Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 66.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 67.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Czerwiec 2013

Czerwiec 2013 (10)

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:13

WAKACYJNY HORROR PRZYCHODNIANY

Napisane przez

Zdawać by się mogło, że już z początkiem czerwca lekarze mimowolnie czują letnie rozleniwienie, ponieważ hole przychodni i szpitali świecą pustkami, a rejestratorki z utęsknieniem wypatrują potencjalnych pacjentów na podobieństwo scen z popularnych seriali. Nic bardziej mylnego.

Okazuje się, iż personel w bieli nawet w słoneczne dni nie narzeka na brak zajęcia. Jedynie przewlekle chorzy pacjenci, zawczasu zaopatrzeni w recepty wypisane na trzymiesięczną kurację, wolą spędzać czas na świeżym powietrzu. Zwolnione przez nich miejsce błyskawicznie zostaje jednak zajęte.

Uzbierana składka to pikuś

Pierwszą grupę stanowią urlopowicze, którzy regularnie muszą przyjmować leki, ale jadąc na wakacje nie zabrali ze sobą ani niezbędnych lekarstw, ani niezbędnej dokumentacji z przebiegu terapii. Ustalenie, jakie tabletki przyjmują i z jakiego powodu zastosowano tego rodzaju leczenie, graniczy z cudem, podobnie jak zrozumienie przez nich faktu, że powinni korzystać z pomocy lekarskiej poza swoją macierzystą przychodnią jedynie w nagłych zachorowaniach. Argument, że „jestem ubezpieczony i leczę się, gdzie mi pasuje” niczym echo odbija się od ścian przychodni.

W odróżnieniu od tych „zapominalskich”, niektórzy, jakby z premedytacją, nawiedzają obcą sobie kadrę przychodni, przedstawiając lekarzom stos dokumentacji i żądając „świeżego” spojrzenia na ich problem zdrowotny. To dotyczy zwłaszcza lekarzy z dużych miast. Kilku takich pacjentów w ciągu dnia, a kolejka wydłuża się w nieskończoność.

Współczuję też „wakacji” w przychodni kolegom pracującym w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie. Ilość zgłaszających się turystów często przekracza „moce przerobowe” zakładu opieki zdrowotnej, a przecież miejscowi pacjenci nie przestają korzystać z usług medycznych, więc raczej nikt nie jest zadowolony, gdyż nie wiadomo, kto przodem: „swój” czy „obcy”? Inny problem stanowią pacjenci, którzy cały rok pracują za granicą, latem zaś korzystają z urlopu i postanawiają się „dokładnie przebadać”, ponieważ „cały rok płacą składkę zdrowotną”. Na widok takowych jestem po prostu przerażona.

Diagnostyka, jakiej się domagają, znacznie przekracza „uzbieraną składkę”, zaś miny darczyńców budzą we mnie chęć wyjaśnienia jak to kapitacyjnie na rok na pacjenta między 20. a 65. rokiem życia do każdej przychodni POZ wpływa 96 złotych, co daje 8 złotych miesięcznie. A badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej to co najmniej 70 złotych, badanie radiologiczne klatki piersiowej 30 złotych, wybranego odcinka kręgosłupa 70 złotych, panel podstawowych badań laboratoryjnych  to prawie 100 złotych, co oznacza, że lekarz rodzinny musi „dołożyć” do takiego „nie chorującego” pacjenta.

Wakacyjni opiekunowie krążą stadami

Od lat, kiedy zbliża się czas urlopów, niczym senna mara prześladuje nas wizja rzesz tak zwanych wakacyjnych opiekunów. Letnia pora wydaje się być tą najbardziej odpowiednią, by nadrobić zaległości w opiece nad rodzicami, nagromadzone w ciągu wielu miesięcy bądź lat. Lista roszczeń zgłaszana przez tych doraźnych opiekunów jest wprost proporcjonalna do długości samotnych zimowych wieczorów. Przyjezdny krewny-urlopowicz, zdeterminowany chęcią przeorganizowania staruszkowi życia, z poświęceniem targa swojego wiekowego rodzica to do lekarza, to znów na badania. Starszy człowiek wzdycha, z rezygnacją wkłada odświętny strój i rusza za swoim dorosłym już dzieckiem. Godzi się na ten maraton, ale wkrótce ma dość takiej wizyty. Chociaż czuje się zmęczony, nie ma odwagi wyartykułować, że największym jego problemem jest przecież samotność przez większą część roku, nie zaś strzykanie w stawach czy wysoki cholesterol.

Niestety, troskliwi goście wpadają zazwyczaj jedynie na 2-3 dni i to z konkretnym planem działania. Nie  zarezerwowali w nim czasu na bezczynne przesiadywanie na ławeczce w ogrodzie i wsłuchiwanie się w opowieści sprzed lat. Prosto od lekarza rodzinnego biegną do opieki społecznej. Obrywa się wszystkim po kolei. W trakcie krótkiego pobytu zdążą niekiedy, negując opinię lekarza POZ, zaczepić jeszcze o szpitalny oddział ratownictwa, by wreszcie z bólem serca przyjąć do wiadomości, że wszystkiemu winna starość. Czas odwiedzin mija bardzo szybko i wkrótce wymordowany tą niecodzienną troską nobliwy rodzic ze łzami w oczach żegna swoich najbliższych, wzdychając nad swoim losem i nad faktem, że „nawet z nim nie porozmawiali”. Na rozmowy nie starczyło czasu, gdyż od rana do nocy próbowali poukładać rodzicielowi życie od nowa. Cóż staruszkowi po zapełnionej wiktuałami lodówce, kiedy pozostaje tęsknota za towarzystwem najbliższych. Pozostaje czekać w nadziei, iż za rok może będzie inaczej.

Wcale nie lepiej mają starsi ludzie mieszkający „przy rodzinie”. Ich opiekunowie wręcz boją się tych dorocznych odwiedzin-inspekcji. Nieraz mogłam się o tym przekonać, w moim rejonie leczniczym jest bowiem bardzo wiele osób w sędziwym wieku, których dzieci wyjechały w świat w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Przynajmniej kilka razy podczas wakacyjnych miesięcy muszę wysłuchać skarg z obydwu stron. Ci, którzy na co dzień trwają przy swych starych rodzicach, latem dodatkowo są obciążeni bieganiem przy gościach, którzy nie szczędzą zarówno krytyk, jak i złotych rad w zakresie opieki nad staruszkiem. Frustracja miejscowych jest ogromna. Wiem, jak znojne jest codzienne borykanie się z przywarami starości. Zaburzenia pamięci, starcze natręctwa, ograniczenie sprawności ruchowej i zdolności do samoobsługi, nie zawsze dają się skorygować podczas zastosowanego leczenia.

Poświęćmy bliskim więcej czasu

A mogło być tak miło! Można przecież przyjechać z uśmiechem na twarzy, podziękować powinowatym za opiekę nad rodzicem. Byłoby jak w bajce, gdyby przyjezdni zaproponowali dotychczasowym opiekunom „zastępstwo”, zamiast pełnym oburzenia tonem zgłaszać pretensje. Jestem pewna, że jeśli nie zabrakłoby choćby odrobiny empatii, to goście stanowiliby wyczekiwaną wyrękę podczas tych wakacyjnych dni, a niosący pomoc staruszkowi przez pozostałe miesiące roku mieliby choć kilka dni wytchnienia i zapewne zaproszenie na przyszły rok byłoby bardziej spontaniczne.

Nie popadajmy jednak w skrajności. Są, rzecz jasna, wyjątki od tej reguły. Zdarzają się rodziny, które znając zasadę, że starych drzew się nie przesadza, przyjeżdżają na dłużej, przeprowadzają w domach rodziców remont, kupują opał, organizują pomoc sąsiedzką, uzgadniają z lekarzem rodzinnym możliwości poprawienia jakości życia tak, by staruszek mógł dożyć swoich lat w jak najlepszej kondycji i warunkach. Niekiedy na kilka tygodni przejmują opiekę nad rodzicem, by dajmy na to brat z bratową mogli wyjechać na zasłużony urlop. Z radością słucham relacji o takich sytuacjach, wspieram działania tymczasowych opiekunów i jestem dla nich pełna uznania. Letnie odwiedziny nie mogą być przecież zamachem na dotychczasową egzystencję leciwej osoby. Podkreślić pragnę fakt, że nestorzy naszego społeczeństwa znajdują ogromne wsparcie w gminnej opiece społecznej czy też w swojej macierzystej przychodni, a instytucja sąsiada jest w małych miejscowościach godna naśladowania.

Odwiedzajmy zatem naszych sędziwych krewnych, darując im swój czas, cierpliwość i wsparcie w granicach zdrowego rozsądku. Niewielu z nas ma szczęście dożyć pomyślnej starości, czyli pozbawionej przyległości wynikających z chorób wieku podeszłego. Wykorzystajmy te słoneczne miesiące i nagromadźmy zapasów witaminy D na długi zimowy czas. Na progu lata życzę zatem szanownym Czytelnikom  bezpiecznego wypoczynku, a pracującym lekarzom rodzinnym, by nie dotknął ich opisany przeze mnie horror. A może i mnie wyjątkowo ta nawałnica ominie tego lata?

ANNA OSOWSKA

Zastępca redaktora naczelnego gazety „Zdrowie dla każdego”, specjalista chorób wewnętrznych, endokrynolog, menadżer opieki zdrowotnej. Od 1999 r. prowadzi Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Nasza Przychodnia” w Sępopolu praz praktykę endokrynologiczną w Bartoszycach. Wcześniej kierownik Przychodni Rejonowej, potem dyrektor Zakładu Lecznictwa Otwartego w Sępopolu. Od ponad 20 lat prowadzi edukację osób chorych na cukrzycę. Otrzymała tytuł „Wolontariusza roku” za działalność społeczną na rzecz gminy Sępopol.

Zbliża się termin, w którym organy stanowiące jednostek samorządu terytorialnego mają obowiązek podjąć uchwałę w sprawie absolutorium dla organów wykonawczych. Czyli w zależności od szczebla samorządu terytorialnego dla wójta, burmistrza, prezydenta miasta bądź zarządu jednostki samorządu terytorialnego[1]. Dokonują tego w oparciu o dokumenty finansowe przedstawione radzie czy sejmikowi do oceny. Przyjęcie absolutorium jest jednym z elementów systemu odpowiedzialności organu wykonawczego jako kierownika jednostki sektora finansów publicznych. Chciałbym przy tej okazji zastanowić się kompleksowo nad tą, oraz innymi płaszczyznami odpowiedzialności kierownika JST.

ABSOLUTORIUM

Instytucja absolutorium służy kontroli wykonywania budżetu przez organ wykonawczy jednostki samorządu terytorialnego i jest dokonywana corocznie przez organy stanowiące tych jednostek. Obowiązujące przepisy umożliwiają wyodrębnienie czterech etapów procedury absolutoryjnej. Należy tutaj wskazać:

- etap związany z oceną sprawozdania sporządzonego przez zarząd jednostki samorządu terytorialnego z wykonania budżetu za rok ubiegły;

- etap związany ze sporządzeniem wniosku w sprawie absolutorium oraz jego zaopiniowaniem;

- etap związany z podjęciem uchwały przez organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego, w sprawie udzielenia lub też nieudzielenia absolutorium;

- etap czwarty, stosowany jedynie w przypadku nieudzielenia absolutorium zarządowi, związany z postępowaniem, które musi być podjęte w celu rozpatrzenia wniosku o odwołanie zarządu, stanowiący konsekwencję negatywnego rozstrzygnięcia kwestii absolutorium.[2]

Podstawą do udzielenia absolutorium jest badanie dokumentów określonych w ustawie o finansach publicznych. Obejmują one:

1)    Sprawozdanie z wykonania budżetu jednostki samorządu terytorialnego,

2)    Sprawozdanie finansowe,

3)    Opinia biegłego rewidenta z badania sprawozdania finansowego – dotyczy jednostek samorządu terytorialnego w których liczba mieszkańców przekracza 150 tysięcy,

4)    Opinia regionalnej izby obrachunkowej,

5)    Informacje o stanie mienia jednostki samorządu terytorialnego,

6)    Stanowisko komisji rewizyjnej.

Szczególną rolę w procesie oceny sprawozdań finansowych pełni komisja rewizyjna organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego. To właśnie komisja rewizyjna  przedstawia radzie gminy, powiatu lub sejmikowi województwa wniosek w sprawie absolutorium. Wniosek jest przygotowany na podstawie oceny wykonania budżetu, biorąc pod uwagę nie tylko kryterium legalności, a więc zgodności z prawem podejmowanych przez organ wykonawczy jednostki samorządu terytorialnego decyzji, lecz także kryterium celowości, rzetelności i gospodarności. Zwrócić należy uwagę, że absolutorium ma charakter odpowiedzialności politycznej, lecz podstawa jego przyznania ma charakter formalno-proceduralny.

Z punktu widzenia wójta, burmistrza, prezydenta miasta czy zarządu jednostki samorządu terytorialnego przyjęcie absolutorium ma doniosłe znaczenie. Nie udzielenie absolutorium może bowiem stanowić podstawę do odwołania tych organów.

W przypadku przepisów dotyczących samorządu powiatowego i wojewódzkiego, uchwała o nieudzieleniu absolutorium jest równoznaczna ze złożeniem wniosku o odwołanie zarządu jednostki samorządu terytorialnego. Uchwała taka przyjmowana jest bezwzględną większością głosów ustawowego składu organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego.

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku samorządu gminnego. W przypadku podjęcia uchwały o nieudzieleniu organowi wykonawczemu gminy absolutorium po upływie dziewięciu miesięcy od dnia jego wyboru i nie później niż na dziewięć miesięcy przed zakończeniem jego kadencji mamy do czynienia z podjęciem inicjatywy przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. To rozwiązanie wiąże się z inną legitymacją do pełnienia funkcji organu wykonawczego gminy, wynikającego z bezpośrednich wyborów [3].

ODPOWIEDZIALNOŚĆ FORMALNA

W poprzednich wydaniach magazynu sporo miejsca poświeciłem zagadnieniu odpowiedzialności z tytułu naruszenia dyscypliny finansów publicznych. Zakres podmiotowy odpowiedzialności zdefiniowany w przepisach prawa obejmuje wójta, burmistrza, prezydenta miasta, jak również organ kolegialny – czyli zarząd powiatu lub województwa. Kierownik jednostki sektora finansów publicznych jest bowiem odpowiedzialny za całość gospodarki finansowej tej jednostki.[4] Pomimo możliwości delegowania upoważnień i odpowiedzialności, kierownik jednostki finansów publicznych musi liczyć się z odpowiedzialnością wynikającą z przepisów o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych z tytułu niewykonywania lub nienależytego wykonywania obowiązków w zakresie kontroli zarządczej, której konsekwencją jest naruszenie dyscypliny finansów publicznych w kierowanej jednostce. Tak więc organ wykonawczy jednostki samorządu terytorialnego musi liczyć się z możliwością ponoszenia odpowiedzialności formalno-proceduralnej.

Ustawa o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny przewiduje cztery poziomy kar:

- upomnienie,

- nagana,

- kara pieniężna – wymierzana od 0,25 do trzykrotności miesięcznego wynagrodzenia osoby odpowiedzialnej za naruszenie dyscypliny finansów publicznych,

- zakaz pełnienia funkcji związanych z dysponowaniem środkami publicznymi od roku do 5 lat.

Funkcje związane  z dysponowaniem środkami publicznymi dotyczą:

1)    Pełnienia funkcji:

- kierownika, zastępcy kierownika lub dyrektora generalnego,

- członka zarządu,

- skarbnika, głównego księgowego lub zastępcy głównego księgowego,

- kierownika lub zastępcy kierownika komórki bezpośrednio odpowiedzialnej za wykonanie budżetu lub planu finansowego jednostki sektora finansów publicznych,

2)    Reprezentowania interesów majątkowych Skarbu Państwa, jednostki samorządu terytorialnego lub innej jednostki sektora finansów publicznych,

3)    Członkostwa w organach stanowiących, nadzorczych i wykonawczych państwowych i samorządowych osób prawnych.[5]

Zakaz pełnienia funkcji związanych z dysponowaniem środkami publicznymi nie ogranicza biernego prawa wyborczego do kandydowania na wójta, burmistrza i prezydenta miasta.

Warto podkreślić, że organ orzekający wymierza karę według swojego uznania, w granicach określonych w ustawie, uwzględniając stopień szkodliwości dla finansów publicznych. Może też w szczególnych okolicznościach, na przykład biorąc pod uwagę rodzaj okoliczności naruszenia dyscypliny finansów publicznych lub właściwości i warunki osobiste sprawcy naruszenia wymierzyć karę łagodniejszego rodzaju lub odstąpić od jej wymierzenia. Istotnym wskaźnikiem zwiększającym z kolei wysokość kary jest „recydywa”, czyli wielokrotne podleganie karze przez komisje orzekające w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Dokonując wyodrębnienia płaszczyzny politycznej (absolutorium) od formalno-proceduralnej (naruszenie dyscypliny finansów publicznych) nie powinniśmy zapominać, że jest to podział teoretyczny. Bowiem, jak wspomniałem w części poświęconej absolutorium, podstawą jego udzielenia jest kryterium legalności. Tak więc uznanie przez komisję orzekającą winy naruszenia dyscypliny finansów publicznych przez wójta czy burmistrza,  może stanowić przesłankę do nieudzielenia przez organ stanowiący jednostki sektora finansów publicznych absolutorium.

Zresztą w praktyce spotykamy przypadki, gdy fakt naruszenia dyscypliny finansów publicznych był podstawą politycznej decyzji o zwolnieniu osoby obwinionej z funkcji kierownika jednostki finansów publicznych. W praktyce obie te płaszczyzny się przenikają.

INNE PŁASZCZYZNY ODPOWIEDZIALNOŚCI KIEROWNIKA JST

Warto zwrócić uwagę, że zdefiniowane wprost w przepisach prawa płaszczyzny odpowiedzialności kierownika jednostki samorządu terytorialnego, tj. odpowiedzialność polityczna i formalno-proceduralna nie wyczerpują wszystkich jej przypadków. Szerokie możliwości pozyskiwania środków finansowych z różnych źródeł zewnętrznych, w tym szczególnie zagranicznych, rodzą dodatkową płaszczyznę odpowiedzialności kierownika jednostki samorządu terytorialnego.

Wiąże się ona ze szczególnymi rygorami dotyczącymi wydatkowania środków zewnętrznych, których ignorowanie może skończyć się poważnymi skutkami finansowymi dla kierowanej jednostki. Mogą one przyjmować formę korekty finansowej, jak w przypadku naruszenia przepisów prawa zamówień publicznych przy zamówieniach współfinansowanych ze środków Unii Europejskiej. Wśród nich zdarzają się nawet  przypadki zagrożenia zwrotu 100 % dofinansowania.

Konieczność zwrotu całości dofinansowania zewnętrznego może wystąpić także w okolicznościach niecelowego wydatkowania zewnętrznych środków finansowych. W przypadku jednostek samorządu terytorialnego sytuacja taka może w sposób radykalny pogorszyć zdolność finansowania zadań, także poprzez pogorszenie płynności finansowej.

Pogorszenie zdolności finansowania zadań może mieć źródło w przypadkach nakładania obciążeń finansowych z innych tytułów. Przykładem może być opłata podwyższona nałożona na gminę, która w sposób nielegalny realizuje zadania z zakresu ochrony środowiska.

Te wszystkie przypadki prowadzą do zaburzenia gospodarki finansowej jednostki samorządu terytorialnego. A jak już wspomniałem wcześniej, ustawa o finansach publicznych odpowiedzialność za całość gospodarki finansowej nakłada na kierownika jednostki. Skutkiem mogą być zarówno konsekwencje o charakterze politycznym (np. referendum w sprawie odwołania wójta czy burmistrza), jak i formalno-proceduralne, a nawet karne, w przypadku, gdy działanie ma znamiona przestępstw zdefiniowanych w kodeksie karnym.

Na koniec chciałbym oświadczyć, że „ambicją” niniejszego tekstu nie jest chęć odstraszania potencjalnych kandydatów na wójtów, burmistrzów czy tym bardziej prezydentów miast. Chciałbym jednak, aby każdy, kto ma ambicje polityczne i zamierza ubiegać się o stanowisko związane z kierowaniem jednostką samorządu terytorialnego, miał pełną świadomość odpowiedzialności, którą wraz ze stanowiskiem na siebie przyjmuje.



[1] Zgodnie z art. 271 ustawy o finansach publicznych, absolutorium przyjmowane jest do 30 czerwca roku następującego po roku budżetowym

[2]  W. Miemiec, Absolutorium komunalne, [w:] Samorządowy poradnik budżetowy na 1997 rok – zagadnienia ustrojowe i prawno-finansowe, pod red. W. Miemiec i B. Cybulskiego, Warszawa 1997.

[3] J.A.Laskowski, Sprawozdanie z wykonania budżetu i absolutorium , Gmina Magazyn Samorządowy Luty(145) 2013

 

[4] Patrz. Art. 53 ustawy o finansach publicznych

[5] Zob. art. 32 ust. 2 ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:08

GMINA IDEALNA NA… WYPOCZYNEK

Napisane przez

Z wójtem gminy Szydłowo, w województwie wielkopolskim, Dariuszem Chrobakiem, rozmawia Anna Cebula

Został Pan wójtem Szydłowa w 2006 r. Jak opisałby Pan ówczesną gminę?

Bardzo duża obszarowo. I tyle samo było do zrobienia w różnych dziedzinach.

I od czego Pan zaczął?

Od zmiany wizerunku gminy, a przede wszystkim samego urzędu, który miał być przyjazny dla mieszkańców. Chodziło o zmianę podejścia pracowników do obsługi przychodzących tu osób. W gminie brakowało też świetlic wiejskich, a istniejące wymagały odnowienia. Takie miejsca pomagają się ludziom integrować, a dzieci i młodzież mają miejsce spotkań.

Od początku stawiałem na rozwój oświaty. Przy Zespole Szkół w Starej Łubiance brakowało sali gimnastycznej, więc została wybudowana. W Zespole Szkół w Szydłowie nie było świetlicy, stołówki, brakowało też pomieszczeń lekcyjnych. Rozbudowę tej placówki właśnie realizujemy. Poza tym szkoły się remontuje, buduje przy nich place zabaw oraz uzupełnia wyposażenie w najnowocześniejsze pomoce dydaktyczne. W ostatnich latach na inwestycje w oświacie przeznaczono ponad 5 mln zł.

Kolejnym celem, jaki sobie wyznaczyłem, było pozyskiwanie dotacji unijnych w programach na lata 2007−13. Przystąpiliśmy do stowarzyszeń, które umożliwiają korzystanie z tych środków. W tym okresie do budżetu pozyskaliśmy kilka milionów złotych.

Jakie są mocne strony Pańskiej gminy? Czym się charakteryzuje?

Ma charakter typowo rolniczy. Na jej terenie znajdują się też zakłady rybackie. Jej potencjał zaś to przede wszystkim rozwój turystki: to piękna gmina, zielona i nieskażona ciężkim przemysłem. Te walory sprzyjają aktywnemu wypoczynkowi. Piękne rzeki zachęcają do kajakarstwa, prężnie rozwija się działalność agroturystyczna. Gorąco zachęcam do odwiedzenia Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Skrzatuszu na terenie naszej gminy.

Które obszary wymagają jeszcze pracy?

Jak wszędzie, wiele do życzenia pozostawiają drogi i to dotyczy całej gminy. Trzeba poprawić ich stan, bo rozwija się agroturystyka, gmina jest promowana jako miejsce atrakcyjne turystycznie, powstają osiedla domków jednorodzinnych i trzeba do nich dojechać. Mnóstwo pracy i nakładów wymagają również drogi śródpolne, z których korzystają rolnicy, pokonując je coraz cięższym sprzętem rolniczym.

Trzeba uporać się także z uporządkowaniem gospodarki wodno-ściekowej. Obecnie w gminie realizowane są nowe inwestycje, jak sieci kanalizacyjne. Dofinansowuje się też budowę przydomowych oczyszczalni ścieków, tam, gdzie doprowadzenie kanalizacji po prostu się nie opłaca. Są takie miejscowości, gdzie nie ma kanalizacji, a dużo do życzenia pozostawiają szamba, wymagające dostosowania do wymogów prawnych i budowlanych. Mam w planach przygotowanie projektu uchwały na dofinansowanie do zbiorników bezodpływowych, aby każdy mieszkaniec miał równe szanse na poprawę gospodarki ściekowej.

Jaka jest strategia gminy wobec inwestorów? Mogą liczyć na wsparcie na przykład w postaci ulg podatkowych?

Gmina nie ma zbyt wielu terenów, które można przeznaczyć pod inwestycje. Nie ma ulg podatkowych, ale − jak wspominałem wcześniej − przynależymy do stowarzyszeń, które umożliwiają przedsiębiorcom oraz osobom fizycznym korzystanie ze środków zewnętrznych, które są przeznaczane na rozwój przedsiębiorczości. Wiele firm i zakładów już skorzystało z tej szansy dzięki przystąpieniu do Lokalnej Grupy Działania „Krajna nad Notecią” bądź programu operacyjnego PO RYBY, jako członkowie Nadnoteckiej Grupy Rybackiej.

Ile nowych podmiotów gospodarczych rozpoczęło działalność na terenie gminy za Pana kadencji?

Kilka. Nie jest to liczba imponująca, ale wzrastająca.

Jaki procent środków z budżetu gminy przeznacza się na inwestycje?

Średnio rocznie ok. 20 proc. Są to inwestycje prowadzone w różnych dziedzinach życia gospodarczego i społecznego. Od 2007 r. najwięcej gmina wydała na oświatę, kanalizację , wodociągi i drogi. W ostatnim roku również inwestujemy w kulturę. Powstaje świetlica wiejska w Szydłowie, która będzie Gminnym Centrum Kultury. Z tą inwestycją wiążę wielkie nadzieje. Liczę, że będzie to ośrodek scalający działalność kulturalną w świetlicach w całej gminie.

Czyli można uznać, że kryzys omija gminę?

Kryzys i nam nie jest obcy, ale dajemy sobie radę. Nadal inwestujemy jako gmina. Gorzej sytuacja wygląda wśród mieszkańców, którzy tracą pracę. Spora część zakładów, znajdujących się w sąsiedztwie gminy, zwalnia pracowników. Mam ogromną nadzieję, że jest to stan przejściowy.

Wcześniej pracował Pan w oświacie. Czy szkoły mogą więc liczyć na parasol ochronny w dobie zamykania i uspołeczniania placówek? Jak gmina uporała się z problemem niżu demograficznego w szkolnictwie?

Znam i rozumiem ten problem. Staram się pomagać, na ile pozwalają finanse publiczne. Niestety demografia jest nieubłagana. Parasol jest możliwy tylko do pewnego momentu. Gdy braknie uczniów, szkoła niestety przestaje istnieć. Z przykrością muszę stwierdzić, że zamknęliśmy jedną ze szkół, w której docelowo byłoby kilkoro dzieci, ale w zamian w obiekcie powstały Warsztaty Terapii Zajęciowej prowadzone przez „Caritas” diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Gmina użyczyła nieodpłatnie budynek szkolny. Dało to szansę innej grupie społecznej. Druga szkoła została zlikwidowana, ale przejściowo, bo zmienia się tylko system zarządzania. Stała się filią Zespołu Szkół. Dzieci uczą się nadal w tym samym budynku, a nauczyciele nie stracili pracy. Jak wspomniałem, jesteśmy dużą obszarowo gminą wiejską – i z tego terenu musimy dowieźć uczniów do czterech szkół. Jest to potężne obciążenie finansowe dla budżetu. Ilość kilometrów się nie zmienia, ale zmniejsza się liczba dzieci, stąd prosty rachunek − większe wydatki, a mniejsza subwencja.

Może Pan liczyć na wsparcie Rady Gminy?

Dobrze mi się współpracuje z radnymi. Nie mam nic do ukrycia w zarządzaniu gminą i liczę na wsparcie w podejmowaniu decyzji. Bo przecież nie tylko ja kieruję gminą. Bardzo często włączam poszczególne komisje rady gminy do wspólnego rozwiązywania naszych problemów. Przecież to właśnie członkowie rady, przedstawiciele sołectw akceptują zadania, jakie realizujemy w budżetach uchwalanych każdego roku. Często różne cele osiągamy na drodze kompromisu, ale tak rozumiem współpracę.

Czy mieszkańcy gminy biorą sprawy w swoje ręce?

W większości to ludzie dobrze radzący sobie w życiu, zaradni, uczynni, nieoglądający się na nikogo i bardzo często wychodzący naprzeciw wspólnym, nowym inicjatywom. Z roku na rok widać coraz większe zaangażowanie sołtysów i rad sołeckich w życie wsi. Należy tu zaznaczyć ogromną rolę tych środowisk, które chętnie współpracują z urzędnikami oraz stowarzyszeniami działającymi na terenie gminy, takimi jak Ochotnicze Straże Pożarne, Koła Gospodyń Wiejskich i innymi. Jednak, jak wszędzie, zdarzają się również „czarne owce”, które same nie wiedzą, czego chcą od życia.

Skoro zakłady zwalniają pracowników, jak rozwiązujecie problem bezrobocia?

Obecnie około 10 proc. mieszkańców nie ma pracy i, niestety, jest to najwięcej w powiecie pilskim. Gmina pomaga w szkoleniu osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Bezrobotni kierowani są do robót społeczno-użytecznych oraz interwencyjnych. Mobilizujemy osoby do zarejestrowania się w Urzędzie Pracy w Pile, aby mogły być w ciągłym kontakcie z szerszą ofertą niż proponuje sama gmina. Pomagamy też finansowo rodzinom czy osobom indywidualnym, które znalazły się w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Współpracujemy z Powiatowym Urzędem Pracy w Pile w celu uzyskania bieżących informacji o ofertach pracy.

Warto odwiedzić Szydłowo? Albo tu zamieszkać?

Oczywiście. Jak już wspomniałem, mamy piękne, zabytkowe sanktuarium w Skrzatuszu – znany w Polsce ośrodek kultu maryjnego, ściągający rzesze nie tylko pielgrzymów, ale również turystów. Mamy rozwijające się prężnie gospodarstwa agroturystyczne i rybackie, wykorzystujące walory przyrodnicze. Zapraszam serdecznie do ich odwiedzenia i zaczerpnięcia świeżego powietrza w naszych lasach. Natomiast nasze rzeki, które są wyjątkowo atrakcyjne z uwagi na to, że na wielu odcinkach mają charakter wód górskich, to raj dla miłośników kajaków. Nasza gmina zachęca do zdrowej, aktywnej rekreacji, także poprzez sieć szlaków pieszych i rowerowych wiodących przez najbardziej urokliwe zakątki.

Ale Szydłowo to również miejsce idealne do zamieszkania. Bardzo chętnie sprowadzają się do nas mieszkańcy większych, sąsiadujących aglomeracji miejskich.

W poprzednich numerach „Gminy” publikowaliśmy kolejne części opracowania dotyczącego korekt finansowych. Poniżej prezentujemy trzecią – i ostatnią – część tekstu.

Kontrola Prezesa UZP

Niezależenie od działań prowadzonych w systemie instytucji odpowiadających za kwalifikowalność wydatków UE, zarówno beneficjent jak i Instytucja Zarządzająca mogą zwrócić się o przeprowadzenie kontroli postępowania o udzielenie zamówienia do Prezesa UZP.

Beneficjentowi teoretycznie przysługuje takie prawo na mocy art. 165 ust. 1 Pzp. Podstawą dla wszczęcia kontroli doraźnej jest jednak powzięcie przez organ uzasadnionego przypuszczenia, że w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego doszło do naruszenia przepisów ustawy, które mogło mieć wpływ na wynik postępowania. Jest to konstrukcja prawna, która całkowicie nie uwzględnia sytuacji, w której wnioskujący o kontrolę ma interes w potwierdzeniu, iż w postępowaniu nie doszło do naruszeń prawa. Wystąpienie do Prezesa UZP, aby było skuteczne musiałoby wskazywać na popełnione przez siebie istotne naruszenia prawa, podczas gdy beneficjent pragnie, korzystając z ustaleń kontroli, wykazać brak takich naruszeń.

IZ może również zwrócić się do Prezesa UZP w celu potwierdzenia wystąpienia naruszeń, które mogły mieć wpływ na wynik postępowania. O ile przypuszczenia te są uzasadnione, Prezes Urzędu, jeżeli uzna zasadność argumentacji, iż do takich naruszeń mogło dojść, jest zobowiązany wszcząć taką kontrolę. Jeśli więc Prezes Urzędu odmówi wszczęcia kontroli, powinno to być traktowane jako brak wykazania przez Instytucję Zarządzającą takich naruszeń. Zasadne byłoby więc przyjęcie, iż o ile wyniki kontroli prowadzonej u beneficjenta przez taką Instytucję na te naruszenia wskazują, to nie podzielenie ich – wskutek odmowy wszczęcia kontroli przez Prezesa UZP – powinno powodować skutek wiążący dla IZ i obowiązek odstąpienia od nałożenia korekt.

W chwili obecnej zgodnie z wytycznymi dotyczącymi zasad prowadzenia kontroli ustalenia Prezesa UZP są dla IZ wiążące wyłącznie, gdy kontrola przez UZP została wszczęta. Jeżeli w jej trakcie stwierdzono występowanie naruszeń przepisów Pzp lub dyrektyw, które według wytycznych MRR byłyby podstawą nałożenia korekty finansowej, (zmniejszenia dofinansowania), nałożenie takiej korekty jest obligatoryjne.[1]

Co więcej, zasada związania ustaleniami kontroli prowadzonej przez Prezesa UZP oraz zakres związania są jednoznacznie wyartykułowane tylko w POIiŚ. W POIG jedynie stosowanie dobrych praktyk może być podstawą takiego wnioskowania. Oczywiście trudno sobie wyobrazić aby IZ, będąc organem administracji nie uwzględniała wyników kontroli przeprowadzonej przez centralny organ administracji  właściwy w sprawach będących przedmiotem kontroli. Brak jednak takiego wyraźnego obowiązku prawnego.

Taka konstrukcja z punktu widzenia beneficjenta jest wyjątkowo niekorzystna, po pierwsze ze względu na niepewność prawną, ale również dlatego, że brak działań ze strony Prezesa UZP i nie podjęcie kontroli na wniosek IZ, choć w świetle art. 165 ust. 4 musi być motywowany oceną, iż braku istotnych naruszeń, powoduje utrzymanie w mocy niekorzystnych ustaleń kontroli Instytucji Zarządzającej.

Jeśli jednak kontrola Prezesa UZP zostanie przeprowadzona, a jej wynik nie jest satysfakcjonujący dla beneficjenta (kontrolowanego), od wyniku takiej kontroli przysługuje mu prawo zgłoszenia do Prezesa Urzędu umotywowanych zastrzeżeń w terminie siedmiu dni od dnia doręczenia informacji o wyniku kontroli. Prawo takie nie przysługuje natomiast Instytucji Zarządzającej wnioskującej o kontrolę.

Przepisy regulujące zgłaszanie zastrzeżeń do informacji o wyniku kontroli zostały umieszczone w oddziale „Kontrola doraźna" Prawa zamówień publicznych w art. 167, jednak ze względu na odesłanie w art. 171a znajdują zastosowanie również dla kontroli uprzedniej. Legitymowanym do wniesienia zastrzeżeń do zaleceń pokontrolnych jest beneficjent. Może on zgłosić zastrzeżenia w terminie 7 dni od dnia otrzymania informacji. Prawo zamówień publicznych stanowi, iż zgłaszanie zastrzeżeń może nastąpić po otrzymaniu informacji o wyniku kontroli, bez wskazywania na jej zawartość. Pozwala to na wysunięcie tezy, iż zastrzeżenia mogą być składane do wszystkich elementów informacji o wyniku kontroli, zarówno ustaleń faktycznych w zakresie istnienia naruszeń, jak i ich kwalifikacji prawnej.

Ustawa nie formułuje listy obligatoryjnych elementów, jakie powinny znaleźć się w zastrzeżeniach, wskazując jedynie, że powinny być umotywowane. Zamawiający powinien więc, obok elementów identyfikujących postępowanie, wskazać, z którymi ustaleniami kontroli się nie zgadza, oraz podać podstawę faktyczną i prawną wniesienia zastrzeżeń. Zastrzeżenia rozpatrywane są w terminie 15 dni od dnia ich otrzymania przez Prezesa UZP, który może uwzględnić zastrzeżenia lub nie. Ustawa milczy na temat formy, w jakiej Prezes UZP zastrzeżenia uwzględnia – należy przyjąć, że będzie to pismo skierowane do beneficjenta z informacją o ich uwzględnieniu. W razie nieuwzględnienia zastrzeżeń, Prezes UZP zobowiązany będzie do przekazania zastrzeżeń do zaopiniowania przez Krajową Izbę Odwoławczą. Krajowa Izba Odwoławcza w terminie 15 dni od dnia przekazania zastrzeżeń przez Prezesa UZP powinna wyrazić opinię w tej sprawie, w formie uchwały. Jest ona wiążąca dla Prezesa UZP, który powinien zawiadomić niezwłocznie zamawiającego o ostatecznym rozstrzygnięciu zastrzeżeń. Powinien też dokonać ewentualnej korekty ustaleń zawartych w informacji o wyniku kontroli i poinformować o tym zamawiającego. Przekazana przez Prezesa UZP opinia jest wiążąca dla Instytucji Zarządzającej. W przypadku kontroli obligatoryjnej, po wydaniu opinii przez Krajową Izbę Odwoławczą, Prezes Urzędu niezwłocznie zawiadamia kierownika zamawiającego o ostatecznym rozpatrzeniu zastrzeżeń.

Kontrola Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych nie kończy się sformułowaniem decyzji administracyjnej, a jedynie wydaniem informacji o wyniku kontroli, która może w przypadku kontroli uprzedniej zawierać zalecenia. Te jednak nie są dla beneficjenta wiążące.

Teza, że informacja o wyniku kontroli nie jest decyzją administracyjną, znalazła potwierdzenie w orzecznictwie sądów administracyjnych. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie postanowieniem z dnia  29 grudnia 2005 r.[2] odrzucił skargę zamawiającego w sprawie związanej z wydaniem informacji o wyniku kontroli ze względu na brak właściwości sądu w tym zakresie: „zaskarżony wynik kontroli uprzedniej nie podlega zaskarżeniu do WSA, ponieważ wskazuje wyłącznie określone uchybienia oraz dokonuje ustaleń faktycznych, a nie dotyczy przyznania, stwierdzenia albo uznania uprawnień bądź obowiązków wynikających z przepisów prawa".

Kontrola skarbowa

Kwestią odrębną od kontroli prowadzonych przez Instytucje działające w systemie wydatków środków UE – tj. IŻ, IP, IW – są kontrole Urzędu Kontroli Skarbowej. Nie pozostają one jednak bez wpływu na postępowanie ww. instytucji, stąd należy przytoczyć kompetencje UKS oraz obowiązki kontrolowanego i ww. instytucji w przypadku uzyskania wyników kontroli UKS.

Zgodnie z art. 2 ust 1 pkt 4 ustawy o kontroli skarbowej, do zakresu kontroli skarbowej należy kontrola celowości i zgodności z prawem gospodarowania środkami pochodzącymi z Unii Europejskiej. Zgodnie z art. 4 ust 1 pkt 2 tej ustawy, kontroli UKS podlegają zarówno wydatkujący, jak i przekazujący oraz otrzymujący środki UE. Kontrola może mieć więc miejsce zarówno w Instytucji (Wdrażającej, Pośredniczącej), jak i u beneficjenta.

Pomimo prób wskazywania przez kontrolę UKS konkretnych sankcji w postaci korekt finansowych jako skutku stwierdzonych naruszeń, działanie takie należy ocenić jako nie znajdujące jakiejkolwiek podstawy prawnej.

System korekt finansowych, oparty na umowach cywilnoprawnych zobowiązujących do stosowania reguł określonych w wytycznych Ministra Rozwoju Regionalnego nie jest elementem prawa powszechnie obowiązującego. Nie może być więc podstawą do ustalania sankcji przez jakikolwiek organ nie będący stroną umowy, bądź nie upoważniony tą umową do nakładania sankcji.

Skutki kontroli UKS są wskazane w art. 24 ustawy. Jeśli przedmiotem kontroli jest gospodarowanie środkami UE, kończy się ona zgodnie z art. 24 ust 1 pkt 2 lit a) wynikiem kontroli. Przed wydaniem wyniku kontroli organ kontroli skarbowej wyznacza kontrolowanemu 7-dniowy termin do wypowiedzenia się w sprawie zebranego materiału dowodowego. Następnie (art. 27 ust 2) wynik kontroli doręcza się kontrolowanemu oraz organowi lub dysponentowi części budżetowej. Oznacza to, że w przypadku kontroli u beneficjenta, wyniki powinny być dołączone także do Instytucji Wdrażającej. Instytucja ta (o ile kontrolowanym był beneficjent, nie zaś sama instytucja) nie ma jednak jakiegokolwiek obowiązku odniesienia się do nich. Obowiązek odniesienia się do wyniku obciąża natomiast zawsze kontrolowanego, który jest obowiązany w ciągu 30 dni poinformować organ kontroli skarbowej o sposobie usunięcia wskazanych nieprawidłowości (art. 27 ust 6 ustawy UKS). Tym samym beneficjent nigdy nie jest obowiązany poddać się ustaleniom kontroli UKS co do wysokości lub faktu naliczenia korekt finansowych.

Analogicznie wygląda sytuacja kontrolowanej Instytucji Wdrażającej lub Pośredniczącej. Jako kontrolowany, ma ona dokładnie te same obowiązki w zakresie ustosunkowania się do wyników kontroli UKS, jak każdy inny poddany kontroli podmiot. Inaczej sytuacja będzie wyglądać jedynie tam, gdzie UKS zarzuci Instytucji poddanej kontroli nierespektowanie umów zawartych z Instytucją wyższego rzędu (Pośredniczącą w przypadku IW, lub Zarządzającą w przypadku IP), zobowiązującą do nakładania korekt zgodnie z ich wysokością, ustaloną w tej umowie, zazwyczaj poprzez odesłanie do wytycznych MRR.

Taki zarzut kontroli UKS jest możliwy, jednak kontrolowana instytucja nie musi się zgodzić z jego merytoryczną trafnością. Nie powstaje więc obowiązek zmiany wysokości naliczonych przez Instytucję korekt na wysokość właściwą zdaniem UKS, lecz jedynie obowiązki opisane w art. 27 ust 6 ustawy.

Obrona przed zarzutami

Z punktu widzenia beneficjenta istotne znaczenie ma to, jak może bronić się przed zarzutami naruszenia prawa, stawianymi przez Instytucje Wdrażające.

W wynikach kontroli zarzuty można podzielić na dwie zasadnicze grupy: naruszenia prawa wspólnotowego oraz naruszenia prawa krajowego. Jak wskazywano wyżej przy wydatkowaniu środków pochodzących z budżetu UE respektowanie prawa UE ma  charakter obligatoryjny. Za nieskuteczne należy więc uznać negowanie ustaleń kontroli w oparciu o argument, że niewłaściwe zastosowanie prawa UE wynikało z działania ustawodawcy krajowego, który dopuścił do niezgodności prawa kraju członkowskiego z prawem Unii.

Co prawda, w orzecznictwie ETS ugruntowany jest pogląd, że normy dyrektyw są kierowane do państw członkowskich, zaś bezpośrednio na treść dyrektyw może powoływać się wyłącznie jednostka przeciw Państwu. Tak orzekł np. ETS w wyroku C-148/78 Publico Ministerio v Ratti, argumentując, że państwo członkowskie nie może wskazywać na bezprawność czynności, według własnego prawa, jeśli charakter czynności został zmieniony na skutek dyrektywy, która weszła w życie przed dokonaniem czynności, a prawo wewnętrzne nie zostało zmienione w duchu dyrektywy.

Należy jednak zwrócić uwagę, że na prawo dyrektyw może powoływać się jednostka przeciw Państwu. Nigdy odwrotnie. W systemie finansów publicznych oraz zamówień publicznych oznacza to, że osoba fizyczna lub wykonawca – osoba prawna – w tym wykonawca zagraniczny, którego prawa naruszono, nie wdrażając dyrektyw, może na ich brzmienie powoływać się przeciw państwu polskiemu. Pojęcie państwa w rozumieniu prawa UE należy przy tym traktować, abstrahując od jego definiowania w krajowych porządkach prawnych.

W orzecznictwie ETS pojęcie „państwa” rozumiane jest bardzo szeroko. Obejmuje nie tylko organy administracji centralnej lub samorządowej oraz inne organy wykonujące władzę publiczną, ale również podmioty podporządkowane władzy państwowej, znajdujące się pod jej kontrolą i wyposażone przez państwo w prawa szczególne lub wyłączne[3]. Podobne znaczenie pojęciu „państwo” Trybunał nadał w sprawie Beentjes orzekając, że trzeba je rozumieć w sposób funkcjonalny. Tym samym każda instytucja, której skład i funkcje są uregulowane ustawowo i która jest uzależniona od władz publicznych przez przyznanie im uprawnienia do mianowania jej władz, przez gwarancje udzielane dla zaciąganych przez nią zobowiązań oraz przez finansowanie zamówień publicznych, które rozdziela, musi być uważana za związaną z państwem w rozumieniu tejże dyrektywy. Tym samym to wobec zamawiającego – jednostce realizującej zadanie publiczne wszystkim osobom przysługuje roszczenie o bezpośrednie zastosowanie dyrektyw, jeśli państwo polskie tych dyrektyw nie wdrożyło w terminie.

Prawo UE w orzecznictwie ETS chroni więc wykonawców ubiegających się u beneficjenta będącego jednostką sektora finansów publicznych przed naruszaniem tegoż prawa przez beneficjenta, np. poprzez stosowanie tylko prawa krajowego. Nigdy natomiast nie chroni beneficjenta, będącego instytucją państwa w rozumieniu prawa UE, przed działaniami tegoż państwa, np. podejmowanymi w wyniku kontroli. Tym samym konieczność stosowania prawa UE wydaje się co do zasady bezwzględna.

W praktyce beneficjentom środków pochodzących z dofinansowania z UE wymierzane są korekty finansowe za naruszenie przepisów dyrektyw, które nie zostały prawidłowo transponowane do polskiego systemu prawnego, tj. Prawa zamówień publicznych oraz wydanych na jej podstawie rozporządzeń. Przykładem tego są następujące przepisy dyrektywy 2004/18/WE:

·        art. 48 ust. 2h „W zależności od charakteru, ilości lub znaczenia, a także przeznaczenia robót budowlanych, dostaw i usług, dowód możliwości technicznych wykonawcy może stanowić […] oświadczenie na temat narzędzi, wyposażenia zakładu i urządzeń technicznych dostępnych usługodawcy lub przedsiębiorcy budowlanemu w celu realizacji zamówienia”;

·        art. 48 ust. 3 „Wykonawca może, w stosownych sytuacjach oraz w przypadku konkretnego zamówienia, polegać na zdolnościach innych podmiotów, niezależnie od charakteru prawnego łączących go z nimi powiązań. Musi on w takiej sytuacji dowieść instytucji zamawiającej, iż będzie dysponował zasobami niezbędnymi do realizacji zamówienia, na przykład przedstawiając w tym celu zobowiązanie tych podmiotów do oddania mu do dyspozycji niezbędnych zasobów”.

W świetle przytoczonych przepisów Dyrektywy za niedopuszczalne uznawane są postanowienia specyfikacji istotnych warunków zamówienia, w których zamawiający, formułując warunek udziału w postępowaniu, podaje, iż uzna za spełniony warunek posiadania odpowiedniego potencjału technicznego, jeśli wykonawca wykaże, iż dysponuje narzędziem „X” (w domyśle najpóźniej w dniu składania ofert). Zgodnie z normą dyrektywy, zamawiający może oświadczyć, iż będzie dysponował tym potencjałem (najpóźniej w momencie rozpoczęcia realizacji zamówienia). Niedopuszczalne jest też wymaganie przedstawienia innych niż oświadczenie Wykonawcy (które najczęściej przyjmuje formę wykazu) dokumentów potwierdzających dostępność tych środków. W przypadku polegania na innych podmiotach obowiązkiem Wykonawcy jest przedstawienie zobowiązania tych podmiotów do udostępnienia tych środków.

Jeśli zamawiający w SIWZ zastosował standardowe zapisy będące odzwierciedleniem brzmienia przepisu art. 22 ust. 1 pkt 2 Pzp (sprzed nowelizacji z października z 2008 r.), w czasie prowadzenia postępowania kontrolujący uznają dokonanie tej czynności za niezgodne z postanowieniami dyrektywy.

Zgodnie z Zaleceniami dla beneficjentów „organy państwowe wezwane do przeprowadzenia […] wykładni [przepisów krajowych] zobowiązane są zrobić to, w największym możliwym stopniu, w świetle treści i celu dyrektywy”. Należy przyjąć, że skoro zgodnie z zaleceniami Pzp miała być do czasu nowelizacji interpretowana zgodnie z dyrektywami, beneficjent w trakcie kontroli powinien powoływać się na taką stosowaną przez siebie interpretację przepisów i nie dopuszczanie się dyskryminacji wykonawców. W przypadku zatem, gdy norma polskiej ustawy wskazywała, iż o zamówienie mogą ubiegać się wykonawcy, którzy posiadają niezbędną wiedzę i doświadczenie oraz dysponują potencjałem technicznym i osobami zdolnymi do wykonania zamówienia (brzmienie art. 22 ust. 1 pkt 2 sprzed nowelizacji z października 2008 r.), co jest niezgodne z przywołaną dyrektywą, nie należy zdaniem ETS stosować przepisów prawa krajowego[4]. Gdy jednak taka sytuacja zaistniała, należy podnieść, iż:

·        zamawiający w SIWZ zastosował standardowe zapisy będące odzwierciedleniem brzmienia przepisu art. 22 ust. 1 pkt 2 Pzp w czasie prowadzenia postępowania;

·        zgodnie z Zaleceniami dla beneficjentów, „organy państwowe wezwane do przeprowadzenia […] wykładni [przepisów krajowych] zobowiązane są zrobić to, w największym możliwym stopniu, w świetle treści i celu dyrektywy”;

·        skoro zgodnie z zaleceniami Pzp miała być do czasu nowelizacji interpretowana zgodnie z dyrektywami, to w taki sam sposób należy potraktować zapisy SIWZ „przepisane” za ustawą;

·        zamawiający tak właśnie zapisy SIWZ interpretował, w żadnym razie nie dopuszczając się dyskryminacji wykonawców.

Ponadto należy zauważyć, jeśli jest to adekwatne do stanu prawnego, iż wykonawca na potwierdzenie posiadania odpowiedniego sprzętu miał jedynie przedstawić dokument prywatny – oświadczenie (wykaz) wraz z podaniem podstawy prawnej władania oraz, iż zamawiający nie wymagał dołączenia żadnych dokumentów zewnętrznych (np. umów) na potwierdzenie, że sprzęt znajduje się w dyspozycji wykonawcy na dzień składania ofert.

Dalsza argumentacja powinna wskazywać, iż z SIWZ nie wynika, że zamawiający domagał się, aby wykonawca dysponował odpowiednim potencjałem technicznym na dzień składania ofert, gdyż de facto dopuszczał, aby w wykazie wskazano tylko formę władania – bez obowiązku wskazywania, czy dana umowa obowiązuje, czy też nie. Oznacza to, że zamawiający dopuszczał, aby wykonawca, który będzie realizował umowę, zgromadził odpowiedni potencjał techniczny (w tym wymagany sprzęt) na podstawie umów zawartych po rozstrzygnięciu przetargu. Jednocześnie akceptowano różne formy prawne władania, dopuszczając tym samym posłużenie się potencjałem technicznym innego podmiotu (np. na podstawie najmu). Należy więc uznać, że zamawiający założył, iż z wykazu musi wynikać, że wykonawca „dysponuje”, czyli „może skorzystać” ze wskazanego narzędzia[5]. Zamawiający dopuszczał zatem dysponowanie sprzętem niezależnie od tytułu prawnego, a tym samym wymagania były postawione na czas realizacji inwestycji. Tak zdaniem opiniującego należy interpretować zapisy SIWZ „w świetle treści i celu dyrektywy”.

Kontrolujący formułują również zarzuty, zgodnie z którymi warunki sformułowane przez zamawiającego są uznawane za wadliwe, gdy posłuży się on w odniesieniu do potencjału pojęciem „posiadania”. O ile w przypadku wiedzy lub doświadczenia taki zwrot jest powtórzeniem terminologii ustawy, to w przypadku innych aspektów potencjału (technicznego, finansowego) ustawa tego słownictwa nie używa.

W każdej z takich sytuacji, niezależnie od rodzaju potencjału, do którego odnosi się użyte pojęcie „posiadania”, należy podnosić, że nie oznacza on domagania się posiadania w rozumieniu Kc, lecz jest zwrotem potocznym, znaczącym tyle, co możliwość dostępu.

W przypadku ustalenia korekt finansowych za naruszenia formalne beneficjent powinien z kolei powoływać się na pkt. 3 dokumentu „wymierzenie korekt….”, gdzie wprost mówi się, iż brak jest obowiązku nakładania korekt finansowych za naruszenia, które mają wyłącznie charakter formalny, tj. takie jak:

·        brak informacji w ogłoszeniu o zamówieniu o dniu jego przekazania UOPWE;

·        zaniechanie przechowywania dowodu publikacji ogłoszenia w DzUUE;

·        naruszenie przepisów dotyczących szacowania wartości zamówienia, jeżeli nie powoduje ono zejścia poniżej progów unijnych;

·        błędne określenie kodu CPV.

Niezmiernie trudne będzie natomiast wykazanie braku naruszeń np. w przypadkach, gdy mimo nie wdrożenia do polskiego prawa przepisów Dyrektywy 2005/36/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 7 września 2005 r. w sprawie uznawania kwalifikacji zawodowych i tym samym zachowaniu zgodnym z prawem krajowym, zamawiający zażądał po upływie terminu na wdrożenie dyrektywy, aby wykonawcy wraz z ofertą składali dokument potwierdzającego przynależność personelu kierowniczego do Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa. Jest to klasyczny przykład  sytuacji powoływania się wprost na postanowienia dyrektywy ze względu na uchybienie kraju członkowskiego w jej wdrożeniu.

Beneficjent (zamawiający), jako podmiot zobowiązany do stosowania prawa krajowego, nie powinien być jednak ofiarą błędnych unormowań uchwalonych przez organ ustawodawczy, jakim jest krajowy ustawodawca. Każdy obywatel i każdy podmiot podlegający prawu krajowemu ma prawo sądzić, iż działając zgodnie z jego literą, nie będzie podlegał żadnym sankcjom.

Jedną z pochodnych zasady państwa prawa jest to, iż nie można czynić tego, co prawo zabrania, ale można czynić wszystko, czego prawo nie zabrania. W tym przypadku zamawiający, który – działając zgodnie z literą polskiej ustawy Pzp (a więc czyniąc to, czego prawo nie zabrania) – de facto naruszył przepisy, które co do zasady powinny być do prawa krajowego wdrożone i w konsekwencji poniósł szkodę poprzez naliczenie korekty finansowej, może zgodnie z art. 4171 § 4 Kodeksu Cywilnego domagać się odszkodowania za niewydanie aktu normatywnego, którego obowiązek wydania przewiduje przepis prawa.

Zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego, przepis ten  (interpretowany w związku z art. 77 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej) może stanowić podstawę prawną odpowiedzialności odszkodowawczej państwa za naruszenie prawa wspólnotowego[6] (w tym za zaniechanie implementacji dyrektywy).

Należy nadmienić, że art. 4171 Kc dotyczący zasad odpowiedzialności odszkodowawczej za działania władz publicznych nie znajduje swego pierwowzoru w prawie UE, stąd nie znajdzie do jego stosowania wspólnotowe rozumienie pojęcia „Państwo”. Zgodnie z polskim systemem prawnym roszczenie takie przysługuje więc każdemu podmiotowi o odrębnej osobowości prawnej od Skarbu Państwa – w tym podmiotowi prawa publicznego (np. samorządowi) wobec Skarbu Państwa. Jednak nie może być mowy o odpowiedzialności Skarbu Państwa wobec własnych jednostek organizacyjnych – tym samym zleceniodawcy wskazana odpowiedzialność odszkodowawcza nie przysługuje.

Konieczność zmian w prawie

Bez zmian w prawie obrona beneficjenta przed postawionymi zarzutami zawsze będzie ułomna. Zmiany powinny doprowadzić do zniesienia jego odpowiedzialności za działanie zgodne z prawem krajowym, zapewnienia spójnego dwuinstancyjnego systemu kontroli z prawem do sądu oraz prawem do uczestnictwa w wydawaniu decyzji lub orzeczeń, które go dotyczą. Wymaga tego standard demokratycznego państwa prawa. Dla osiągnięcia tego celu minimalne zmiany prawa powinny polegać na:

 

1.    Odstąpieniu od naliczania korekt za naruszenia systemowe. Odpowiedzialność za takie naruszenia polegające na niewdrożeniu do systemu prawa krajowego przepisów wspólnotowych obciąża Państwo. Rozwiązaniem zgodnym z zasadą sprawiedliwości jest więc pomniejszenie kwoty przyznanych środków w ramach programu operacyjnego, co de facto obciąży Państwo, nie zaś indywidualnych beneficjentów, którzy działając zgodnie z prawem krajowym dopuścili się jednocześnie naruszenia systemowego. Takie rozwiązania wydają się jednak mało prawdopodobne.

 

2.    Przyjęcie zasady możliwości odwołania się od wyników kontroli dokonanej przez Instytucję Wdrażającą do Instytucji Zarządzającej, a w przypadku podtrzymania tych ustaleń wystąpienie przez beneficjenta z wnioskiem o wszczęcie kontroli do Prezesa UZP. Prezes winien być związany takim wnioskiem i podejmować kontrolę w zakresie wskazywanych przez IZ naruszeń. Ograniczenie zakresu kontroli z kompleksowej oceny do badania wyłącznie zasadności naruszeń wskazywanych przez IŻ, uczyni z Prezesa UZP organ de facto drugiej instancji, rozpatrujący sprawę w zakresie zarzutów, co pozwoli znacznie zwiększyć liczbę kontroli. Warto przypomnieć, że niegdyś prezes UZP wydawał rocznie kilkanaście tysięcy decyzji administracyjnych, a więc nawet taka liczba kontroli określonych czynności zamawiającego (nie całości postępowań) jest możliwa.

 

3.    Kontrola Prezesa UZP powinna się kończyć wydaniem decyzji administracyjnej, co zapewni sądową kontrolę działania organów kontrolnych. W tym kontekście wyłączona zostanie droga cywilnoprawna rozstrzygania sporów między stronami umów.

 

4.    Alternatywnym rozwiązaniem jest ustalenie dla wszystkich beneficjentów wspólnej zasady nakładania korekt finansowych w drodze decyzji administracyjnej, którą powinna być decyzja o jakiej mowa w art. 207 ust 9 ustawy o finansach publicznych. To rozwiązanie ma jednak zasadniczą wadę pominięcia w sporach o prawidłowość stosowania przepisów Pzp organu właściwego w tej sprawie, jakim jest Prezes UZP.

 

5.    Przyjęcie rozwiązania, iż jeśli Prezes UZP odmówi wszczęcia kontroli na wniosek IŻ kierowany do niego w trybie art. 165 ust 4 Pzp, odmowa ta, oznaczając zgodnie z brzmieniem przepisu, że zdaniem Prezesa UZP nie zachodzą obawy istotnego naruszenia prawa, powinna skutkować uznaniem za niebyłe nałożonych korekt finansowych, gdyż w ocenie organu właściwego nie było naruszeń mogących wpływać na wynik postępowania.

 

6.    O ile zostanie utrzymany system rozpatrywania zastrzeżeń od wyników kontroli Prezesa UZP przez KIO, przepisy powinny jasno określić prawo kontrolowanego do udziału w posiedzeniu KIO rozpatrującej takie zastrzeżenia. Brak możliwości uczestnictwa w postępowaniu dotyczącym strony jest praktyką niespotykaną tak w prawie administracyjnym, jak cywilnym, i budzi poważne wątpliwości co do zgodności z zasadami państwa prawnego.

 

7.    Podjęcie wspólnych działań z MRR oraz Instytucją wdrażającą, zmierzających do uzgodnienia z KE zmiany zasad kwalifikowania takich naruszeń i odstąpienie od naliczania korekt finansowych za brak zmiany ogłoszenia dotyczącego przesunięcia terminu składania ofert w przetargu nieograniczonym, gdyż nie narusza to żadnej z zasad prawa UE ze względu na bardziej przejrzyste uregulowanie w prawie polskim dostępu do SIWZ i obowiązku posługiwania się przy składaniu ofert taką specyfikacją, w której takie zmiany są zamieszczane.



[1] Np. Narodowe Strategiczne Ramy Odniesienia 2007-2013 Wytyczne w zakresie kontroli realizacji Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2007-2013 MRR/IiŚ/2(2)/01/2009  z dnia 23 stycznia 2009 r.

 

[2] III SA/Wa 3202/05, niepubl.

[3] Wyrok ETS z dnia 12 lipca 1990 r. w sprawie C- 188/89 A. Foster i in. przeciwko British Gas plc.

[4]ETS z dnia 26 września 2000 r. w sprawie C-262/97 Engelbrecht; ETS z dnia 27 lutego 2003 r. w sprawie Santex.

[5]Dokumenty w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego. Komentarz do rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dnia 19 maja 2006 r. w sprawie rodzajów dokumentów, jakich może żądać zamawiający od wykonawcy, oraz form, w jakich te dokumenty mogą być składane. Pod red. Włodzimierza Dzierżanowskiego. Dz. U. 2006 Nr 87 poz. 650 ze zm.

[6] Uchwała Siedmiu Sędziów SN z dnia 19 maja 2009 r., sygn. akt III CZP 139/08. 

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:04

Platforma ePUAP w terenie

Napisane przez

Pomysł ePUAP – platformy teleinformatycznej, mającej umożliwiać i ułatwiać kontakty między obywatelami a urzędami administracji państwowej – rodził się już w latach 2003-2004. Potem do roku 2007 pracowano nad opracowaniem jego realnego kształtu. Upłynęło zatem prawie dziesięć lat od pierwszych przymiarek do tego systemu. Zobaczmy zatem, jakie są główne zadania stawiane przed ePUAP oraz jak powszechne jest jego zastosowanie w urzędzie samorządowym.

Platforma mało znana

W grudniu 2012 roku Centrum Projektów Informatycznych MAiC przeprowadziło I etap badania pt. „Ergonomia ePUAP”. Z badań tych wynika, że ePUAP jest mało znany. Spośród badanych tylko 10 proc. osób miało styczność z ePUAP. Równocześnie około 50 proc. respondentów przynajmniej raz załatwiało sprawę z urzędem przez Internet. Akceptowalną formą takiego kontaktu jest e-mail i aktywne formularze internetowe. Ponadto, kolejne prawie 44 proc. respondentów słyszało o możliwości wykorzystania Internetu w komunikacji z urzędem. Można zatem wnioskować, że Internet jest ważnym medium komunikacji, ale na dzisiaj nie jest nim system ePUAP.

Nadal jesteśmy społeczeństwem tradycyjnym. Ponad 50 proc. respondentów załatwia swoje sprawy w urzędzie tylko osobiście. Największymi niedogodnościami wskazywanymi w badaniach są zbyt długie kolejki w urzędzie i godziny ich otwarcia, niedopasowane do czasu pracy i nauki interesariuszy. Warto jednak zwrócić uwagę, że już 21 proc. osób większość spraw urzędowych załatwia przez Internet, a do urzędu stawia się osobiście tylko wyjątkowo. Mamy więc do czynienia ze stopniową zmianą mentalności ze stawiennictwa osobistego w kierunku elektronizacji załatwiania spraw w urzędzie.

Platforma oczekiwana

Pomimo tego, że na dzisiaj ePUAP nie jest w powszechnym użyciu, widać trend wyczekiwania na rozwiązania tego typu. Według informacji podawanej na stronie epuap.gov.pl, platforma ta ma za zadanie umożliwić interesariuszom załatwianie swoich spraw w urzędzie za pośrednictwem Internetu. Dla urzędów ma to być narzędzie umożliwiające odpowiednie udostępnianie swoich usług drogą elektroniczną.

Według pierwotnego zamysłu z 2004 roku, ePUAP ma być jednym oknem dostępowym do usług administracji publicznej, podobnym na przykład do systemu banku elektronicznego, w którym załatwiamy swoje sprawy bankowe. Rzecz w tym, aby po zalogowaniu do swojego konta w ePUAP, podobnie jak w banku elektronicznym, widzieć stan swoich spraw z urzędami oraz nowe sprawy, możliwe do załatwienia. Daleko jeszcze do tego ideału, ale w porównaniu z sytuacją sprzed dziesięciu lat, to można rzec, że minęła już cała epoka.

Badania, które przywołaliśmy na początku, wskazują, że widzimy ogromny potencjał i korzyść z drogi elektronicznej. Prawie 90 proc. respondentów dostrzega zaletę oszczędności swojego czasu, a ponad 80 proc. docenia zaletę uniezależnienia od czasu i miejsca załatwienia sprawy. Wszystko to jest możliwe dzięki zastosowaniu drogi elektronicznej przy załatwianiu spraw w urzędzie. Oczekiwanie jest więc tutaj ogromne. W badaniach tych wskazano również oczekiwania w stosunku do rodzajów spraw, jakie interesariusze chcą załatwiać w urzędach drogą elektroniczną. Warto zauważyć, że dużo spośród wskazanych na wykresie rodzajów spraw jest obsługiwana przez urzędy samorządowe.

Nie można zatem myśleć o sukcesie platformy ePUAP bez odpowiedniego zaangażowania samorządu terytorialnego. Wiadomo przecież, że ludzie swoje codzienne sprawy załatwiają przede wszystkim w swojej gminie i powiecie. Często kontaktują się również z USC, ZUS i US. To są nasze codzienne bolączki. Dlatego również tutaj powinien wspierać nas system ePUAP.

Platforma potrzebna

Obecnie wykorzystanie Internetu jest powszechne. Dotyczy ono wszelkich sfer ludzkiej aktywności. W ciągu ostatnich lat nasza mentalność uległa w tym zakresie zasadniczej zmianie. Nie boimy się współpracować z naszym bankiem przez Internet. Lubimy robić zakupy w sklepie internetowym, kontaktować się z naszymi znajomymi na portalach społecznościowych. Podobnie kształtują się nasze oczekiwania w stosunku do formy komunikacji z urzędem. W przywołanych badaniach CPI MAiC ponad 80 proc. respondentów przyznało, że chętnie będzie komunikować się ze swoim urzędem drogą poczty elektronicznej lub za pośrednictwem dedykowanej platformy internetowej – na przykład ePUAP.

Włodarze gmin, powiatów, miast i województw biorą pod uwagę takie właśnie preferencje swoich mieszkańców. Coraz więcej urzędów wykorzystuje drogę elektroniczną w komunikacji z interesariuszami. Nie ma już problemu, aby kontaktować się z urzędem za pomocą poczty elektronicznej. Ten kanał komunikacyjny jest wykorzystywany powszechnie jako naturalna konsekwencja rozwoju technologicznego infrastruktury informatycznej urzędów, a także rozpowszechnienia dostępu do Internetu. Większy problem stanowi dostosowanie urzędów do wykorzystania systemu ePUAP. Jakkolwiek jego wykorzystanie również rośnie, to jednak tutaj musi upłynąć jeszcze trochę czasu, zanim platforma ta będzie wykorzystywana tak często, jak poczta elektroniczna, czy zwykły telefon.

Platforma rozwijana

Rozwój systemu ePUAP idzie w kilku kierunkach. Ciekawą ilustrację stanowi kolejny rysunek udostępniony w dniu 27.05.2013 r. przez CPI MAiC pod adresem http://www.cpi.mac.gov.pl/infografiki,272.html. Na łamach naszego pisma prezentujemy go  trybie dostępu do informacji publicznej.

Widać zatem, że obecnie system ePUAP koncentruje się na wspieraniu usług gminnych z wykorzystaniem profilu zaufanego – jako mechanizmu zastępującego komercyjny podpis elektroniczny. ePUAP dostarcza również mechanizmu elektronicznej skrzynki podawczej, która jest coraz powszechniej wykorzystywana jako mechanizm komunikacji interesariusza z urzędem.

Zaskakujące jest to, że w fazie planowania do współpracy z ePUAP są duże systemy dostarczane przez poszczególnych ministrów i urzędy centralne. Jak widać, najciemniej pod latarnią…

Platforma trudna w obsłudze

Wiele osób narzeka na trudności we współpracy z ePUAP. Rzeczywiście, obecny interfejs użytkownika nie jest mocną stroną tego systemu. Trudno jest połapać się w gąszczu różnych linków i bardzo wielu informacji na witrynie systemu. Nie każdy też dobrze rozumie, do czego potrzebny jest profil zaufany i co to jest elektroniczna skrzynka podawcza. Ważne jest jednak to, że osoby odpowiedzialne widzą ten problem i pracują nad poprawą ergonomii pracy ePUAP. Pod koniec maja 2013 r. CPI MAiC pod adresem http://www.cpi.mac.gov.pl/ergonomia_epuap,254.html udostępniło wyniki drugiego etapu prac zmierzających do poprawy ergonomii pracy z ePUAP. Na pierwszy ogląd nowe ekrany ePUAP będą bardziej czytelne niż obecne. Jest to pozytywne. Wdrożenie nowego wyglądu ePUAP jest planowane na koniec 2013 r. Poczekamy, zobaczymy i ocenimy.

ePUAP moich marzeń

Z uwagi na moją biografię zawodową pozwolę sobie w tym miejscu na odrobinę osobistych wspomnień. Otóż, kiedy w roku 2003 zaproponowałem zbudowanie jednego systemu będącego szyną usług dla całej administracji publicznej, napotkałem duży opór. W tym czasie każde z ministerstw budowało własne systemy bez należytej koordynacji międzyresortowej. Można więc rzec, że było to włożenie kija w mrowisko. W październiku 2004 r. koncepcja nowego podejścia zaczęła się konkretyzować i wspólnie z moim dobrym znajomym oraz ówczesnym współpracownikiem – Markiem Słowikowskim – wymyśliliśmy nazwę ePUAP. Nazwa spodobała się, a my chcieliśmy, aby była ona synonimem lotów wysokiego pułapu. W czerwcu 2007 r. podpisałem umowę na pierwszy etap realizacji systemu ePUAP.

Mój pomysł na ePUAP był prosty: chciałem, aby każdy z nas mógł zalogować się do swojego konta podobnie, jak w przypadku banku internetowego. Po zalogowaniu powinniśmy mieć możliwość załatwiania naszych spraw w urzędzie bez konieczności znajomości struktury tych urzędów i ich wzajemnych powiązań. Podobnie jak w banku: kiedy robimy przelew bankowy, nie musimy znać drogi pieniędzy od nadawcy do adresata. Ważne, że przelew dotrze tam, gdzie powinien – i na czas. Tak samo chciałem uprościć nasz kontakt z administracją publiczną. Oczywiście, jest to zadanie bardzo trudne i długotrwałe. Nie od razu przecież Kraków zbudowano…

Marzy mi się ePUAP semantyczny, czyli taki, który wie, jakie sprawy mnie mogą dotyczyć i czego mogę oczekiwać od urzędów. Chciałbym również mieć wiedzę o stanie załatwiania moich spraw, a także o tym, jak i w czym państwo może mi pomóc. Teraz nadal muszę sam wiedzieć, czego żądać od państwa i czego oczekiwać od urzędów. Taka mentalność postrzegania interesariusza dominuje również w obecnym ePUAP. Może nastąpi korekta obecnego podejścia?  Może kiedyś zaloguję się do ePUAP-u z moich marzeń?

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:02

„CHABRÓW” SPOSÓB NA SZCZĘŚCIE: ŚPIEWANIE

Napisane przez

Zespół „Chabry” z Wałcza tworzą głównie kobiety, choć – jak ktoś słusznie zauważył – jest i… akcent męski. Razem śpiewają już dziesięć lat. A jak tłumaczą swoją w nim obecność? Najprościej: bo ktoś chciał zmienić coś w życiu albo wrócić do tego, co kiedyś było ważne.

W kwietniu „Chabry” obchodziły dziesięciolecie. Zabrakło na nim jednak Marianny Balcerek – założycielki i wieloletniej kierowniczki zespołu i o rok starszej „Czeremchy” – ukraińskiej grupy śpiewaczej.

Dziś Balcerek, emerytowana nauczycielka, mieszka w Rusinowie, w powiecie świdnickim. Wróciła do rodzinnej wsi i domu. Tutaj też założyła dwa zespoły śpiewacze – polski i ukraiński, oraz amatorską grupę teatralną. Kiedy dzwonię, akurat podlewa kwiaty. Pytam, czy chabry?...

O szczegółach z życia zespołu mówi, że już się zatarły. Musiałaby usiąść i spróbować sobie przypomnieć – podróże, próby, jak ktoś się chował po kątach, bo nie miał miejsca w garderobie, a trzeba się było przebrać z codziennego na odświętne. Humorystycznych sytuacji było mnóstwo. – Smutne jest czasami życie, albo jak się wraca do pustego domu. Scena jest jednak od tego, żeby była radość. To jest najważniejsze dla śpiewaków. No i trzeba kochać śpiewanie – mówi założycielka „Chabrów”.

Kiedy powierzała „Chabry” Grażynie Ustrzyckiej-Bochenek, nie miała najdrobniejszej wątpliwości, że przyszłość zespołu nie jest zagrożona. – To taka dziewczyna, jaka powinna pełnić funkcję kierowniczki - podkreśla.

Kwiaty, z których robi się nalewkę

Po części to „Czeremsze” zespół „Chabry” zawdzięcza nazwę, bo skoro jeden nazwę wziął od drzewa, to drugi mógł wybrać sobie kwiat polny. Chaber – piękny chwast w polskich zbożach, z którego wytwarza się nie tylko leki, ale także nalewki. Niektóre śpiewaczki z przymrużeniem oka wyznały, że w strojach w kolorze tych kwiatów wygląda się... smuklej.

Większość osób jest na emeryturze, nieliczne pracują zawodowo. Ale i tak nie ma ciśnienia, regulaminów i listy obecności.

Kazimierz Fecek nie lubi występów, bo zżera go trema (chociaż to podobno kokieteria). – Lepsze są próby, bo sobie można... gębę zedrzeć - mówi. – W czasie, kiedy się odbywają, pije się kawkę, herbatkę, czasami wino, nalewczkę, jak babcia pozwoli zabrać ją ze sobą − opowiadał wnuczce. – A kiedy śpiewacie? – zapytała. – Jak wracamy! – odpowiedział dziadek.

Swoją drogą o tej naleweczce krążą w zespole legendy: że w sumie Jadwiga Fecek raptem raz, kiedyś dała jedną (!) buteleczkę.

− Radosny śpiewak w domu to skarb – mówi dziś o mężu Jadwiga Fecek. – Dlatego w 2004 roku podjęłam negocjacje z Marysią Balcerek, żeby go przyjęła do zespołu. Tyle że wszystko ma swoją cenę. Tu są to zajęte wieczory, czasem weekendy, czas zabrany na wyjazdy, koncerty.

Repertuar ludowy

Zespół niejednokrotnie wyjeżdżał do Niemiec, w tym do Werne – miasta partnerskiego Wałcza, na Europejskie Dni Muzyki, i Kyritz – na spotkania Chórów Seniorów.

W 2005 roku Barbara Tuderek, wraz z Marianną Balcerek, zapoczątkowały w Wałczu spotkania folklorystyczne pod nazwą „Podarunek Królowej Jezior”. Dorocznie goszczą na nich kapele i zespoły ludowe z całej Polski, a „Chabry” zostały na stałe wpisane do kalendarza imprezy.

Na jubileusz Wielkopolskie Stowarzyszenie Krzewienia Kultury Ludowej podarowało „Chabrom” trzydzieści metrów materiału na bluzki i koszule, bo Jadwiga Bonicka – prezes stowarzyszenia, sama zajmuje się kostiumami 60-osobowego zespołu i wie, jak te się zdzierają i niszczą.

Od 2004 roku „Chabry” uczestniczą w Ogólnopolskim Przeglądzie Amatorskich Zespołów Seniorskich w Bydgoszczy. Z tym miejscem jest związana jedna z weselszych historii, jaka się przydarzyła „Chabrom”: tam uczestnicy zostali zdyskwalifikowani, bo byli... za młodzi. A jak podkreślają z dużym sentymentem – nie pomagali sobie, ładując się botoksem i sylikonem.

Przez lata „Chabry” korzystały z przyjaznych cen na bilety PKS, żeby dojechać na festiwale i przeglądy. W zamian zwerbowały emerytowanego kierowcę – Ryszarda Wojczakowskiego, który zresztą nie tylko śpiewa, ale wcześniej bezpiecznie woził kolegów na występy, u dyrektora PKS-u wychodził zaś, żeby dostawać właśnie te kursy.

Sięgają po repertuar ludowy. Na występach wykonują m.in. „Powiadają, żem jest ładna”, „Zielony jaworze”, „Na lewo chłopaki” czy „Kalina”, oparte na polskich tańcach narodowych – krakowiaku, mazurku, kujawiaku i oberku. A ich słowa oddają – w żartobliwy sposób – stosunki damsko-męskie.

Przekrój wszystkich zawodów

W składzie „Chabrów” jest dzisiaj dwudziestu śpiewaków: Grażyna Ustrzycka-Bochenek – obecna kierowniczka, z zawodu nauczycielka geografii, przedstawicielka procentowo najliczniej wykonywanego zawodu wśród członków zespołu; Janina Pauter – rehabilitantka; Halina Wacławek – nauczycielka-bibliotekarka; Mirosław Sobieraj – pilot z Mirosławca – i jego żona, krawcowa Danuta Sobieraj; Grażyna Malec – z wykształcenia nauczycielka klas młodszych (wiele lat uczyła muzyki); Tadeusz Zarywka – wojskowy, a dzisiaj zespołowy fotograf; Kazimierz Fecek i Wiesław Gaworek – budowlańcy; Ryszard Wojczakowski – kierowca; Małgorzata Wiśniewska – technik spożywczy; Karolina Łożecka – nauczycielka fizyki; Mikołaj Terefenko – pracownik bankowy; Iwan Walnyckyj – energetyk; Leon Olesiński – zajmował kierownicze stanowisko w zakładach rolnych; Barbara Iwanicka – właścicielka sklepu; Krystyna Bodnar – nauczycielka we własnej... szkole jazdy; Irena Prus – również nauczycielka; Lucyna Sikora – kasjerka. I wreszcie Grażyna Wysocka – sekretarka z TBS. Zespół tworzą też dwaj muzycy: Andrzej Wiśniewski – klarnecista, wojskowy, który wiele lat prowadził orkiestrę, i Jerzy Bochenek – nauczyciel muzyki, jednocześnie kierownik artystyczny zespołu. To jemu „Chabry” zawdzięczają wielogłosowe brzmienie. Wcześniej przez 11 lat Bochenek koncertował i częściowo szefował greckiemu zespołowi „Hellen”.

Tyle się w tym czasie wydarzyło, że dwie panie z zespołu – Irena Prus i Lucyna Sikora – niezależnie i zupełnie inaczej, stworzyły jego kroniki. Najpierw panią Lucynę namówiła córka – by historia zespołu nie poszła w zapomnienie. Pani Irena, jak przyznaje, podchwyciła ten pomysł i przez 10 lat zapisała pięć tomów. Jej przygoda z zespołem rozpoczęła się rok po jego powstaniu, więc sięgnęła do archiwalnej prasy oraz „Kronik” WCK i odszukała wszystko, co o zespole napisano przez pierwszy rok.

Jako największe wydarzenie, w którym uczestniczyły „Chabry”, kronikarki wymieniają zgodnie udział w Europejskich Dniach Kultury – w programie związanym z wybraniem Essen na Kulturalną Stolicę Europy, podczas których w Dniu Piosenki (Day of Song) na stadionie w Gelsenkirchen spotkało się 55 tysięcy śpiewających ludzi.

Występ za występem

Dwukrotnie „Chabry” były zapraszane przez Akademię Rolniczą z Poznania na święto korbola (czyli dyni – nie należy mylić nazwy z gorszym gatunkiem wina!) i święto śliwki. W ostatnim czasie Pilskie Centrum Kultury zaprosiło zespół na jarmarki z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. „Chabry” były kilkakrotnie zapraszane przez Muzeum Ziemi Wałeckiej na otwarcie wystaw. Wielokrotnie bywały w Muzeum w Osieku nad Notecią, gdzie uczestniczyły w otwarciach sezonów. Śpiewały w Międzyzdrojach i Szprotawie. Gminy Jastrowie, Czaplinek, Lubasz zaprosiły je w celu urozmaicenia święta Plonów.

Przez 10 lat nie tylko zespół się powiększał, ale także z różnych powodów odchodzili jego członkowie. − Jednak nigdy nie było tak, że ktoś zrezygnował, bo się obraził – podkreśla Marianna Balcerek.

Poza tym, ile osób w zespole, tyle najrozmaitszych talentów. A wszystkich łączy bez wątpienia humor w genach oraz przede wszystkim to, że piosenka jest dla nich sposobem na szczęście.

20 kwietnia, uroczystą galą w Wałeckim Centrum Kultury, zespół tortem i biesiadą świętował jubileusz. W imprezie pod hasłem „10 lat minęło, a my… coraz młodsi” wzięło udział trzysta osób: rodziny, przyjaciele, sympatycy i wałczanie. Zaś kilka dni później, w Sali koncertowej Radia Koszalin „Chabry” opowiadały o swojej historii. Wszystkiego najlepszego!

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:59

PIERWSZY POLSKI POCIĄG PANCERNY

Napisane przez

Sosnowiec, cicha noc z 5 na 6 lutego 1863 r. Pierwsze tygodnie Powstania Styczniowego (wybuchło 22 stycznia). Odwilż, pada śnieg z deszczem. W półmroku rysują się kontury dwóch budynków: dworca kolejowego i tzw. komory celnej (urzędu). W środku leniwie gwarzą, palą tytoń i popijają gorzałkę rosyjscy pogranicznicy. Jesteśmy w trójkącie trzech cesarzy. Stąd pociągi wjeżdżają do Austrii i do Prus.

O drugiej w nocy ciszę przerywa łomot pociągu wpadającego na stację. Ze szczelin w pancernych ścianach wagonów padają strzały, desant kosynierów wypada na perony, przerażeni Rosjanie uciekają w panice i po kilkudziesięciu minutach stacja jest opanowana.

Piękny, filmowy obrazek. Tak być mogło, tak zajęcie Sosnowca  było opisywane w niektórych źródłach, lecz te niezwykłe wydarzenia przebiegały w rzeczywistości inaczej – co nie znaczy, że mniej spektakularnie.

Wieczorem 5 lutego 1863 r. do Maczek dotarł z Olkusza oddział naczelnika Małopolski, Apolinarego Kurowskiego, liczący około 150 powstańców. Kurowski ruszył się wreszcie z obozu w Ojcowie ośmielony tym, że Rosjanie opuścili najbliższą okolicę i pozostała tylko straż na granicy z Prusami i Austrią. Dwie godziny powstańcy czekali w Maczkach obok stacji, gdy w tym czasie kolejarze  uzbroili pociąg składający się z dwóch lokomotyw i dziesięciu wagonów towarowych. Wagony obudowano podkładami kolejowymi, w których wycięto otwory strzelnicze, lokomotywy ustawiono na końcu pociągu.

O  21:00 oddział wyjechał z Maczek. Przez Ząbkowice i Dąbrowę pojechali w stronę Sosnowca. O godzinie 2 nad ranem, na wiorstę przed Sosnowcem, w rejonie Sielca, powstańcza piechota i kawaleria opuściły skład. Zrezygnowano z wykorzystania pociągu do desantu. W pół godziny powstańcy doszli do dworca i sąsiadującej z nim komory celnej. Prawdopodobnie broniło się w niej ok. 100 strażników.

Trzy razy kosynierzy porywali się do ataku, próbując sforsować obite żelazną blachą drzwi. Pod dowodzącym natarciem płk. Cieszkowskim zabito konia, później zraniono go w rękę. Ostatni, skuteczny atak skończył się wyrąbaniem żelaznych drzwi komory celnej i jej zajęciem. Część Rosjan rzuciła się do ucieczki do Prus, za Brynicę. Na chwilę udało się ich powstrzymać zamykającej kocioł kawalerii, jednak większość przebiła się i dotarła pod opiekę pruskich ułanów, czekających na granicznym moście. Reszta poddała się Polakom, a niektórzy nawet przystąpili później do powstania.

Niedaleko, w komorze celnej w Modrzejowie, zebrała się druga, większa grupa rosyjskich obieszczyków (pograniczników), licząca ponad 350 żołnierzy. Trwożliwie nasłuchiwali odgłosów walki, po czym, gdy przyłączyła się do nich garstka niedobitków z Sosnowca, przeszli razem z bronią przez Przemszę do Prus, gdzie zostali przez gospodarzy życzliwie powitani, nakarmieni i po kilku dniach ekspediowali powrotem do Królestwa.

Powstańcy zdobyli w  Sosnowcu 40 koni, broń i pieniądze – 97 tys. rubli. Połowę zdobytych pieniędzy Kurowski wysłał Rządowi Narodowemu do Warszawy, resztę wydał na potrzeby swojego oddziału. Będzińscy Żydzi sprzedali wojsku narodowemu buty i kożuszki po niższych od rynkowych cenach – i jeszcze między sobą zrobili zbiórkę dodatkowych pieniędzy na rzecz oddziału.

Powstańcy Kurowskiego oczyścili na kilka dni granicę austriacką – i część pruskiej – z rosyjskich posterunków. W Trójkącie Granicznym  przez kilka dni cło pobierano w imieniu Rzeczypospolitej, a paszporty stemplowano polską pieczęcią.

Sąd w Olkuszu orzekał w imieniu Rządu Narodowego. W miastach i wsiach działała polska administracja, na urzędach wieszano polskie flagi, a w gabinetach strącono portrety cara, zastępując je wizerunkami Matki Boskiej.

Walczącym o Sosnowiec sprzyjała pogoda. Żołnierz oddziału Kurowskiego, Franciszek Garczyński, twierdzi w swoim pamiętniku, że w tych dniach przelotnie padał deszcz ze śniegiem. Według danych pochodzących z warszawskiego obserwatorium astronomicznego było wówczas, jak na porę roku, dość ciepło. W Warszawie 6 lutego o 10 rano było ok. 3  st. C, do 10 wieczorem temperatura wzrosła do ok. 7 st. C i taka też utrzymywała się również 7 lutego. Oba dni były pochmurne z deszczem.  Na Śląsku pogoda mogła być nieco inna. Ksiądz Szulc, kapelan oddziału Kurowskiego, w kazaniu po bitwie chwalił ciepły wiatr i wypogodzone niebo, sprzyjające powstańcom. Możliwie jednak, że ocenę pogody dostosował do potrzeb duszpasterskich. Już kilka dni później, w czasie marszu Kurowskiego na Miechów, pogoda zmieniła się tak dalece na niekorzyść, że wozy wiozące zdobycz z Sosnowca grzęzły w zaspach i ten sam ksiądz Szulc swój autorytet kapłański musiał angażować, by zdobyć dodatkowe konie  od okolicznych posesjonatów.

Powstanie Styczniowe to pierwsze na naszym terytorium wielkie wydarzenie historyczne, w którym ważną rolę odegrała kolej. Pierwszy polski pociąg pancerny nie wziął bezpośredniego udziału w walce, lecz pomógł  wygrać bitwę o Sosnowiec.

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:54

I PO CO NAM TA REWOLUCJA?

Napisane przez

Rozmowa z wójtem gminy Lubrza w województwie opolskim, Mariuszem Kozaczkiem

MATEUSZ WEBER: Dlaczego nawołuje pan do anarchii, lekceważąc prawo?

MARIUSZ KOZACZEK: Tu nie chodzi o namawianie do anarchii.

Jak to nie? Lekceważy Pan ustawodawcę, czyli polski parlament.

Absolutnie nie.

O co więc chodzi?

Uważam, że ustawa śmieciowa w części przetargowej dotyczy gmin, które mają swoje spółki. Mogą one startować w przetargach. Ja wykonałem 99 procent ustawy. Między innymi, podjęliśmy stosowne uchwały. Uchwaliliśmy stawki za wywóz odpadów, jak również zebraliśmy deklaracje od mieszkańców. Odpady nadal będzie wywoził nasz zakład budżetowy.

Dlaczego?

Ustawa śmieciowa nie przewidziała sytuacji, w jakiej są gminy, w których gospodarkę odpadami prowadzą zakłady budżetowe. A one nie mają osobowości prawnej. Zgodnie z prawem, one nie mogą startować w przetargach. Dla nas byłaby to tragedia: musielibyśmy zwolnić około 30 procent załogi zakładu. Nie chcę, zwłaszcza w czasach kryzysu, pozbawiać ludzi pracy.

Poza tym, co z gminami, które mają zakupiony sprzęt do swoich zakładów, zwykle ze środków unijnych? Miały możliwość kupowania – w oparciu o programy unijne – śmieciarek i innych maszyn do sortowania czy utylizacji. Co teraz się z nimi stanie? Przecież w tych programach trzeba utrzymać trwałość projektów. Nas to akurat  nie dotyczy, ale innych gmin, które znam, jak najbardziej.

Czy to nagły zwrot?

Od samego początku, odkąd poznałem projekt, widziałem w nim nieścisłości. Mam podejrzenie co do celu tej ustawy. Nie rozumiem, dlaczego zamyka się wysypiska, które są w połowie wypełnione, a zostawia się niektóre. To jest nonsens. Dlaczego tak to zostało zrobione i co to ma wspólnego z całym systemem utrzymania porządku?

Czy na terenie gminy znajdują się jakieś wysypiska, które trzeba było zamknąć?

W sąsiedniej gminie, pięć kilometrów od nas. Śmietnisko, które obsługiwało trzy sąsiednie gminy jest obecnie zamykane, a jego role przejmuje Regionalne Centrum Gospodarowania Odpadami w Domaszkowicach – 25 km od nas.

To kto na tym zyska?

Ta ustawa wyjątkowo sprzyja firmom, które wygrają przetargi. Dziś firmy, które wygrają w konkursach, będą właściwie świadczyć usługi taksówkarskie. Dlaczego w czasach, kiedy jest ogólnie ciężko, podnosi się stawki? Jest ogromny kryzys. Istnieje duże ryzyko, że rynek opanują duże firmy. One będą w stanie wygrać każdy przetarg, dając mniejsze ceny. Lokalni przedsiębiorcy nie będą mieli szans.

Co więcej na wysypiska śmieci będzie się jeździło dalej – często nawet dwukrotnie dalej. Będę musiał wywozić śmieciarką zebrane odpady nie sześć kilometrów – tak jak teraz – tylko 25 kilometrów. To jest 50 kilometrów dziennie. A wyjazdy kosztują. To są koszty ogólne całej tej zabawy, które są zupełnie niepotrzebne.

Największym problemem jest to, że sami mamy wybrać firmę. Sami, jako gmina, mamy zapłacić firmie na czas. Jeżeli nasz mieszkaniec nie zapłaci, to my musimy pokryć jego długi. A potem co? Będziemy ścigać własnych obywateli, aby oddali nam pieniądze. Bo to gmina będzie miała przeprowadzać egzekucję, by jakoś odzyskiwać należność. Wcześniej te należności odzyskiwał komornik. To jakieś nieporozumienie.

Czyli nie chce być Pan komornikiem?

Samorząd nie jest od tego. Mieszkańcy nas wybierają, żebyśmy ich reprezentowali. A teraz będziemy ich gnębić i nachodzić, jeśli ktoś nie zapłaci pieniędzy… Obłęd. Robi się ustawę odgórną, żeby było lepiej. Ale tylko tym, którzy świadczą usługi. A nie zwykłym ludziom. Jak posłowie siedzą w Sejmie, to nie ma problemu. Jak są w regionie, to zaczynają się schody. Wtedy słyszymy, że poseł jest z innej komisji albo coś podobnego. Nigdzie nie czytałem, aby któryś ze znanych mi posłów w rozmowach lokalnych na swoim terenie poparł tą ustawę.

Ale pan jest członkiem koalicyjnego PSL-u…

To nie znaczy, że mam popierać wszystkie pomysły swojej partii. Wpadlibyśmy w jakąś paranoję. Nie zamierzam na wszystko się zgadzać. Dobrze się patrzy z góry – z pozycji rządu. Inaczej to wygląda, kiedy patrzy się z lokalnej perspektywy.

A może warto przekształcić zakłady w spółkę prawa handlowego?

Ten pomysł był dobry piętnaście lat temu. Doskonale rozumiem, dlaczego gminy to robiły. Wprost się to wywodziło z zakładów budżetowych: tworzono spółki ze stuprocentowym udziałem gminy. Rozumiem, że te spółki mogły startować w różnych przetargach. Jednak czasy się zmieniły, już nie ma takiego prosperity… A brak zleceń zabija spółki.

Dlatego nie zamierzam na potrzeby realizacji ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminie przekształcać zakładu w spółkę prawa handlowego. Nie mamy pewności, że ta spółka później wygra w przetargu. Ale jeśli przegra, co wtedy? Po co taka spółka, która nie świadczy usług?

Jakie widziałby pan wyjście z tej sytuacji? Nowelizację ustawy?

Najważniejszym rozwiązaniem, jakie widziałbym w znowelizowanej ustawie, byłoby zwolnienie urzędów, które posiadają swoje zakłady budżetowe, z przeprowadzenia przetargu.

A jak rozwiąże pan problem segregacji odpadów?

Zacznijmy od tego, że ja się w ogóle dziwię, że zrobiono taką ustawę. Pod przykrywką hasła, że będzie łatwiej, wprowadza się nikomu do niczego nie potrzebną rewolucję. U nas, na dzień dzisiejszy, segregacja też działa. Odbieramy raz w miesiącu posegregowane odpady. Są miejsca we wsiach i w miastach, gdzie wrzuca się posegregowane odpady. Owszem system nie jest w stu procentach szczelny, ale można go doszlifować  i domknąć, żeby działał lepiej. Ta ustawa nic nie wnosi, tylko zaprowadza kompletny chaos.  Od lipca będziemy działać zgodnie z nową ustawą, która częściowo pokrywa się z tym, co już robimy.

Jaki procent mieszkańców segreguje śmieci?

Do tej pory mogę powiedzieć, że wszyscy. Każdy, kto miał podpisaną umowę z ZGKiM w Lubrzy, ma co najmniej jeden kontener, jak również worki do segregacji śmieci. Każdy powoli, stopniowo przyzwyczajał się do segregacji odpadów.

Czy konsultował pan swoją decyzję z prawnikiem?

Tak, powiedział to, co ja. Jego zdaniem, naruszy się zapis dotyczący sposobu wyłonienia podmiotu odpowiedzialnego za odbiór. Sprzeczne jest to, czy naruszenie powinno wiązać się z nałożeniem na gminę kar. Wystarczy wziąć Ustawę o samorządzie i ustawę śmieciową – widać sprzeczności w pewnych zapisach.

To co panu grozi?

W ustawie jest to wyraźnie napisane. W ustawie są wyszczególnione kary dla gmin, które nie przygotują przetargu. Stąd, na przykład, ostatnie problemy Warszawy.

Wszystkie nasze uchwały przeszły jednak przez nadzór wojewody. Dlaczego miałaby karę dostać gmina, która ma własny zakład budżetowy, działający zgodnie z ustawą o finansach publicznych? To jest przecież zakład budżetowy gminy nie posiadający osobowości prawnej.

Co na to pana koledzy samorządowcy?

Cały czas otrzymuję sygnały od innych samorządowców. W połowie czerwca zaplanowaliśmy spotkania z gminami, które również posiadają swoje zakłady budżetowe. One są w takiej samej sytuacji. Będziemy razem rozwiązywać ten problem. Dodam, że żaden z polityków się z nami nie kontaktował.

A co na to mieszkańcy? Czy konsultował Pan z nimi swoją decyzję?

Oczywiście, że tak. Wszyscy moi mieszkańcy są oburzeni, tym że stawki za odbiór śmieci pójdą w górę. Jakbyśmy w tej sytuacji dołożyli jeszcze jeden kontener lub dodatkowe worki, to powoli sami dostosowalibyśmy dotychczasowy system segregacji do nowych wymogów. Spokojnie mogę powiedzieć, że mam poparcie mieszkańców.

 

MARIUSZ KOZACZEK– 35 lat, wójt gminy Lubrza od 2010 roku, poprzednio dyrektor opolskiego oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:51

10 GRZECHÓW REWOLUCJI ŚMIECIOWEJ

Napisane przez

Stworzony na chybcika akt prawny okazał się kolejnym bublem, nie tylko legislacyjnym. Otwiera szerokie pole do korupcji, pozwala na inwigilowanie obywateli, grozi zanieczyszczeniem środowiska, zwiększa ryzyko epidemii, a przede wszystkim – uwalnia mechanizmy sprawowania władzy w sposób niedemokratyczny.

Już niedługo wszyscy boleśnie odczujemy skutki nowych pomysłów na uprzątnięcie naszych śmieci. Nowe przepisy nie tylko uderzą nas po kieszeniach, ale także pozbawią wpływu na to, kiedy i przez kogo odpadki będą wywożone. Jedyni zadowoleni to urzędnicy, bo – dzięki wywindowaniu cen na wyższe od rynkowych – dostaną od firm wywożących śmieci sowite wynagrodzenie, a do gminnych kas ściągną tyle, ile akurat potrzeba.

Z drugiej strony można być pełnym podziwu dla pomysłowości samorządowych biurokratów, którzy wymyślili ten swoisty megaprzekręt. Najpierw z wielkim trudem i mozołem nie potrafili przez półtora roku sprawnie przeprowadzić przetargu na wywóz nieczystości, a potem stworzyli perpetuum mobile, czyli kurę znoszącą im złote jajka… za nasze pieniądze.

Przygotowaliśmy listę najważniejszych min, jakie skrzętnie ukryto gdzieś między wierszami nowego prawa. Oto dziesięć najważniejszych.

1.      Władza sięga po rozwiązania typowe dla wczesnego socjalizmu

Prawie ćwierć wieku po transformacji ustrojowej politycy fundują nam ustawę, która pozwala na powrót do gospodarowania w sposób typowy dla lat 50. ubiegłego wieku. Lokalne organy władzy odgórnie mają decydować, jak zorganizować system wywozu śmieci i usług komunalnych, bez których nie da się żyć nawet w najmniejszej miejscowości. Co więcej, to urzędnicy wyznaczą firmy mające świadczyć te usługi, określą wysokość należnych opłat oraz wynagrodzeń dla ich wykonawców. A wszystko to bez pytania o zdanie obywateli, za których pieniądze (wcale niemałe!) ma to wszystko funkcjonować.

Ponadto drobiazgowe zarządzanie przez lokalne władze wymagać będzie zatrudnienia w tym celu coraz większej liczby urzędników. Koszty rozrostu biurokracji ponosić będziemy my – podatnicy. Całe niebezpieczeństwo polega też na tym, że stworzono pewien precedens: na razie narzucono metodę zagospodarowywania odpadów, ale czy politycy nie zechcą pójść tym śladem również w innych kwestiach?

2.      Korupcji tak!

Nie bez powodu ustawę śmieciową nazwano jedną z najbardziej korupcjogennych ustaw. Otworzyła przed nieuczciwym urzędnikiem nowe okazje do wzięcia łapówki: za przekazaną pod stołem kopertę może wybrać firmę, która wygra przetarg (przykrojony na miarę tejże firmy), a za drugą – podwyższyć opłaty za wywóz śmieci. Nawet co roku. Może też ustawić przetarg pod specjalnie powstałą w tym celu firmę, należącą formalnie np. do członka jego dalszej rodziny.

Innym niebezpieczeństwem jest takie ustalanie warunków przetargu, aby wygrała ją spółka miejska (dobrym przykładem jest Warszawa). A kto wie, czy życzliwy urzędnik w zamian nie otrzyma w niej ciepłej posadki…

3.      Państwo jak Wielki Brat

Gminy wykazały niebywałą kreatywność przy sporządzaniu wzorów deklaracji dotyczących opłat za wywóz śmieci. Szkoda tylko, że wszystkie ich wysiłki poszły w kierunku wyciągnięcia od właścicieli nieruchomości jak największej ilości danych osobowych, również dotyczących ich domowników.

- Gminy mogą pozyskiwać dane dotyczące liczby osób zamieszkujących w lokalu, powierzchni nieruchomości oraz tego, czy chcemy segregować śmieci, bo są to informacje niezbędne do ustalenia opłaty za wywóz śmieci – mówi „Gminie” dr Wojciech Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. – Mogą także gromadzić dane dotyczące sposobu kontaktowania się z właścicielem nieruchomości, a więc z osobą, która jest odpowiedzialna za wypełnienie obowiązków wynikających z ustawy – dodaje.

Zbieranie innych informacji wykracza poza zakres niezbędny do osiągnięcia celu, jakim jest realizacja zadań związanych z gospodarowaniem odpadami komunalnymi. Zdaniem GIODO, niedopuszczalne jest więc domaganie się np. imion, nazwisk i numerów PESEL wszystkich osób zamieszkujących w danym lokalu czy określenia stopnia pokrewieństwa między nimi. Aby wyliczyć wysokość opłaty za wywóz śmieci, nie trzeba też znać zawodu osoby, która będzie ją uiszczać, ani miejsca jej zatrudnienia. A takich właśnie danych domagają się w ankietach niektóre gminy.

– Władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić ani udostępniać innych informacji o obywatelach niż to niezbędne w demokratycznym państwie prawnym – podkreśla dr Wojciech Wiewiórowski. I dodaje, że niezbędności informacji nie można mylić z ich przydatnością, a zbierania danych uzasadniać ekonomią czy logiką.

Gminna uchwała nie może więc zmuszać obywateli do ujawniania danych wykraczających ponad to, co jest absolutnie konieczne do realizacji danego zadania.

4.      Drogo, a będzie drożej

Przeciętny Kowalski nie będzie miał żadnego wpływu ani na to, kto wywozi jego śmieci, ani – za ile. Do tej pory (o ile nie mieszka w bloku) sam mógł poszukać firmy i wybrać najtańszą. Teraz będzie za niego decydowała gmina: urzędnicy wskażą firmę i wyznaczą wysokość opłat. Jak wiemy, już teraz, na początku obowiązywania ustawy śmieciowej, są one bardzo wysokie, kilkakrotnie wyższe niż dotychczas. Nie ma żadnego mechanizmu, wymuszającego obniżanie cen  wywozu nieczystości. W rzeczywistości firmy nie muszą kusić konkurencyjnymi stawkami. I tak wyboru jednej z nich dokona gmina, a my zapłacimy, ile trzeba – bo nie mamy innego wyjścia.

Firmie, która dogada się z gminnymi urzędnikami, będzie się opłacało windować stawki, bo wtedy więcej zarobi. Gmina ma zaś prawo zażądać od nas za wywóz śmieci praktycznie tyle, ile zechce, nawet trzykrotnie więcej niż zapłaci wykonawcy tej usługi – a nadwyżkę przeznaczyć np. na podwyżkę płac urzędników lub budowę kolejnego aquaparku.

Poza tym – monopolista nie musi dbać o jakość usług. My i tak nie mamy wyboru… A nawet prawa głosu, prawa do upominania się o rzetelne wywiązywanie się z tego, za co płacimy. Drugą stroną umowy, a więc klientem firmy od wywozu śmieci, jest przecież gmina.

5.      Śmiecą ludzie czy metry kwadratowe?

Ustawa śmieciowa pozostawiła gminom wybór metody kalkulacji kosztów wywozu odpadków. Okazało się, że pomysłowość gminnych radnych nie zna granic. Wielu z nich zupełnie na poważnie zastanawiało się, czy wyznaczając opłatę za wywożenie śmieci należy brać pod uwagę liczbę osób mieszkających w lokalu, jego metraż czy… ilość zużywanej w nim wody. Dla niezorientowanych: za odprowadzanie ścieków płacimy oddzielnie.

6.      Udowodnij, że nie jesteś wielbłądem

Wciąż jesteśmy krajem, w którym nie wystarcza złożenie przez obywatela oświadczenia, np. o liczbie osób mieszkających w jego nieruchomości. Musi to udokumentować pisemnym zaświadczeniem, najlepiej z pieczątką jakiegoś urzędu. Gminy żądają więc dołączenia do ankiety śmieciowej dokumentów potwierdzających, że osoba zameldowana pod danym adresem jest obecnie np. zatrudniona w innej miejscowości, przebywa w więzieniu, domu dziecka lub domu opieki społecznej.

Rada Gminy Puławy wymagała dla udokumentowania różnicy między liczbą osób zameldowanych, a zamieszkałych na terenie danej nieruchomości, zaświadczeń o zamieszkiwaniu na terenie innej gminy, w innym lokalu lub kraju. Wytknęła to urzędnikom lubelska Regionalna Izba Obrachunkowa, tłumacząc że „udokumentowanie pobytu osób zameldowanych w nieruchomości objętej deklaracją, ale przebywających poza nią, w oczywisty sposób nie dotyczy danych objętych deklaracją. Obejmuje ona bowiem – zgodnie z regulacjami ustawy – liczbę osób zamieszkujących nieruchomość, a nie osób zameldowanych”.

7.      Do kary śmierci włącznie?

Gminy straszą nas odpowiedzialnością karną za umieszczenie w ankiecie nieprawdziwych informacji. Niektóre nawet precyzują, że z wynika to z  art. 233 par. 1 Kodeksu karnego. Za złożenie fałszywego oświadczenia groziłyby nam nawet trzy lata więzienia.

Tymczasem jest to niezgodne z prawem! Zdaniem GIODO gmina nie ma prawa, by w drodze uchwały wprowadzać rygor odpowiedzialności karnej, gdyż mógłby on wynikać co najwyżej z treści aktu rangi ustawy. A ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach nie przewiduje takiej możliwości.

8.      Nie zadeklarowałeś – będziesz więcej płacił

Kolejnym minusem ustawy – a jednocześnie przykładem nieliczenia się z obywatelem – jest to, że osoby, które nie złożą ankiet śmieciowych, będą musiały płacić za wywóz nieczystości tyle, ile zażąda gmina. Za karę?

– Niezłożenie deklaracji lub podanie w niej nieprawdziwych informacji wpłynie na wysokość opłaty za śmieci – podkreśla w rozmowie z „Gminą” Paweł Mikusek, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska. – Władze gminy samodzielnie, szacunkowo określą pobierane stawki.

9.      Odpowiedzialność zbiorowa górą

Nie pomyślano w ustawie także o mieszkańcach bloków. Może się okazać, że odpadki we wspólnym śmietniku nie są posegregowane, bo część sąsiadów tego nie robi i wrzuca wszystko „jak leci” do jednego pojemnika. Co się wtedy stanie? Najprawdopodobniej, zgodnie z ustawą, wszyscy mieszkańcy budynku za karę zapłacą więcej za wywóz śmieci. Można więc zapytać, po co w takim razie deklarowali w ankietach, że będą sortować odpadki?

10.  Brud, smród i choroby

Trudno wyobrazić sobie konsekwencje zbyt długiego niewywożenia śmieci. Przepełnione śmietniki, odpadki wysypujące się z pojemników, a do tego np. 30-stopniowy upał. Odór, muchy i szczury. Jest to całkiem realny scenariusz, bo gminy przewidują usuwanie odpadków 2-4 razy w miesiącu.

- Nie wyobrażam sobie tego – denerwuje się prosząca o anonimowość wieloletnia administratorka dużego osiedla. – Toniemy w śmieciach już po przedłużonym do trzech dni weekendzie. Podczas wielkiej majówki, kiedy cała Polska świętowała przez pięć dni, od środy do niedzieli, musieliśmy zamawiać na sobotę dodatkowy wywóz śmieci. Tak to wygląda w przypadku budynku, w którym jest 150 lokali i blisko 500 mieszkańców.

Zdecydowanie spokojniej ocenia sytuację dr n. med. inż. Krzysztof Kanclerski z Zakładu Zwalczania Skażeń Biologicznych Państwowego Zakładu Higieny. – Wywożenie śmieci w odstępach jednotygodniowych w zupełności wystarczaw przypadkuodpadów biodegradowalnych – zastrzega w rozmowie z „Gminą”. – Dla szkła, plastiku czy papieru okres ten może być znacznie dłuższy. Przy czym odbiorca powinien dostarczyć taką liczbę odpowiednio dużych kontenerów, aby pomieściły wszystkie gromadzone w tym czasie odpady. Jest to szczególnie istotne w przypadku dużych budynków i osiedli. Ponadto powinno się zastrzec w umowie, że firma będzie również odbierała śmieci „w miarę potrzeb”, tzn. także wtedy, gdy kontenery zapełnią się w okresie krótszym niż wyznaczony. Może to np. dotyczyć okresów przedświątecznych, świąt lub różnego rodzaju uroczystości – dodaje.

Żadnego zagrożenia nie widzi za to Główny Inspektorat Sanitarny. Jan Bondar, rzecznik prasowy GIS, twierdzi, że krótkotrwałe perturbacje z odbiorem śmieci nie będą niosły żadnych zagrożeń dla naszego zdrowia. – Gdyby taki stan miał potrwać dłużej (np. przez wiele miesięcy), to nagromadzenie znacznych ilości odpadów komunalnych groziłoby skażeniem powietrza, wód gruntowych i powierzchniowych – mówi jednak „Gminie”. – Mogłoby zatem stworzyć zagrożenie sanitarno-epidemiologiczne, z uwagi na duży udział substancji organicznych, sprzyjających rozwojowi mikroorganizmów chorobotwórczych.

Władze jak zwykle nie widzą problemu. Czy tym razem też jakoś to będzie?

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:42

URZĘDOWY OPTYMIZM

Napisane przez

Na finiszu przygotowań do wejścia w życie ustawy śmieciowej redakcja „GMINY” postanowiła sprawdzić u źródła, jaka sytuacja i jakie nastroje panują w polskich samorządach. Na sondaż, jaki rozesłaliśmy gminom odpowiedziało w dniach 6-13 czerwca przeszło dwustu respondentów. Wnioski, jakie z niego płyną są pocieszające: w olbrzymiej mierze urzędnicy deklarują, że jesteśmy gotowi na nowy system. Ale to może być złudny optymizm.

194 zebrane ankiety podzieliliśmy na trzy grupy, zgodnie z rodzajem odpowiadającej JST: gminy miejskie, gminy miejsko-wiejskie oraz gminy wiejskie. Mimo że wyniki sondażu są zbliżone w przypadku wszystkich tych grup, wskazują również na istotne różnice w ich sytuacji. Dlatego też prezentujemy je oddzielnie dla każdej z nich.

Bardzo dobrze o sobie, nieźle o mieszkańcach

Przede wszystkim postanowiliśmy sprawdzić, jak stan przygotowań oceniają samorządy – zarówno w odniesieniu do siebie samych, jak i stopnia przygotowania mieszkańców. Na pytanie, jak gminy oceniają swoją gotowość do wprowadzenia przepisów ustawy, nasi respondenci mogli odpowiedzieć: „bardzo dobrze”, „nieźle”, „słabo” lub „gmina nie jest przygotowana”.

Z zebranych przez nas odpowiedzi wynika, że w polskich samorządach dominuje dobre samopoczucie, choć nieco naznaczone niepewnością – w grupie gmin miejskich niemal połowa miast wybrała wariant „bardzo dobrze” i taka sama grupa „nieźle” (po 48 proc. odpowiedzi, jedna z gmin nie odpowiedziała na to pytanie). Nieco gorsze nastroje panują wśród gmin miejsko-wiejskich. „Bardzo dobre” przygotowanie deklaruje tu już jedynie 15 proc. odpowiadających, „niezłe” jednak – aż 80 proc. (dwie gminy przyznały, że są „słabo” przygotowane). W podobny sposób kształtują się również deklaracje gmin wiejskich: „bardzo dobrze” przygotowanych jest 20 proc. (24 gminy), „nieźle” – 74 proc. (88 gmin), „słabo” – 5 proc. (6 gmin).

Wynika z tego, że miasta czują się zdecydowanie lepiej przygotowane niż mniejsze ośrodki. – Rzeczywiście, wokół śmieciowych problemów miast jest więcej szumu, ale chyba też to właśnie one lepiej się przygotowały do nowych przepisów. I chyba też w większym stopniu konsultowano z nimi zapisy nowej ustawy – mówi nam prof. Eugeniusz Sobczak, ekspert Politechniki Warszawskiej. Jak podkreśla, w przypadku mniejszych jednostek deklarowany stan może jednak odbiegać od optymistycznego obrazu, jaki odmalowują urzędnicy.

Za to już oceny przygotowania mieszkańców gmin zdają się być bliższe realiom – ale też może i łatwiej spojrzeć w bardziej realistyczny sposób na innych. Tylko w sześciu miastach urzędnicy ocenili przygotowanie obywateli jako „bardzo dobre” (19 proc.), choć wciąż olbrzymia większość uznawała je za „niezłe” (77 proc.), w jednym przypadku uznano, że mieszkańcy są „słabo” przygotowani do nowej ustawy. Ocena pogorszyła się w przypadku gmin miejsko-wiejskich, gdzie stan przygotowania mieszkańców oceniono jako „bardzo dobry” jedynie w 11 proc. przypadków, „niezły” w 75 proc. i „słaby” w sześciu przypadkach (13 proc.). Oceny nieco poprawiają się w przypadku gmin wiejskich: „bardzo dobrze” przygotowani są mieszkańcy 16 gmin z grona naszych respondentów (13 proc.), „nieźle” – 87 gmin (73 proc.), „słabo” – 12 gmin (10 proc.). Ale tu również pojawia się kategoryczne „mieszkańcy nie są przygotowani” – i to w dwóch przypadkach (niemal 1,69 proc.).

Optymizm na kruchych fundamentach

Postanowiliśmy skonfrontować powyższy wynik z rezultatami ogólnokrajowego składania deklaracji śmieciowych. Okazuje się, że gdyby spojrzeć w skali całego kraju, mniej więcej 80-90 Polaków złożyło deklaracje w terminie – czyli więcej niż co dziesiąty z nas ich nie złożył. – Wbrew pozorom 80 procent to nie jest zły wynik. W każdym społeczeństwie jest taki odsetek osób, który nie aktywizuje się w żadnej sprawie – podkreśla prof. Sobczak. Mnij więcej co czwarta gmina – bez względu na jej rodzaj – zebrała w terminie 90-100 proc. deklaracji. 44-48 proc. wszystkich gmin zebrało w terminie 80-90 proc. deklaracji. Problem jednak w tym, że aż kilkanaście procent wszystkich gmin zebrało raptem 50-80 proc. deklaracji, a są też pojedyncze gminy, które przyznają, że odsetek zebranych deklaracji nie przekroczył połowy zarejestrowanych mieszkańców, a nawet – 30 proc. mieszkańców. Ponownie, dotyczy to wszystkich rodzajów gmin.

Brak deklaracji oznacza brak informacji kluczowych z punktu widzenia przetargów, jakie gminy miały przeprowadzić przed 1 lipca. Tutaj nieco gorzej wypadają duże ośrodki: zarówno wśród gmin miejskich, jak i miejsko-wiejskich są takie, które otwarcie deklarują, że nie zdążą zakończyć postępowania w terminie (6 proc. gmin miejskich i 4 proc. gmin miejsko-wiejskich). Właściwie żadna z uczestniczących w badaniu gmin wiejskich nie zakłada większych kłopotów z przetargiem. Odsetek ten nie jest jednak wielki i może łatwo podlegać statystycznym błędom. – Brak deklaracji może jednak ostatecznie zaburzyć przebieg przetargów – ostrzega prof. Sobczak. – Przedsiębiorcy mogą powiedzieć, że podpisali umowę na określonych warunkach i nie zgodzą się na jej zmiany w sytuacji, gdy urząd będzie miał już pełny ogląd sytuacji – dodaje. Inna sprawa, że nierzadko gminy stają w obliczu jednej jedynej oferty, zawierającej cenę, która dalece przewyższa ich możliwości, nie mówiąc o obecnych szacunkach. Wtedy samorząd może czekać powtórka z przetargu, co w oczywisty sposób zaburzy też obraz wyłaniający się z naszego sondażu. Kolejny problem będzie się wiązać z udziałem w postępowaniu spółek komunalnych. Biorą one udział w 45 proc. przetargów w miastach, 37 proc. w gminach miejsko-wiejskich oraz w 9 proc. w gminach wiejskich, co jasno pokazuje, że kontrowersje, które pojawiły się w Warszawie mogą stać się zmorą większych miast i miasteczek. Inna sprawa, że z informacji umieszczonych dodatkowo przez część naszych respondentów wynika, iż przynajmniej niektóre spółki komunalne próbują też walczyć o rynek nie tylko we własnej, ale też sąsiednich gminach.

A to wszystko to dopiero początek drogi. – Budowaliśmy oczyszczalnie, teraz będziemy, jak Polska długa i szeroka, budować zakłady utylizacji odpadów – zapowiada prof. Sobczak. Rzeczywiście, inwestycje zapowiada mniej więcej co druga gmina. 32 proc. uczestniczących w sondażu miast ma w tej sprawie konkretne plany, kolejne 22 proc. deklaruje taką chęć. W przypadku gmin miejsko-wiejskich wskaźniki wynoszą odpowiednio 28 i 26 proc., w przypadku wsi już tylko 19 i 22 proc. – Trzeba będzie znaleźć na to pieniądze. W grę wchodzą fundusze unijne, ale też jeden ze sposobów pokazał Poznań: to partnerstwo publiczno-prywatne – mówi prof. Sobczak. Jego zdaniem, zarządzanie obiektami służącymi do utylizacji musi mieć charakter komercyjny. – Gminy same sobie z tym nie poradzą – powątpiewa.

To i tak nie wyjdzie

Na koniec, nie tyle z naukowej pasji, ile zwykłej ciekawości zadaliśmy pytanie dalekie od statystyk: czy nasi respondenci spodziewają się, że nowy system zostanie płynnie wprowadzony w życie po 1 lipca? Okazuje się, że w gruncie rzeczy… tak. Choć przeciętnie co czwarta gmina wykręciła się od odpowiedzi, zaznaczając opcję „nie wiem”, to już 74,19 proc. miast, 64,44 proc. gmin miejsko-wiejskich i 69,49 gmin wiejskich odpowiedziało twierdząco. – To bardzo optymistyczny wynik, ale myślę, że jest też efektem braku świadomości co do czekających nas wyzwań – podkreśla prof. Sobczak.

Gwoli sprawiedliwości, wśród respondentów znaleźli się też kontestatorzy: jedno miasto, choć samo określiło swoje przygotowanie jako „bardzo dobre”, uznało, że system jest bez szans. Podobnie jedna z gmin miejsko-wiejskich oraz sześć gmin wiejskich. A jeden z naszych respondentów, poza swoimi odpowiedziami, dopisał też na marginesie: „TO I TAK NIE WYJDZIE”. Ot, dla kontrastu, urzędowy pesymizm.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY