Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 66.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

Maj 2013

Maj 2013 (17)

poniedziałek, 27 maj 2013 14:34

PRZYSTANEK PTAKÓW

Napisane przez

Pewnego razu w ich domu, przy oknie, przez dwie godziny siedzieli nieruchomo Ślązacy. Na pytanie, co ich tak zaabsorbowało, odpowiedzieli, że nie mogą się napatrzeć na… fototapetę. Fakt, że widok z okna „Domu nad Rozlewiskiem” zapiera dech w piersi.

Stara Studnica (w gminie Tuczno) to wieś, jakich zachowało się już niewiele. W pierwszej kolejności jest poniemiecka – co przejawia się przede wszystkim w architekturze – a później popegeerowska. Położona jest w lesie, w niezwykle malowniczo pofalowanym krajobrazie. Tworzą go pagórki, górki, jeziora i oczka wodne ukryte wśród drzew lub na łąkach.

Ma nielicznych mieszkańców, a większość z nich znalazła zatrudnienie poza rolnictwem. Kiedy pod koniec lat 90. kolega polecił im to miejsce, to kierowcy – którzy stopem podwieźli tu Krystynę i Henryka Kaźmierczyków – pukali się w głowę, słysząc, że przenoszą się z miasta na to wiejskie wygwizdowo.

Jezioro, które nie zamarza

Faktycznie, kiedy się tu jedzie, wybierając drogę od Tuczna bądź od Mirosławca, trudno uwierzyć, że trafi się jeszcze na jakąś wieś. Pokonuje się piaskową drogę przez las, a według wskazówek gospodarzy, zmierzając tu od Mirosławca, najlepiej jechać po… łące, bo inaczej można ugrzęznąć w piachu.

Przez wiele lat gospodarstwo nie miało nazwy, aż w końcu zrobiło się głośno o „Domu nad Rozlewiskiem” i w Starej Studnicy tak już zostało, od serialu.

O wyborze tego miejsca zadecydowało jezioro – Studnica, jedno z dwudziestu w okolicy, które na zimę nie zamarza, prawdopodobnie dlatego, że przepływa przez nie rzeka Korytnica, płynąca od Mirosławca do Drawy. Warto też dodać, że okolice wdzierają się w granice Drawieńskiego Parku Narodowego.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:33

TO RACIECHOWICE WYMYŚLIŁY REWOLUCJĘ ŚMIECIOWĄ

Napisane przez

Z wójtem Raciechowic, Markiem Gabzdylem, w województwie małopolskim rozmawiała Anna Cebula

Co jest takiego w człowieku, że któregoś dnia postanawia zostać wójtem? Przekonanie, że może dokonać zmian na lepsze, predyspozycje − np. umiejętność zarządzania i podejmowania decyzji – czy może to po prostu pociąg do władzy?

O urzędnikach zawsze miałem wyobrażenie, że to technokraci. W moim przypadku zadecydowało wykształcenie typowo rolnicze. Ukończyłem Wydział Ogólny Akademii Rolniczej w Krakowie. Po czterech latach przepracowanych w Rolniczym Zakładzie Doświadczalnym Uniwersytetu Jagiellońskiego Gaik Brzezowa, naczelnik Urzędu Miasta i Gminy w Dobczycach zaproponował mi stanowisko kierownika służby rolnej i… mieszkanie. Miałem szansę znaleźć się na swoim. Służba rolna zajmowała się wówczas środkami ochrony roślin, akcjami siewnymi i żniwnymi. W Depczycach byłem do października 1994 r.

Wybory na wójta w Raciechowicach to była szansa na powrót do gminy typowo rolniczej – do korzeni i do moich marzeń. Miałem niezły bagaż doświadczenia, m.in. w pozyskiwaniu środków. Do wyborów stanęło czterech kandydatów. Poparło mnie wówczas jedenastu radnych.

Jak scharakteryzowałby Pan gminę z 1994 r., w czasie, kiedy został Pan jej wójtem?

Piękna, malownicza, mocno rozwinięta gospodarczo, z sadownictwem, ale po przejściach – likwidacji krakowskiej Spółdzielni Pszczelarskiej, której członkami byli nasi sadownicy. A to było równoznaczne z utratą przechowalni, punktów skupu, upadku Banku Spółdzielczego w 1993 r. Wówczas przepadły środki finansowe gminy i mieszkańców.

Jakie zadania udało się Panu wykonać od tamtej pory?

Z tych najważniejszych trzeba było wymyślić nową strategię rozwoju dla gminy. Taką, która pobudziłaby aktywność mieszkańców, zachęciła ludzi do wspólnego działania. Postawiliśmy na sadownictwo i to się udało. Powstała Spółdzielnia Producentów „Grodzisko” – zarejestrowane w Małopolsce z pierwszym numerem. Jabłko z Raciechowic uzyskało wtedy certyfikat Unii Europejskiej jak produkt regionalny. Zaktywizowanie ludzi do działania to był na pewno sukces. W wielu miejscowościach przywrócono koła gospodyń wiejskich lub stowarzyszenia działające na rzecz rozwoju środowiska lokalnego, które bardzo aktywnie włączyły się w pisanie i realizację projektów.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:31

WÓJT BEZ PREMII

Napisane przez

Jedyną nagrodą dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast może być... reelekcja. Wbrew temu, co wciąż myśli część samorządowców – ani przewodniczący rady, ani sami radni nie mają kompetencji do przyznawania bonusów za szczególne osiągnięcia w pracy zawodowej. Zabrania im tego ustawa.

Dla jednych to zwykły skok na kasę, dla innych premia za ciężką pracę. Nagrody dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast to problem tak stary, jak przywrócenie w Polsce samorządności. Kiedyś przyznawane zgodnie z prawem – od czasu, gdy włodarzy wybieramy w głosowaniu powszechnym, dozwolone już nie są. Okazuje się jednak, że mimo iż przepisy są jednoznaczne i zabraniają przyznawania włodarzom nagród, to część z nich takie premie dostało.

Piotr Świderski rządzi gminą Wałcz od lat 90. ubiegłego wieku. Regionalne portale nie mogą się go nachwalić: w ich opinii to zdolny i rozsądny gospodarz. Dlatego jego podwładni uznali w końcu, że wójtowi za ciężką pracę należy się premia.  W 2010 roku dostał dwie nagrody, każda w wysokości 15 tysięcy złotych. Zgodę na  to podpisał przewodniczący rady gminy. Jak się okazało, była to niedźwiedzia przysługa, bo za premię na wójta posypały się gromy. – Regionalna Izba Obrachunkowa zakwestionowała nagrody. Wójt otrzymał od nas w tej sprawie pismo, do którego się ustosunkował. Kilka lat temu takich przypadków było więcej. Teraz zdarzają się tylko sporadyczne  – mówi Bożena Szumiata-Redzisz, naczelnik wydziału kontroli gospodarki finansowej w Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Szczecinie, która przeprowadzała kontrole w urzędzie w Wałczu.

Gdy sprawa wyszła na jaw, przewodniczący rady stracił stanowisko. Później tłumaczył się tym, że ktoś z pracowników urzędu podsunął mu dokument do podpisu. – W 2010 roku zostałem poproszony przez pracownika Urzędu Gminy o podpisanie nagrody dla wójta. Zanim to pismo podpisałem, zapytałem, czy jest to zgodne z prawem. Otrzymałem odpowiedź twierdzącą i usłyszałem, że w innych gminach też tak robią – tłumaczył przewodniczący w rozmowie z lokalnymi mediami.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:31

NIŻ DEMOGRAFICZNY ZAMYKA POLSKIE SZKOŁY

Napisane przez

W polskim szkolnictwie, szczególnie w mniejszych ośrodkach, rozpoczęła się reorganizacja na dużą skalę. Część szkół jest zamykana, a część – uspołeczniana. O co w tym chodzi?

Najprościej można by ująć problem tak: zamykanie szkół to sposób samorządowców na niż demograficzny. Liczba uczniów spada, a nauczycieli jest za dużo. To powoduje kryzys w szkolnictwie. Panaceum na uratowanie szkół, tych najmniejszych – do siedemdziesięciu uczniów, ma być ich uspołecznienie. Tyle że, jak w wielu innych przypadkach, nie ma złotego środka i wszystko ma... plusy i minusy.

Skalę zmian najlepiej widać na przykładzie niedużej gminy, gdzie dochodzi praktycznie do edukacyjnej rewolucji. W gminie Wałcz (powiat wałecki, województwo zachodniopomorskie), największej w Polsce wśród gmin wiejskich, tylko w tym roku szkolnym reorganizacja obejmie siedem publicznych szkół podstawowych i dwa gimnazja. Od września, trzy podstawówki po reorganizacji – w Szwecji, Witankowie i Dębołęce, gdzie uczęszcza najmniej uczniów – zgodnie z decyzją przegłosowaną przez radnych gminy, rozpoczną pracę jako placówki społeczne.

Proces nie zachodzi bez wstrząsów. Decyzję o uspołecznieniu Szkoły Podstawowej w Dębołęce Kuratorium Oświaty w Szczecinie (szkoła ma ponad siedemdziesięcioro uczniów) uznało za niezgodną z prawem. Wójt Piotr Świderski już zapowiedział, że będzie się odwoływać w Sądzie Apelacyjnym.

Lider bierze szkołę

Zdaniem radnej z gminy Wałcz, a zarazem nauczycielki – Aldony Piaskowskiej – tylko jedna z nich miała minimalne szanse na przetrwanie. Subwencje płynące z ministerstwa edukacji są niewystarczające na utrzymanie szkół. A jak argumentował wójt Piotr Świderski na jednej z sesji, gmina ma jeszcze inne zadania wobec wszystkich mieszkańców i musi kierować środki na wszystkie ich potrzeby – nie tylko na edukację dzieci. Nowym zarządcą, a precyzyjniej – menedżerem – ma być prężnie działająca Lokalna Grupa Działania Stowarzyszenie „Lider Wałecki”.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:29

Powroty na rynek pracy z Programem Kapitał Ludzki

Napisane przez

Mama idzie do pracy – program zawodowej aktywizacji kobiet” to projekt dla kobiet, które po urlopie macierzyńskim są bezrobotne. Opracowały go młode mamy – które po urlopie macierzyńskim do pracy wróciły – dla tych mam, którym trzeba pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

– Uczestniczkom projektu opowiadamy, że my oprócz tego, że pracujemy, mamy takie same problemy jak one – opowiadają. – Wstajemy wcześnie rano, przygotowujemy dzieci do przedszkola i siebie do pracy, robimy zakupy, gotujemy, sprzątamy.

W małej miejscowości czy na wsi kobiety-matki po urlopie macierzyńskim często są pod presją środowiska, które nie akceptuje samodzielności zawodowej kobiet. Czasem niechętny jest mąż, czasem rodzice i teściowie. Bezrobotne kobiety nie wierzą w swoje szanse i możliwości. Z raportu „Wieloaspektowa sytuacja kobiet na rynku pracy” wynika, że ponad 90 proc. kobiet w Polsce nie ma dostępu do szkoleń niwelujących skutki przerwy w pracy spowodowanej macierzyństwem. Okazuje się, że dostęp do szkoleń zależy głównie od miejsca ich zamieszkania. Przeszkodą w zatrudnieniu kobiety-matki jest też postawa pracodawców, którzy uważają, że są one mniej dyspozycyjne i mniej oddane pracy z powodu obciążenia obowiązkami rodzinnymi.

Czterdzieści pionierek

W województwie zachodniopomorskim, gdzie od marca 2012 r. Instytut Rozwoju Regionalnego w Szczecinie realizuje projekt „Mama idzie do pracy”, różnice ekonomiczne pomiędzy dużymi i małymi miejscowościami są bardzo duże. W 2011 r., kiedy projekt powstawał, w powiecie choszczeńskim w gminie Recz wskaźnik bezrobocia wynosił 17,7 proc., w gminie Pełczyce – 14,6 proc., w gminie Krzęcin – 14,4 proc., w gminie Bierzwnik – 16,5 proc.

Projekt „Mama idzie do pracy” realizowany jest w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (Priorytet VI. Rynek pracy otwarty dla wszystkich, Działanie 6.1 Poprawa dostępu do zatrudnienia oraz wspieranie aktywności zawodowej w regionie, Poddziałanie 6.1.1 Wsparcie dla osób pozostających bez zatrudnienia na lokalnym rynku pracy). Głównym celem projektu jest podniesienie poziomu aktywności zawodowej czterdziestu kobiet z terenu gmin: Bierzwnik, Krzęcin, Pełczyce i Recz powracających na rynek pracy po przerwie związanej z urodzeniem i wychowywaniem dzieci, poprzez udzielenie im kompleksowego wsparcia w postaci doradztwa zawodowego, szkoleń aktywizujących, szkoleń zawodowych, pośrednictwa pracy, płatnych staży zawodowych u pracodawców. Zakończy się w lutym 2014 r.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:28

PSZCZOŁY POD SZCZEGÓLNĄ OCHRONĄ

Napisane przez

Dwa lata ma obowiązywać moratorium na stosowanie w rolnictwie pestycydów neonikotynoidowych, jakie uchwaliła pod koniec kwietnia Unia Europejska. Ma ono zacząć obowiązywać nie później niż 1 lipca br.

Dyskusja na temat tego, czy i jak chronić pszczoły trwała od lat – a dokładnie od końca 2006 roku, kiedy to naukowcy ukuli termin „masowe ginięcie pszczół”. Zjawisko, choć spotykane w historii, jest niewątpliwie niepokojące: pszczoły miodne masowo giną poza ulem, co nie tylko budzi obawy o przyszłość tego gatunku, ale też o znacznie poważniejsze konsekwencje gospodarcze, związane z sektorem roślin oleistych, owoców i warzyw.

W Stanach Zjednoczonych od kilku lat pojawiają się alarmistyczne w tonie nagłówki, według których każda zima kończy się śmiercią 80-90 proc. rojów. Tymczasem tylko w USA dobrobyt gatunku jest ściśle związany z rynkiem produktów o wielkości kilkunastu miliardów dolarów. W Europie, gdzie zjawisko wystąpiło w dużej skali m.in. w Hiszpanii, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, Grecji, Finlandii – i Polsce, straty z tego powodu zapewne będą równie wielkie.

Winne pestycydy?

Nic więc dziwnego, że dla większości krajów Unii Europejskiej problem jest palący. Za radą części naukowców przyjęto, że za ginięcie pszczół miodnych mogą być odpowiedzialne stosowane w rolnictwie pestycydy neonikotynodoidowe: w szczególności chlotianidyna, imidachlopryd i tiametoksam. Nie jest to jedyna możliwa przyczyna występowania niepokojącego zjawiska – tym niemniej budzi ona największe emocje, być może ze względu na fakt, że same nazwy tych chemikaliów brzmią „groźnie”. W odniesieniu do pszczół wymienione środki mogą wywoływać paraliż ich centralnego układu nerwowego i niemal natychmiastową śmierć.

Decyzja Brukseli opiera się w dużej mierze na analizach Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), jednak w ostatnich latach nastąpiła gigantyczna mobilizacja zaniepokojonych tym zjawiskiem Europejczyków. Pod petycją do unijnych władz podpisało się ponad 2,6 miliona osób, ministrowie rolnictwa w poszczególnych krajach Wspólnoty otrzymali w tej sprawie około 450 tysięcy e-maili, a badania ankietowe ujawniły gigantyczne poparcie dla zakazu, sięgające np. w Niemczech poziomu 90 procent.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:27

W POZNANIU RUSZA NAJWIĘKSZY W POLSCE PROJEKT PPP

Napisane przez

725 milionów złotych – to wartość umowy partnerstwa publiczno-prywatnego, w ramach której firma SITA POLSKA ma zbudować i eksploatować Instalację Termicznego Przekształcania Odpadów Komunalnych w Poznaniu. Na początku kwietnia umowa została podpisana przez prezydenta Poznania i prezesa spółki SITA POLSKA. To największy w Polsce projekt z obszaru PPP.

Procedura przetargowa trwała dwa lata. Jej efektem jest imponujący projekt obejmujący zaprojektowanie, wybudowanie i zaplanowana na 25 lat eksploatacja spalarni, która ma rozwiązać problemy poznańskiej aglomeracji z utylizacją odpadów. Specjalnie pod kątem projektu partner prywatny stworzy spółkę celową Sita Zielona Energia (Sita Polska będzie tu współpracować z Marguerite Waste Polska). Prace w zakładzie usytuowanym w poznańskiej dzielnicy Karolin mają ruszyć najpóźniej w październiku 2016 roku. Zgodnie ze specyfikacją techniczną obiektu, każdego roku do spalarni mogłoby trafiać nawet 210 tysięcy ton śmieci – w ciągu ćwierćwiecza, jakie obejmuje umowa, Poznań zapłaci za ich utylizację przeszło 2,1 miliarda złotych.

Wzorcowa gospodarka odpadami

Niemal w połowie projekt jest dofinansowywany przez Unię Europejską. Wysokość dotacji ma sięgnąć 352 milionów złotych. Obok terenu pod inwestycję dotacja ta stanowi udział miasta. Pozostałe środki ma zapewnić zwycięski partner prywatny. Spółkę Sita Zielona Energia będzie w tym zakresie wspierać międzybankowe konsorcjum, w skład którego wejdą Pekao SA, PKO BP i Bank Gospodarstwa Krajowego. Umowa PPP daje też Poznaniowi możliwość zastąpienia części prywatnego finansowania przez środki z unijnego Funduszu Spójności w ramach „Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2007-2013, Priorytet II Gospodarka odpadami i ochrona powierzchni ziemi, działanie 2.1. Kompleksowe przedsięwzięcia z zakresu gospodarki odpadami”.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:26

Aby karetka zdążyła dojechać na czas….

Napisane przez

Droga ambulansu do pacjenta poza wielkimi miastami przypomina bieg przez tor przeszkód. Już sam dojazd przez dziury w lokalnych drogach na pewno nie należy do najszybszych. Ale prawdziwe problemy mogą zacząć się już na miejscu…

- No gdzie ONI są? Ile można czekać na to POGOTOWIE? Umrzeć można!

- Przez Warszawę jadą, czy co?! Składkę to umieją brać, ale pomocy żadnej! Jeny, ale ciemno! Nic nie widać! Boże! Z dziadkiem coraz gorzej! Czy karetka zdąży na czas?

Podczas, gdy wóz Oddziału Ratunkowego tańczy taniec Wita po wybojach, zdenerwowana rodzina biega wzdłuż drogi i złorzeczy, ile wlezie, zapominając, że dojazd do chorego nie jest  łatwy – wręcz stanowi „stan zagrożenia życia” dla zespołu wyjazdowego. Jeśli rzecz by się działa między wsią Króle a Paluzami, pacjent mógłby się nie doczekać pomocy, gdyż ta utknęłaby na rozjeżdżonej przez ciągniki drodze. Gdyby zaś wzywano do Galinek, najpierw ratownicy musieliby pozbierać koła karetki wyrwane podczas karkołomnego pokonywania dziur w asfalcie na trasie Galiny-Bajdyty. Spokojnie wypatrywać ratowników mogą za to mieszkańcy Sokolicy, bo droga u nich jak marzenie, nie dawno zresztą  remontowana, a właściwie budowana od nowa. Oj, nie ma sprawiedliwości, oj, nie ma…

- Uf, już z dziadkiem lepiej. Duszność mniejsza!

- O, światła widać! Chyba jadą!

- Czy to Klamrowo Kolonia 16?

- Tak, to tutaj!

- No, nareszcie jesteście! Dłużej nie było można? Człowiek w potrzebie, a wy jedziecie i jedziecie…

- Ludzie, jak do was dojechać?! Najpierw mało nam kół nie pourywało na tych dziurach, a potem nie mogliśmy znaleźć adresu. Ciemno, jeździliśmy po wsi, a do tego budynki nie oznakowane, pusto, trzeba było do ludzi pukać, a ci bali się otwierać…

- Podawaliśmy adres!

- I co nam po adresie? Ktoś z was podał, że to na wsi? Przecież to już kolonia! Nie wiecie, gdzie mieszkacie? O, spójrzcie! A gdzie numer domu?

- No przecież czekamy przy drodze! Ale faktycznie z  tych nerwów zapomniałam powiedzieć, że mieszkamy na kolonii za wsią, a numeru nie ma, bo stara tabliczka z numerem odpadła, a nowa leży w sieni.

- Na wsi tak zawsze! A potem zawsze pretensje do pogotowia! No dobra, szkoda czasu! Prowadźcie do chorego!

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

Wśród przypadków stanowiących czyny odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych szczególną grupę stanowią regulacje dotyczące naruszenia przepisów o zamówieniach publicznych.

Chodzi zarówno o regulacje odnoszące się do przepisów Prawa zamówień publicznych, jak i ustawy o koncesji na roboty budowlane i usługi. Rozbudowany katalog naruszeń obu aktów prawnych stanowi niejako odrębną, zamkniętą  grupę przypadków o których mowa w artykułach 17 oraz 17a ustawy z 17 grudnia 2004 r. o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Omówienie tych przypadków wymaga odniesienia do konkretnych rozwiązań zawartych w obu wymienionych aktach prawnych.

Przypadki naruszeń dyscypliny finansów publicznych w zakresie przepisów Prawa zamówień publicznych zostały uporządkowane z uwzględnieniem faz postępowania regulowanego tym aktem prawnym. A więc w pierwszej kolejności odnoszą się do fazy przygotowania postępowania, następnie realizacji postępowania. Wreszcie część zapisów dotyczy nieprawidłowości związanych z zawartą umową.

Naruszenia przepisów związanych z przygotowaniem postępowania o zamówienie publiczne cechuje możliwość podjęcia działań korygujących pozwalających uniknąć odpowiedzialności. Nie dochodzi się bowiem odpowiedzialności z tytułu naruszenia dyscypliny finansów publicznych w tych przypadkach, gdy działania obwinionego zostają skorygowane w sposób pozwalający uznać, że dane postępowanie jest zgodne z prawem zamówień publicznych lub gdy zamówienie nie zostanie udzielone. Przypadki naruszenia dyscypliny finansów publicznych związane z przygotowaniem postępowania obejmują zagadnienia związane z opisem przedmiotu zamówienia, szacowania wartości zamówienia oraz przygotowania   zapisów specyfikacji istotnych warunków zamówienia.

Opis, który utrudnia konkurencję

Naruszeniem dyscypliny finansów publicznych jest opisanie przedmiotu zamówienia w sposób, który mógłby utrudnić uczciwą konkurencję. Warto zwrócić uwagę, że przepis ten odnosi się do sytuacji potencjalnej. Nie wskazuje on na sytuację, w której  nastąpiło utrudnienie konkurencji. Wystarczy powstanie zagrożenia naruszenia konkurencji. Jest to logiczna konsekwencja faktu, że naruszenie dotyczy etapu przygotowania postępowania. Pamiętać należy, że w przypadku postawienia zarzutu w tym zakresie, brak podstaw do uniknięcia odpowiedzialności przy zastosowaniu argumentu, iż w rzeczywistości ograniczenie konkurencji nie wystąpiło.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:23

BRAK WIEDZY NIE ZWALNIA Z MYŚLENIA

Napisane przez

Rozmowa z mecenasem Wojciechem Jankowskim, radcą prawnym specjalizującym się w prawie samorządowym i byłym sekretarzem gminy Połczyn – Zdrój.

MATEUSZ WEBER: Czy przyznawanie nagród wójtom to klasyczny skok na kasę, czy chęć premiowania go za ciężką pracę?

WOJCIECH JANKOWSKI: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć… Jak zwykle w takich przypadkach wszystko zależy od  uczciwości i inteligencji pracownika samorządu. Chociaż trzeba powiedzieć, że mimo iż Polacy narzekają na prace urzędników, to jednak większość pracowników administracji lokalnej faktycznie wykonuje ciężką pracę.

W 2010 roku wójt Wałcza otrzymał nagrodę od przewodniczącego rady. Zatem takie przypadki się zdarzają. Dlaczego?

Niestety część pracowników samorządowych jest merytorycznie słabo przygotowana do wykonywania swojej pracy. Dlatego przyznanie nagrody wójtowi może być efektem błędnej interpretacji prawa. Szczególnie artykułu 36 ustawy  o pracownikach samorządowych, w którym szczegółowo opisane są przepisy dotyczące ich wynagradzania.

Wałcz to nie jedyny taki przypadek. Próba przyznania wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi to częsty proceder?

Nie. To raczej sporadyczne przypadki. Ja takie sytuacje znam jedynie z analizowanych orzeczeń. Nie spotkałem się z nimi osobiście. Chociaż mam kilku kolegów radców prawnych, którzy mieli do czynienia z takimi nieprawidłowościami w różnych instytucjach samorządowych.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY