Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 69.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Lipiec 2013

Lipiec 2013 (17)

niedziela, 11 sierpień 2013 21:40

Marketing miejsc w ofercie studiów podyplomowych Uczelni

Napisane przez

Marketing miejsc, marketing regionów, marketing terytorialny – te pojęcia na stale weszły do słownika języka polskiego, choć jeszcze kilka lat temu nie były zbyt dobrze znane. Działania promocyjne mają wpływ na  rozwój turystyki, rozwój gospodarczy i napływ inwestycji do danego miejsca (regionu), co przekłada się bezpośrednio na jakość życia mieszkańców.

Studia podyplomowe „Marketing miejsc” na Uczelni Łazarskiego w Warszawie to jeden z pierwszych kierunków tego typu. Ich celem jest zaprezentowanie znaczenia i wpływu, jaki ma wykorzystywanie strategii marketingowych na wizerunek i konkurencyjność jednostek terytorialnych oraz realizację celów gospodarczych poszczególnych obszarów i miejsc. Prezentują nowe spojrzenie na zagadnienia rozwoju regionalnego i lokalnego. Ukazana jest również rola i znaczenie administracji publicznej, instytucji i organizacji pozarządowych oraz biznesu w inicjowaniu działań marketingowych wykorzystujących lokalne przewagi i zasoby w budowaniu zdolności konkurencyjnej jednostek terytorialnych. 

Program studiów zawiera przedmioty dotyczące uwarunkowań prawnych, gospodarczych, ekonomicznych i kulturowych marketingu miejsc, strategiczne zarządzanie marketingiem, badania i narzędzia dedykowane marketingowi miejsc, finansowanie działalności promocyjnej i marketingowej miast i regionów, budowanie i zarządzanie marką, kampanie promocyjne oraz partnerstwo publiczno-prywatne wraz z lokalnymi grupami działania itp.

Tomasz Andrukiewicz,Prezydent Miasta Ełku, wykładowca na studiach „Marketing miejsc” zauważa:„ Wszystkie miejsca można wypromować, trzeba tylko znaleźć ich mocne strony. O marketingu miejsc należy myśleć błyskotliwie i z rozmachem. Miejsce musi cechować się wyjątkowością i atrakcyjnością, by siła przyciągania była skuteczna. Marka miasta to szereg działań na wielu poziomach, począwszy od stworzenia jej koncepcji, wizji, misji, logo, poprzez opracowanie spójnego systemu wizualnego oraz systemu komunikacji, na wdrażaniu marki kończąc. W miastach i regionach samorządowcy przestają traktować budowanie marek jako hobby, bo dostrzegają korzyści finansowe dla swoich mieszkańców i lokalnego biznesu. Dlatego też jako prezydent miasta, mający poczucie, iż marketing miejsc ma wpływ na wzmacnianie więzi lokalnej społeczności, rozwój gospodarczy i turystyczny– zachęcam do udziału w zajęciach poświęconych tej pasjonującej tematyce”.

Kadra wykładowców to m.in. Tomasz Mariusz Andrukiewicz, Włodzimierz Dzierżanowski, Marcin Gajownik, Wojciech Kowalczyk, Konrad Piasecki, Jan Pietraszek, Jacek Rozenek, Robert Stępowski, Artur Żyrkowski.

Więcej o kierunku Marketing miejsc oraz praktycznym kształceniu podyplomowym:

http://rekrutacja.lazarski.pl/ckp/studia-podyplomowe/akademia-marketera/marketing-miejsc/

wtorek, 23 lipiec 2013 22:40

FINAŁ „GMINNEGO LIDERA RECYKLINGU”

Napisane przez

Konkurs „Gminny Lider Recyklingu” dobiegł końca. W finale spotkało się 21 gmin-laureatów, prawdziwych pionierów recyklingu. Projekt podsumowano też konferencją pod tytułem „Recykling w gminnych programach gospodarki odpadami”, która odbyła się 17 czerwca 2013 roku w siedzibie Senatu RP w Warszawie.

Praktycznym efektem przedsięwzięcia realizowanego przez Fundację Promocji Gmin Polskich od stycznia 2012 roku, dzięki  konkursowej dotacji Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, stały się szkolenia w formule e-learningowej, w których uczestniczyło ponad 900 samorządowców, głównie pracowników gminnych jednostek administracji publicznej.

Dorobek projektu to również ogólnopolski konkurs dla gminnych jednostek samorządowych, związany z prezentacją dobrych doświadczeń i praktyk selektywnej gospodarki odpadami komunalnymi. Cennymi partnerami i patronami projektu były Serwis Samorządowy Polskiej Agencji Prasowej i Magazyn Samorządowy „GMINA”. W trakcie konkursu zidentyfikowano 160 dobrych, innowacyjnych praktyk w zakresie selektywnej gospodarki odpadami, które zostały następnie upowszechnione w Serwisie Samorządowym i na łamach „GMINY”. 21 gmin z całej Polski zostało laureatami konkursu. Nagrodzono je specjalną statuetką „Gminny Lider Recyklingu”.

Uroczyste rozdanie laurów poprzedziła konferencja z udziałem nagrodzonych: wójtów, burmistrzów, przedstawicieli samorządów gminnych, które były pozytywnymi bohaterami prezentowanych przykładów właściwego rozumienia znaczenia i korzyści związanych z selektywnym gospodarowaniem odpadami komunalnymi. Celem konkursu nie było bowiem pokazywanie przykładów negatywnych – jest ich bardzo wiele, czego dowodzi przetaczająca się przez cały kraj – i wywołana rozmaitymi kontrowersjami – krytyka tego, co dzieje się w momencie wchodzenia w życie gminnego systemu gospodarki odpadami. Przebieg Konkursu „Gminny Lider Recyklingu” dokumentuje działania dziesiątek gmin, które potrafiły właściwie podjąć wyzwanie, dobrze się zorganizować i – na długo wcześniej – wykonywać swoje zadania.

Konferencja, której patronowała Senacka Komisja Samorządu Terytorialnego i Administracji  Państwowej z jej Przewodniczącym – Senatorem RP Januszem SEPIOŁEM, pozwoliła przybliżyć źródła sukcesu poszczególnych gmin, ale unaoczniła też w sposób jednoznaczny, że praktyczne wdrożenie idei reformy śmieciowej jest – i będzie – zadaniem złożonym i trudnym. Gminy-laureaci konkursu udowodniły, że można je pozytywnie rozwiązywać. Mówił o tym m.in. senator dr inż. Stanisław Iwan, Wiceprzewodniczący Senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, a także Stanisław Gawłowski, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska, który odpowiadał na pytania samorządowców i bliżej przedstawił propozycje działań resortu związanych z wdrażaniem  nowych rozwiązań legislacyjnych.

Podczas senackiego spotkania rozmawiano o wdrażaniu nowych regulacji prawnych, a także szukano odpowiedzi na pytanie „gdzie jesteśmy w przededniu” wejścia w życie nowego systemu. – 1 lipca rzeczywistość zmieni się w sposób rewolucyjny – podkreślał w otwierającym konferencję wystąpieniu senator Iwan. – Nowa ustawa śmieciowa zmieni dotychczasową filozofię postępowania z odpadami i zaczną obowiązywać rozwiązania prawne od dawna funkcjonujące w innych państwach UE. Jeżeli nie zagospodarujemy, zgodnie z unijnymi wymogami, naszych odpadów, będziemy płacić kary. W większości krajów Unii Europejskiej zdecydowana ich większość podlega recyklingowi i do tych standardów musimy zmierzać – przestrzegał.

Wyzwaniom stojącym przed samorządami gminnymi oraz priorytetom samorządowym w ochronie środowiska poświęcił swoje wystąpienie wiceminister środowiska Stanisław Gawłowski. Z kolei problematykę wdrażania nowych przepisów w gospodarce odpadami, a także skutecznych, ekoinnowacyjnych rozwiązań organizacyjnych w gospodarce odpadami komunalnymi omówili eksperci Fundacji Promocji Gmin Polskich, Krzysztof Choromański i Magdalena Łysek.

Praktyczne wnioski płynące z realizacji programu „Gminny Lider Recyklingu” przedstawił koordynator programu, dr Mikołaj Niedek. Z kolei o swoich doświadczeniach w ramach samorządowej codzienności opowiedzieli uczestnikom konferencji wójt Przechlewa Andrzej Żmuda-Trzebiatowski i burmistrz Lipna Dorota Łańcucka. Jak podkreślili występujący, osiągnięte w ich gminach rezultaty w dziedzinie recyklingu odpadów to przede wszystkim sukces mieszkańców – osiągnięty m.in. poprzez społeczną edukację proekologiczną. – Bez niej nie można doprowadzić do zmiany mentalności i świadomości ekologicznej obywateli - zapewniali. Optymizmem wykazał się również inny nagrodzony, Marian Buras, wójt gminy Morawica. – Przeżyliśmy wiele trudnych ustaw, przeżyjemy i rewolucję śmieciową – zapewnił zebranych z szerokim uśmiechem, odbierając statuetkę Gminnego Lidera Recyklingu.

Poniżej prezentujemy listę nagrodzonych w konkursie, w kolejności alfabetycznej:

gmina BIERAWA (woj. opolskie)

gmina BRENNA (woj. śląskie)

miasto i gmina BRZESKO (woj. małopolskie)

miasto i gmina DĄBROWA GÓRNICZA (woj. śląskie)

miasto i gmina KARLINO (woj. zachodniopomorskie)

gmina KOBYLNICA (woj. pomorskie)

miasto i gmina KUDOWA ZDRÓJ (woj. dolnośląskie)

miasto LIPNO (woj. kujawsko-pomorskie)

gmina MIEDZICHOWO (woj. wielkopolskie)

gmina MORAWICA (świętokrzyskie)

gmina MROZY (woj. mazowieckie)

gmina POSTOMINO (woj. zachodniopomorskie)

gmina PRZECHLEWO (woj. pomorskie)

miasto RACIBÓRZ (woj. śląskie)

miasto i gmina RADZYMIN (woj. mazowieckie)

miasto i gmina SEROCK (woj. mazowieckie)

gmina STEPNICA (woj. zachodniopomorskie)

miasto i gmina SZPROTAWA (woj. lubuskie)

gmina ŚWINNA (woj. śląskie)

miasto i gmina ZELÓW (woj. łódzkie)

 

Wszystkim laureatom serdecznie gratulujemy!

Czas bardzo szybko płynie. Wydaje się, że nie tak dawno zajmowaliśmy się uchwaleniem budżetu jednostki samorządu terytorialnego na 2013 rok. Kilkanaście  dni temu upłynął też ustawowy termin uchwalenia absolutorium dla zarządów jednostki samorządu terytorialnego, a już pora podejmować działania w ramach prac nad przygotowaniem półrocznej informacji o przebiegu wykonania planu finansowego jednostki samorządu terytorialnego.

Z punktu widzenia oceny sprawozdań finansowych, w tym również półrocznej informacji o przebiegu wykonania planu finansowego jednostki samorządu terytorialnego, warto zwrócić uwagę na dwie zasady – jawności oraz przejrzystości finansów publicznych – traktowane zresztą w sposób szczególny przez przepisy o finansach publicznych. Pierwsza z tych zasad wiąże się z podawaniem do publicznej wiadomości informacji dotyczących realizacji zadań finansowanych ze środków publicznych.

Jawność i przejrzystość finansów publicznych

W szczególności zasada jawności przekazuje szereg uprawnień radnym jednostek samorządu terytorialnego, którzy – oprócz informacji wynikających z przygotowywanych przez wójta, burmistrza, prezydenta miasta czy zarząd jednostki samorządu terytorialnego dokumentów, w tym sprawozdań finansowych – mają także prawo dostępu do dowodów księgowych i dokumentów inwentaryzacyjnych oraz informacji o wynikach kontroli gospodarczej, jak i również sprawozdania z wykonania planu audytu w jednostce samorządu terytorialnego.

Druga ze wspomnianych zasad – zasada przejrzystości finansów publicznych – wymaga, by jednostki samorządu terytorialnego prowadziły ewidencję księgową w oparciu o zestandaryzowane plany kont[1] przy wykorzystaniu klasyfikacji budżetowej[2]. Mają też obowiązek stosowania jednolitych reguł sprawozdawczości budżetowej[3]. Zasada przejrzystości jest realizowana przede wszystkim przez wprowadzenie układu zadaniowego budżetu jednostki samorządu terytorialnego. Obie zasady   wspierają radnych, reprezentujących mieszkańców wspólnoty, w realizacji funkcji kontrolnej organu wykonawczego jednostki samorządu terytorialnego. Funkcji kontrolnej związanej z oceną wykorzystania środków publicznych, a więc pochodzących z danin płaconych w formie podatków i różnych opłat przez tychże mieszkańców wspólnoty samorządowej, zgodnie z obowiązującymi zasadami.  

Głównym instrumentem do sprawowania funkcji kontrolnych jest ocena sprawozdań finansowych. Sprawozdania finansowe przedkładane na koniec roku budżetowego wiążą się bezpośrednio z przyjęciem lub odrzuceniem absolutorium dla wójta, burmistrza, prezydenta miasta czy zarządu jednostki sektora finansów publicznych. A więc skutkiem negatywnej oceny może być zmiana kierownika jednostki samorządu terytorialnego.

Nieco inny charakter ma ocena informacji o realizacji budżetu za półrocze. Ta bowiem nie prowadzi wprost do odwołania organu wykonawczego jednostki samorządu terytorialnego. Daje przede wszystkim, w połowie okresu rozliczeniowego, możliwość oceny realizacji założeń przyjętych w uchwale budżetowej. Służyć więc będzie przede wszystkim do podejmowania działań stanowiących reakcję na ewentualne zagrożenia w realizacji budżetu.

Forma półrocznej informacji

Zgodnie z obowiązującymi regulacjami wójt, burmistrz, prezydent miasta oraz zarząd jednostki samorządu terytorialnego ma obowiązek przedstawienia organowi stanowiącemu jednostki samorządu terytorialnego oraz regionalnej izbie obrachunkowej w terminie do 31 sierpnia:

1)    Informacji o przebiegu wykonania budżetu jednostki samorządu terytorialnego za pierwsze półrocze,

2)    Informacji o kształtowaniu się wieloletniej prognozy finansowej, w tym o przebiegu realizacji przedsięwzięć wieloletnich zawartych w prognozie,

3)    Informacji na temat przebiegu wykonania w pierwszym półroczu planów finansowych podległych samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej, samorządowych instytucji kultury oraz innych samorządowych osób prawnych[4].

Ustawa o finansach publicznych nie precyzuje szczegółowo wymagań dotyczących zawartości wymienionych dokumentów. Zakres i formę  przedstawianej informacji określa organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego, czyli – rada lub sejmik wojewódzki. Określając wymagania, organ powinien podporządkować je funkcji kontrolnej, jaką pełni w stosunku do organu wykonawczego w zakresie gospodarowania środkami publicznymi. Przy wykorzystaniu wytycznych, wynikających z zasad jawności i przejrzystości finansów publicznych, gwarantowanych przez zapisy ustawy o finansach publicznych – podobnie jak w przypadku sprawozdania rocznego – efektywność kontroli wymaga, aby informacja   półroczna przygotowywana została w układzie i szczegółowości, w jakiej uchwalony został budżet jednostki samorządu terytorialnego. Taki sposób prezentacji półrocznej informacji pozwala na dokonanie efektywnej oceny stopnia realizacji założeń określonych w uchwale budżetowej. Tak więc, z jednej strony informacja zawierać powinna przedstawienie wykonania dochodów i wydatków przy wykorzystaniu pozycji klasyfikacji budżetowej. Z punktu widzenia radnych niezmiernie przydatne będzie jednakże przedstawienie stopnia realizacji zadań w układzie zadaniowym.

W informacji zawrzeć należy również część opisową, wyjaśniającą przesłanki uzyskanego poziomu realizacji zadań. W szczególności wskazującą na przyczyny braku lub niskiego poziomu wykonania zadań.

Ocena stopnia realizacji budżetu JST

Informacja półroczna służyć ma niewątpliwie przeprowadzeniu przez organ stanowiący okresowej kontroli i oceny przebiegu realizacji nie tylko budżetu sensu stricte, ale i wieloletniej prognozy finansowej oraz planów finansowych samorządowych osób prawnych – w kontekście wyznaczonych do wykonania w roku budżetowym zadań publicznych – i wprowadzeniu, na podstawie tej oceny, ewentualnych korekt prowadzących do osiągnięcia zamierzonych celów.[5]

Można wskazać dwie płaszczyzny prowadzonej kontroli. Z jednej strony to płaszczyzna finansowa: przedstawione dokumenty pozwalają bowiem na dokonanie oceny, jak w ciągu półrocza wykonywane są założenia dotyczące wskaźników finansowych, w tym wskaźnika zadłużenia. Służy temu przedstawienie informacji na temat kształtowania się wieloletniej prognozy finansowej, a więc również kształtowania się wskaźnika zadłużenia w perspektywie wieloletniej, w świetle zrealizowanych dochodów i wydatków w pierwszym półroczu danego roku.

Świadomość sytuacji finansowej jednostki samorządu terytorialnego zwiększa również informacja na temat realizacji planów finansowych przez jednostki samorządowe. W szczególności działających w zakresie ochrony zdrowia, gdyż ten sektor generuje w ostatnim czasie największe zagrożenia kondycji finansowej jednostek samorządu terytorialnego.

Sytuację finansową jednostki samorządu terytorialnego oceniamy  przede wszystkim przez pryzmat uzyskanych dochodów własnych. Szczególnie z punktu widzenia realizacji prognozy wpływów podatkowych. W krańcowym przypadku, gdy dochody realizowane są znacznie poniżej założeń, jednostka samorządu terytorialnego może podejmować działania korygujące budżet po stronie wydatków, w tym także poprzez  procedurę blokowania wydatków.

Druga płaszczyzna oceny dokonywanej przez organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego dotyczy stopnia realizacji zadań zapisanych w budżecie. W tym również zadań wieloletnich zawartych w wieloletniej prognozie finansowej. Dokonanie tej oceny nie jest proste. Szczególnie w zakresie oceny stopnia wykonania zadań inwestycyjnych, które mają swój harmonogram. Nie da się po upływie sześciu miesięcy w roku oczekiwać, że wydatki na inwestycje wykonane zostaną proporcjonalnie do upływu czasu, tj. w 50 proc. W kontroli stopnia realizacji zadań niezbędna jest ocena stopnia zaangażowania wydatków budżetowych, na które wpływ ma nie tyle wartość dokonanych płatności, lecz wielkość środków zaangażowanych poprzez zawarcie umów. Z kolei ocena stopnia realizacji  wydatków bieżących musi uwzględniać wdrażane w jednostce samorządu terytorialnego programy oszczędnościowe. Przede wszystkim w zakresie zatrudnienia i wynagrodzeń.

W pewnym stopniu założenia wynikające z obu wymienionych płaszczyzn są przeciwstawne. Z jednej strony bowiem, polepszeniu wskaźników finansowych służy przede wszystkim ograniczenie wydatkowania środków przeznaczonych na realizację zadań. Szczególnie, gdy uwzględnimy, że jednostka samorządu terytorialnego generalnie nie ma bezpośredniego wpływu na wysokość uzyskiwanych dochodów własnych. Z drugiej strony, podstawowym zadaniem jednostki samorządu terytorialnego nie jest uzyskiwanie korzystnych wyników finansowych, lecz realizacja zadań służących zaspokajaniu potrzeb społecznych. To, co korzystne z punktu widzenia wskaźników finansowych, może być niekorzystne z punktu widzenia poziomu realizacji zadań publicznych. Dotyczy to nie tylko wydatków przeznaczanych bezpośrednio na inwestycje, ale także wydatków bieżących. Ograniczenie środków na wynagrodzenia w administracji publicznej, powszechnie określane za społecznie oczekiwane, może skutkować odpływem wykwalifikowanych kadr i w konsekwencji pogorszeniem jakości realizowanych zadań przez jednostkę samorządu terytorialnego.

Tak więc należy jednoznacznie stwierdzić, że kontrola realizacji budżetu poprzez  ocenę informacji o realizacji budżetu za pierwsze półrocze nie jest zadaniem prostym dla rad i sejmików województw. Prawidłowość realizacji budżetu i kształtowania wieloletniej prognozy finansowej stawia przed radnymi poważne wyzwania. Tym bardziej warto pochylić się na uchwałami określającymi zawartość i formę przedstawianych przez wójtów, burmistrzów, prezydentów miast i zarządy jednostek samorządu terytorialnego materiałów. Tak, aby były to informacje przejrzyste i zawierające wyjaśnienia realizowanych procesów.



[1] Rozporządzenie Ministra Finansów  z dnia 5 lipca 2010 r. w sprawie szczególnych zasad rachunkowości oraz planów kont dla budżetu państwa, budżetów jednostek samorządu terytorialnego, jednostek budżetowych, samorządowych zakładów budżetowych, państwowych funduszy celowych oraz państwowych jednostek budżetowych mających siedzibę poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej(t.j. Dz. U. z 2013 r, poz. 289).

[2] Rozporządzenie Ministra Finansów z 2 marca 2010 r. w sprawie szczegółowej klasyfikacji dochodów, wydatków, przychodów i rozchodów oraz środków pochodzących ze źródeł zagranicznych (Dz. U. Nr 38, poz. 207 z późn. zmian.).

[3] Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 3 lutego 2010 r. w sprawie sprawozdawczości budżetowej (Dz. U. Nr 20, poz.103).

[4] Zgodnie z art. 266 ustawy z dnia 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych (Dz. U. z 2009 r. Nr 157, poz. 1240 z późn. zmian.).

[5] B.Fabin, „Informacja półroczna z wykonania budżetu”, Finanse publiczne, lipiec 2010.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:36

KONTROWERSYJNY SIÓDMY DZIEŃ TYGODNIA

Napisane przez

Polityczny sezon ogórkowy w tym roku rozpoczął się wcześniej: zamiast dyskusji o stanie finansów publicznych powrócił problem niedzielnego handlu. Spór o to, czy zakazać sprzedaży centrom wielkopowierzchniowym może tym razem skończyć się jednak rozwiązaniem salomonowym – przerzuceniem ciężaru decyzji na samorządy.

- Chodzi o to, by nie zmuszać ludzi do pracy w niedzielę. Chodzi też o rodzinę, by razem spędzać ten czas. Chodzi także i o to, by wesprzeć mały kapitał, niewielkie sklepy, kafejki, które będą otwarte – mówił kilka tygodni temu w radiowej dyskusji europoseł Solidarnej Polski Jacek Kurski. Tak można w skrócie ująć stanowisko pomysłodawców ustawy – m.in. z PiS, PO, PSL i SP – którzy forsują w Sejmie nowe prawo. To również argumenty bardzo istotne dla wszystkich instytucji, które opowiedziały się za projektem – od „Solidarności” po kościół katolicki, który w mniej lub bardziej otwarty sposób wspiera poselski pomysł.

Ryzyko? Tysiące miejsc pracy

To argumenty, które – przynajmniej z pozoru – trudno odrzucić. Jednak projekt ma gigantyczną rzeszę przeciwników, przede wszystkim ze względu na koszty ekonomiczne i społeczne. Zdaniem prezesa polskiego oddziału Tesco, Ryszarda Tomaszewskiego, na bruku może wylądować olbrzymia grupa pracowników supermarketów – w skali całego kraju nawet 100 tysięcy osób. Nieco skromniejsze szacunki prezentuje doradca PKPP Lewiatan, Jeremi Mordasewicz. – Zakaz niedzielnego handlu zmniejszy skłonność inwestorów do budowy kolejnych centrów handlowych i może oznaczać likwidację około 50 tysięcy miejsc pracy – wylicza.

Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji w swoim stanowisku podaje jeszcze inne dane. „Eliminacja jednej siódmej czasu pracy to w polskich warunkach niemal pewna fala wielotysięcznych bankructw firm kupieckich, spadnie też niska już rentowność sieci handlowych. Przeprowadzone analizy wskazują, że sprzedaż niedzielna w sklepach wielkopowierzchniowych to 5-12 proc. sprzedaży tygodniowej. Zakaz handlu po działaniach na rzecz rekompensacji strat spowoduje spadek tygodniowych obrotów o 3-7 proc. co przełoży się na redukcję zatrudnienia w handlu o 5-10 proc.” – twierdzą eksperci organizacji. Czyli: 25 tys. miejsc pracy.

Nic więc dziwnego, że są w Polsce takie ośrodki, w których projekt nie budzi entuzjazmu. Należy do nich choćby Radom: dekadę temu tamtejszy ratusz wprowadził zakaz w życie, uchwałę uchylił jednak w końcu wojewoda. Dziś radomianie liczą inaczej – w mieście, w którym panuje 24-procentowe bezrobocie, i gdzie supermarkety zatrudniają kilka tysięcy pracowników, potencjalne skutki wprowadzenia nowego prawa byłyby dramatyczne. – Polski nie stać dziś na tak rygorystyczne podejście do świątecznego handlu – mówi były radny Andrzej Langowski, który dekadę temu przeforsował zakaz niedzielnego handlu, dopuszczając co najwyżej możliwość skrócenia godzin otwarcia sklepów wielkopowierzchniowych.

Niech każdy decyduje sam

Zdaniem posłanki PO Julii Pitery, najlepszym wyjściem z obecnego klinczu byłoby pozostawienie decyzji w gestii samorządów. Za tym stanowiskiem opowiada się też liczna grupa samorządowców. – To słuszny pomysł, żeby o zakazie decydowały samorządy, bo nie wszystko musi być regulowane przez państwo. Bardzo mi się podobają amerykańskie rozwiązania, np. w jednym stanie alkohol można kupić tylko do godziny 20, a w innym przez całą dobę – twierdzi Edward Maniura, burmistrz Lublińca. – Ostateczną decyzję powinni podjąć radni, ale po szerokich konsultacjach z mieszkańcami, bo to przecież ich dotyczy – dodaje.

Co na to mieszkańcy? Wygląda na to, że są równie podzieleni, jak politycy. W sondażach zdecydowanych przeciwników i zwolenników projektu jest niemal idealnie po 30 proc. Prawie 20 proc. Polaków wypowiada się „raczej przeciw” – i tyle samo „raczej za”. Wygląda więc na to, że tak na centralnym, jak i na lokalnym szczeblu politycy będą mieli twardy orzech do zgryzienia. Chyba że po wakacjach sprawa „przyschnie”.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:23

CZASAMI PUSZCZAJĄ MI NERWY…

Napisane przez

Rozmowa z burmistrz Wałcza, Bogusławą Towalewką – jedną z trzech osób najkrócej urzędujących na tym stanowisku w Polsce

Jak rządzi się kobiecie?

Wydaje mi się, że trudno, bo właśnie kobietom najczęściej podcina się skrzydła, chociażby takim stwierdzeniem: „A co ona tam wie?!”. Faktem też jest, że kobiety mają niższe wynagrodzenie od mężczyzn na równorzędnych stanowiskach. Wystarczy też zauważyć, ile kobiet jest w rządzie: Elżbieta Bieńkowska, Ewa Kopacz, Barbara Kudrycka i Joanna Mucha. Ile jest kobiet wojewodów, marszałków, ile w zarządach spółek Skarbu Państwa?! Ja też nie jestem typową kobietą i pochodzę z domu, w którym zawsze prym wiodła mama. Tak też było z moją teściową. Kobiety są u nas silne.

Wałczanie musieli wcześniej pójść na wybory po przerwanej kadencji zmarłego burmistrza Zdzisława Tuderka. Namawiano Panią na kandydowanie?

Tak, ale to też była z mojej strony potrzeba zrobienia czegoś istotnego, tworzenia miasta, w którym chce się żyć i które zachęca do działania.

Była Pani jednym z czterech kandydatów. Wygrana była dość wyraźna. Co o tym zadecydowało?

Długoletni związek z Wałczem. Może nie od urodzenia, bo pochodzę z Wyrzyska, ale Wałcz to moje miasto, jestem tu już bardzo silnie zakorzeniona. Tu poznałam męża, urodziłam dziecko, mam bardzo dużo znajomych. Przez wiele lat byłam dyrektorem Zakładu Oświatowego w Wałczu. Po raz pierwszy wałczanie zaufali mi, wybierając na posła. To też świadczy o związku z mieszkańcami. Wiele lat przepracowałam w samorządzie. Ale była w tym też przewidywalność, bo pochodzę z ugrupowania poprzednika, a burmistrz cieszył się bardzo dużym zaufaniem. Myślę też, że ludzie mnie znali z nie najgorszej pracy.

Mimo tak krótkiego stażu – zaledwie pół roku – mocno dosięga Panią krytyka?...

Jakoś sobie z nią radzę, chociaż z nieuzasadnioną – niekoniecznie. Czasami nerwy mi puszczają. Co będzie dalej? Nie wiem. Zbieram trochę „nie za swoje”. Myślę, że za poprzednika ilość inwestycji była za duża. Przy budżecie 66 mln zł, przeznaczono na nie 39 mln zł. Nie mam też dla wałczan dobrych wiadomości: w związku z tym ani w tym roku, ani w następnym nie będzie lepiej.

Pani kadencja oznacza dla wałczan duże zmiany czy kontynuację?

W każdym przypadku trzeba kontynuować różne projekty. Przede wszystkim ratusz musi rozliczyć inwestycje ze środków unijnych: termomodernizację obiektów użyteczności publicznej – wszystkich szkół i przedszkoli, MOPS-u, budowę skansenu na Wale Pomorskim, tzw. „Cegielnię”, nabrzeże jeziora Raduń, ścieżki rowerowe, remont ulicy Kolejowej. To ważne, bo zostały w nie włożone środki miejskie, na których zwrot bardzo liczymy. Nie bez znaczenia jest również, w jakiej wysokości je odzyskamy.

Wiem, że nastąpi korekta, ale należy podkreślić, że marszałek województwa zachodniopomorskiego przesunął nam rozliczenie do końca maja (pierwszy termin był wyznaczony na 8 marca – dop. aut.). Nigdy nie było jeszcze takiej uchwały zarządu. Uważam to za duży plus.

Natomiast audyty wypadły nie najlepiej. W związku z tym trzech pracowników z Wydziału Inwestycji odeszło. Trzeba było poszukać takich osób, które sobie z tym poradzą. Nowi pracownicy mają m.in. zadanie sprawdzić wszystkie inwestycje pod kątem uchybień prawnych i projektowych. Zmieniłam też strukturę urzędu. To było najbardziej absorbujące w pierwszych miesiącach mojego urzędowania. No i, oczywiście, wchodząca w życie ustawa śmieciowa.

Może Pani realizować własne pomysły?

Do tej pory niewiele. Tylko takie, które nie wymagają dodatkowych pieniędzy. Na razie muszę odłożyć realizację wyborczych historii.

A dotyczyły one?...

Skupione były wokół turystyki. Zresztą jej rozwojem zainteresowani są wszyscy. Rzeczywiście, aż się prosi, żeby zagospodarować półwysep Strączno – tyle że znajduje się on w obszarze „Natura 2000” i „Dorzecza Gwdy”, a także mikoryzy endotroficznej.

Chcemy stworzyć plan zagospodarowania przestrzennego półwyspu i raczej oddać go w dzierżawę. Wokół jeziora już funkcjonuje MOSiR, jest szansa na odbudowę hotelu „Widok”, w północno-wschodniej części akwenu mamy „Morzycówkę” – Ośrodek Edukacji Leśno-Ekologicznej (należący do Nadleśnictwa), po drugiej stronie jeziora – Centralny Ośrodek Sportu „Bukowinę”.

W ostatnim czasie na nabrzeżu oddano do użytku promenadę. To takie miejsce, żeby usiąść, napić się kawy i patrzeć na jezioro. Stoją na niej trzy drewniane domki – jednak w najbliższych latach, zgodnie z wymogami o udzieleniu dotacji na inwestycję, gmina nie może czerpać korzyści z ich wynajmu. W tej sprawie napisaliśmy pismo do marszałka województwa zachodniopomorskiego, bo chcielibyśmy ogłosić konkurs na ich zagospodarowanie w zamian za użyczenie za darmo. Weźmiemy pod uwagę projekty oryginalne, wymagające i odzwierciedlające klimat.

Drugi pomysł, jaki mam w zanadrzu, to budowa domu dla osób starszych, który pozwoli im na samodzielność, jednocześnie z opieką, miejscem na wspólne spotkania, rozmowę, zagranie w szachy. Będą mogły w nim zamieszkać po zdaniu własnego mieszkania. Te z kolei zostaną zagospodarowane na lokale komunalne dla osób, które starają się o nie w Urzędzie Miasta, bo nie mają pieniędzy na zakup własnościowych.

Po raz kolejny temat obwodnicy schodzi na dalszy plan. Nie ma szans na jej budowę do 2020 r., ale jest projekt alternatywnej, wewnętrznej obwodnicy.

Następny pomysł do zrobienia to ożywienie „trójkąta” między ulicami Nowomiejską (część drogi K10) i Kołobrzeską (trasa W163) poprzez połączenie ich drogą. Tę być może udałoby się sfinansować ze „schetynówki”, ale na realizację całego projektu, także z infrastrukturą wodno-kanalizacyjną, potrzebujemy 22 mln zł. Działki wyodrębnione na tym terenie oddane zostałyby w wieczyste użytkowanie.

Jak się układa Pani współpraca z radą?

Delikatnie mówiąc, to nie jest proste. Nie twierdzę, że bardzo źle, bo to byłoby krzywdzące – i rada też nie jest od tego, żeby głaskać. Ale brakuje wspólnej wizji i współpracy, a często zastępuje je polityka, chociażby przy okazji promenady, przy oddaniu której było tyle zamieszania.

Powołanie Marka Mateli − kontrkandydata w pierwszej turze − na stanowisko wiceburmistrza to zielone światło dla młodych, że teraz jest dla nich miejsce w samorządzie?

Nie zachwycam się młodością dla młodości. To atut − większa energia, przebojowość – ale na tym stanowisku liczy się przede wszystkim doświadczenie, spory dystans, umiejętność wyważania racji, bo podejmowane decyzje są kluczowe dla lokalnej społeczności. Burmistrz Waldemar Lechnik to właśnie fachowość, umiejętność analizy, dystans do spraw. Z kolei Marek Matela jest młody, ale się uczy, widzę, że się angażuje. Wnosi energię do ratusza.

Rozpoczęła Pani urzędowanie w momencie, który się zbiegł z realizacją ustawy śmieciowej przez gminy. Jak Wałcz jest do niej przygotowany?

Pozwolę sobie na komentarz. Sama idea jest dobra, bo wymusza segregowanie, a to po prostu większa dbałość o środowisko. Do 2017 r. pięćdziesiąt procent śmieci powinno być oddawanych po selekcji i państwa dużo bogatsze od Polski robią to od wielu lat.

Tylko w sferze odbioru to już nieuczciwa konkurencja. Po wprowadzeniu ustawy zaistniała taka sytuacja, bo wykluczono firmy komunalne. W Wałczu jest Zakład Komunalny, który nie mógł wziąć udziału w przetargu. Taką możliwość miały spółki komunalne, pod warunkiem dobrego wyposażenia, ale i tak w konfrontacji z wielkimi koncernami szansa na wygranie przetargu była nikła. Tym sposobem wpuściliśmy na rynek koncerny, które wygrały większość przetargów, bo mają potężne zaplecze finansowe, o wiele większe możliwości zaopatrzenia w pojemniki. Ponieważ jest na nie ogromny popyt, ich ceny wzrosły, a firmy nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości pojemników. Do tego muszą mieć różne kolory. Większe firmy będą je sprowadzać od producentów np. z Grecji. Rozumiem, że jest Europejski Biuletyn Zamówień Publicznych i musieliśmy tam ogłosić swój przetarg. Rozumiem, że jest wolny rynek, ale według mnie ustawa powinna być tak napisana, żeby gmina miała możliwość znalezienia własnego sposobu na odbiór śmieci – bądź przez ogłoszenie przetargu, bądź dostosowanie własnego zakładu komunalnego.

Rynek śmieciowy obliczony jest na około 10 mld zł i lekką ręką oddaliśmy te pieniądze koncernom. W Wałczu przetarg wygrał Remondis-Fiuk. 350 zł kosztować będzie tona odpadów zmieszanych i 1900 zł tona śmieci posegregowanych. Przewidujemy, że rocznie miasto odda 400 ton śmieci posortowanych. Jak to będzie funkcjonować? Trudno powiedzieć. Musimy dać sobie trochę czasu. Cała Polska ma z tym problem. Wałcz nie jest odosobniony.

Jakie są możliwości wałczan, by przyjść i powiedzieć burmistrz, że gdzieś jest dziura, coś nie działa, coś trzeba naprawić?

Nie ma najmniejszych trudności. Chociaż z hasłem wyborczym „Blisko Waszych spraw” trochę przeholowałam. Nie do końca byłam świadoma, ile spraw na mnie spadnie. Chodzi przede wszystkim o inwestycje, w tym nad jeziorem Raduń. Kiedy obejmowałam to stanowisko, najpilniejszym zadaniem było przedłużenie w Urzędzie Marszałkowskim umowy na tę inwestycję, aby wykonawca mógł ją dokończyć, poprawić niedociągnięcia.

Doszły inne inwestycje, wdrażanie ustawy śmieciowej, to była końcówka roku itd. Ale – tak mi się wydaje – od mieszkańców się nie odsunęłam. Zawsze można zaczepić mnie na ulicy i wałczanie to robią. Poza tym poniedziałki są dla interesantów. Każdy mieszkaniec Wałcza może przyjść, porozmawiać, a także napisać.

Widać zresztą, że wałczanie interesują się swoim miastem. Raz zjawił się mieszkaniec Osiedla Tysiąclecie i zgłosił całą listę rzeczy, które trzeba załatwić. Na spotkaniu zaczepiła mnie kobieta i poinformowała, że przy ulicy Bydgoskiej, od piekarni, w kierunku wyjazdu z miasta, nie ma koszy na śmieci. I to jest ważna wiadomość ze spotkania. Na sesji dowiaduję się, że gdzieś brakuje oświetlenia. Powiem więcej: oczywiście, że to jest do zrobienia. Nie zakładam przecież, że my, urzędnicy, wiemy o wszystkim. Natomiast jeśli ktoś zgłosi, że trzeba wyremontować ulicę, to nie będę oszukiwać, że to jest możliwe. Po prostu nie ma na to pieniędzy. Ograniczymy się do załatania dziury.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:21

KRZYMIONKI NADAL BEZ PAMIĄTEK

Napisane przez

Pamiątki z krzemienia pasiastego z opatowskich Krzemionek, mogłyby być wizytówką Ostrowca Świętokrzyskiego. Nie są, bo na ich sprzedaż nie zgadza się wojewódzki konserwator zabytków. Tłumaczy, że dzika eksploatacja złóż jest śmiertelnym zagrożeniem dla rezerwatu archeologicznego w którym znajdują się neolityczne kopalnie. Tymczasem nazywany „polskim diamentem” kamień cieszy się ogromną popularnością jako materiał jubilerski – nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

W gabinecie starosty ostrowieckiego, Zdzisława Kałamagi, fragment skały z krzemionek zajmuje widoczne miejsce. Bo krzemień pasiasty to duma regionu. – Takich obiektów, jak Krzemionki, nie ma nigdzie na świecie. To jest nasz prawdziwy skarb. I w naturalny sposób pamiątki z krzemienia powinny promować region – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina”. – Rozumiem, że Krzemień nie powinien pochodzić z rezerwatu. To jest dla nas oczywista sprawa. Chcielibyśmy tylko, żeby krzemień pochodzący spoza terenu rezerwatu mógł być sprzedawany w nowo wybudowanym obiekcie, który znajduje się poza rezerwatem – dodaje.

Bo kopalnie w Krzemionkach to zabytek unikatowy w skali światowej. Zachowała się tam rozległa, podziemna „infrastruktura”, na którą składa się m.in. trzy i pół tysiąca szybów górniczych, które dają świadectwo rozwiniętym technikom górniczym okresu neolitu. Kopalnie powstały w neolicie czyli około 3,9 tys. lat p.n.e. Wydobywany w nich kamień był używany do wyrobu narzędzi o znaczeniu magicznym, kultowym i obrzędowym.

Do produkcji biżuterii, zwłaszcza srebrnej, zaczęto go używać w XX wieku. Wyrobami z tego kamienia zainteresowały się współczesne zachodnie gwiazdy. Jak swego czasu donosił dziennik „Metro” srebrne kolczyki i bransoletkę z krzemieniem o charakterystycznych podłużnych paskach kupiła Victoria Beckham. Krzemień pasiasty spodobał się też Robinowi Williamsowi i Boy'owi George'owi.

Problem w tym, że konserwatorzy zabytków konsekwentnie twierdzą, że jego wydobycie jest bezprawne. Zgodnie z ustawą Prawo Geologiczne i Górnicze, surowiec może wydobywać tylko ten, kto otrzymał na to koncesję, a jak dotąd nikt się po nią nie zgłosił.

Krzemień – złoto neolitu

Przy zwiedzaniu Krzemionek już na pierwszy rzut oka widać, jak ważnym surowcem był dla ówczesnych ludzi krzemień. Dziś władze powiatu chciałyby, aby oprócz zwiedzania muzeum i rezerwatu turyści mogli też kupować na miejscu wyroby z krzemienia.

– Powinna być możliwa sprzedaż określonych wzorów pamiątek zaaprobowanych przez naszych pracowników. Jednocześnie powinny zostać spełnione wszystkie wymogi konserwatorskie, tak żeby obszar był zabezpieczony. Być może nie uratowałaby to naszego budżetu, ale z pewnością miałoby to wpływ na funkcjonowanie muzeum. Mam dość tłumaczenia wszystkim, dlaczego wszędzie można kupić pamiątki z Krzemienia, a u nas nie – mówi dyrektor Włodzimierz Szczałuba z Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim, którego oddziałem jest właśnie Muzeum Archeologiczne i Rezerwat Krzemionki.

Ten pomysł kategorycznie odrzucają jednak archeolodzy. Bo na terenie muzeum w Krzemionkach obowiązuje zakaz handlu pamiątkami z tego półszlachetnego kamienia. Wydał go w 2009 roku wojewódzki konserwator zabytków. Stało się tak – między innymi – na skutek ich postulatów. Archeolodzy alarmowali, że w poszukiwaniu tego coraz popularniejszego kamienia niszczone są hałdy pozostałe po neolitycznych kopalniach.

Z tego powodu jedynymi nawiązującymi do neolitycznych kopalni krzemienia pamiątkami, jakie można kupić w muzeum, są kartki pocztowe. Na terenie placówki nie można dostać nawet zwykłych, oszlifowanych kamyków. Turysta znajdzie je natomiast na sandomierskim Rynku czy w Bodzentynie. Dla dyrektora Szczałuby taka sytuacja jest nie do przyjęcia.

Wydobycie tylko z koncesją

Urząd ochrony zabytków tłumaczy, że mógłby się zgodzić na sprzedaż pamiątek, jeżeli wydobycie surowca zostałoby zalegalizowane i unormowane. – Byłoby śmieszne, gdybyśmy starali się o koncesję. Nie uzyskalibyśmy takiego zezwolenia. Muzeum ma inne zadania statutowe niż prowadzenie własnej kopalni. Próbowałem namawiać kopalnie na wystąpienie o koncesje. One odpowiadają, że „po co?” Przecież pamiątki z Krzemienia są wszędzie sprzedawane, np. w Bałtowie czy Świętej Katarzynie – mówi dyrektor Szczałuba.

Konserwatorzy twierdzą, że skoro na razie nikt nie zwrócił się o koncesję na wydobycie krzemienia, a taka jest obecnie wymagana, to sprzedaż pamiątek, wytworzonych z tego kamienia byłaby nielegalna. Andrzej Przychodni z Urzędu Ochrony Zabytków w Kielcach mówi, że muzeum powinno zająć się najpierw właściwym zabezpieczeniem wyrobisk na terenie rezerwatu, a dopiero potem dbać o rynkowe potrzeby turystów. Dodaje, że starostwo wraz z muzeum powinny bardziej starać się o spełnienie wymagań, umożliwiających wpisanie kopalni na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednym z nich jest właśnie odpowiednie zabezpieczenie pól górniczych.

Z łopatą po krzemień

– Dzikie wydobycie to prawdziwa plaga – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” Andrzej Przychodni. – Mieszkańcy okolicznych miejscowości przyczynili się w ten sposób do zniszczenia położonych niedaleko Krzemionek hałd. Było to na jednym z pól górniczych w gminie Ćwielów – dodaje. Jak tłumaczy, w takiej sytuacji zgoda na sprzedaż wyrobów z krzemienia w Krzemionkach byłaby zgodą na pozyskiwanie tego surowca do wyrobów jubilerskich także z terenu zabytkowych wyrobisk. I dodaje, że w połowie lat dziewięćdziesiątych zarządzeniem Prezydenta RP, Krzemionki zostały uznane za pomnik historii. – Podziemna trasa turystyczna i zwiedzanie pól górniczych na terenie zarządzanym przez muzeum jest przedmiotem ekspozycji. Nie możemy mówić o tym, że turysta przyjeżdżający do Krzemionek nie jest w stanie skorzystać z wartości tego obiektu – mówi Przychodni.

Jednak starosta Kałamaga nie daje za wygraną i nie zamierza rezygnować ze swojego pomysłu. Twierdzi, że krzemień jest pozyskiwany w sposób legalny, podczas wydobywania wapienia dla pobliskiej cementowni Ożarów. Deklaruje więc, że zrobi wszystko, by pamiątki z krzemienia mogły być sprzedawane w Krzemionkach. Neolityczne kopalnie krzemienia koło Ostrowca są jedynym w Europie takim zabytkiem. By lepiej rozpropagować tę atrakcję, wpisano je w Świętokrzyski Szlak Geo-Archeologiczny, a muzeum otrzymało zespół obiektów do obsługi ruchu turystycznego. Zespół, który stał się jednocześnie siedzibą muzeum. Całość inwestycji kosztowała około 12 milionów złotych.

Krzemionki na liście UNESCO

A jest o co walczyć. Lokalna władza widzi już kopalnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO. – Najprawdopodobniej jeszcze w tym roku Krzemionki zostaną zgłoszone na listę „projektów oczekujących” prowadzoną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wpis na listę zapewnia świetną promocje regionu i zwiększy jego prestiż. Szczególnie dla turystów spoza Polski. A co więcej, będzie to dla państwa dodatkowy argument przy staraniu się o kolejne dotacje, które przyczynią się do lepszego zarządzania i funkcjonowania obszaru – wylicza Włodzimierz Szczałuba.

Coraz bliżej jest też do rozwiązania problemu sprzedaży pamiątek – twierdzą władze muzeum. I jak dodają, to tylko kwestia czasu. – Chciałbym, żeby pamiątki miały jednak jakąś wartość artystyczną. Tym bardziej, że nie mogą naśladować wyrobów sprzed ponad 5 tysięcy lat – dodaje.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:15

GMINA Z WIDOKAMI. CZYLI JAKA?

Napisane przez

Budowanie wizerunku gminy ma integralny związek z jej promocją, zwłaszcza w szeroko rozumianym kontekście społeczno-gospodarczym. Dobry wizerunek gminy przesądza o zainteresowaniu nią inwestorów i turystów, a jej mieszkańcom daje poczucie wyjątkowości. Wizerunek gminy informuje bowiem o tym, co gminę charakteryzuje i wyróżnia, daje jej syntetyczny obraz nawet wtedy, gdy gminy nie znamy. O wizerunek trzeba dbać.

Zdaniem dr inż. Zbigniewa Zychowicza, wykładowcy marketingu terytorialnego, aby promować gminę, trzeba udzielić sobie odpowiedzi na trzy pytania. Co mamy wyjątkowego? Do kogo skierujemy wizerunek gminy? Jakie narzędzia możemy wykorzystać, żeby gminę promować?

Moda na slogany

Wiele samorządów gminnych właśnie ogłosiło albo niedawno zakończyło swoje konkursy na slogan promocyjny gminy. Regulamin konkursu często precyzuje liczbę wyrazów propozycji sloganu, określa kto może w konkursie uczestniczyć itp. Koszty takiego konkursu, gdzie liczy się pomysłowość i zaktywizowanie społeczności gminy, nie są duże. Nagrody to często laptop, aparat fotograficzny czy atrakcyjny wyjazd dla dwóch osób.

W kwietniu ogłoszone zostały wyniki konkursu na hasło promujące gminę Żary. Komisja konkursowa jednogłośnie wybrała hasło: „Gmina Żary – Ludzie – Lasy – Przestrzeń”. W wyniku konkursów ogłaszanych przez wójtów czy Rady Gmin wyłoniono m.in. takie slogany, jak: „Stęszew – Tak. Naturalnie!”, „Kornowac. Gmina z widokami”,  „Ziemia strumieńska! Ta kraina budzi ludzi”. Spotykam się też z opiniami, że takie konkursy nie tylko są nieprofesjonalne, ale też trudno wykluczyć plagiat. Tylko dlaczego odmawiać mieszkańcom gminy prawa do współuczestniczenia w budowaniu jej wizerunku?

Duże i zamożne gminy stać na wynajęcie profesjonalnej firmy, która w wyniku wielomiesięcznych badań ankietowych, proponuje slogan reklamowy. Bywa, że taki slogan jednak się nie sprawdza. Ważne jest określenie grupy docelowej działania marketingowego i to, na co chcemy położyć nacisk w sloganie. Najczęściej jest to natura i walory przyrodnicze, kultura i, od niedawna, możliwości biznesowe – jak „Poznań. Miasto know-how”  czy „Gdańsk – morze możliwości”.

Ciekawie brzmią slogany promocyjne wykorzystujące grę słów, jak: „Cieszyn. Ciesz się Cieszynem”, „Toruń. Gotyk na dotyk”. Bardzo konkretne natomiast są te, które odwołują się do sprecyzowanego atrybutu, np. „Barlinek. Europejska Stolica Nordic Walking” czy „Mikołajki. Żeglarska stolica Polski”.

Poprawianie wizerunku

Choć imprezy kulturalne i instytucje kultury jednoznacznie pozytywnie wpływają na wizerunek i rozpoznawalność gminy, w Polsce takich badań jest niewiele. Z badań przeprowadzonych we Francji wynika, że paryskie muzea generują dla gospodarki ok. 2 miliardy euro rocznie oraz zapewniają 43 tysiące miejsc pracy. Dwa lata temu na seminarium w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej pt. „Badanie oddziaływania społeczno-ekonomicznego przedsięwzięcia kulturalnego na region” przedstawiono badania z Jarosławia i Pacanowa. Okazało się, że Festiwal Muzyki Dawnej „Pieśni naszych korzeni” podniósł prestiż i rozpoznawalność Jarosławia, a Europejskie Centrum Bajki im. Koziołka Matołka znacznie zmieniło wizerunek gminy Pacanów. Jednak korzyści ekonomiczne nie są już tak jednoznaczne – m.in. z powodu braku bazy noclegowej i równoległej z imprezą kulturalną promocji produktów i usług lokalnych.

Nie sądzę, by znalazł się ktoś, kto w życiu nie słyszał jakiegoś dowcipu o Wąchocku. Tymczasem w gminie Wąchock, z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Wąchocka, znakomicie poradzono sobie ze stereotypem miejscowości, gdzie w dowcipach zdarzają się różne śmieszne i dziwaczne rzeczy. Od 2007 roku slogan gminy to: „Wąchock – Stolica humoru.” Chociaż miastu przywrócono prawa miejskie w 1994 r., zachowała się instytucja sołtysa. Jest to Sołtys Honorowy, którego atrybutem władzy jest drewniane koło od wozu z napisem w otoku „Honorowy Sołtys Wąchocka” oraz sołtysowa pieczęć.

Jak na stolicę humoru przystało, na stronie internetowej gminy są dowcipy, jak ten: „– Dlaczego w Wąchocku nikt nie ogląda telewizji? – Bo sołtys założył żaluzje.”

To, jak gmina radzi sobie z budowaniem swojego wizerunku, zależy od pomysłowości i dobrego przekazu informacji. Nawet przy niewielkich środkach finansowych nie można udawać, że promocja gminy jest niemożliwa, czy zbędna. Budowanie dobrego wizerunku wymaga czasu i wysiłku prowadzącego do uświadomienia własnej pozycji oraz identyfikacji cech odróżniających nas od innych.

Problemy z herbami

Herb jest nieodłącznym elementem wizerunku gminy. W PRL ustawa o odznakach i mundurach pozwalała mieć herb tylko miastom i województwom. Ustawa o samorządzie terytorialnym z 8 marca 1990 r. wprowadziła pojęcie herbu gminy. Nie precyzowała jednak, jak ma wyglądać czy do czego nawiązywać. Gminy próbowały rozwiązać problem same, np. przy pomocy miejscowego plastyka lub w drodze konkursu. Efekt jest taki, że herby nie mają wiele wspólnego z prawidłami heraldyki. Prawidłowe herby ma raptem nieco ponad 40 proc. gmin wiejskich.

Procedura uchwalania herbu czasem podsyca takie emocje w lokalnych społecznościach, że spory trafiają do mediów ogólnopolskich. W Giżycku dyskutowano, czy ryby w herbie mają być grubsze, czy chudsze. W Ustce spierano się o kształt piersi syreny, a w Mikołowie – o ilość piór na hełmie herbowego rycerza.

Komisja Heraldyczna – organ doradczy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji do spraw flag i symboli publicznych – uznała, że figury w herbie Międzyzdrojów są narysowane niezgodnie z przyjętą w heraldyce stylizacją, m.in. godło (kotwica) nałożone jest na pole zawierające figury geometryczne (fale), niewłaściwy jest kształt tarczy herbowej, linie konturowe w tarczy herbowej i kontury słońca są zbyt grube. Dwadzieścia lat temu herb zaprojektował jeden z mieszkańców. Wtedy opinie komisji nie były potrzebne.

Teraz są one niezbędne, by uchwalić m.in. statut miasta. Na podstawie zebranych materiałów, dokumentów i opisów heraldyczno-historycznych trzy alternatywne propozycje herbu przygotował prof. dr hab. Wojciech Strzyżewski, kierownik Pracowni Heraldycznej Instytutu Historii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Na początku maja okazało się, że koszty zmiany herbu są zbyt wysokie. Radni zdecydowali, że na razie Międzyzdroje będą bez herbu.

Zdaniem heraldyków, im symbol gminy prostszy, tym dostojniejszy. W ubiegłym roku swoje herby poprawiały m.in. Rewal, Kościerzyna, Dobrzany. W tym roku Komisja Heraldyczna pozytywnie zaopiniowała m.in. herby: Kraśnika, Sieradza, Gminy Juchnowiec Kościelny, Brzegu.

Gminny marketing

Marketing terytorialny to jedna ze słabszych stron działalności samorządów. Zbigniew Zychowicz uważa, że większość robi to w sposób daleki od poprawnego. – W małych gminach zadanie promocji powierza się komuś jako dodatkowy obowiązek. Osoba zajmująca się promowaniem wizerunku gminy często nie zna fundamentalnych zasad rządzących marketingiem terytorialnym – podkreśla. Jako przykład podaje foldery, które powstają w wyniku zabiegów zainteresowanych firm działających na terenie gminy. Efekt jest taki, że folder przypomina książkę telefoniczną.

Jego zdaniem, minusem działań promocyjnych gmin jest brak współpracy z gminami sąsiadującymi. Turysta chętniej zostanie w jakimś miejscu nawet dwa czy trzy dni, jeśli będzie wiedział, że wcale niedaleko też jest coś ciekawego do obejrzenia, kupienia czy spróbowania.

Promocja gminy to cierpliwe kształtowanie jej wizerunku jako właściwego miejsca dla określonych działań. Choć nie jest zapisana w ustawie jako zadanie własne władz lokalnych, jest bardzo ważnym sposobem wspierania rozwoju gminy i zaspokajania potrzeb jej mieszkańców.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:14

ANOMALIE ZAWODOWE

Napisane przez

Deszcz nie deszcz, śnieg nie śnieg, a opady trzeba zmierzyć. Punktualnie o siódmej rano!

Tuż po minięciu Karsiboru, zmierzając w kierunku Jarogniewia, po prawej stronie drogi, na wysokości 125 m n.p.m., stoi dom. W jego obejściu, już od ponad sześćdziesięciu lat, mierzy się opady. Przez lata jednak mało kto w okolicy wiedział, że jest tu stacja meteorologiczna, choć to jedna z najdłużej funkcjonujących w regionie. Może przesądził fakt, że to oddalona od centrum wsi posesja. Większość ludzi w Karsiborze dowiedziała się, jak wyjątkowe to miejsce, dopiero gdy o stacji napisały lokalne „Wieści Gminne”.

W jednej rodzinie sześćdziesiąt lat

Od 2000 roku stację opadową w Karsiborze prowadzi Krystyna Patora. Pracę odziedziczyła po mamie – Annie Subocz – ale to znacznie dłuższa, rodzinna historia.

− Zaczęło się od ciotki, Heleny Głazak, która mieszkała w bloku na terenie PGR – rozpoczyna opowieść pani Krystyna. − Wokół posterunku meteorologicznego, czyli metalowego pojemnika (tak to mniej więcej wygląda do dziś – dop. aut.), kręciły się dzieci. Ściągała je nie tylko ciekawość, ale często chciały coś najzwyczajniej spsocić i dolewały wody do miernika, więc badania wypadały niewiarygodne. Stację trzeba było przenieść.

Posesja Suboczów, tak jak z domu nazywa się pani Krystyna, stoi na uboczu, poza granicami wsi. I okazało się, że jest to nie tylko idealne miejsce, wyizolowane, gdzie nikt nie zakłóca pomiarów, ale na dodatek otacza je wręcz tajemnica: wielu sąsiadów do dziś reaguje zdziwieniem na wiadomość, że w Karsiborze jest stacja meteorologiczna.

Po ciotce Głazak, która zrezygnowała z pracy telefonicznie, pomiarem opadów zajął się Kazimierz Subocz − 17-letni wówczas brat pani Krystyny. – Uczył się w Wałczu na krawca, ale mimo szkoły miał zacięcie do systematycznego badania – opowiada Krystyna Patora. − Kiedy poszedł do wojska, pracą zajęła się mama, Anna Subocz. I to ona, jak do tej pory, miała najdłuższy staż.

Jeszcze w 2000 r., mając 90 lat, powoli wychodziła na podwórko i mierzyła. Zastąpiła ją córka – Krystyna Patora, najpierw jej pomagając, potem przejmując obowiązki. W 2007 r., po śmierci matki, podpisała umowę z poznańskim oddziałem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – i tak odziedziczyła tę pracę. Zapytana, jakie są z tego zarobki, odpowiada niechętnie, chociaż mówi, że to bardziej symboliczna zapłata niż „kokosy”. Traktuje tę pracę bardziej jako pasję, która bardzo wciąga.

Podkreśla, że jest bardzo systematyczna, co potwierdza jej syn Marcin Patora, który w umowie z instytutem zapisany jest jako „zastępca”, na przykład na czas wyjazdu. Żartuje, że jak mama nie mierzy – to ogląda wiadomości z pogodą i bardzo się pasjonuje, zwłaszcza jak przez Europę przetacza się taka ulewa, jak ostatnio. W „brudnopisie” nazywanym przez niego „Pamiętnikiem z gradobicia” zapisuje, ile spadło deszczu na Śląsku i Słowacji. Odnotowuje, że w Bawarii nie było takich opadów od 500 lat, a poziom Dunaju podniósł się w tym czasie o 12 metrów.

Doba zaczyna się o siódmej rano

Z końcem roku Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Poznaniu, zazwyczaj pocztą, dostarcza pani Krystynie „Dziennik do zapisywania spostrzeżeń opadowych” na przyszły rok. Każdego dnia, o siódmej rano, notuje się w nim obserwacje pogodowe: mgły, ilość śniegu lub deszczu, jaka się zebrała, oraz burze. Raport miesięczny wysyła się również tradycyjnie – pocztą – do Poznania.

− „Dziennik” niczym nie różni się od kalendarza. Tyle że doba zaczyna się o siódmej rano – wyjaśnia pani Krystyna. − Tego, czy pomiary zrobiłam o siódmej rano, nikt nie jest w stanie sprawdzić – dodaje. Ale – jak zapewnia – wykonuje je punktualnie. – A kiedy w ciągu dnia pada deszcz, idę sprawdzić, z czystej ciekawości, ile centymetrów wody napadało do zbiorniczka (poprawnie nazywanym deszczomierzem typu Hellmanna – przyp. red.) – mówi.

− Jeśli deszcz pada między godziną 16 a 17, to opady „zalicza się” na poczet następnego dnia – wyjaśnia niuanse pomiarów pani Krystyna.

Bardzo ciekawe jest mierzenie pokrywy śniegowej, do czego stosuje się odmienną metodę. Jeśli na ziemi zalega pięciocentymetrowa warstwa śniegu, a na blasze, o powierzchni jednego metra sześciennego, pojawią się dwa centymetry opadu, „stary” śnieg dodaje się do „świeżego”.

− „Krzyżyk” w dzienniku oznacza śnieg – tłumaczy zapis pani Krystyna. − Dwa krzyżyki, występowanie tylko na połowie połaci, „śl.” − ślady, a kropka jest równoznaczna z brakiem pokrywy śniegowej. Gatunki określa się w skali od zera do dziewięciu. W naszych okolicach najczęściej jest to śnieg puszysty, świeży, któremu przypisana jest jedynka lub mokry  (lepki) z numerem piątym, czasami szreń o powierzchni zlodowaciałej, łamliwej, który oznacza się jako szóstkę.

Literatura specjalistyczna

Wszystkie wskazówki, jak prowadzić dziennik, Krystyna Patora znajduje w kilkustronicowej książeczce z 1992 r.: „Wskazówki dla posterunków opadowych” wydanej przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Wcześniejszy podręcznik Feliksa Janiszewskiego jest z 1974 r., a najstarszy, którego również jest posiadaczką, z 1949 r. „Instrukcja dla Stacyj opadowych sieci polskiej” Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego. Ten egzemplarz pewnie jest już na rynku „białym krukiem”, znanym wyłącznie pasjonatom.

Po latach obserwacji pogodę w naszym regionie określa jako stabilną ze sporadycznymi wyjątkami. Kiedy 29 lipca 2011 r. w ciągu godziny spadło 17 cm wody, wysłała meldunek do Warszawy: „Komunikuję, że w dn. … spadł ulewny deszcz…”. W komunikacie najważniejsze, co trzeba określić, to początek, przebieg, koniec i skutki ulewy. Ostatnie sprawozdanie do Warszawy sporządziła 25 czerwca tego roku. Tego dnia spadło 37,2 litry deszczu na metr kwadratowy. Dla porównania przez cały kwiecień było raptem 20 litrów opadów.

Z pracownikami instytutu osobistego kontaktu nie ma. Stację odwiedzają sporadycznie. Przyjechali z Warszawy trzy lata temu. Ostatni raz byli 14 maja tego roku. Dostarczyli nową blachę do pomiaru śniegu o wielkości metr na metr. Wcześniejsza była „domowej” roboty. – Łatwiej na równej powierzchni zmierzyć śnieg niż prosto z ziemi – mówi Krystyna Patora. – A tak poza tym nie mieli uwag, że coś notuję źle.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:12

ZMIERZCH WIEJSKICH PRZYCHODNI

Napisane przez

Jeszcze dwie dekady temu w każdej większej wsi funkcjonowała przychodnia lekarska. Wiele takich placówek ludzie budowali w czynie społecznym jeszcze do lat 80. XX wieku. Śmiało można powiedzieć, że stały dostęp do opieki medycznej był osiągnięciem. Jednak już od wielu lat wiejskie ośrodki zdrowia masowo znikają. Nie walczą o nie ani lekarze, ani pacjenci. Zjawiska tego nie da się wytłumaczyć tylko względami ekonomicznymi.

W Wałczu jeszcze kilka lat temu były cztery placówki medyczne: w Dębołęce, Lubnie, Szwecji, Różewie. Do dzisiaj przetrwała jednak tylko jedna z nich. Co się stało?

Do wiejskiej przychodni po recepty

Ośrodek Zdrowia w Dębołęce funkcjonował od pierwszej połowy lat 60. Budynek został postawiony w czynie społecznym przez mieszkańców wsi. Od około dwóch lat nie ma lekarza, który przyjmowałby tu pacjentów. Co więcej, brakuje chętnych, by się w tej placówce leczyć, a w efekcie przychodnia – skądinąd, w całkiem niezłym stanie – jest nieczynna i świeci pustkami.

Ostatniego lekarza, chirurga z drugim stopniem specjalizacji, zatrudniał Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Salus” z Wałcza (wydzierżawił budynek od gminy), ale z jego pomocy korzystały przede wszystkim osoby starsze. Przy czym chodziło głównie o wypisanie recept, które w miejskiej aptece mógł zrealizować ktoś z rodziny lub sąsiadów. Jednak na specjalistyczne badania trzeba było i tak jechać do Wałcza.

Jeszcze w 2009 roku Sylwia Trojanowska, założycielka spółki „Salus”, zwróciła się do Rady Gminy o zgodę na wykup przychodni. Własność była warunkiem otwierającym drogę do funduszy unijnych, które z kolei umożliwiłyby dostosowanie przychodni do wymogów Unii Europejskiej (niezbędny remont, dostosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych, zakupienie sprzętu). Trojanowska wyceniła te prace na 100 tysięcy złotych.

Rada Gminy Wałcz uchwałą odrzuciła jednak jej wniosek. Radna w poprzedniej kadencji, Aldona Piaskowska, uważa, że to była w tamtym czasie słuszna decyzja i nie było powodu, by gmina musiała się pozbywać obiektu. Tłumaczy również, że o dotacje można się starać – nawet jeśli dzierżawi się pomieszczenia lub korzysta z nich na podstawie umowy użyczenia. Warunkiem jest umowa na minimum 5 lat.

Podobnie sytuację można opisać w Szwecji. Jeszcze dwa lata temu przez pięć dni w tygodniu czynny był tu ośrodek zdrowia. Zdaniem sołtys Szwecji, Jadwigi Naranowicz, problem pojawił się, gdy zmienił się lekarz. Nowego nie akceptowali mieszkańcy. Na 930 z nich tylko dwudziestu złożyło deklaracje. W tej chwili na stronie gminy wciąż widnieje ogłoszenie, że budynek jest do wydzierżawienia, jednak Naranowicz wciąż ma nadzieję, że ośrodek zdrowia we wsi zostanie reaktywowany. Problem w tym, że nie ma ofert od lekarzy, którzy chcieliby tu pracować.

Chętni do pracy są emeryci

Prawda jest taka, że lekarze omijają wiejskie przychodnie, wybierając pracę w dużych, miejskich szpitalach. I to mimo tego, że przez szefów ośrodków kuszeni są bardzo dobrymi ofertami: wysokim wynagrodzeniem, dowolnym rodzajem umowy, a nawet mieszkaniem. – Kiedyś dla lekarza zaraz po studiach to był dobry start w zawodzie – zauważa jeden z mieszkańców wsi Dębołęka, wspominając młodych, zaangażowanych lekarzy, którzy pracowali tu od lat 60.

Teraz na ofertę pracy zwykle odpowiadają lekarze emeryci, którzy chcieliby dorobić, pracują jeden lub dwa dni w tygodniu – więc automatycznie powstaje problem ze skompletowaniem załogi medycznej.  

To już nie problem gminy

Obroniła się, jak na razie, przychodnia w Różewie. Przejął ją również NZOZ „Salus”. Funkcjonuje, bo korzystają z niej nie tylko mieszkańcy tej wsi (mieszka w niej ok. 800 osób), ale również dojeżdżający z Chwiramu (800 mieszkańców) i Gostomi (400).

Sam budynek w Dębołęce, w dobrym stanie i jeszcze nadający się do użytku, jest przedmiotem debat powracających na sesjach Rady Gminy. Przypomina o nim radna Bogusława Wojdyła. − Co będzie w opuszczonym budynku? – dopytuje się. – Jeśli zgłosi się ktoś zainteresowany zagospodarowaniem tego budynku, gmina może go udostępnić nieodpłatnie – deklaruje w odpowiedzi zastępca wójta gminy Wałcz, Janusz Bartczak. Oczywiście, na najemcy będą spoczywały opłaty za media i ogrzewanie. W ten sposób rozwiązałby się problem pustego i, siłą rzeczy niszczejącego budynku.

Jak na razie nikt nie jest zainteresowany wynajęciem wolnych pomieszczeń w tym budynku – nawet na działalność gospodarczą, nie mówiąc już o usługach medycznych. Być może urząd przeznaczy je na lokale gminne. W tej chwili na rozpatrzenie czeka dwieście podań o mieszkanie.

Natomiast, jak wyjaśnia zastępca wójta, „mechanizmy się zmieniły i gmina nie ma obowiązku zatrudniania lekarzy”. Prostym rachunkiem ekonomicznym tłumaczy to, dlaczego nie udało się jej przywrócić. − Taka placówka musi się sama utrzymać – mówi. – Żeby mogła funkcjonować, potrzebnych jest około tysiąca deklaracji, a ani w Szwecji, ani w Dębołęce lekarze tyle ich nie zebrali. Ze Szwecji i Zdbic, gdzie jest łącznie 1100 mieszkańców, napłynęło dwieście deklaracji – podkreśla. − Prawda jest też taka, że dzisiaj większość osób ma własny transport i korzysta ze szpitala w Wałczu, bo przy okazji można zrobić specjalistyczne badania – dodaje.

Inny obrót przybrały sprawy w Mielęcinie (wieś w sąsiedniej gminie Człopa, w województwie zachodniopomorskim). Po wielu latach batalii mieszkańców wsi z włodarzami gminy o zachowanie szkoły podstawowej, placówka została zamknięta. Na jej miejsce w pomieszczeniach budynku zorganizowano przychodnię. − O tyle dobrze – mówi sołtyska Mielęcina Katarzyna Goleniowska. – To ważne, żeby we wsi był lekarz, głównie dla ludzi starszych. Tych najbardziej mi szkoda, bo młodzi, jak trzeba, to do Człopy dojadą – kwituje.

Jak w serialu „Doktor Ewa”

Sołtys i sołtysowa z Dębołęki, Zenon i Wiesława Gruchotowie, z sentymentem wspominają dawnych lekarzy. Były czasy, kiedy byli oni niemalże na każde przysłowiowe „zawołanie”. Dla przychodni była to epoka świetności. – To byli dobrzy, przystępni lekarze: Liszewscy – mąż lekarz, żona dentystka, z najdłuższym stażem tutaj – Janusz Gralak, dwa lata Grzegorz Karczewski z Warszawy, krótko Krzysztof Okrasa, Ewa Musiał-Mróz i ostatnio Jerzy Sołtys – wymieniają. Opisują także samą przychodnię. − W budynku nie tylko był gabinet lekarski, ale także pomieszczenie na zabiegi, poczekalnia, mała rejestracja i gabinet dentystyczny. Ostatni przyjmujący tu lekarze dojeżdżali do wsi, natomiast były czasy, że mieszkali, na pierwszym piętrze, w budynku. Teraz „góra” została sprzedana dwóm rodzinom na mieszkania. Czasami, jak to na wsi, pacjenci za pomoc odwdzięczali się jajkami albo kurą na rosół, a lekarz wezwany do chorego przyjeżdżał rowerem – opowiadają.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:04

BEZPIECZEŃSTWO INFORMACJI I USŁUG ELEKTRONICZNYCH URZĘDU

Napisane przez

Od lat urzędy elektroniczne udostępniają interesariuszom kanał komunikacji elektronicznej. Jednym ze sztandarowych projektów rządowych jest platforma ePUAP. Trzeba równocześnie przypomnieć, że popularność drogi elektronicznej w kontakcie w urzędem jest zbyt słaba. Czy powodem jest wyłącznie mentalność ludzi? W jakimś stopniu pewnie tak. Wydaje się jednak, że równie – a może bardziej – istotnym powodem może być brak zaufania interesariuszy do drogi elektronicznej.

Prawdopodobnie nie ufamy technologiom bezpieczeństwa stosowanym w urzędach. Jest to jakiś paradoks. Przecież bankowość internetowa, sklepy internetowe i portale społecznościowe mają się dobrze.

Zagadnienie całościowe

Bezpieczeństwo systemów instytucji oznacza niczym niezakłócone ich funkcjonowanie podczas realizacji zadań, wyznaczonych dla tych systemów. Dotyczy to również systemów informatycznych. W tym przypadku należy zapewnić niczym niezakłócone przetwarzanie danych przechowywanych na nośnikach informatycznych. Bezpieczeństwo informacyjne urzędu oznacza sumę bezpiecznego funkcjonowania systemów informatycznych oraz bezpiecznego przetwarzania informacji poza tymi systemami, składowanymi na przykład na papierze. Dlatego też problematyka bezpieczeństwa jest zagadnieniem całościowym i nie może być utożsamiana wyłącznie z komórką informatyczną w urzędzie.

Dla bezpiecznego funkcjonowania urzędu konieczna jest skuteczna ochrona wszystkich jego aktywów, czyli tych wszystkich bytów, które mają dla niego dużą wartość. Wartość ta wynika z tego, że zapewniają one niczym niezakłócone funkcjonowanie urzędu. Każdy urząd powinien zatem zidentyfikować swoje aktywa. Kolejnym problemem, z jakim mamy do czynienia, jest wiele różnych źródeł złożoności zagadnienia bezpieczeństwa informacji w urzędzie. Są to:

1.       ciągle zachodzące zmiany w systemach informatycznych,

2.       trudne i często zaskakujące środowisko zagrożeń bezpieczeństwa,

3.       skomplikowane procesy zarządzania bezpieczeństwem,

4.       nieprzewidywalny czynnik ludzki w pracy instytucji,

5.       duża złożoność i rozległość systemów informatycznych.

Problem zatem nie jest trywialny – i dlatego należy nim się zająć na poważnie. Nie może być to działanie przy okazji i od niechcenia.

Legislacja w bezpieczeństwie informacji i usług

Administratorzy bezpieczeństwa zajmują się problematyką zarządzania bezpieczeństwem. Są oni odpowiedzialni za całość czynności kontrolowania i zarządzania wszystkimi istotnymi problemami dotyczącymi bezpieczeństwa. Administrator bezpieczeństwa może być jednym, wyznaczonym pracownikiem instytucji. Rolę tę może również pełnić wskazany zespół osób.

Dla właściwego zarządzania bezpieczeństwem informacji i usług ważne jest stosowanie odpowiednich norm i przepisów prawa ogólnego i wewnętrznych regulacji w urzędzie. Poniższy rysunek stanowi ilustrację źródeł regulacji formalnych dla zagadnienia bezpieczeństwa:

Normy i standardy de facto nie są bezpośrednim źródłem prawa dla urzędu. Mogą być wprowadzone wyłącznie poprzez źródła prawa określone w Konstytucji RP i poprzez wewnętrzne regulacje urzędu. Do powszechnych źródeł prawa w Polsce, zgodnie z art. 87 konstytucji należą w kolejności hierarchicznej ich ważności:

1.       Konstytucja RP,

2.       ratyfikowane umowy międzynarodowe,

3.       ustawy,

4.       rozporządzenia,

5.       akty prawa miejscowego na obszarze ich oddziaływania.

Ponadto, jako członek Unii Europejskiej, Polska ma dwa dodatkowe źródła prawa zewnętrznego względem urzędu. Są to:

6.       decyzje Rady UE i Parlamentu Europejskiego, które wchodzą automatycznie na teren prawa polskiego,

7.       dyrektywy UE, które nie wchodzą automatycznie i wymagają implementacji w polskim prawodawstwie.

Zróbmy zatem krótki przegląd wybranych aktów legislacyjnych i normatywnych dotyczących bezpieczeństwa.

W ustawie o informatyzacji wprowadzono szereg regulacji dotyczących bezpieczeństwa przetwarzania informacji, dokumentów elektronicznych oraz bezpiecznego dostarczania usług elektronicznych z wykorzystaniem platformy ePUAP. Zdefiniowano znaczenie profilu zaufanego ePUAP, podpisu potwierdzanego tym profilem, elektronicznej skrzynki podawczej praz urzędowego poświadczenia odbioru dokumentu elektronicznego. Ustalono delegację ustawową dla rozporządzenia w sprawie Krajowych Ram Interoperacyjności, w których bardzo ważnym zakresem jest zdefiniowanie wymogów formalnych dla bezpieczeństwa systemów informatycznych w urzędach administracji publicznej. W tychże ramach wskazano, że kluczowe w tym zakresie są normy z rodziny PN-ISO 27000, o czym napiszemy w dalszej części artykułu. Ważnym zakresem ustawy o informatyzacji jest art. 20a, w którym uregulowano sprawy dotyczące bezpiecznej identyfikacji użytkownika systemów informatycznych. Na tej podstawie zostały wydane trzy dedykowane rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji z kwietnia 2011 roku, które szczegółowo regulują te kwestie.

Ważną ustawą z zakresu bezpieczeństwa przetwarzania informacji jest ustawa o ochronie danych osobowych z 1997 r., która reguluje podstawowe zagadnienia dotyczące postępowania z danymi na podstawie której bezpośrednio lub pośrednio można zidentyfikować osobę, której te dane dotyczą.  Ustawa ta jest doskonale znana w każdym urzędzie, w którym pracują osoby pełniące rolę administratora bezpieczeństwa informacji. Prawdopodobnie ten zakres regulacji bezpieczeństwa jest najczęściej omawiany w codziennej pracy urzędu, a inspektorzy kontrolujący wypełnianie wymogów tejże ustawy są częstymi gośćmi w poszczególnych urzędach.

Kolejną ustawą obejmującą również organy samorządu terytorialnego jest ustawa o ochronie informacji niejawnych ze stycznia 1999 r. Reguluje ona zasady ochrony informacji stanowiących tajemnicę państwową albo tajemnicę służbową. Ustawa ta wraz z rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów w sprawie podstawowych wymagań bezpieczeństwa teleinformatycznego bardzo precyzyjnie i restrykcyjnie określa zasady działania instytucji, osób i systemów na styku z informacjami niejawnymi.

Ustawa o podpisie elektronicznym z września 2001 roku reguluje podstawowe kwestie dotyczące elektronicznego podpisu dokumentów przekazywanych drogą elektroniczną. Podpis elektroniczny poświadczony bezpiecznym certyfikatem i podpis poświadczony profilem zaufanym ePUAP stanowią obecnie – zgodnie z prawem – dwa sposoby elektronicznego poświadczania woli osoby składającej podpis. Jest to istotne dla urzędu, który oba te sposoby powinien respektować.

Jako ostatnią wspomnimy ustawę z kwietnia 1974 r. o ewidencji ludności i dowodach osobistych, która jest jedną z pozostałości PRL. Ustawa ta jest o tyle istotna, że powołuje do życia zbiór PESEL, dowód osobisty jako podstawowy dokument tożsamości obowiązujący w Polsce oraz powszechnie nielubiany obowiązek meldunkowy. Zarówno PESEL, jak i dowód osobisty, są kluczowe dla skutecznego i bezpiecznego załatwiania znakomitej większości spraw urzędowych – zarówno drogą tradycyjną, jak i elektroniczną.

Normy w bezpieczeństwie informacji i usług

Przegląd aktów normatywnych wskazuje na wiele różnych norm dotyczących bezpieczeństwa informacji i usług. Wspomnimy o kilku, a mianowicie:

1.       BS 7799, ISO 17799,

2.       ISO/IEC 13355,

3.       ISO/IEC 27000.

Normy z rodziny *799 z 1999 r. wprowadziły systematykę terminologii bezpieczeństwa informacji i stanowią bardzo ważny punkt odniesienia dla całości zagadnień dotyczących bezpiecznego przetwarzania informacji i udostępniania usług drogą elektroniczną. W pierwszej jej części opisano praktykę zarządzania bezpieczeństwem informacji, a w drugiej – specyfikację systemu zarządzania bezpieczeństwem informacji.

Norma 13355 z 2001 r. stanowi kolejne usystematyzowanie problematyki bezpieczeństwa. Korzysta ona między innymi z doświadczenia podczas stosowania norm z rodziny *799. Norma ta zawiera pięć części:

1.       wytyczne do zarządzania bezpieczeństwem systemów informatycznych,

2.       planowanie i zarządzanie bezpieczeństwem systemów informatycznych,

3.       techniki zarządzania bezpieczeństwem systemów informatycznych,

4.       wybór zabezpieczeń,

5.       zabezpieczenia dla połączeń z systemami zewnętrznymi.

Normy z rodziny ISO/IEC 27000 z roku 2009 zostały wprowadzone do stosowania w administracji publicznej w Polsce od 2011 r. na podstawie Krajowych Ram Interoperacyjności. Stanowią one współczesny dorobek standaryzacyjny w zakresie bezpieczeństwa. Do rodziny należą następujące normy:

1.       Terminologia dotycząca bezpieczeństwa:

1.1.    ISO 27000.

2.       Generalne wymagania bezpieczeństwa – normy kluczowe:

2.1.    ISO 27001 – wymagania dotyczące systemu bezpieczeństwa,

2.2.    ISO 27006 – wymagania dotyczące certyfikowania instytucji w zakresie spełniania wymogów norm z rodziny ISO 27000.

3.       Generalne wytyczne bezpieczeństwa:

3.1.    ISO 27002 – wytyczne do stosowania w praktyce,

3.2.    ISO 27003 – wytyczne w zakresie wdrażania wymogów bezpieczeństwa,

3.3.    ISO 27004 – miary bezpieczeństwa i techniki pomiarów spełniania wymogów,

3.4.    ISO 27005 – wytyczne w zakresie zarządzania ryzykiem,

3.5.    ISO 27007 – wytyczne w zakresie audytów bezpieczeństwa.

4.       Normy sektorowe:

4.1.    ISO 27011 – przedsiębiorstwa telekomunikacyjne,

4.2.    ISO 27799 – organizacje ochrony zdrowia.

Zagadnienie specjalistyczne

Uff!... Tylko wspomnieliśmy o zarysie zagadnień bezpieczeństwa, a już mamy do przeanalizowania bardzo dużo konkretów. Każdy z przywołanych tematów może stanowić treść oddzielnego artykułu na łamach naszego pisma. Na teraz jednak wystarczy. W kolejnym artykule spróbujemy przybliżyć naszemu Czytelnikowi zagadnienia dotyczące polityki bezpieczeństwa i akredytacji urzędu na zgodność z wymogami bezpieczeństwa.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY