. Dopiero pod koniec zeszłego roku wykresy popularności Barometru Warszawskiego tąpnęły na tyle, że opozycja zaczęła mówić o referendum. Oto sześć powodów spadku popularności prezydent Warszawy.

1. Podwyżka cen biletów

Z całej listy zarzutów, jaką opozycja formułuje pod adresem Hanny Gronkiewicz-Waltz, to właśnie rosnące ceny biletów najbardziej przemawiają do opinii publicznej i zjednują zwolenników idei referendum.

Podniesienie opłat zdominowana przez Platformę Obywatelską Rada Warszawy przyjęła już w 2011 r., ale podwyżki rozłożone były na trzy tury. Po raz pierwszy ceny wzrosły w sierpniu 2011 roku, ale masowe protesty przyniosła dopiero bardziej dotkliwa podwyżka z 1 stycznia 2013 roku (trzeci raz ceny wzrosną 1 stycznia 2014 r.). Podrożały wszystkie bilety – w tym okresowe, które warszawiacy muszą uwzględniać w domowych budżetach. I tak na przykład bilet kwartalny normalny zdrożał z 196 zł (jeszcze w 2011 r.) do 250 zł dziś – a od stycznia jeszcze podrożeje – do 280 zł.

Już ostatnią zimą zaczęły się protesty, a mniej znane lokalne inicjatywy, rozpoczęły zbieranie podpisów przeciwko podwyżce. Nie pomogły tłumaczenia, że Warszawa miała jedne z najtańszych biletów w Polsce – a jednocześnie najlepszą komunikację. Podwyżek nie było tu od lat, bo poprzednie władze bały się je wprowadzać. Mimo tego sukcesywnie wymieniany jest tabor (nowe tramwaje Swingi, nowe autobusy), miliardy miasto wydaje też na budowę metra. Przeciwnicy też mają swoje argumenty: Zarząd Transportu Miejskiego zmienia rozkłady jazdy, tnie wygodne połączenia, a w autobusach często latem wysiada klimatyzacja, a zimą ogrzewanie.

Powszechne niezadowolenie społeczne zwietrzyła i postanowiła zagospodarować Warszawska Wspólnota Samorządowa, której lideruje Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.

„W związku ze szkodliwymi decyzjami ratusza i radnych PO, bulwersującymi warszawiaków i sięgającymi coraz głębiej do ich kieszeni, kierując się troską o stan miasta, nad którym – jak coraz bardziej widać – urzędnicy i radni tracą kontrolę, żądamy wycofania się ratusza z chybionej polityki niszczącej komfort życia w stolicy i drenującej kieszenie jej mieszkańców, dając coraz mniej w zamian” – pisał jeszcze w kwietniu Piotr Guział w liście otwartym do Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wtedy jeszcze mało kto zwracał na to uwagę.

2. Ustawa śmieciowa

Fala niechęci do prezydent wezbrała, gdy po raz kolejny sięgnęła do kieszeni mieszkańców – a konkretnie, gdy poznali oni założenia reformy w systemie gospodarowania śmieciami. Same zmiany od 1 lipca dotyczą całego kraju i wymusiła je ogólnopolska ustawa, ale sposób ich wprowadzenia w Warszawie to już zadanie lokalnych urzędników.

Według pierwszych przyjętych stawek opłaty za wywóz śmieci miały wzrosnąć niemal wszystkim, a zaproponowane stawki były jednymi z najwyższych w Polsce. Najbardziej poszkodowani byliby mieszkańcy domów jednorodzinnych, gdzie stawka miała wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt złotych. Trzyosobowa rodzina miałaby płacić  89 zł miesięcznie, samotna osoba – 44,5 zł.

Wyliczenia, na podstawie których ustalono stawki, zostały utajnione. Mimo powszechnego oburzenia, prezydent Warszawy i politycy Platformy szli w zaparte – twierdząc, że to najniższe z możliwych opłat w sytuacji, gdy system ma działać sprawnie. Zdanie zmienili dopiero w czerwcu – i okazało się, że jednak można obniżyć opłaty! Według nowych stawek, osoba samotna, mieszkająca w domku płaci 30 zł, trzyosobowa rodzina – 60 zł. Obniżono też stawki w budownictwie wielorodzinnym.

To jednak nie rozwiązało kryzysu śmieciowego, bo pojawił się nowy problem. Firmy zajmujące się wywozem śmieci podważyły warunki przetargu, faworyzujące miejską spółkę MPO. Protest uznała Krajowa Izba Odwoławcza i nakazała zmianę warunków. W rezultacie Warszawa nie była gotowa do wprowadzenia nowej ustawy zgodnie z planem, 1 lipca. Stolica tego dnia nie zamieniła się w zasypany tonami śmieci drugi Neapol tylko dlatego, że wprowadzono rozwiązania przejściowe. Niesmak jednak pozostał. Nie pomogło nawet, że przez całe zamieszanie stanowisko stracił odpowiedzialny za gospodarkę odpadami wiceprezydent Jarosław Kochaniak.

3. Awaria na budowie metra i zamknięcie tunelu Wisłostrady

Awarie się zdarzają, w tej nikt nie zginął, ani nie został ranny. Ale wodna soczewka podmyła nie tylko tunel Wisłostrady, ale też zaufanie do prezydent miasta. Ziemia tąpnęła w sierpniu 2012 r., podczas drążenia łącznika między dwoma częściami przyszłej stacji metra na Powiślu. Do wykopu wlały się masy błota z nienaniesionego wcześniej na mapy zbiornika. Robotnicy uciekli, przysypało tylko sprzęt. Gorzej, że do awarii doszło akurat pod dnem tunelu Wisłostrady, czyli niezwykle ważnego połączenia komunikacyjnego między północną a południową częścią miasta. Jezdnie trzeba było zamknąć, miasto stanęło w gigantycznym korku, a badania geologiczne wykazały, że utknie w nim na długie miesiące.

Choć do dziś nie wiadomo, kto zawinił (wykonawca twierdzi, że nikt – to po prostu wypadek), fala krytyki wylała się na władze miasta. W internecie posypały się żarty, łączące zalanie wykopu ze słynnym zatopieniem Stadionu Narodowego podczas meczu reprezentacji Polski z Anglią. Choć tamta wpadka nie była przez nią zawiniona (stadionem administruje spółka rządowa), to wodne żarty przylgnęły do prezydent miasta. Ze wzmożoną siłą wróciły jeszcze w czerwcu tego roku, gdy podczas burzy deszcz zatopił Trasę AK, co pokazały media w całym kraju.

4. Plac Defilad wciąż pusty, roszczenia

To zarzut, który nie pojawił się nagle, ale wypłynął z większą siłą na ogólnej fali krytyki.

Z zagospodarowaniem ścisłego centrum stolicy, czyli okolic Pałacu Kultury, zmaga się każda władza od początku zmian ustrojowych. Gronkiewicz-Waltz zaczęła odważnie: usunęła kupców ze szpetnego blaszaka, czym rozbudziła jeszcze nadzieje warszawiaków. Jednak czym dalej, tym więcej ujawniało się przeszkód. Zerwano umowę  z Christianem Kerezem, zwycięzcą konkursu na projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej, a miasto będzie dochodziło swoich racji w sądzie. Nawet jeśli wygra, to warszawiacy wciąż na co dzień widzą pusty wygon pod Pałacem Kultury.

W dodatku okazało się, że plac Defilad jest naszpikowany roszczeniami byłych właścicieli. To z resztą problem, który też miała rozwiązać Hanna Gronkiewicz-Waltz. Wiele osób miało nadzieję, że skoro miastem rządzi wiceprzewodnicząca partii rządzącej, to wreszcie uda się przygotować i uchwalić ustawę reprywatyzacyjną. Nic takiego się nie stało, a handlarze roszczeniami upominają się już nawet o szkolne boiska w Śródmieściu.

5. Za dużo inwestycji czy ich brak?

To zarzut najbardziej kontrowersyjny, bo jeszcze nigdy po ‘89 roku w Warszawie nie budowano aż tak wiele. Ekipa Gronkiewicz-Waltz dokończyła pierwszą linię metra i – mimo wpadek – w miarę sprawnie buduje centralny odcinek drugiej linii. Powstał Most Północny, remontowane jest mnóstwo dróg, rozbudowano oczyszczalnię Czajka.

Opozycja zarzuca jednak ratuszowi, że w dwóch kampaniach wyborczych prezydent obiecywała jeszcze więcej. – Waltz nie wywiązała się z obietnic wyborczych, zarówno tych składanych w 2006 r., jak i tych z 2010 r. Jako prezydent Warszawy sprawnie wydaje pieniądze, ale nie można powiedzieć, że podczas jej kadencji warszawiacy zyskali. Nie rządzi lecz tylko zarządza miastem i nie można powiedzieć, że robi to, co im obiecała w sposób dobry, skoro nic nie następuje na czas. Nie zrealizowała z sukcesem żadnych swoich własnych projektów – oceniał niedawno w portalu Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej Czesław Bielecki, kandydat PiS na fotel prezydenta miasta w ostatnich wyborach w stolicy.

Prawdą jest, że sporo z wielu obiecanych inwestycji nic nie wyszło, a inne się spóźniają. Sformułowanie „inwestycyjna rzeź Pragi” niemalże weszło już do języka potocznego – bo w obliczu kryzysu jednym ruchem zrezygnowano z kilku strategicznych inwestycji w najbardziej zaniedbanych dzielnicach stolicy. Opozycja najczęściej wykrzykuje jednak hasło „Szpital Południowy”. Placówka od lat planowana jest na Ursynowie, ale z powodu kłopotów z lokalizacją cała południowa część Warszawy wciąż nie ma własnego szpitala. A pamiętać trzeba, że to właśnie tu rządzi główny pomysłodawca odwołania pani prezydent – Piotr Guział.

6. Kiepski PR

Burmistrz Ursynowa zarzuca ekipie Gronkiewicz-Waltz, że zamiast rządzić zajmuje się PR-em, tymczasem zdaniem ekspertów, to do niedawna była najsłabsza strona prezydent Warszawy. Jakby uśpiona wyborczymi sukcesami, na długie tygodnie przestawała dawać o sobie znać. Po awarii w tunelu Wisłostrady kierowcy długo musieli czekać na informację, co się właściwe stało. Podobnie było z ustawą śmieciową, gdy do końca nie było wiadomo, jakie stawki będą w Warszawie. Czasami ta pewność siebie przeradzała się wręcz w arogancję, gdy Rada Warszawy nie uznała konsultacji społecznych w sprawie nazwy mostu Północnego i wbrew radzie dzielnicy Białołęka oraz mieszkańcom nadała mu imię Marii Skłodowskiej-Curie.

Na brak dialogu głośno narzekały też różnego rodzaju organizacje NGO, których hasło – „Miasto to nie firma” – trafnie oddaje sposób rządzenia Warszawą przez ekipę Gronkiewicz-Waltz.

Akurat w tym punkcie prezydent mogła się poprawić. I właśnie jesteśmy tego świadkami: od początku lata trwa medialna ofensywa. Wyrazistym symbolem zmiany jest konto prezydent na Twitterze, które – nieużywane od dnia ogłoszenia wyniku wyborów – teraz ożyło. Bardzo aktywny stał się też profil Hanny Gronkiewicz-Waltz na Facebooku. Ona sama niemal codziennie pojawia się w mediach, odwiedza warszawiaków w domach, wizytuje szkoły, spółdzielnie, budowy – słowem pokazuje się wszędzie tam, gdzie mogą ją dostrzec mieszkańcy. Złośliwi mówią o „efekcie referendum”, ale sama prezydent przyznaje, że kontakt z mieszkańcami nie był jej mocna stroną. – Ta komunikacja rzeczywiście powinna być częstsza. Staram się wykonywać wszystko jak najbardziej rzetelnie, logicznie, racjonalnie. Myślę, że moją słabością jest to, że ja nie zawsze do końca tłumaczę, dlaczego jest tak, a nie inaczej – mówiła niedawno Gronkiewicz-Waltz w rozmowie z TVN24.

Na ile uda jej się nadrobić stracony czas, przekonamy się pewnie na jesieni lub w zimie. To najbardziej prawdopodobny moment przeprowadzenia referendum.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:09

PRACA W SAMORZĄDZIE TO NIE JEST LEKKI KAWAŁEK CHLEBA

Napisane przez

Rozmowa z Andrzejem Rymarczykiem, burmistrzem Dusznik-Zdroju w województwie dolnośląskim

ANNA CEBULA: Co zmieniło się w Dusznikach w czasie pana kadencji?

ANDRZEJ RYMARCZYK: Turysta, który widział miasto trzy lata temu, dzisiaj mógłby go nie poznać. Udało się zrealizować w mieście takie projekty jak „Spacerek z Chopinem”, „Centrum Turystyki Aktywnej − Jamrozowa Polana”, „Duszniki piękniejsze od zaraz”, „Zielona Ścieżka Zdrowia” czy „Kulturalny Kurort”. Po liftingu jest rynek, zmienił się teren przy Hali Sportowej, plac Warszawy i obiekt rekreacyjny na Czarnym Stawie. Dworek Chopina ma podświetlenie. Zmodernizowaliśmy kolorową fontannę. Powstał nowy system informacji miejskiej. Mamy opracowaną nową strategię marketingową miasta. Zostało zaprojektowane nowe logo Dusznik-Zdroju. Lista takich zmian jest długa. Kto ma oczy otwarte, nie może ich nie zauważyć.

Zanim znalazł się Pan w ratuszu, miał Pan doświadczenie w pracy w samorządzie?

Odpowiem pytaniem na pytanie. A czy takie doświadczenie pomaga, czy przeszkadza? Doświadczenie jest konieczne, ale czasami potrzebne jest świeże spojrzenie. Według mnie kadencja burmistrza powinna być dłuższa – tak jak na przykład we Francji: sześcioletnia – z możliwością pełnienia tej funkcji tylko przez dwie kadencje. Wiem, ile zdrowia kosztuje praca w samorządzie. To naprawdę nie jest taki lekki kawałek chleba, jak się wydaje, ale w pracy samorządu potrzebna jest jednak kontynuacja. Szczególnie źle to wygląda w gminach, które zmieniają burmistrzów co cztery lata lub w drodze referendum, które zamiast ostatecznego rozwiązania staje się normą i sposobem walki politycznej, a nie przejawem obywatelskiej troski o losy miasta.

Jakie miał pan propozycje dla mieszkańców, startując w wyborach?

Kandydując, doskonale zdawałem sobie sprawę z ograniczonych możliwości finansowych gminy. Miało na to wpływ zadłużenie wynoszące ponad 8 mln złotych, koniec okresu budżetowego Unii Europejskiej, nowelizacja ustawy o finansach nakładająca „kaganiec” na wydatki gminy, to uwarunkowania, które wziąłem pod uwagę konstruując program z komitetem wyborczym. Zaproponowaliśmy mieszkańcom przejrzystą politykę informacyjną poprzez regularne wydawanie biuletynu, w którym niejako rozliczam się z prac, które wykonałem. Podobnie rada miasta i komisje. Kolejną propozycją było stworzenie nowej atrakcyjnej strony internetowej. W sprawach kluczowych dla miasta konsultujemy się z mieszkańcami. Wyszliśmy naprzeciw organizacjom pozarządowym, proponując ściślejszą współpracę. Wiele jest do zrobienia na polu poprawy bezpieczeństwa mieszkańców i komfortu ich życia, o czym nie zapominamy. Ale też staramy się oszczędnie i rozważnie gospodarować finansami gminy. Stawiamy też na promocję miasta i podniesienie jego atrakcyjności turystycznej.

To dość ambitne plany. Co już udało się zrealizować?

Wiele. Realizację mojego programu wyborczego oceniam na około 65 proc. Jak już wcześniej wspomniałem, w ramach projektu „Spacerek z Chopinem” udało się odnowić cztery obiekty − Rynek, plac Warszawy, podświetlić Dworek Chopina, zmodernizować kolorową fontannę i zbudować obiekt rekreacyjny na Czarnym Stawie. Powstało Centrum Turystyki Aktywnej na Jamrozowej Polanie, w ramach którego wybudowano obiekt wielofunkcyjny, poszerzono strzelnicę, zbudowano system sztucznego naśnieżania i oświetlenia, poszerzono trasy narciarstwa biegowego, odbudowano ujęcie wody pitnej na Bystrzycy Dusznickiej, uratowano i zabezpieczono ulicę Orzechową przed osunięciem, wybudowano plac zabaw i zagospodarowano teren przy szkole podstawowej, zbudowano nową ścieżkę pod nazwą „Zielona Ścieżka Zdrowia”, zagospodarowano teren przy Hali Sportowej, wykonano uzbrojenie drogi na Miejskiej Górce, pozwalając rozpocząć inwestycje budownictwa jednorodzinnego, wyremontowano drogę powiatową na odcinku Stalowy Zdrój−Zieleniec (wspólna inwestycja z powiatem kłodzkim), przywrócono Poradnię Psychologiczno-Pedagogiczną. Zadłużenie gminy zredukowano o prawie 2 miliony złotych.

Czego mieszkańcy mogą się jeszcze spodziewać przed upływem tej kadencji?

Dokończenia remontu drogi powiatowej współfinansowanego ze środków gminy na odcinku Stalowy Zdrój-Muzeum Papiernictwa, a tym samym zakończenia remontu głównej drogi miasta. W ciągu dwóch ostatnich lat zainwestowano w tę drogę ponad 13 mln złotych. Wykonania termomodernizacji szkoły podstawowej oraz dokończenia zagospodarowania terenu szkolnego. Chcemy też dokończyć i zmodernizować plac zabaw przy alei Sybiraków, a także zakończyć Plan Zagospodarowania Przestrzennego najpierw dla strefy uzdrowiskowej A, a następnie dla całej gminy.

Duszniki są znanym w Polsce – i nie tylko – ośrodkiem turystyczno-uzdrowiskowym. Co, poza spędzaniem czasu na sportowo i zadbaniem o zdrowie, oferuje miasto?

Co roku, nieprzerwanie od 68 lat, na początku sierpnia odbywa się w Dusznikach-Zdroju najstarszy festiwal pianistyczny na świecie − Międzynarodowy Festiwal Chopinowski. To tu znajduje się jedyny w Europie Środkowej Młyn Papierniczy, w którym do dziś można zaczerpnąć własną kartkę papieru. Będąc tutaj, warto zwiedzić ten obiekt. To u nas znajdują się jedyne w Polsce, sztucznie oświetlone, a w zimie naśnieżane, rolkostrady, na których przez cały rok można uprawiać narciarstwo biegowe i biathlon (w lecie na nartorolkach, w zimie na nartach biegowych). To w Stacji Narciarskiej w Zieleńcu − dzielnicy Dusznik-Zdroju − od listopada do kwietnia można uprawiać narciarstwo zjazdowe, korzystając z 22 wyciągów, w tym 3 kolei linowych.

Ilu turystów i kuracjuszy rocznie odwiedza miasto?

Ilość miejsc noclegowych sięga prawie 5 tysięcy. W samym Zieleńcu jest prawie 1500 miejsc noclegowych. Wykorzystanie tej bazy jest rozmaite i zależy od sezonu.

Jakie ma pan plany związane z tym sektorem? Zwiększenie bazy noclegowej, lokali gastronomicznych, infrastruktury turystycznej?

Nie ma miesiąca, w którym gmina nie wydawałaby nowych decyzji o warunkach zabudowy. Baza noclegowa się rozwija i remontuje. W planach, oczywiście, musimy uwzględniać wszystkie uwarunkowania prawne. 75 proc. gminy to lasy, w planie zagospodarowania przestrzennego musimy uwzględnić i to. Już na etapie studium wydzieliliśmy tereny pod przyszłe inwestycje. Mam nadzieję, że mimo kryzysu przedsiębiorcy nadal będą chcieli inwestować w naszym miasteczku.

Istnieją inne dziedziny, z których słynęłoby miasto?

Wspomniałem o Międzynarodowym Festiwalu Chopinowskim i projekcie o nazwie Kulturalny Kurort. Duszniki-Zdrój to jednak miasto wielu festiwali: oprócz chopinowskiego, organizujemy Festiwal im. Feliksa Mendelsona-Bartholdiego, Festiwal Muzyka Epok, Festiwal Muzyka z Duszą, Festiwal WPA – Wszelkie Przejawy Artyzmu. Tak więc stawiamy na kulturę, a oprócz kultury również na sport. Miasto wychowało trzech olimpijczyków w biathlonie, mamy Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Biathlonie, oprócz tego prężnie działający klub wrotkarstwa szybkiego „Orlica” z sukcesami na poziomie europejskim. Chcemy wybudować profesjonalny stadion, na którym będzie można organizować międzynarodowe zawody wrotkarskie.

Co poza tym jest źródłem utrzymania miasta i jego mieszkańców?

W Dusznikach-Zdroju ciągle działa Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej. Przetrwał trudne czasy kryzysu i w chwili obecnej rysują się przed nim możliwości rozwoju. Produkuje silniki prądu stałego i ciągle poszerza swoją ofertę.

Udało się panu zachęcić przedsiębiorców do inwestowania w Dusznikach? Jaki ratusz ma pakiet proinwestycyjny?

Powierzchnię gminy w 75 proc. pokrywają lasy, więc grunt przeznaczony na powstawanie nowych przedsiębiorstw jest ograniczony. W mieście nadal nie ma całościowego planu zagospodarowania przestrzennego. Mamy nadzieję, że uda się go w tym roku ukończyć. Zatwierdzone jest już studium uwarunkowań. Kolejnym krokiem w stronę przedsiębiorców ma być uproszczenie procedur pozwalających na budowę.

Jak ocenia pan zaradność duszniczan? Jaka jest stopa bezrobocia?

Jak w każdym mieście, jest grupa bardzo zaradnych przedsiębiorców, są osoby prowadzące małe interesy, są również ci, którzy pracują w sektorze budżetowym oraz duża grupa emerytów. Bezrobocie jest oczywiście dużym problemem. W 2009 r. było 496 zarejestrowanych bezrobotnych, w 2010 − 475 osób, a w 2011 − 426 osób, ale w tej grupie są osoby, które unikają jakichkolwiek zajęć, nawet tych sezonowych. Tak naprawdę, nikogo nie można zmusić do pracy. Ci ludzie są permanentnymi klientami opieki społecznej, a ich aktywizacja na rynku pracy trwa bardzo długo. Aby przeciwdziałać temu zjawisku, realizowaliśmy m.in. projekt w ramach EFS pod nazwą „Głowa do góry”.

Może pan opisać przyrodę miasta i jego okolic? Jakie podejmujecie działania proekologiczne?

W gminie bardzo cennej pod względem przyrodniczym istnieją wszystkie możliwe formy prawne ochrony przyrody, począwszy od Parku Narodowego Gór Stołowych, rezerwatów przyrody ożywionej i nieożywionej, parków krajobrazowych, obszarów „Natura 2000”. Poza tym, poza dwoma budynkami, wszystkie obiekty ogrzewane są gazem ziemnym – więc do atmosfery nie przedostaje się m.in. szkodliwy dwutlenek węgla. Kładziemy też nacisk na działania zmierzające do likwidacji elementów azbestowych. We wrześniu ruszy nabór wniosków o dofinansowanie na usunięcie azbestowych pokryć. Zapewniam, że w naszej gminie przykładamy dużą wagę do dbania o środowisko i można tu złapać oddech pełną piersią.


Duszniki-Zdrój to gmina miejska o pow. 22,28 km kw., z liczbą mieszkańców sięgającą ok. 5 tys.

Miasto nawiązało szeroką współpracę międzynarodową, co jest możliwe m.in. dzięki położeniu w sąsiedztwie Czech. Czeskie Deštne w Orlických horách, Nové Mésto nad Metují, Olešnice v Orlických Horách, Sedloňov i Orlické Záhoří to czeskie miasta partnerskie Dusznik-Zdrojów, poza tym Auchun-Le-Tiche we Francji, Bad Suluza i Hoya/Weser w Niemczech. W Polsce miastem partnerskim jest Trzcianka w woj. wielkopolskim.

Fryderyk Chopin doczekał się tu kilku tablic i dwóch pomników. Jego imieniem nazwano też źródło, dwa osiedla mieszkaniowe, aleję, dworek w centrum i hotel. A przede wszystkim, już od 1946 r. organizowany jest tu Międzynarodowy Festiwal Chopinowski.

Spośród koronowanych głów jako pierwszy do miasta zawitał Jan Kazimierz. Zaledwie jeden dzień pobytu króla w Dusznikach upamiętnia tablica na kamienicy nr 1 przy rynku, jego imieniem nazwano też centralny szpital uzdrowiskowy. Szpital jest otoczony rozległym parkiem zdrojowym, ograniczonym od zachodu Bystrzycą Dusznicką. Właśnie od tego miejsca zazwyczaj zaczyna się poznawanie miasta. Rzeka przecina je na całej długości, a wzdłuż jej brzegów, na znacznym odcinku, ciągną się szpalery spacerowe.

W najbliższym sąsiedztwie „Jana Kazimierza”, zwanego przez duszniczan „Kazikiem”, stoi XIX-wieczny dworek (dawny teatr zdrojowy), w którym występował Chopin. W dworku warto zobaczyć kolekcję popiersi kompozytora, znanych głównie z reprodukcji. Obelisk z wizerunkiem Chopina znajduje się też w parku – po prawej stronie przed głównym wejściem. Przed wejściem południowym znajdziemy też monumentalny pomnik pianisty projektu Jana Kuczy.

Zjeżdżając do Dusznik z drogi krajowej, wiodącej z Kłodzka do Kudowy Zdroju, tuż nad Bystrzycą Dusznicką, stoi charakterystyczny barokowy budynek papierni. Pierwszy młyn papierniczy powstał tu w 1562 r., obecny (fundowany przez Gregora Kretschmera) – w 1605 r. W obiekcie, jednym z nielicznych tego rodzaju w Europie, urządzono muzeum. Nie tylko ogląda się w nim eksponaty, ale papier można tu sobie zrobić. Obecna papiernia należy do najcenniejszych zabytków techniki w Europie.

Z kolei Jamrozowa Polana ma uprawnienia do organizacji Mistrzostw Świata w Biathlonie. 31 sierpnia rozpoczynają się w mieście Mistrzostwa Polski z udziałem kadry olimpijskiej.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:08

W CIENIU ROSNĄCEGO DŁUGU

Napisane przez

Moment był idealny: Polacy rozjechali się na wakacje, media zajęły się pościgiem za lekkimi, letnimi tematami, a i rynki kapitałowe reagują ospale. Pod koniec lipca Sejm znowelizował ustawę o finansach publicznych, zawieszając pierwszy z zapisanych w niej progów oszczędnościowych – 50-procentowy. Odsuwa to konieczność dokonywania bolesnych cięć, ale też otwiera drogę do dalszego zadłużania państwa.

Przegłosowane w samym środku lata zmiany zakładają zawieszenie w 2013 roku ograniczeń w relacji deficytu budżetowego do dochodów. Bez takiego zabiegu nie byłoby możliwe zrealizowanie rządowego planu, by zwiększyć deficyt do 50 miliardów złotych, przy 300 mld zł dochodów. Problem w tym, że już w 2012 r. dług sięgnął poziomu 52,7 proc. PKB, co oznaczało, że w tym roku deficyt nie mógłby przekroczyć ubiegłorocznego poziomu. Tyle że minister Jacek Rostowski nieco wcześniej ujawnił, że niedobór w budżecie będzie większy aż o 16 mld złotych.

Głosowanie było dalekie od formalnego przyklepania zmian, Sejm podzielił się bowiem niemal idealnie po połowie: 235 posłów opowiedziało się za nowelizacją, 210 przeciw, a pięciu – w tym trzech parlamentarzystów PO – wstrzymało się od głosu. Wspomniana trójka buntowników w PO to Jarosław Gowin, John Godson i Jacek Żalek. Ich niesubordynacja została odebrana jako „manifestacja przeciw klubowi” i może doprowadzić do zawieszenia ich w prawach członka klubu PO.

Diabelska alternatywa

- Zawieszenie pierwszego progu ostrożnościowego było konieczne, żeby móc wybrać czy zwiększamy deficyt, czy tniemy do kości wydatki – tłumaczył zabiegi rządzącej koalicji premier Donald Tusk. Gdyby nowelizacja upadła w Sejmie, potrzebne resortowi finansów 25 mld zł trzeba byłoby zebrać albo poprzez cięcia wydatków, albo podwyżkę podatków. Szef rządu zapewniał jednocześnie, że nie ma planu, by zawiesić drugi – 55-procentowy – próg ostrożnościowy. Próg 60-procentowy jest już właściwie „nie do ruszenia”. Jest zapisany w konstytucji.

Opozycja murem stanęła przeciw nowelizacji. Nawet początkowo opowiadający się za projektem klub PiS w ostatecznym głosowaniu zagłosował przeciwko. – Gdyby taki ruch zaproponował Jarosław Kaczyński, mielibyśmy atak, że jest to nieodpowiedzialne i niepoważne – komentował z kolei, w dosyć zaskakujący sposób, Leszek Miller. Jego zdaniem, koalicja rządowa przypomina pilota, ignorującego ostrzeżenie autopilota – „pull up, pull up”. – Jak to się kończy, wszyscy wiemy – kwitował szef SLD.

Zdaniem członka Rady Gospodarczej przy Premierze, profesora Witolda Orłowskiego, wysokie zadłużenie państwa to konsekwencja wieloletnich zaniedbań kolejnych gabinetów rządowych. Tyle że w obecnej sytuacji nie było innego wyjścia. – Zwiększenie deficytu budżetowego ma uzasadnienie ekonomiczne: w tej chwili nie należy wprowadzać drastycznych cięć, które hamowałyby gospodarkę – twierdzi ekspert.

Po uszy w długach

W kłopotach tkwi nie tylko budżet centralny, ale też finanse samorządów. Ich zadłużenie wzrosło dwukrotnie na przestrzeni ostatnich czterech lat. Z jednej strony wynikało to gwałtownego przyspieszenia rozwoju lokalnych społeczności oraz związanych z tym inwestycji. Z drugiej jednak, doprowadziło do sytuacji, w której w 2012 r. aż 89 jednostek samorządowych przekraczało dopuszczalny konstytucyjny limit zadłużenia – co, przynajmniej teoretycznie, powinno prowadzić do ustanowienia zarządu komisarycznego.

W skali całej Polski sytuacja może nie jest jeszcze dramatyczna: średnie zadłużenie polskiej gminy to 32,3 proc. rocznych dochodów. Chętnie pożyczają samorządy z Zachodniopomorskiego, gdzie wskaźnik ten wynosi aż 41 proc. Na przeciwnym biegunie sytuuje się z kolei Lubelszczyzna, gdzie przeciętna gmina jest zadłużona na poziomie 26,8 proc. rocznych dochodów. Skądinąd, regułą jest niższe zadłużenie JST z centralnych i wschodnich regionów Polski, co tłumaczy się słabszym rozwojem tych terenów.

Jednak oprócz samorządów, które trzymają swoje długi w ryzach, trafiają się też niechlubne wyjątki. Rekordowym zadłużeniem wyróżniają się choćby miasta, w których odbywały się mecze EURO 2012. W zeszłym roku poziom długu w Poznaniu sięgnął 67,3 proc. rocznych dochodów. We Wrocławiu było to 63,5 proc., w Warszawie – 47,7 proc. Ale i te przykłady bledną przy Toruniu – zadłużonym na poziomie 84,3 proc. – Samorządy beztrosko zaciągają kredyty na realizację projektów unijnych. Za te długi nie grożą wprawdzie sankcje administracyjne, ale koszty obsługi zadłużenia są ogromne i pogrążają finanse gminy – mówi Piotr Teisseyre ze Stowarzyszenia Klon/Jawor, prowadzącego serwis naszakasa.org.pl. – Spłata długów z odsetkami może być zmorą samorządowców przez wiele lat. W latach 2009-2012 koszty obsługi wzrosły ponad dwukrotnie – ostrzega. Tym bardziej, że wpływy z podatków maleją.

Nadwyżka jeszcze w tym roku?

Co gorsza, może to być dopiero początek kłopotów. Już w przypadku budżetów na 2014 r. będzie obowiązywać tzw. indywidualny wskaźnik zadłużenia – skomplikowany algorytm obliczania oparty na danych z trzech ostatnich lat, uzależniający wielkość dopuszczalnego zadłużenia od relacji nadwyżki do ogółu dochodów.

- Preferuje on przede wszystkim największe miasta. Mam tu na myśli Warszawę czy Kraków, a nie Kielce – tłumaczy Barbara Nowak, skarbnik kieleckiego ratusza. – Upraszczając, we wzorze olbrzymią rolę odgrywają wypracowane dochody. A o te łatwiej, gdy można liczyć na wysokie wpływy z tytułu podatków – dodaje. Potwierdzają to symulacje Krajowej Rady Regionalnych Izb Obrachunkowych, z których wynika, że kłopoty z uchwaleniem budżetu mogłoby mieć aż 138 JST. W takim scenariuszu, przy przekroczonym progu zadłużenia, budżet musiałyby najprawdopodobniej uchwalać… Regionalne Izby Obrachunkowe.

Póki co, samorządy wolą więc ciąć na potęgę. W pierwszym półroczu 2013 r. osiągnęły w ten sposób 8-miliardową nadwyżkę. Dochody JST w ciągu tych sześciu miesięcy sięgnęły poziomu 91 mld zł, przy 83 mld złotych wydatków. Poziom zadłużenia w stosunku do końca 2012 r. zmniejszył się o 1,9 proc. – do 66,5 mld zł. Samorządowcy ambitnie zapowiadają, że jeszcze w tym roku – po raz pierwszy od 2007 r. – odnotują nadwyżkę. Pozostaje mieć nadzieję, że nie obiecują gruszek na wierzbie.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:08

NIECHCIANE KRAJOWE DROGI

Napisane przez

Dobra infrastruktura i położenie blisko głównych szlaków komunikacyjnych to dla samorządu szansa na rozwój. Okazuje się jednak, że tylko w teorii. Bo droga krajowa biegnąca przez gminę – zamiast być atutem – okazuje się przekleństwem. Jak to często bywa, problemem są pieniądze.

Permanentny problem z drogą krajową mają władze Drawska Pomorskiego. DK 20 przebiega przez samo centrum miejscowości. – Od lat ten odcinek nie jest remontowany. A to co było robione do tej pory, trudno nazwać remontem. Załatanie dziury to nie remont! Trzy miesiące temu chciałem przejąć tę drogę, aby móc ją naprawić. Ale to według obowiązującego prawa nie jest możliwe – mówi Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego.

Podobna sytuacja jest w położonym kilkanaście kilometrów dalej Złocieńcu. – Na terenie naszej gminy znajdują się dwa newralgiczne punkty. Oba są położone na drodze krajowej numer 20. Nie ma tam ani krzyżówki, ani żadnego dobrze oznakowanego przejazdu. W efekcie ten odcinek trasy jest niebezpieczny. Zarezerwowaliśmy nasze grunty, żeby powstał tam węzeł drogowy. Jednak mimo to, nic się nie zmienia. Chociaż na własny koszt zrobiliśmy oświetlenie, to wciąż nie możemy doprosić się nawet ułożenia chodnika. To nasza największa bolączka. A co najważniejsze, to jest jedyna droga krajowa w okolicy – mówi Waldemar Włodarczyk, burmistrz Złocieńca w województwie zachodniopomorskim.

Dlaczego gmina nie może naprawić drogi, która leży na jej terenie? Bo ulice leżące w ciągu dróg krajowych należą do skarbu państwa – tak mówi ustawa. Z tego prostego powodu jej zarządcą jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. A gmina, czy powiat, nie mogą płacić swoimi pieniędzmi za coś, co do nich nie należy.

Droga przez mękę

Samorządy mimo to robią wszystko, żeby tę sytuację zmienić. – Właściwie nie wychodzę z gabinetu szefa oddziału szczecińskiego GDDKiA. Mam kilka grubych skoroszytów z monitami w tej sprawie. Niczego nie chcę sugerować, ale wygląda to na zwykłą złośliwość. To jest odcinek długości 5 kilometrów biegnący przez miasto. Jego remont kosztowałby około 9 milionów złotych. Dlaczego nie może podzielić go na etapy i po kolei remontować każdego fragmentu? – mówi burmistrz Ptak. Jak dodaje, sprawa jak zwykle rozbija się o pieniądze. – Cały czas słyszę, że nie mają środków na remont tej drogi – mówi burmistrz Ptak. Podobnie bezsilny jest burmistrz Włodarczyk. – Już nawet nie pamiętam, ile razy interweniowałem w GDDKiA. Urzędnicy jak mantrę powtarzają, że nie mają pieniędzy – mówi.

A jest o co walczyć. Dobrej jakości droga nie tylko pozytywnie wpływa na wizerunek miasta, ale jest wręcz w stanie przyciągnąć inwestorów. – Dla mnie estetyka miasta jest bardzo istotna. Remontujemy kamienice, wyburzamy stare budynki. Dbamy o jego wizerunek. A tu taka zakała w samym centrum! Również dla inwestorów to prawdziwy dramat. Wzdłuż tej trasy ciągnie się specjalna strefa ekonomiczna, która bardzo dobrze funkcjonuje. Zagraniczne delegacje są w szoku, jak możemy żyć z taką drogą. Tam, gdzie jest dobra droga, od razu miasto się lepiej rozwija. Wszystko oddałbym, żeby można ją było wyremontować.

Droga jak kukułcze jajo

Nie zawsze jednak samorządy rwą się do tego, by remontować „cudzą” infrastrukturę. Najczęściej sytuacja wygląda zgoła inaczej. Zgodnie bowiem z obowiązującym zapisem ustawy, odcinki dróg krajowych – z chwilą oddania do użytkowania ekspresówki – stają się drogami tych gmin, przez których tereny administracyjne przebiegają. Dlatego, paradoksalnie, prawdziwe problemy samorządów zaczęły się wraz z infrastrukturalną modernizacją Polski.

To, co dla rządu przed Euro 2012 było powodem do dumy, u samorządowców powoduje ból głowy. Bo wraz z rosnącymi jak grzyby po deszczu ekspresówkami i autostradami dotychczasowe drogi krajowe przechodziły pod opiekę gmin. Często jest tak, że ubogiego samorządu nie stać na remonty kilometrów szos. Droga więc niszczeje. Taka właśnie sytuacja jest między innymi w Swarzędzu, Łubowej i Pobiedziskach. Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie jest zarządcą dawnej drogi krajowej numer 5 z Poznania do Gniezna. Co to oznacza dla samorządów i dla kierowców?

Jeszcze w zeszłym roku trasa z Poznania do Gniezna była drogą krajową, ale po oddaniu do użytku ekspresowej „piątki”, zgodnie z przepisami, stała się tylko drogą gminną. Potwierdził to w środę Naczelny Sąd Administracyjny. – Dla gminnych budżetów to katastrofa. Samo utrzymanie letnie i zimowe drogi to koszt około miliona złotych, a na konieczny remont drogi od Pobiedzisk do Bugaja potrzeba 27 mln zł – mówił w rozmowie z Polskim Radiem burmistrz Pobiedzisk Michał Podsada. Rocznie na wszystkie inwestycje gmina ma nawet 8 milionów złotych. Dla kierowców oznacza to, że niestety, dawna krajowa piątka będzie w coraz gorszym stanie. A to prowadzi do spowolnienia ruchu, większej ilości wypadków i coraz gorszego stanu nawierzchni. Podobny problem miały gminy w województwie zachodniopomorskim. Po wybudowaniu drogi ekspresowej S3 musiały „przygarnąć” dawną krajową „trójkę”.

Jedni budują, inni płacą

Problem spornych dróg nie ogranicza się jednak tylko do ich konserwacji. Konflikt dotyczy też infrastruktury okołodrogowej. Najczęściej tego, kto ma płacić za oświetlenie ekspresówek, biegnących przez teren należący do samorządu. Ostatnio w takiej sytuacji znalazła się gmina wiejska Słupsk. Samorząd musi zapłacić Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za oświetlenie obwodnicy znajdującej się na terenie gminy. Taką decyzję podjął pod koniec lipca Sąd Okręgowy w Słupsku. Gmina płacić nie chciała, bo samorządowcy twierdzili, że nie mieli wpływu na powstanie trasy. Sąd uznał natomiast, że samorząd musi płacić za oświetlenie obwodnicy, bo trasa nie jest drogą płatną. W sumie gmina będzie musiała zapłacić GDDKiA około dwustu tysięcy złotych. Eksperci tłumaczą, że źródłem problemów jest skomplikowana struktura zarządzania drogami i pomijanie lokalnej specyfiki w infrastrukturze.

– Po pierwsze utrzymanie dróg krajowych jest bardzo kosztowne i większość samorządów na to nie stać – mówi Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. – Jednak, co ważniejsze, powinny funkcjonować co najwyższej dwa poziomy zarządzania. Powinno się zlikwidować chociażby Zarządy Dróg Powiatowych i oddać je we w administrowanie gminom. Drogami Krajowymi powinna zarządzać GDDKiA. No chyba, że taka droga ma duże znaczenie lokalne. Wtedy wpływ na nią powinna mieć władza lokalna – dodaje.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:07

GRUNT TO ZIEMIA

Napisane przez

Od 5 grudnia ubiegłego roku szczecinianie co jakiś czas przeżywają najazd oflagowanych ciągników na miasto. W ten sposób rolnicy z województwa protestują przeciwko zbywaniu ziemi należącej do Skarbu Państwa osobom, które z prowadzeniem gospodarstwa nie mają nic wspólnego. Rozdysponowaniem gruntów zajmuje się Agencja Nieruchomości Rolnych. Ten proces ma się zakończyć w 2013 r. Ziemi do podziału jest coraz mniej.

27 czerwca około dwudziestu rolników z całego Zachodniego Pomorza przyjechało do Wałcza, by wesprzeć rolników z powiatu wałeckiego i zablokować trzy przetargi na zakup ziemi w okolicach Marcinkowic (gmina Tuczno). Przetargi miały odbyć się w terenowym oddziale Agencji Nieruchomości Rolnych. Chodzi przede wszystkim o to, jak wyjaśniał rzecznik protestujących i rolnik z powiatu pyrzyckiego, Robert Tarnowski, by ograniczyć zakup ziemi przez osoby, które się z niej nie utrzymują. Takimi samymi słowami podsumowuje sytuację jeden z liderów protestu, Edward Kosmal – przewodniczący Komitetu Protestacyjnego Rolników Województwa Zachodniopomorskiego i przewodniczący „Solidarności” Rolników Indywidualnych Pomorza Zachodniego.

Według protestujących podczas przetargów dochodzi do nadużyć i ziemia trafia „w obce ręce”. Sposobem, by mogli ją nabyć cudzoziemcy, są tzw. słupy.

Słupy to ani sposób nowy, ani wyłącznie polski. Podstawione osoby biorą udział nie tylko w obrocie ziemią, ale uważane są za podstawę biznesowych przekrętów. Odegrały kluczową rolę m.in. w aferze paliwowej, przy wyłudzaniu zwrotów podatku VAT przy rzekomym eksporcie złomu i, popularnym ostatnio, wątpliwym recyklingu elektrośmieci.

Na czym polega kant?

Zgodnie z założeniami, ziemia należąca do Skarbu Państwa miała być przeznaczona na powiększanie rodzinnych gospodarstw – o powierzchni od 1 do 300 hektarów. Tymczasem masowo wykupują ją cudzoziemcy. Polską ziemią zainteresowani są m.in. Holendrzy, Duńczycy, Francuzi, którzy sami nie mogą stawać do przetargu (takie ograniczenie obowiązuje od 2004 r., kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej). W łańcuszku od ANR do rzeczywistego nabywcy gruntu wstawiają więc „słupy”, czyli podstawione osoby.

Cena ziemi klasy IIIb i IV przeznaczonej do zbycia w województwie zachodniopomorskim (obowiązująca od 20 grudnia 2012 r.) została ustalona przez rzeczoznawcę – na zlecenie agencji – na 17 533,70 zł za hektar, podobnie jak w województwach lubuskim – 17 504,10 zł, i małopolskim – 17 692,50 zł. W mazowieckim jest to już 25 391,90 zł, a najdroższe grunty są w Wielkopolsce – 35 535,80 zł – i województwie kujawsko-pomorskim – 32 247,3 zł. Według protestujących 17,5 tys. zł za hektar to cena korzystna dla polskich rolników – tych rzeczywiście utrzymujących się z ziemi, za to często obciążonych kredytami. Jednak na przetargach nie mają szans, bo cena jest windowana przez słupy nawet do 40 tys. zł za hektar.

Dlaczego Duńczykowi czy Holendrowi miałoby się opłacać nabycie ziemi za tę cenę, a nawet podwyższenie stawki? − Ponieważ jest wtedy i tak o wiele tańsza niż za granicą. W Holandii grunt kupuje się średnio za 40 tys. euro za hektar. Więc ta cena wciąż jest atrakcyjna – argumentuje Marek Olech, burmistrz Pyrzyc, który pojawił się w Wałczu razem z grupą protestujących rolników. − W dodatku pieniędzy na zakup maszyn rolniczych Holender również nie zostawi w Polsce, a kupi je w swoim kraju – dodaje burmistrz.

− Pośrednikowi, czyli właśnie słupowi, trzeba dorzucić od 2 do 3 tys. zł za hektar – taką stawkę przytaczają rolnicy, ale tak naprawdę nikt nie potrafi określić stuprocentowo, jaka jest cena za pośrednictwo.

Mobilizacja

− Zwołujemy się telefonicznie. Wczoraj byliśmy w Szczecinie, dzisiaj jesteśmy w Wałczu. Te przetargi udało się nam zablokować, czekamy na decyzję, co z zaplanowanymi na jutro. Jeśli nie zostaną odwołane, akcję powtórzymy – zapowiadają protestujący. Mają się czym zająć – co prawda, w powiecie wałeckim ziemi wchodzącej w skład Zasobów Własności Rolnej Skarbu Państwa pozostało 173 ha – najmniej ze wszystkich powiatów województwa zachodniopomorskiego, ale za to w całym województwie jest jeszcze 117 tys. ha.

− Oddział Terenowy ANR w Szczecinie dwukrotnie organizował przeprowadzenie sześciu przetargów ustnych ograniczonych na sprzedaż nieruchomości rolnych oznaczonych w ewidencji gruntów jako działki nr: 492/2 o powierzchni 30,7857 ha, 492/3 − 30,7966 ha, 492/4 − 27,9323 ha, 492/5 − 28,0842 ha, 492/6 − 28,0836 ha, 2/4 − 27,0345ha – poinformowała Elżbieta Kurpiel z sekcji organizacyjno prawnej OT ANR w Szczecinie. W związku z tym Marek Olech zadaje kolejne pytanie. Dlaczego agencja dzieli ziemię na takie duże działki? − Rolników nie stać na jednorazowy zakup 30 hektarów – podkreśla.

Do OT ANR w Wałczu wezwano policję. Obyło się jednak bez interwencji. – Nikt się nie przepycha. Nie szarpie. Nasz przyjazd jest pokojowy, więc policjanci nie musieli interweniować i odjechali – mówił o sytuacji w siedzibie ANR jeden z rolników.

Porozumienie z ministrem

Według rolników przetarg miał być ofertowy pisemny, do czego agencja była zobligowana. − Najlepszy sektor, jaki pozostał, to ziemia, ale drobni rolnicy przy jej zakupie są dyskryminowani. Jeśli przetarg będzie miał charakter ofertowy pisemny, to część osób z obecnej listy do niego nie przystąpi – wyjaśniają. – Nie będą mogły brać w nim również udziału osoby reprezentujące spółki. Zwiększą się szanse rolników indywidualnych – dodają.

Przetargi rozpisane na 27 i 28 czerwca w Wałczu miały się odbyć ustnie.  − Różnica polega na ocenie i wadze tych kryteriów podczas rozstrzygnięcia przetargu – wyjaśnia Elżbieta Kurpiel. − W przetargu ograniczonym ustnym wygrywa ten kandydat, który wylicytuje najwyższą cenę, a w przetargu ograniczonym pisemnych ofert o rozstrzygnięciu, oprócz ceny proponowanej przez oferenta, decydują jeszcze takie czynniki, jak np. wielkość posiadanego gospodarstwa rodzinnego, odległość sprzedawanej nieruchomości od siedziby gospodarstwa oferenta, dotychczas nabyte grunty od ANR, wsparcie uzyskane w ramach PROW na 1 ha użytków rolnych czy wsparcie uzyskane w ramach programu „Młody rolnik” – tłumaczy.

Teoretycznie 11 stycznia br. minister rolnictwa i rozwoju wsi Stanisław Kalemba podpisał z rolnikami porozumienie. – Według jego postanowień cena nie miała być najważniejszym kryterium przy zakupie ziemi – mówią dziś rolnicy. Pozostałe wyznaczniki to m.in. wiek rolnika, młodszy − jak wyjaśniają protestujący − będzie dłużej pracował,  czy też odległość jego gospodarstwa od ziemi wystawionej na sprzedaż. A także fakt, czy osoba biorąca udział w przetargu po 1992 r. kupiła ziemię i ją zbyła – wówczas pojawia się podejrzenie, że spekuluje gruntem. Burmistrz wystawia zaświadczenie, że osoba przystępująca do przetargu ma już ziemię i jest zameldowana na terenie gminy, gdzie zamierza ją dokupić, bądź w graniczącej z tą gminą.

Pole jak grządka

Rolnicy domagają się sprawdzenia osób przystępujących do przetargu – tych, co do których mają podejrzenie, że spekulują ziemią. − Na liście figuruje m.in. Krystyna K. Nikt jej nie zna – zauważa protestujący rolnik. – W ANR nikt sobie trudu nie zadaje, żeby takie osoby sprawdzić – mówi z kolei Tarnowski. – To nie jest też zadanie rolników, by pilnować źródła pochodzenia kapitału osób startujących w przetargach.

Inną osobą na liście jest Jerzy K., który również uważany jest za figuranta. Rolnik z Lubieszy (gmina Tuczno) zastanawia się, skąd właściciel niewielkiego sklepu, którego zna, ma takie pieniądze. Jest przekonany, że K. kupuje ziemię na zlecenie.

Inny protestujący dodaje jeszcze, że osoba przystępująca do przetargu musi mieć minimum jeden hektar ziemi. To czyni ją gospodarzem. – Na takiej zasadzie równie dobrze za rolnika można uważać kogoś, kto mieszka w bloku i ma szpadel w piwnicy – kwituje kąśliwie.

Jaka jest skala nadużyć?

Na 550 przeprowadzonych w 2012 r. przetargów zaledwie trzy sprawy ANR skierowała do prokuratury.

Od przeprowadzenia przetargów można odstąpić, jak wymienia Elżbieta Kurpiel, na podstawie szeregu aktów prawnych i porozumień. Należą do nich rozporządzenie ministra rolnictwa i rozwoju wsi z 30 kwietnia 2012 r., w sprawie szczegółowego trybu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa; Zarządzenie Prezesa ANR z dnia 18 stycznia 2013 r. w sprawie sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa; ustalenia z dnia 11 stycznia 2013 r. zawarte w porozumieniu pomiędzy ministrem rolnictwa i rozwoju wsi, prezesem ANR, a Międzyzwiązkowym Komitetem Protestacyjnym Rolników Województwa Zachodniopomorskiego; porozumienie zawarte w dniu 19 marca 2013 r. pomiędzy Zachodniopomorską Izbą Rolniczą, a Oddziałem Terenowym ANR w Szczecinie. Odstąpienie może nastąpić również na wniosek upoważnionego przez Izbę Rolniczą członka komisji albo po zgłoszeniu sprzeciwu Izby Rolniczej, w związku z uzasadnionymi wątpliwościami odnośnie osób mających uczestniczyć w przetargu.

− W Wałczu decyzja o odstąpieniu od przetargów, którą podjął zastępca dyrektora Krzysztof Fidosz, została niejako wymuszona – informuje Elżbieta Kurpiel. − Do dnia, w którym miały odbyć się pierwsze przetargi, do OT ANR nie wpłynął żaden wniosek o ich odwołanie z uwagi na wątpliwości co do osób zakwalifikowanych do wzięcia w nich udziału. Grupa rolników, reprezentująca Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjny Rolników Województwa Zachodniopomorskiego, która przybyła do Wałcza na przetarg w charakterze obserwatorów, zakłócając pracę komisji przetargowej, nie pozwoliła na przeprowadzenie licytacji.

Grupa protestujących domagała się odwołania wszystkich przetargów ograniczonych w Marcinkowicach i ogłoszenia przetargów ograniczonych pisemnych ofert. Wobec takiej sytuacji nie było innego wyjścia, jak odwołanie przetargów.

Aktualnie analizowana jest sytuacja związana z zaplanowanymi przetargami. OT ANR oczekuje również na stanowisko Zachodniopomorskiej Izby Rolniczej, do której obowiązków należy analiza sytuacji środowiska rolniczego i wydanie stosownej opinii. W chwili obecnej nie są też jeszcze ustalone terminy kolejnych przetargów na nieruchomości w Marcinkowicach.

Obcokrajowcy będą mogli nabywać ziemię w Polsce dopiero po 2 maja 2016 roku. Nie ma jednak wątpliwości – a przynajmniej nie mają ich rolnicy – że proceder trwa już teraz, poprzez „słupy”. Siłą rzeczy trudno jednak ocenić, jaka jest skala zjawiska. Jeden z rolników podchodzi do mapy województwa zachodniopomorskiego. – Weźmy powiat pyrzycki. Tyle jest polskiego – mówi i pokazuje skrawek północno-zachodni. − Pozostała część już jest w rękach duńskich i holenderskich. Wolin jest francuski – mówi. Batalia trwa.

IV kadencja Senatu (1997 – 2001) przebiegała pod znakiem prac nad czterema wielkimi reformami: administracyjną, oświatową, emerytalną i zdrowotną. Zaczęto od reformy administracyjnej, zmierzającej do powołania samorządowych powiatów i województw. Prace toczyły się pod presją czasu, bowiem w 1998 r. kończyła się kadencja władz gmin. Złapanie oddechu i opóźnienie wyborów samorządowych – tak, by można było łącznie wybierać legislatury wszystkich trzech poziomów samorządu, było przedmiotem pierwszej ustawy, związanej z ta reformą, rozpatrywanej przez Senat. Było to tak…

27 marca 1998 r. wicemarszałek Donald Tusk rozpoczął o godz. 11:00 dziesiąte posiedzenie Senatu. Porządek dzienny tego posiedzenia obejmował jeden tylko punkt: stanowisko Senatu w sprawie ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja wyborcza do rad gmin.

Sprawozdania komisji senackich zostały senatorom dostarczone później niż na regulaminowe trzy dni przed posiedzeniem. Ustawa została bowiem uchwalona przez Sejm 20 marca 1998 r., więc Marszałek Senatu Alicja Grześkowiak dopiero 24 marca 1998 r. mogła skierować ją do Komisji Ustawodawczej oraz do Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej. Opóźnienie zostało na wstępie posiedzenia oprotestowane przez senatorów opozycji. Łatwiej było przeboleć to naruszenie procedury, bowiem ustawa zawierała tylko jeden merytoryczny przepis. Dodawała do gminnej ordynacji wyborczej nowy art. 121a w brzmieniu:

„Art. 121a. Termin wyborów do rad gmin w 1998 r. wyznacza się w trybie i na zasadach określonych w niniejszej ustawie, na dzień ustawowo wolny od pracy, przypadający w okresie stu dwudziestu dni po upływie kadencji.”

Było to rozstrzygnięcie niezwykłe, gdyż zwykle wybory przeprowadza się przed końcem kadencji. Już sprawozdania komisji były emocjonalne. Sprawozdawca Komisji Ustawodawczej, senator Piotr Andrzejewski poinformował Izbę, że jego komisja porównała zakres ustawy z obowiązującym systemem prawnym „pod kątem jej zgodności, komplementarności i niesprzeczności tak, aby udrożnić charakter i sposób funkcjonowania ordynacji”. Uznał, że ta incydentalna ustawa, „wyjątkowo związana z charakterem fundamentalnej reformy państwa w zakresie administracji publicznej, podziału terytorialnego kraju, decentralizacji samorządu, powinna wyprzedzać rozwiązania fundamentalne dla transformacji ustrojowej i reform w Polsce”.

Sprawozdawca mniejszości Komisji Ustawodawczej, senator Jerzy Adamski, zaproponował  odrzucenie w całości tej ustawy. Skrytykował argumentację wnioskodawców (był to projekt poselski). Ich sztandarowym argumentem była oszczędność. Twierdzili, że wybory gminne, powiatowe i wojewódzkie będą tańsze, jeżeli odbędą się razem. Po co dzielić na wybory gminne, a później pozostałe. Mniejszość Komisji Ustawodawczej reprezentowana przez Jerzego Adamskiego nie zgadzała się z taką argumentacją. Uważała, że przesunięcie terminu wyborów, które proponuje Akcja Wyborcza Solidarność, wcale nie ma związku z reformą kraju, bowiem gminy i ich organy nie były jej przedmiotem. 19 czerwca 1998 r. miał przestać działać organ stanowiący, czyli rada gminy, a pozostać miał tylko organ wykonawczy, czyli zarząd gminy. Taka prowizoryczna sytuacja mogła trwać do dziesięciu miesięcy. Prace nad ustawami: wojewódzką i powiatową dopiero rozpoczynano.

Podobnie podzieliła się Komisja Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, na większość za i mniejszość przeciwko ustawie. W debacie senatorowie opozycji kontynuowali atak na ustawę, rozpoczęty przez sprawozdawców mniejszości obu komisji, pytając, co będzie, jeżeli do września 1998 r. nie zostaną przygotowane i przyjęte akty normatywne, umożliwiające wybory do rad powiatowych i rad wojewódzkich. Co się wówczas stanie? Czy we wrześniu odbędą się tylko wybory do rad gmin, czy też będziemy znów dostosowywać prawo i przedłużać to na następny rok, a zarządy gmin będą nadal funkcjonowały same? Przypominano, że niektóre kompetencje ustawa o samorządzie terytorialnym zastrzega wyłącznie dla rad gmin. To m.in. wybór i odwołanie zarządu gminy, uchwalanie budżetu gminy, określanie zasad nabycia, zbycia i obciążenia nieruchomości gruntowych oraz ich wydzierżawiania lub najmu na okres dłuższy niż trzy lata, zaciąganie długoterminowych pożyczek i kredytów. Tych funkcji kilka miesięcy nikt by nie wykonywał.

Przedstawiciel rządu, minister Jerzy Stępień, późniejszy prezes Trybunału Konstytucyjnego, przyznał się, że w gruncie rzeczy chodzi o to, by premierowi dać więcej swobody w określaniu terminu wyborów do podmiotów samorządowych, które mają za zadanie przejąć od rządu centralnego kompetencje i zadania. Skoro bowiem rząd ma przekazywać zadania i kompetencje, i wszystko zorganizować – to, oczywiście, wybory powinny odbyć się w takim terminie, żeby rząd mógł panować nad całym tym procesem. W przeciwnym razie może powstać chaos, a tego należy uniknąć za wszelką cenę. Przesunięcie terminu wyborów właśnie o 120 dni miało pozwolić na ucieczkę przed chaosem.

Opóźnienie wyborów miało też mieć – w opinii Jerzego Stępnia – błogosławiony wpływ na rozwiązanie całej masy różnego rodzaju problemów oraz zakończenie procesu legislacyjnego, przynajmniej w odniesieniu do najważniejszych aktów prawnych, w tym sensownego ustroju Warszawy.

Po debacie na chwilę spotkały się obie komisje – ustawodawcza i samorządowa – i, jak można było przewidzieć, rekomendowały Izbie przyjęcie ustawy bez poprawek. Tak się też stało i posiedzenie zakończyło się, według stenogramu, o godzinie 17.51. Kości zostały rzucone, nie było już innego wyjścia. Należało zdążyć z reformą w założonym terminie, bowiem czekały na to wszystkie polskie gminy, pozbawione przejściowo legislatur.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:05

INICJATYWY SAMORZĄDOWE PRZY MODERNIZACJI DRÓG

Napisane przez

Tekst ten dedykuję pamięci Grzegorza Stecha, dyrektora Zarządu Dróg Wojewódzkich w Krakowie w latach 1999-2013, twórcy i inicjatora programu Inicjatywy Samorządowe

Podstawową regułą, która powinna być respektowana przy wykorzystywaniu pieniędzy publicznych, jest celowość wydatkowania środków publicznych. Celowość postrzegana oczywiście z punktu widzenia realizacji zadań publicznych. Dlatego, zajmując się zagadnieniem finansów publicznych, nie można zapominać o konieczności celowego wydatkowania środków publicznych. Oznacza to konieczność nie tylko formalno-proceduralnego spojrzenia na finanse publiczne, ale również dokonania analizy kierunków wydatkowania środków publicznych.

Jednym z podstawowych kierunków wydatkowania środków publicznych w Polsce jest finansowanie infrastruktury komunikacyjnej. W głównej mierze – w zakresie budowy, modernizacji i remontów dróg. Jaki jest stan dróg w naszym kraju, wszyscy wiemy. Stąd też, ten kierunek wykorzystania środków publicznych nie budzi kontrowersji. Nikt nie kwestionuje celowości wydatkowania środków publicznych na drogi. Zwłaszcza, że istnieje także duża łatwość w ocenie efektów działań w tym zakresie.

Przy czym, zadania w zakresie budowy czy modernizacji dróg nie są oczywiście wolne od problemów. Dlatego, pisząc o braku wątpliwości co do celowości wydatkowania środków na drogi, nie mogę twierdzić, że sposób wykorzystania środków publicznych również nie budzi kontrowersji. Problemy drogowców dotyczą na przykład stosowania prawa. W tym, oczywiście, prawa zamówień publicznych, ale także trudności z wywłaszczeniami, wymogami związanymi z ochroną środowiska itd. Ale problemy w zakresie rozwoju infrastruktury drogowej wiążą się z również z bardzo przykrą dla nas wszystkich cechą środków finansowych – ich ograniczonością. Z problemem tym częściowo radzimy sobie, wykorzystując środki unijne, wydatkowane w ramach programów operacyjnych. Ale ja chciałbym zwrócić uwagę również na istnienie innych rozwiązań zwiększających możliwości instytucji wykonujących zadania zarządców dróg w zakresie realizacji zadań finansowanych  ze środków krajowych. Do takich rozwiązań zaliczyć należy program Inicjatyw Samorządowych (IS) realizowany od 2000 r. przez Zarząd Dróg Wojewódzkich w Krakowie.

Dziury w małopolskich drogach

Podstawą do powstania programu Inicjatywy Samorządowe był stan dróg przejętych do zarządzania przez województwo małopolskie w wyniku reformy administracyjnej w 1999 r. Z jednej strony fatalny stan dróg, w tym szczególnie w zakresie bezpieczeństwa użytkowników. Z drugiej strony, ograniczone środki finansowe, jakie na remonty i modernizacje dróg mogło przeznaczyć w pierwszym okresie województwo. Ponadto ważnym aspektem – dającym podstawę do rozpoczęcia realizacji programu – było również założenie, że inwestycje drogowe realizowane w imieniu Małopolski przez ZDW w Krakowie, mimo istotnego znaczenia dla regionalnej sieci komunikacyjnej, w głównej mierze oddziałują jednak na zlokalizowane na trasie ich przebiegu gminy, których mieszkańcy oraz funkcjonujące na ich terenach podmioty gospodarcze będą bezpośrednimi odbiorcami osiągniętych celów przedsięwzięć inwestycyjnych.

Założenia te stały się podstawą do przygotowania i zaproponowania innym JST na terenie województwa współuczestniczenia w realizacji zadań inwestycyjnych w zakresie dróg wojewódzkich.

Dwie formy współpracy

Obowiązujące w naszym kraju przepisy prawne w sposób dość ogólny określają możliwości współpracy pomiędzy JST. Podstawą takiej współpracy są w zasadzie regulacje zawarte w ustawie o finansach publicznych. Przewiduje ona zasadniczo dwie jej formy. Po pierwsze, samorządy mogą wspólnie realizować zadania w formie porozumienia. Daje ono podstawę do przekazywania środków finansowych jako dotacji przyznanych na zadania realizowane na podstawie porozumień (umów) między JST. Takie finansowanie dotyczy realizacji zadań w zakresie działania podmiotu dotującego. Czyli w naszym przypadku, zadań wykonywanych w obszarze dróg wojewódzkich przez gminę lub powiat.

Druga forma współpracy opiera się na możliwości przekazania środków w formie dotacji celowej na pomoc finansową udzielaną między JST na dofinansowanie własnych zadań. Dotyczy to możliwości przekazania środków na finansowanie   zadań własnych dotowanego, zarówno bieżących, jak i inwestycyjnych – w tym zakupów inwestycyjnych. A więc taka sytuacja dotyczy przekazania środków przez gminę lub powiat dla województwa, wykonującego modernizację czy remont drogi wojewódzkiej.

Obie te formuły stały się podstawą do przygotowania szczegółowej Procedury Inicjatyw Samorządowych, stanowiąc wyjściowe zasady do zawierania porozumień z gminami i powiatami, na podstawie których następuje wspólna realizacja zadań. Merytorycznie obszarem tej współpracy są zadania z zakresu infrastruktury drogowej mające na celu poprawę bezpieczeństwa mieszkańców. Obejmują one budowę, przebudowę lub remont chodników, zatok autobusowych, sygnalizacji świetlnej, skrzyżowań oraz rond w ciągu dróg wojewódzkich. Oczywiście, w obszarze danej gminy czy powiatu.

Współdziałanie pomiędzy województwem a pozostałymi JST polega na wzajemnym świadczeniu sobie pomocy rzeczowej lub finansowej w celu zrealizowania konkretnego zadania będącego zadaniem własnym jednej jednostki. W oparciu o wcześniej omówione reguły obowiązujące w obszarze finansów publicznych przyjęto w procedurze dwie formy współpracy.

Pierwsza zakłada, że inwestorem zadania jest Zarząd Dróg Wojewódzkich. W takim przypadku zainteresowany powiat lub gmina udziela województwu pomocy finansowej. Druga formuła zakłada, że inwestorem zadania jest powiat lub gmina, na terenie której realizowane jest zadanie z zakresu infrastruktury drogowej. W takim przypadku województwo przekazuje środki w formie dotacji przyznanej na podstawie porozumień między JST. Zadanie bowiem dotyczy drogi, której zarządzanie jest przypisane województwu.

Jednolite kryteria doboru zadań

Procedura zakłada, że dobór zadań realizowanych w ramach Inicjatyw Samorządowych odbywa się na podstawie obiektywnych, jednolitych kryteriów. Opierają się one zarówno na wielkości partycypacji JST w kosztach przedsięwzięcia, jak i kryteriach pozafinansowych. Do kryteriów merytorycznych zaliczyć należy przede wszystkim stopień przygotowania zadania pod kątem formalnoprawnym oraz wskaźnik bezpieczeństwa ruchu drogowego. Dodatkowo oceniane jest także położenie chodnika względem jezdni (przy jezdni lub poza rowem).

Jest oczywiste, że tego typu inicjatywa spotkać się może ze sprzeciwem. Dlaczego samorząd województwa, realizując własne zadania, sięga po środki finansowe innych jednostek – zamiast przeznaczyć więcej środków własnych na zadania drogowe? W końcu gminy i powiaty również podlegają ograniczeniom finansowym. Podkreślić jednak należy, że uczestnictwo w programie jest dobrowolne. A spore zainteresowanie udziałem w nim, w całym jego okresie, potwierdza, że również partnerzy województwa małopolskiego ze zrozumieniem przyjęli wspomniane na początku wprowadzenie w życie programu Inicjatyw Samorządowych. I dostrzegają korzyści z niego płynące dla ich własnych jednostek.

947 wykonanych zadań

Efekty zaś prezentują się następująco: ogółem w latach 2000-2012, w ramach programu Inicjatyw Samorządowych na terenie województwa małopolskiego zrealizowano 947 zadań na łączną kwotę 307 019 tys. złotych. W zakresie merytorycznym przekłada się to na prawie 440 kilometrów chodników, ponad 140 kilometrów kanalizacji opadowej, 215 zatok autobusowych czy 973 metry kwadratowe parkingów. Wybudowano 25 przejść dla pieszych, przebudowano 10 skrzyżowań oraz zbudowano dwa ronda.

Współfinansowanie zadań przez inne samorządy umożliwiło większe zaangażowanie środków własnych do finansowania modernizacji i remontów dróg w ramach zadań własnych, czego przykładem może być droga wojewódzka 749, łącząca Kraków z północną granicą województwa. Ale przede wszystkim wykorzystanie większych środków województwa na wkład własny do projektów finansowanych ze środków unijnych.

I tak, w ostatnich latach, Zarząd Dróg Wojewódzkich w Krakowie wramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego oraz Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego zrealizował 43 projekty infrastrukturalne na łączną kwotę 1,381 mld zł, przy poziomie zewnętrznego dofinansowania 1,22 mld zł. Zbudowano w ten sposób 51 km nowych dróg, przebudowano 422 km dróg istniejących. Wybudowano 16 nowych mostów, a przebudowano 22 istniejące. I wszystko to przy wszystkich tych ograniczeniach i trudnościach występujących w zakresie realizacji zadań drogowych, o których pisałem na początku.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:04

RUCH TO GWARANCJA ZDROWIA I DOBREGO SAMOPOCZUCIA

Napisane przez

Rozmowa z Prezesem Zarządu Krajowej Federacji Sportu dla Wszystkich, Antonim Barą

Krajowa Federacja Sportu dla Wszystkich (KFSdW), od lat organizuje znane imprezy, projekty i inicjatywy sportowe o powszechnym, ogólnospołecznym charakterze. Jednak o samej organizacji wiemy niezbyt wiele. Mógłby Pan przedstawić bliżej Federację?

KFSdW jest organizacją zrzeszającą Stowarzyszenie Kultury Fizycznej i jego Związki oraz inne osoby prawne, których przedmiotem działania jest szeroko rozumiana kultura fizyczna. Jest platformą współdziałania członków w dziele upowszechniania kultury fizycznej, promowania zdrowego sportowego stylu życia, a tym samym podnoszenia zdrowia Polaków na wyższy poziom. Obecnie zrzeszamy 28 członków. Poprzez zrzeszone w Federacji organizacje pozarządowe chcemy docierać do wszystkich gmin i miast w Polsce z różnego rodzaju przedsięwzięciami sportowymi o jak największym odbiorze społecznym, aby móc jak najskuteczniej wpływać na poprawę sprawności fizycznej społeczeństwa oraz wspierać zdrowy styl życia. Federacja działa od 1996 r.

Europejski Tydzień Sportu dla Wszystkich i rozgrywany w jego ramach Sportowy Turniej Miast i Gmin to najlepiej znane inicjatywy Federacji. Jakie są najważniejsze założenia tej imprezy?

Sportowy Turniej Miast i Gmin jest polską wersją Światowego Dnia Sportu – Challenge Day, organizowanego corocznie przez TAFISA (The Association For International Sport for All), w ostatnią środę maja. Od 1988 r. organizatorem tej imprezy jest w Polsce KFSdW. W latach 2009-2011 KFSdW, na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki, organizowała Europejski Tydzień Sportu dla Wszystkich, w ramach którego rozgrywane były XV-XVII Sportowy Turniej Miast i Gmin. Mimo, że inicjatywa rozszerzenia formuły Światowego Dnia Sportu – Challenge Day – wyszła z TAFIS-y, oprócz Polski, żaden z krajów członkowskich nie przystąpił do jej realizacji w praktyce. Challenge Day, organizowany przez TAFISA, do tej pory rozgrywany jest na starych zasadach.

W 2012 r., kontynuując rozpoczęte działania, po raz piąty, w tym samym terminie: od 26 maja do 1 czerwca (od Dnia matki do Dnia Dziecka), na podobnych zasadach zorganizowaliśmy Europejski Tydzień Sportu dla wszystkich – XVIII Sportowy turniej Miast i Gmin. Koordynację Turnieju i jego ocenę na szczeblu krajowym prowadziła Centralna Komisja Turniejowa powoływana przez KFSdW. Promocję i koordynację Turnieju na szczeblu wojewódzkim prowadziły Wojewódzkie Komisje Turniejowe powoływane przy zarządach wojewódzkich TKKF.

Na szczeblu gminy miejskiej lub wiejskiej organizatorem turnieju był samorząd terytorialny, który powoływał własnego koordynatora albo zlecał to zadanie wybranej jednostce organizacyjnej lub stowarzyszeniu kultury fizycznej na swoim terenie.

Niezmienny też był cel tej imprezy?

Celem głównym imprezy, jak wszystkich podejmowanych przez nas inicjatyw, jest aktywizacja ruchowa jak największej liczby naszych obywateli, w szczególności tych, którzy nie uprawiają sportu, nie ćwiczą systematycznie, nie prowadzą aktywnego fizycznie trybu życia.

Zwróciłem się m. in. do wójtów, burmistrzów, prezydentów miast. Do dyrektorów przedszkoli, szkół, przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i właścicieli firm prywatnych, rektorów wyższych uczelni, trenerów, instruktorów, działaczy i animatorów kultury fizycznej o pomoc w organizacji imprezy. Pod patronatem samorządów lokalnych przygotowaliśmy bogaty program sportowy, turystyczny, rozrywkowy.

Kto może startować w STMiG?

Wszyscy mieszkańcy danego miasta lub gminy – zarówno osoby dorosłe, jak i przedszkolaki, uczniowie, studenci, pracownicy działających tam firm, a także wczasowicze. Warunkiem zaliczenia uczestnictwa w turnieju jest udział w zorganizowanych imprezach turniejowych: grach sportowych, zawodach (np. wędkarskich, tanecznych itp.), turystyce lub innej formie aktywności ruchowej. Zgłaszania udziału miasta lub gminy w Europejskim Tygodniu Sportu dla Wszystkich dokonuje właściwy organ samorządu terytorialnego. Pliki pobrane ze strony KFSdW, takie jak zgłoszenie, wykaz imprez oraz sprawozdanie z turnieju, po wypełnieniu przesyła on do Centralnej Komisji oraz umieszcza na swojej oficjalnej stronie internetowej.

Rywalizacja ogólnopolska odbywa się w 6 grupach: I grupa do 5 tys. mieszkańców, II od 5 tys. Do 7,5 tys. i analogicznie, do 15, 40, 100 tys. oraz powyżej 100 tys. mieszkańców. Kryteriami, decydującymi o punktach zdobytych przez dane miasto lub gminę, jest stosunek łącznej liczby osób startujących w imprezach turniejowych ludności do ogólnej liczby mieszkańców w procentach, iloczyn liczby zorganizowanych imprez i liczba dni, w których zostały przeprowadzone, a także łączna liczba startujących w testach Coopera przeprowadzonych w ramach turniejów. Punktacja każdego z kryteriów jest następująca: za I miejsce – liczba punktów równa liczbie startujących miast i gmin w danej grupie plus 1 pkt., za II zaś – liczba punktów równa liczbie startujących miast i gmin w danej grupie minus 1 pkt. itd., a za III minus 2 pkt. itd. Ostatnie miasto lub gmina w każdej grupie otrzymuje 1 pkt. Wynikiem łącznym jest suma punktów otrzymanych w trzech wymienionych wcześniej kryteriach.

Najlepsze miasta i gminy mogą liczyć na nagrody?

Nagrodą będzie sfinansowanie zakupu sprzętu sportowego, który laureaci wybiorą sobie sami. Środki finansowe na nagrody będą mogły być przeznaczone na zakup sprzętu sportowego stanowiącego wyposażenie obiektów sportowych, zgodnie z potrzebami i wyborem laureatów, z wyjątkiem sprzętu osobistego użytku np.: dresy, koszulki, buty itp. Bezpośrednimi odbiorcami sprzętu będą mogły być stowarzyszenia kultury fizycznej lub inne organizacje, wokół których skupia się życie sportowe danego terenu, wytypowane przez wskazane przez władze zwycięskich miast i gmin. W każdej grupie przewidziano nagrody pieniężne: za I miejsce – 10 tys. zł, II miejsce – 9 tys. zł, III miejsce – 8 tys. zł, za miejsca IV-X – po 4 tys. zł.

Ponadto 40 miast i gmin, które zajęły dalsze miejsca we wszystkich grupach, otrzyma po 3 tys. zł. Liczba przyznanych nagród będzie proporcjonalna do liczby startujących w każdej grupie miast i gmin. Pamiątkowe plakiety otrzyma 60 laureatów – 10 czołowych miast i gmin w każdej grupie. Szczegółowe dane można znaleźć na naszej stronie internetowej www.federacja.com.pl.

Kto patronuje tej ogromnej imprezie?

W roku bieżącym patronat nad V. Europejskim Tygodniem Sportu dla Wszystkich-XIX Sportowym turniejem Miast i Gmin objął Prezydent RP Bronisław Komorowski. Wzorem roku ubiegłego ufundował też przepiękne pamiątkowe puchary dla zwycięskich miast i gmin w swoich kategoriach.

Przybliżmy czytelnikom zwycięskie miasta i gminy.

W I grupie (do 5 tys. mieszkańców), zwyciężyła gmina Stepnica – woj. zachodniopomorskie, w II grupie (do 5 – 7,5  tys. mieszkańców), wygrało Postomino – woj. zachodniopomorskie, w III grupie (do 7,5 - 15 tys. mieszkańców), i miejsce zajął Popielów – woj. opolskie, w IV grupie ( 15 tys. – 40 tys. mieszkańców), zwyciężyła Limanowa – woj. małopolskie, w V grupie (40 tys. – 100 tys. mieszkańców) triumfowały Suwałki –woj. podlaskie, a w grupie VI (pow. 100 tys. mieszkańców), zwyciężyła Dąbrowa Górnicza – woj. śląskie.

W tym roku uroczyste podsumowanie turnieju połączone z wręczeniem nagród i wyróżnień odbędzie się 13-14 września na Zamku Królewskim w Niepołomicach. Oczywiście, serdecznie zapraszamy!

W roku bieżącym do Turnieju zgłosiło się ponad 500 gmin i miast. Łącznie blisko 2 mln uczestników w całej Polsce. Korzystając z okazji i gościnnych łam „GMINY”, pragnę jako Przewodniczący serdecznie podziękować w imieniu Centralnej Komisji Turniejowej władzom samorządowym, nauczycielom, wolontariuszom i wszystkim mieszkańcom gmin biorącym udział w turnieju. Szczególne słowa uznania kierujemy pod adresem bezpośrednich organizatorów imprez: działaczy społecznych TKKF i pozostałych 27 stowarzyszeń członków KFSdW. Bez ich ofiarności, zaangażowania i ciężkiej pracy osiągnięcie tak imponujących wyników niebyło by możliwe.

Gratulując wszystkim zwycięzcom i wyróżnionym, zapraszam już do udziału w VI Europejskim Tygodniu Sportu dla Wszystkich – XX. Sportowym turnieju Miast i Gmin 2014 wszystkie gminy i miasta Polski.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:03

KOZ-y do kozy!

Napisane przez

Lata mijają, rządy się zmieniają, a pomysły na poprawienie dostępności do usług medycznych – niby nowe, a jakoś dziwnie trącą myszką. Zdawało się, że stwór pod nazwą Zespół Opieki Zdrowotnej należy do przeszłości słusznie minionej. Tymczasem  odradza się on, niczym Feniks z popiołów, pod nazwą Koordynowana Opieka Zdrowotna (KOZ w skrócie).

Z ostatniego, ubiegłorocznego rankingu europejskiego wynika, że system opieki zdrowotnej w Polsce należy do…najgorszych w Europie. Przyczyną jest brak wykwalifikowanej kadry lekarskiej, przeznaczanie zbyt małej ilości środków na finansowanie oraz zła organizacja, czego następstwem jest limitowanie świadczeń.

Rodzinny filar systemu

Jeszcze kilka lat temu budowano instytucję lekarza rodzinnego. Właśnie medycyna rodzinna miała być filarem systemu. Początkowo zachłyśnięto się tym pomysłem – i tworzył nawet iluzję działań na miarę czasów i potrzeb. Oczekiwania rządzących były jednak inne od wcześniej deklarowanych. Sytuacja znacznie się skomplikowała, gdy lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, świadomi niedofinansowania świadczeń, zaczęli wymagać nie tylko od siebie, ale i od przedstawicieli administracji państwowej.

Postawili oni na partnerstwo w dziele reformowania opieki zdrowotnej. Znali potrzeby zarówno świadczeniobiorców (pacjentów), jak i świadczeniodawców (zakładów opieki zdrowotnej). Domagali się zatem odpowiednich nakładów na rozwój instytucji lekarza rodzinnego. Jednak urzędnicy nie szukali partnerów w środowisku lekarskim – przecież wiedzieli lepiej. Konsensus był ułudą. Medycy nie cieszyli się więc długo kompromisem wynegocjowanym z monopolistą, jakim jest NFZ, przez federację świadczeniodawców skupioną w „Porozumieniu Zielonogórskim”.

Niestety dzisiaj, dekadę po powstaniu tej organizacji w Zielonej Górze (2 sierpnia 2003 r.), jej członkowie stoją w obliczu kolejnego zamachu na pozycję lekarza rodzinnego. Pamięć władzy jest wybiórcza: zapomniano już o zamkniętych 1 stycznia 2004 r. przychodniach i protokole ustaleń z ówczesnym ministrem Leszkiem Sikorskim, który je ponownie przed pacjentami otworzył. Plan płatnika-monopolisty jest prosty: stopniowo ograniczać środki przeznaczane na POZ i przedstawiać go jako największe źródło kosztów w systemie. A przecież to lekarze POZ udzielili w 2012 r. około 140 milionów porad. Jaki jest sens comiesięcznego wysyłaniatych danychdo NFZ, kiedy azymut jest jeden: zniszczyć ideę lekarza rodzinnego, bo… wymyślili ją poprzednicy?

Lektura na letnie popołudnie

Pomija się tym samym zaangażowanie samorządów i lokalnych społeczności przy organizowaniu kameralnych przychodni tak, by lekarz był jak najbliżej chorego i jego rodziny. Wiele gmin do tej pory wynajmuje lekarzom pomieszczenia za przysłowiowa złotówkę, prawidłowo interpretując zadania własne gminy. Wspólnie z miejscowymi medykami organizują akcje prozdrowotne, ściągają specjalistów. Niestety, nasi decydenci – targani potrzebą niszczenia tego, co było – chyba nie do końca wiedzą, gdzie sami chcieliby się leczyć. Być może są zmęczeni ciągłymi pretensjami, dyskusją społeczną, brakiem własnej kreatywności?

Może w letnie popołudnie urzędnicy-potencjalni pacjenci sięgną po raport przygotowany we współpracy z Komisją Europejską – by uzmysłowić sobie, że w Polsce przypadało w 2010 r. zaledwie 2,2 lekarza na 1000 obywateli (najmniej w UE), natomiast przysłowiowy Kowalski korzystał z porady lekarskiej 6,6 razy w roku przy średniej unijnej 6,3 wizyty w roku? Pora wreszcie i w systemie opieki zdrowotnej zastosować profilaktykę, bo przy obecnych działaniach na leczenie rynku usług medycznych wkrótce będzie za późno.

Kombinat na podobieństwo dawnego ZOZ-u ma być lekiem na całe zło… Na pewno nie! Pewne jest jedno: KOZ nie będzie kłopotliwym świadczeniodawcą. To dyrektor-menedżer będzie zawierał umowę na kompleksowe usługi. Odpadną negocjacje ze związkami zawodowymi, skupiającymi medyków – każdy z nich wreszcie pozna swoje miejsce w systemie – i z pracodawcy przeistoczy się w najemnika. Lub, jeśli odrzuci propozycje nie do odrzucenia, zasili szeregi bezrobotnych. Pacjenci stracą swojego lekarza rodzinnego. Wrócą do życia stare ZOZ-y-molochy, dla niepoznaki nazwane KOZ-ą.

Po co to całe zamieszanie i awantury? Wszak wiadomo od dawna, że od samego mieszania herbata słodka nie będzie. Wystarczyło zapewnić odpowiednie środki na funkcjonowanie POZ i AOS. Kolejny raz dobre pomysły pożera zwykła ludzka pycha. Korzystający na co dzień z resortowych jednostek opieki zdrowotnej, wykonują działania pozorowane, rzekomo chcąc poprawić dostęp do usług medycznych.

Jedyny wygrany: NFZ

W efekcie, zamiast czekać w kolejce do specjalisty w niepublicznym zakładzie opieki zdrowotnej, będziemy wystawać przed okienkiem rejestracyjnym szpitala. Nie zwiększy się tym samym ilość specjalistów albo moc przerobowa zakładów diagnostycznych. Nadal będzie brakować w Polsce około 30 tysięcy lekarzy. Zyskają na tym wyłącznie pracownicy NFZ, gdyż zamiast zawierać umowy z pojedynczymi podmiotami świadczącymi usługi, podpiszą kontrakty z KOZ.

A może jest to sposób na to, by zmusić lekarzy specjalistów do ponownego zatrudnienia się w szpitalu, dawnym ZOZ-ie? Szansa na bezpośredni kontrakt z NFZ będzie żadna. Dla mieszkańców dużych miast dostępność usług medycznych nie zmieni się. Pacjent, jak pozostawał anonimowy, tak i pozostanie. Większe zagrożenie będzie dla miast powiatowych. W dobie, gdy szpitale chwycą się nawet brzytwy, by przetrwać – zachęcone warunkami kontraktu z NFZ – podejmą się organizacji KOZ-u, nie mierząc sił na zamiary i w ramach oszczędności zmuszą specjalistów do dodatkowej pracy w poradniach przyszpitalnych. A pacjent? Oby starczyło mu zdrowia i determinacji w walce o należne miejsce w systemie.

KOZ-y mogą też sięgać po pieniądze przeznaczone na podstawową opiekę zdrowotną. Znowu można zebrać wszystkich pod jednym dachem: lekarza rodzinnego, diagnostę, specjalistę i lekarza oddziału szpitalnego. Brzmi obiecująco, ale przy tak ogromnym zapotrzebowaniu na usługi medyczne – czego dowodem są kilometrowe kolejki oczekujących na diagnostykę lub poradę specjalistyczną – obietnice, że KOZ zapewni płynne przechodzenie pacjenta między POZ, AOS i szpitalem, są moim zdaniem całkowicie oderwane od rzeczywistości.  Już teraz szpitale ze swoimi oddziałami ratownictwa nie są w pełni wydolne, zatem branie na barki kolejnych usług z zakresu Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej  i Podstawowej Opieki Zdrowotnej byłoby przysłowiowym gwoździem do…

Znikające przychodnie

Każdego roku znika z mapy naszego kraju wiele wiejskich przychodni – społeczeństwo się starzeje, młodzi migrują do wielkich miast, lekarze umierają. Dalszego dzieła zniszczenia dokona po 1 stycznia 2014 r. weryfikacja ubezpieczonych poprzez system Ewidencji Ubezpieczonych Świadczeniobiorców (EwUŚ). Według zapowiedzi NFZ po tej dacie każdy obywatel naszego kraju, który będzie zweryfikowany „na czerwono” w Ewidencji, straci bezpłatny dostęp do swojego lekarza POZ. Dla przykładu: w województwie warmińsko-mazurskim to ponad 8 proc. mieszkańców!

Kto zatem będzie ich leczył? Co z respektowaniem zapisów konstytucji? Wszak art. 68 pkt 2 ustawy zasadniczej RP mówi: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. Niestety, to wciąż idea bez pokrycia. Wprowadzenie Koordynowanej Opieki Zdrowotnej zniszczy budowany od wielu lat system oparty na lekarzu rodzinnym. Małe przychodnie zostaną wchłonięte przez molochy.

A pacjent ? Ten z dużego miasta przywykł do tego, że nawet z ostrą infekcją czeka na poradę wiele dni. W gorszej sytuacji będzie mieszkaniec miasteczka lub wioski. Z dnia na dzień może stracić opiekę medyczną, gdyż nie będzie miał w pobliżu znanego sobie od lat lekarza rodzinnego, który i serca posłuchał, w sprawach rodzinnych doradził i jeszcze ucho umiał wyleczyć, ba,  i na zmiany skórne znalazł sposób, zaś do specjalisty wysyłał tylko w uzasadnionych przypadkach. Widocznie zza biurek urzędniczych nie widać spraw gminnych.

A może nie należy tracić nadziei. Może latem któryś z decydentów zapuści się w odległe od Warszawy rejony i skorzysta z pomocy lekarskiej w jakiejś malutkiej przychodni, gdzie z zaskoczeniem stwierdzi, iż nie konował tam brzuch pasie, lecz w wyremontowanej przychodni czeka na pacjentów specjalista medycyny rodzinnej wyposażony w najnowszą wiedzę medyczną i empatię, tak niezbędną w procesie leczenia. Nie jestem jednak pewna, czy urzędnikowi państwowemu wypada spędzać wakacje w kraju i korzystać ze zwykłej przychodni. Oby znalazł się choć jeden ryzykant.

W Polsce ciągle powstają lotniska, które już nawet w fazie planów nie są nastawione na rentowność. Absurd? Najwyraźniej niezauważany przez samorządy. Część z nich przy podejmowaniu decyzji nie zastanawia się, czy inwestowanie w lotnisko regionalne będzie opłacalne. Za punkt honoru poczytuje sobie natomiast zrobienie czegoś spektakularnego. Utrzymywanie szkół czy dróg przestało już za takie uchodzić.

Czerwcowe wyniki lotów pasażerskich potwierdziły tylko to, o czym w branży lotniczej mówiło się od dawna: przez pierwsze sześć miesięcy 2013 roku z portu lotniczego Poznań-Ławica skorzystało niespełna 600 tysięcy pasażerów – czyli o prawie 22 proc. mniej niż rok temu. Podobnie Łódź i Gdańsk odnotowały w czerwcu ponad 20-procentowe spadki liczby odpraw, a ruch we Wrocławiu obniżył się o 15 proc. Aż pięć z jedenastu polskich lotnisk odnotowało spadki liczby pasażerów, a siedem – mniejszą liczbę startów i lądowań.

Wojskowy pas na dobry start

W klasyfikacji nie został uwzględniony Modlin, który miał pół roku przerwy spowodowanej usterkami pasa, oraz Lublin otwarty raptem w grudniu. Władze tego ostatniego portu nie mają jednak powodów do radości. Mimo że na tym lotnisku – w odróżnieniu od Modlina – obyło się bez wielkich usterek technicznych, jego sytuacja jest trudna. Przedstawiciele spółki Port Lotniczy Lublin obiecywali podczas grudniowego otwarcia, że lotnisko w ciągu pierwszego roku obsłuży 300 tysięcy pasażerów. Ciężko będzie dotrzymać słowa skoro 100-tysięczny pasażer odleciał stamtąd dopiero w lipcu.

Gorzej niż Lublin wypada tylko lotnisko w Zielonej Górze. Powód? Według ekspertów chodzi przede wszystkim o to, że Lublin i tzw. ściana wschodnia po prostu nie generują wystarczająco dużego ruchu. W dodatku Lublin leży 170 km od Warszawy i 200 km od Modlina. Co prawda, biorąc pod uwagę powolną, ale stałą poprawę stanu dróg, nie jest to odległość, która odstraszyłaby pasażerów. Jednak warszawskie Okęcie przyciąga znacznie większą ofertą lotów.

– Decyzja o budowie lotniska regionalnego powinna zapadać na podstawie przesłanek demograficznych, ekonomicznych, komunikacyjnych itp. U nas natomiast jest często tak, że bez namysłu przerabia się lotniska wojskowe na lotniska cywilne. A te przecież budowano z zupełnie innych powodów. One powstawały na terenie ukrytym, oddalonym od jakichś siedlisk, odpowiadającym wojsku pod względami strategicznymi – mówił w 2012 roku dla portalu „Rynek Infrastruktury” Krzysztof Michalski, prezes Agencji Mienia Wojskowego. – Lotnisko regionalne jest uzasadnione tylko po przeprowadzeniu badań, które udowodnią, że w tym miejscu jest potrzebne. A u nas jest tak, że jak w gminie jest lotnisko wojskowe, to samorządy się cieszą, że mają już pas startowy i inwestują publiczne pieniądze w budowę portu regionalnego. Tymczasem pas startowy to zaledwie 20 proc. całej inwestycji – dodawał.

Na prawo port, na lewo port…

Ani dane statystyczne, ani podobne opinie nie zrażają jednak samorządowców. Na Mazowszu jesienią ruszy port w Radomiu – trzecie lotnisko w województwie. Za czwartym lobbuje już Mińsk Mazowiecki. Od wielu lat mówi się o rozbudowie lotniska Szymany, położonego 60 km od Olsztyna, które ma zacząć obsługiwać loty cywilne po 2014 roku. W 2015 r. ma zaś zacząć działać lotnisko Koszalin w Zegrzu Pomorskim. Za własnymi lotniskami lobbują też następne miasta: Białystok i Kielce.

Komisja Europejska bada tymczasem sensowność pomocy publicznej w wysokości 52 milionów euro udzielonej na budowę portu lotniczego Gdynia-Kosakowo. Znajduje się on… 25 kilometrów od istniejącego Lotniska Lecha Wałęsy w Gdańsku. Za tą absurdalną inwestycją ma się kryć rywalizacja między prezydentami Gdyni i Gdańska – Wojciechem Szczurkiem i Pawłem Adamowiczem.

Boom na regionalne porty lotnicze trwa w Polsce od naszego wejścia do Unii Europejskiej w 2004 roku. Jest on jednak „okupiony” dopłatami z budżetów samorządów dla tanich linii lotniczych, stanowiącymi zachętę do korzystania z tych lotnisk. Urzędy niechętnie podają kwoty tych „dotacji”. Portal Pasazer.com podał jednak, że województwo podkarpackie przeznaczyło prawie 25 mln zł w ciągu czterech lat dla Ryanaira.

Według portalu Rynek Infrastruktury, przepływ dopłat odbywa się najczęściej w ramach tzw. opłat marketingowych. Do obejścia unijnych przepisów, które zakazują bezpośredniego dofinansowania, służy podpisywanie z przewoźnikiem umowy na promocję danego regionu reklamami: na kadłubach samolotów, w magazynach pokładowych i na stronie internetowej. Te promocyjne kontrakty, to w rzeczywistości warunek, od którego przewoźnik uzależnia uruchomienie trasy lub otwarcie bazy. Umowę podpisuje z przewoźnikiem spółka zarządzająca portem lotniczym (tak jest np. w Katowicach i Gdańsku), albo samorząd przez swoją organizację turystyczną (to przykład Poznania).

Koleje wykoszą samoloty?

Opłaty marketingowe to niejedyny sposób na pozyskanie przewoźnika. Wśród zachęt są m.in. zniżki w opłatach lotniskowych oraz rabaty na paliwo i lotniskowe usługi techniczne. Wysokość tych upustów jest z reguły najpilniej strzeżoną tajemnicą handlową portów. Eksperci zwracają uwagę, że ulgi automatycznie zmniejszają przychód lotnisk. A jeśli lotnisko jest deficytowe, to stratę pokrywa samorząd województwa z budżetu.

Z taką sytuacją mamy do czynienia w Rzeszowie: tu do każdego pasażera latającego z Jasionki samorząd dopłacił w ubiegłym roku prawie 17 złotych. Więcej – 22 zł na głowę – wykłada tylko Bydgoszcz (ten port akurat odnotował prawie 13-procentowy wzrost liczby pasażerów w I kwartale br.). W czołówce pod względem dopłat jest też Gdańsk, który zgodził się płacić liniom Wizz Air 4,5 mln zł rocznie za reklamę, oraz Katowice, które co roku zwiększają wartość umowy podpisywanej z przewoźnikiem. Tanim liniom lotniczym płacą też samorządy m.in. Poznania, Łodzi i Szczecina.

Jak długo może to trwać? – Część naszych lotnisk, niestety, również może skończyć tak, jak zamykane i nierentowne regionalne porty w Hiszpanii – uważa Krzysztof Michalski. – Z polskich lotnisk regionalnych broni się lotnisko w Łodzi, choć moim zdaniem i tak leży ona za blisko Warszawy. Lepiej byłoby przecież zbudować szybką kolej, łączącą Łódź z Warszawą, niż utrzymywać łódzki port lotniczy. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego zamiast tworzyć rozwiązania powszechnie stosowane na świecie, brniemy w naszym kraju w kiepskie pomysły dla chwilowego rozgłosu – bo budowa lotniska w małej miejscowości taki rozgłos przyniesie. Gdyby natomiast mądrze zainwestować w rozbudowę infrastruktury kolejowej, na przykład budowę szybkiej kolei łączącej Kraków z Gdańskiem, co de facto już się dzieje, to wówczas takie połączenie stanowiłoby realną konkurencję dla samolotów. Zastanawiam się, jak te wszystkie małe porty będą sobie radziły, kiedy w Polsce będziemy mieli wreszcie Koleje Dużych Prędkości. I który przewoźnik lotniczy będzie wówczas latał do tych mniejszych portów? – podsumowuje.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY