Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 66.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 49.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

Kwiecień 2013

Kwiecień 2013 (14)

środa, 24 kwiecień 2013 21:02

Usługi publiczne z perspektywy Europy

Napisane przez

Czy codzienność urzędu samorządowego ma jakiś związek z biegiem życia Unii Europejskiej? Na pewno tak. Od czasu, kiedy w tejże Unii jesteśmy można rzec, że życie urzędu, to w pewnym sensie jeden z elementów codzienności Unii. Zastanówmy się zatem, jak nasi europejscy współobywatele patrzą na usługi publiczne i w jaki sposób realizują oni dostęp do tych usług drogą elektroniczną.

Kilka ważnych pojęć

Pojęcie usługi publicznej nie zostało jednoznacznie zdefiniowane w prawodawstwie unijnym i krajowym. Odczytując jednak intencję zapisów artykułów 16 i 86 Traktatu Wspólnoty Europejskiej w praktyce przyjmuje się, że:

•          usługa publiczna dotyczy wszystkich potrzeb obywateli, obsługiwanych bezpośrednio przez instytucje publiczne albo przez instytucje niepubliczne w imieniu instytucji publicznych,

•          usługa publiczna jest realizowana w trybie ciągłym, ma charakter powszechny, niedyskryminujący kogokolwiek i jest realizowana po najniższych możliwych kosztach.

Przyjmując możliwość wykorzystania drogi elektronicznej do realizacji usług publicznych, mamy do czynienia z potencjalnym polem ustanowienia tzw. „elektronicznej usługi publicznej”, czyli usługi publicznej świadczonej drogą elektroniczną. Zgodnie z definicją tego pojęcia z unijnej dyrektywy 77/388/EWG, zaimplementowanej w polskiej ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, „usługa elektroniczna” jest świadczona wyłącznie dzięki wykorzystaniu technologii teleinformatycznych za pośrednictwem sieci Internet lub innej sieci cyfrowej.

A zatem, jeżeli chcemy mówić o usługach administracji publicznej świadczonych jako usługi elektroniczne, to musimy zapewnić możliwość ich świadczenia wyłącznie drogą elektroniczną. Od razy widzimy, że nie jest możliwe ze względów formalnych uruchomienie całego zakresu usług publicznych jako usługi elektroniczne. Spójrzmy chociażby na czynności związane z wydaniem dowodu osobistego czy paszportu. Osoba, która chce otrzymać taki dokument, powinna pojawić się w urzędzie przynajmniej jeden raz, aby można było stwierdzić jej autentyczność, czyli że „ja to ja”. Nie należy zatem generalizować zagadnienia i z założenia nakazywać przeniesienie wszystkich usług do wyłącznej drogi elektronicznej. Ważne jest przeprowadzenie odpowiedniej klasyfikacji poszczególnych usług – procedur administracyjnych – po to, aby na tej podstawie ustalić, które z nich można zelektronizować całkowicie, a które tylko częściowo. Każda taka decyzja musi być poprzedzona dogłębną analizą i być zakończona wiarygodnym uzasadnieniem. Dopiero potem można rozpocząć proces elektronizacji usług publicznych obsługiwanych w urzędzie.

Trudne początki

Realne działania dotyczące informatyzacji i rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce sięgają początków obecnego stulecia. Pierwszą strategią były tzw. „Wrota Polski” z grudnia 2002 r. ustanowione przez ówczesny Komitet Badań Naukowych. Przyjęto wtedy, że misją programu skojarzonego z Wrotami jest zwiększenie o 10 procent rzeczywistej – a o 40 procent potencjalnej – efektywności administracji publicznej, związanej ze świadczeniem usług publicznych oraz z realizacją innych zadań publicznych. W tamtym czasie Polska była na przedostatnim miejscu na tle krajów UE jeżeli chodzi o poziom świadczenia usług elektronicznych administracji publicznej i – również na przedostatnim miejscu – jeżeli chodzi o procent populacji z dostępem do Internetu. Zostały również przeprowadzone badania oczekiwań związanych z usługami elektronicznymi. W ich wyniku ustalono, że dla osób fizycznych najważniejsze są usługi elektroniczne dotyczące:

1.       wydawania paszportu,

2.       wydawania dowodu osobistego,

3.       uzyskiwania rent i emerytur z ZUS,

4.       uzyskiwania zasiłków z ZUS i z opieki socjalnej,

5.       zgłoszeń na policję,

6.       umawiania się do lekarza,

7.       rozliczania podatków PIT,

8.       otrzymywania pozwolenia na budowę.

W wyniku badań potrzeb przedsiębiorców uznano, że najważniejsze dla nich usługi, to:

1.       możliwość sprawozdawania i rozliczania się z ZUS,

2.       rozliczanie podatków CIT i VAT,

3.       obsługa czynności celnych,

4.       obsługa zamówień publicznych.

Warto zauważyć, że podobny zakres usług publicznych został również zdefiniowany w priorytetach europejskich. Jest on wprawdzie nieco szerszy, ale nie zmienia to naszej wiedzy o ogólnych preferencjach. Do dzisiaj zarówno w Europie, jak i w Polsce, trwają prace nad sukcesywnym wdrażaniem kolejnych usług publicznych. Wdraża się ich coraz więcej. Możemy na przykład rozliczyć się z podatków przez Internet. Podobnie wygląda to w kontakcie z ZUS.

Pełniejsza lista oczekiwanych – i w wielu wypadkach już wdrożonych – elektronicznych usług administracji publicznej została przedstawiona w 2007 r. w ówczesnym Planie Informatyzacji Państwa, który obecnie ma być zastąpiony przez nowy Plan (MAiC jeszcze nad nim pracuje). Plan z 2007 r. jest ostatnim takim dokumentem rządowym w Polsce i od czerwca 2010 r. nie jest on już obowiązujący. Nowszego takiego dokumentu do tej pory nie ma. Dlatego też nawiązujemy w tym miejscu do tego właśnie planu. Wskazano w nim 24 usługi publiczne, które zaplanowano do przeniesienia na drogę elektroniczną. Wiele z nich zelektronizowano z powodzeniem, ale wiele innych – jeszcze nie. Ważne jednak, że prace zapoczątkowane w latach 2002-2007 są nadal realizowane, co daje perspektywy na przyszłość.

Przykłady z Europy

W Europie tradycyjnie prym wiodą kraje nordyckie, Holandia i Szwajcaria. W rankingach światowych są one najczęściej w pierwszej dziesiątce najbardziej zinformatyzowanych krajów świata. Wieloletnim liderem tych rankingów jest Dania. Kraj ten jest otwarty na  usługi elektroniczne w bardzo wielu obszarach. Polska natomiast wypada w tych rankingach bardzo blado. Jest powyżej 60. miejsca i wciąż spada. Według znawców tematu, główną tego przyczyną jest zbyt słaba aktywność instytucji państwowych w zakresie uaktywnienia sektora teleinformatycznego. Ogromnym problemem są przede wszystkich bariery prawne.

Jako jeden z przykładów rozważmy, bardzo trudne do wdrożenia, usługi e-zdrowotne. 

Dania jest krajem otwartym na różne narodowości. Są na przykład dostępne e-serwisy administracji publicznej w języku polskim. Wystarczy spojrzeć na stronę internetową http://www.livinskive.dk, na której możemy znaleźć informacje dla Polaków o tym, jak załatwić podstawowe sprawy dotyczące pobytu, pracy i edukacji w Danii. W sąsiednich Niemczech sprawa wygląda już zupełnie inaczej. W federalnej strukturze administracji trudno jest odnaleźć tak dobrze zintegrowane i spójne systemy administracyjne, jak to ma miejsce w Danii. W Niemczech opracowano dedykowany trójpoziomowy model architektury interoperacyjności, czyli współdziałania systemów administracji poziomów lokalnego, regionalnego i krajowego. Więcej o tym pomyśle, który jest dobrym wzorem dla Polski, napiszemy w jednym z kolejnych artykułów.

Unia Europejska w ramach wielu różnych programów finansuje ciekawe projekty e-administracji dla poziomu lokalnego i regionalnego. Są to programy przewidziane dla administracji samorządowej. Idąc tropem portalu dobrych praktyk dostępnego pod adresem http://www.epractice.eu i kilku innych, można przytoczyć kilka ciekawych przykładów.

Wiele interesujących projektów dotyczy rozwoju informatyzacji obszarów wiejskich. Można tutaj wspomnieć o paneuropejskim projekcie Collaboration@Rural ograniczającym bariery geograficzne dla rybaków, rolników i MSP startujących na wsi. Był on finansowany w ramach 6. Programu Ramowego UE i skupiał 33 partnerów z całej Europy. Spora grupa projektów dotyczy elektronicznych zamówień publicznych. Zrobiły to chociażby Dania, Szwecja, Szkocja, Anglia, Walia, Burgundia.  Mamy tutaj również polską platformę zrealizowaną przez Urząd Zamówień Publicznych. Ciekawe są również projekty wielofunkcyjnych kart elektronicznych używanych w dużych aglomeracjach i zintegrowanych regionach do parkowania, poruszania się komunikacją miejską, czy też zwiedzania muzeów. Takie projekty wdrożono na przykład w Szwecji i Anglii.

Duża grupa projektów została skierowana na ułatwienie rejestracji działalności gospodarczej przez Internet. Są one podobne do niedawno wdrożonego projektu rejestracji działalności gospodarczej w Polsce. Akurat tutaj nasze gminy miały dużo pracy z przeniesieniem lokalnych baz EDG do systemu centralnego, zrealizowanego przez ministra gospodarki.

Europejskie regiony turystyczne mocno inwestują w projekty udostępniające zintegrowaną informację turystyczną, informację o dostępnej bazie hotelowej, o ciekawych imprezach oraz o pogodzie. Systemy te bardzo często udostępniają dedykowane inteligentne karty elektroniczne do korzystania z lokalnej infrastruktury turystycznej. Każdy narciarz, który odwiedził Austrię, Szwajcarię, Francję, Czechy, Słowację czy Włochy na pewno spotkał się z systemem tzw. skipassów udostępniających infrastrukturę narciarską na danym terenie. Takie rozwiązania są od niedawna z powodzeniem wdrażane również w Polsce.

Jeszcze sporo pracy przed nami

Urzędy w Polsce od wielu lat pracują nad rozwojem usług elektronicznych. Jest to realizowane z różną intensywnością. Można wskazać wiele urzędów, które są w awangardzie, ale również sporo takich, przed którymi jeszcze dużo pracy. Dzisiaj mamy lepszą sytuację niż dziesięć lat temu, kiedy informatyzacja w Polsce raczkowała. Zmieniła się mentalność ludzi. Większość z nas spotkała się już z Internetem i komputerem. Znacznie zwiększył się zasięg Internetu w Polsce i istotnie spadły ceny komputerów, tabletów czy też telefonów komórkowych z dostępem do Internetu. Wielu z nas korzysta z telewizji cyfrowej. Można uznać, że nasza codzienność została skutecznie uzależniona od informatyki.

Dlatego warto nadal pracować nad zwiększeniem podaży e-usług przez nasze urzędy. Podniesie to komfort życia mieszkańców, ale również pomoże w efektywnej organizacji pracy urzędów. Dzięki temu uzyskamy właściwą dostępność urzędu, a także lepszy jego wizerunek. Dlatego warto budować nowoczesny e-urząd w naszej gminie, powiecie, mieście i województwie. Nie ma powodu, abyśmy nadal pozostawali w ogonie Europy i świata.

Naszych Czytelników prosimy o przysyłanie informacji o ciekawych wdrożeniach usług elektronicznych w Waszych wsiach, miasteczkach i miastach. Będziemy o tym pisać na łamach naszego pisma.

W poprzednim numerze Gminy próbowałem odpowiedzieć na pytanie, czym jest dyscyplina finansów publicznych oraz kto ponosi odpowiedzialność za jej naruszenie. Chciałbym ten temat rozwinąć, odpowiadając tym razem na pytanie zasadnicze:  jakich czynów dotyczy naruszenie dyscypliny finansów publicznych w jednostce samorządu terytorialnego?

W pierwszej kolejności przepisy ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych wskazują na czyny odnoszące się do zaniedbań w zakresie gromadzenia dochodów. Szczegółowe zapisy dotyczą przypadku nieustalenia należności jednostki samorządu terytorialnego lub ustalenia należności w wysokości nie odpowiadającej wysokości wynikającej z prawidłowego wyliczenia.

Należy zastrzec, że przepisów ustawy o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych nie stosuje się do określenia, ustalenia, poboru lub wpłaty należności celnych i należności z tytułu podatków i opłat oraz niepodatkowych należności budżetu jednostki samorządu terytorialnego, jak również do opłaty skarbowej oraz opłat, o których mowa w przepisach o podatkach i opłatach lokalnych. Tak więc przykładem naruszenia dyscypliny finansów publicznych nie będą przypadki związane z zaniechaniem ustalenia należności podatkowych. Natomiast naruszenia dyscypliny finansów publicznych dotyczyć będzie przykładowo zaniechanie naliczenia kar umownych z tytułu nienależycie wykonywanych umów. Nierzadko zdarza się, że zamawiający – zamiast egzekwować odszkodowanie zgodnie z zapisami umowy – dochodzi do porozumienia z wykonawcą umowy, który „kompensuje” szkodę poprzez np. realizację dodatkowych czynności, wykraczających poza zakres umowy.

Upadłość to nie usprawiedliwienie

Naruszeniem dyscypliny finansów publicznych jest nie tylko zaniechanie ustalenia należności przypadającej jednostce samorządu terytorialnego, ale również niepobranie lub niedochodzenie należności jednostki samorządu terytorialnego lub dochodzenie w wysokości niższej niż wynikająca z prawidłowego naliczenia. Jako przykład podać można sytuację, gdy kierownik jednostki rezygnuje z dochodzenia odszkodowania z tytułu nienależytego wykonania umowy w sytuacji, gdy w stosunku do podmiotu zobowiązanego wszczęto postępowanie upadłościowe. Wynika to z przekonania, że podmiot ten i tak stracił zdolność do wywiązania się z przyjętych zobowiązań i w związku z tym nie ma szans na odzyskanie zadośćuczynienia.

Niestety, w takim przypadku kierownik jednostki samorządu terytorialnego musi liczyć się z postawieniem zarzutu naruszenia dyscypliny finansów publicznych. Podstawowym celem postępowania upadłościowego jest zaspokojenie wierzycieli. Odstąpienie od dochodzenia należności jest w takim przypadku dobrowolną rezygnacją z możliwości uczestniczenia w tym procesie. A w konsekwencji – jest zaniechaniem, które może uszczuplić wpływy do budżetu. Przypadek ten, poza naruszeniem dyscypliny finansów publicznych, może być kłopotliwy również z punktu widzenia dochodzenia roszczeń przez syndyka masy upadłościowej z tytułu czynności zrealizowanych przez upadłego na rzecz jednostki. Nie dochodząc roszczeń, jednocześnie nie dokumentujemy bowiem faktu poniesienia strat z jego winy.

Z problemem zmniejszenia należnych jednostce samorządu terytorialnego dochodów wiąże się również zagadnienie udzielania ulg w postaci umorzenia, rozkładania na raty lub odroczenia płatności należności jednostki samorządu terytorialnego. Niezgodne z prawem udzielenie ulg – jako uszczuplenie należności – stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Przepisy o finansach publicznych szczegółowo określają zasady udzielania ulg w zakresie należności przypadających jednostkom podsektora rządowego. Natomiast w zakresie należności przypadających jednostkom samorządu terytorialnego ustawa przewiduje możliwość umarzania należności, odraczania spłaty lub rozkładania na raty – w przypadku uzasadnionym ważnym interesem dłużnika lub interesem publicznym. Szczegółowe zasady, sposób i tryb udzielania ulg oraz wskazanie osoby lub organu uprawnionego określa organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego. Udzielanie ulg niezgodne z tymi regulacjami będzie stanowić naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Budżetowi co należne

Kolejny przypadek naruszenia dyscypliny finansów publicznych związany jest z nieterminowym przekazywaniem należności budżetowych. Dla przykładu, jednostka samorządu terytorialnego – realizując zadania zlecone ustawowo z zakresu administracji rządowej – pobiera w ramach tej działalności dochody. Winna te środki odprowadzić na rachunek budżetu państwa w terminach określonych w przepisach ustawy o finansach publicznych. Czyli w terminie do 15. dnia danego miesiąca, według stanu środków na dzień 10. danego miesiąca, oraz w terminie do 25. dnia miesiąca według stanu środków na 20. dzień danego miesiąca. Natomiast należne środki pozostałe na koniec roku przekazujemy do dnia 8 stycznia roku następnego. Przekazanie środków po upływie tych terminów jest naruszeniem dyscypliny finansów publicznych.

Podstawową formą organizacyjną, występującą w sferze publicznej, jest jednostka budżetowa. Cechą wyróżniającą tę formę jest brak własnych środków finansowych. Wydatki samorządowej jednostki budżetowej pokrywane są bowiem z budżetu jednostki samorządu terytorialnego, a uzyskiwane dochody odprowadzane są bezpośrednio do budżetu. Taki system podporządkowany jest realizacji zadań publicznych jako głównemu celowi funkcjonowania sfery publicznej. Pracownicy jednostki budżetowej skupiają się na realizacji nałożonych zadań publicznych, nie na zagadnieniu pozyskiwania środków na pokrycie działalności. Bezpośrednie wykorzystanie uzyskanych dochodów na pokrycie wydatków jednostki budżetowej jest naruszeniem dyscypliny finansów publicznych. Wyjątek stanowią jednostki oświatowe, które maja prawo gromadzić na wydzielonym rachunku dochody i pokrywać nimi wydatki na zasadach określonych przez organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego.

W ten sposób przeszliśmy od przypadków naruszenia dyscypliny finansów publicznych związanych z gromadzeniem dochodów do tych, które wiążą się z wydatkowaniem środków publicznych. I tak kolejny przypadek naruszenia dyscypliny finansów publicznych dotyczy przekazania i rozliczania dotacji. W zależności od rodzaju dotacji, jest ona przyznawana według reguł określonych bezpośrednio w ustawie lub w uchwale organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego. Na przykład dotacje dla organizacji pozarządowych wykonujących zadania publiczne przekazywane są według zasad określonych w ustawie o   działalności pożytku publicznego i wolontariacie. Regułą jest, że zadania zlecane są w drodze otwartego konkursu. Pominiecie konkursu, w przypadku gdy jest on wymagany przez przepisy, stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Odpowiedzialność z tytułu naruszenia dyscypliny finansów publicznych w zakresie udzielania i rozliczania dotacji ponoszą zarówno osoby reprezentujące instytucje przyznające dotacje, jak również przedstawiciele podmiotu, który dotacje otrzymał i wykorzystał niezgodnie z przeznaczeniem, nie rozliczył w terminie bądź nie zwrócił nienależnych środków do budżetu. Tak więc pracownicy jednostki samorządu terytorialnego mogą podlegać odpowiedzialności, zarówno w zakresie wykorzystania dotacji otrzymanych przykładowo z budżetu państwa, jak również wówczas, gdy sami udzielają dotacji innym podmiotom w sposób sprzeczny z obowiązującymi przepisami.

Ostrożnie przy planach finansowych

Kolejny przypadek naruszenia dyscypliny finansów publicznych dotyczy przekroczenia uprawnień w zakresie dokonywania zmian w planie finansowym jednostki. Zgodnie z przepisami ustawy o finansach publicznych rada gminy uchwala roczny budżet. Ma też prawo do dokonywania zmian w przyjętym planie finansowym, przy czym część kompetencji w tym zakresie ustawa – wprost czy też poprzez upoważnienie rady – przekazuje wójtowi, burmistrzowi lub prezydentowi miasta. Przy czym, nie dotyczy to zmian polegających na dokonywaniu zmian miedzy działami klasyfikacji budżetowej. W związku z tym, dokonanie przez wójta przeniesienia wydatków z działu 801 – oświata i wychowanie – przeznaczonych na wynagrodzenia nauczycieli do działu 600 – transport i łączność – z przeznaczeniem na modernizację drogi gminnej będzie stanowić naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Przytoczony przykład jest całkowicie teoretyczny. Jednak pamiętać musimy, że w praktyce realizacji zadań zdarzają się sytuacje wymuszające szybkie decyzje, obejmujące bardzo różne zmiany planu finansowego. Wynikają one z niebezpieczeństwa powstania naruszenia dyscypliny finansów publicznych w zakresie kolejnego z przypadków.

Mam na myśli dokonanie wydatku ze środków publicznych bez upoważnienia określonego uchwała budżetową. Nawiązując do przywołanego przykładu, sytuacja ta dotyczy dokonania zapłaty za modernizację drogi, pomimo braku wystarczających środków na to zadanie w planie finansowym jednostki.

Odrębnym czynem, stanowiącym naruszenie dyscypliny finansów publicznych, związanym z posiadaniem zbyt małego planu wydatków jest zaciągnięcie zobowiązania bez upoważnienia określonego uchwałą budżetową. Czyli, pozostając przy naszym przykładzie, zawarcie umowy na modernizację drogi bez posiadania wystarczających środków budżetowych na ten cel w planie finansowym jednostki. Kiedy mówimy o naruszeniach dyscypliny finansów publicznych związanych z brakiem stosownych upoważnień w uchwale budżetowej, pamiętać musimy, że plan finansowy jednostki samorządu terytorialnego jest prowadzony w szczegółowości zgodnej z wymaganiami rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie klasyfikacji budżetowej[1]. Oznacza to, że wymóg posiadania wystarczających środków finansowych dotyczy nie tylko konkretnego zadania zapisanego w uchwale budżetowej, ale posiadania środków zaplanowanych na właściwym paragrafie klasyfikacji budżetowej.

Brak możliwości przewidzenia wszystkich wydatków, jakie realizowane będą w ciągu roku budżetowego, jest podstawą do corocznego uchwalania rezerw w budżecie. Środki zaplanowane przez organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego – jako rezerwa ogólna i rezerwy celowe – pozostają w dyspozycji organu wykonawczego. Przy czym, o ile wójt, burmistrz czy prezydent miasta w pełni decydują o kierunku wykorzystania środków zaplanowanych w formie rezerwy ogólnej, to środki zaplanowane w formie rezerw celowych mogą być wykorzystane w celu określonym w uchwale budżetowej. Również w przypadku korzystania przez jednostkę samorządu terytorialnego ze środków rezerwy celowej zaplanowanej w budżecie państwa ich przeznaczenie jest jednoznacznie wskazane w decyzji uruchamiającej finansowanie. Wykorzystanie środków rezerwy celowej  niezgodnie z przeznaczeniem stanowi kolejny przypadek naruszenia dyscypliny finansów publicznych.

Składki, podatki, inwentaryzacje

Kolejna grupa naruszeń związana jest z nieterminowym regulowaniem przez jednostkę samorządu terytorialnego tzw. pochodnych od wynagrodzeń, czyli składek na ubezpieczenie społeczne, składek na ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy, składek na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, wpłat na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Również nieopłacenie składek w wymaganej wysokości stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Do naruszeń zaliczyć należy także zaniechania terminowego wykonania zobowiązania jednostki samorządu terytorialnego, w tym zwrotu nienależnie pobranych podatków, skutkującego zapłaceniem odsetek, kar lub opłat albo oprocentowanie tych należności.

Wśród naruszeń dyscypliny finansów publicznych w zakresie zarządzania finansami wymienić należy niezgodne z obowiązkiem wynikającym z ustawy o rachunkowości zaniechanie przeprowadzenia inwentaryzacji w jednostce samorządu terytorialnego. Również nierzetelne sporządzenie i przekazanie sprawozdania z procesów gromadzenia i rozdysponowania środków publicznych. Sprawozdanie sporządzone nierzetelnie to sprawozdanie zawierające dane niezgodne z danymi wynikającymi z ewidencji księgowej. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę, że wymienione uchybienia dotyczą działań, do których zobowiązany jest skarbnik czy główny księgowy jednostki. Natomiast w praktyce przed komisję orzekającą o naruszenie dyscypliny finansów publicznych kierowane są wnioski o ukaranie kierownika jednostki jako odpowiadającego za całość gospodarki finansowej jednostki. Tak więc wójt, burmistrz czy prezydent miasta, podpisując sprawozdanie finansowe musi liczyć się z tym, że w przypadku nierzetelnego przedstawienia danych finansowych nie skarbnik, a tylko on będzie ponosić odpowiedzialność.

Pułapy i pułapki audytu

Kierownik jednostki będzie ponosił odpowiedzialność także za zaniedbania w zakresie zaniechania prowadzenia audytu wewnętrznego. Przypomnę, że w jednostce samorządu terytorialnego obowiązek audytu powstaje, jeżeli łączna kwota dochodów i przychodów lub łączna kwota wydatków i rozchodów przekracza 40 000 000 zł. Jeżeli wymienione kwoty przekraczają poziom 100 000 000 zł, kierownik jednostki ma obowiązek zatrudnić audytora wewnętrznego. Nie może zlecić audytu zewnętrznemu usługodawcy.

Naruszeniem dyscypliny finansów publicznych jest nierzetelne dokonanie wstępnej kontroli operacji gospodarczych lub finansowych z planem finansowym oraz kompletności lub rzetelności dokumentów dotyczących takiej operacji. Zwykle takiej kontroli dokonuje się przy zachowaniu reguły „kilku par oczu”. Przeprowadzenia kontroli dokonuje się w zakresie finansowym (pion skarbnika) oraz merytorycznym (kierownik jednostki lub osoba upoważniona). Potwierdzeniem przeprowadzenia kontroli jest złożenie na dokumencie księgowym podpisu, który potwierdza przeprowadzenie wstępnej kontroli. Jeżeli pomimo złożenia podpisu na skutek operacji gospodarczej nastąpiło przekroczenie kwoty wydatku ustalonej w planie finansowym lub zaciągniecie zobowiązania niemieszczącego się w planie finansowym jednostki, każda osoba składająca podpis musi liczyć się z ponoszeniem odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Listę naruszeń dyscypliny finansów publicznych uzupełnić należy o naruszenie przepisów obowiązujących w zakresie zamówień publicznych oraz udzielania koncesji, jak również w zakresie rozliczania środków na finansowanie zadań w ramach programów operacyjnych przy wykorzystywaniu środków zagranicznych. Ale to jest zagadnienie wymagające odrębnego omówienia.



[1] Zgodnie  rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 2 marca 2010 r. w sprawie

szczegółowej klasyfikacji dochodów, wydatków, przychodów i rozchodów oraz środków pochodzących ze źródeł zagranicznych (Dz. U. Nr 38, poz. 207 i Nr 235, poz. 1546 z późn. zmian)

Państwa członkowskie UE zobowiązane są do zapewnienia spójności pomocy pochodzącej z funduszy UE z działaniami, politykami i priorytetami Wspólnoty oraz jej komplementarności z innymi wspólnotowymi instrumentami finansowymi. Wszelkie operacje finansowane z funduszy muszą być zgodne z postanowieniami Traktatu oraz aktów przyjętych na jego podstawie.

Europejski rodowód systemu kontroli i korekt finansowych

Wskazane wyżej zasady zostały określone w art. 9 ust 2 i ust 5 rozporządzenia Rady (WE) nr 1083/2006. Tak sformułowana norma aktu prawnego (rozporządzenia), który znajduje w państwach członkowskich zastosowanie bezpośrednie, przesądza o obowiązku respektowania przy wydatkowaniu środków UE całego dorobku prawnego Wspólnoty, nawet, gdy nie został on wdrożony nieprawidłowo do systemu prawnego dowolnego Państwa członkowskiego.

Oznacza to, że nie mogą być uznane za zgodne z tym rozporządzeniem wydatki, które zostały poniesione m in. z naruszeniem przepisów dyrektyw dotyczących udzielania zamówień publicznych. Dyrektywy te, wdrażane do porządku krajowego muszą być więc respektowane w sposób pośredni, poprzez zastosowanie prawa krajowego wprowadzającego rozwiązania dyrektyw. Jednakże tam, gdzie prawo to nie odpowiada przepisom wdrażanej dyrektywy, jej postanowienia znajdą zastosowanie na podstawie przywołanego wyżej przepisu rozporządzenia, a także w oparciu o ustalone w orzecznictwie ETS zasady stosowania norm prawnych dyrektywy w krajach członkowskich.

Zdaniem ETS, o ile istnieją wątpliwości co do zgodności normy krajowej z prawem UE, wówczas zgodnie z zasadą prowspólnotowej interpretacji prawa krajowego (pośredniego stosowania prawa wspólnotowego) przepisy prawa krajowego powinny być interpretowane zgodnie z dyrektywą. ETS odwołując  się do artykułu 10 TWE i wyrażonej tam zasady lojalności, a więc obowiązku podjęcia przez państwo wszelkich właściwych i koniecznych środków do zapewnienia prawu wspólnotowemu skuteczności wskazał, iż obowiązek ten ma zastosowanie do wszelkich władz, wliczając w to sądy, które powinny dokonywać interpretacji prawa krajowego w taki sposób, aby zapewnić osiągnięcie celów dyrektywy. W sprawie C-334/92 Wagner Miret przeciw Fondo de Garantia Salarial ETS stanął na stanowisku, że interpretując prawo krajowe organ krajowy powinien zakładać, że Państwo Członkowskie miało zamiar zapewnienia zgodności z prawem wspólnotowym.[1]

Definiując rozumienie pojęcia prowspólnotową wykładnią prawa, ETS w kolejnej ze spraw podniósł, że każdy organ państwowy, stosując prawo krajowe, niezależnie, czy dane przepisy zostały przyjęte przed czy po wejściu w życie dyrektywy, zobowiązany jest interpretować własne prawo w największym możliwym stopniu, w świetle treści i celu dyrektywy, dla osiągnięcia jej rezultatu i przez to uzyskania zgodności z art. 249 akapit trzeci TWE[2].

ETS uznał, że jeśli zastosowanie prawa krajowego w zgodzie ze wskazanymi zasadami nie jest możliwe, organy władzy państwa członkowskiego są zobowiązane do stosowania wprost prawa wspólnotowego i ochrony praw, które przyznaje ono jednostce. W sytuacji, gdy zastosowanie prawa krajowego w danej sytuacji byłoby sprzeczne z prawem wspólnotowym, nie należy stosować przepisów prawa krajowego[3].

W orzeczeniu z dnia 11 października 2007 r. ETS potwierdził tę linię orzeczniczą, odnosząc się bezpośrednio do przepisów dot. zamówień publicznych. Wskazał, że rolą sądu krajowego jest nadanie prawu wewnętrznemu, które ma on stosować, o ile to tylko możliwe, wykładni zgodnej z celem dyrektywy. Przepis dyrektywy, jeśli jest sformułowany w sposób bezwarunkowy i wystarczająco precyzyjny, daje podstawę, aby można było powołać się na niego przeciwko danej instytucji zamawiającej[4].

Również orzecznictwo ETS dotyczące przepisów o zamówieniach publicznych wskazuje na sytuacje, w których będzie zachodzić bezpośrednie stosowanie dyrektyw. W sprawie o sygnaturze C-236/92 Comitato di Coordinamento per la Difesa Della Cava v Regione Lombardia, ETS wskazał, że jeśli przepisy dyrektywy wydają się być odnośnie ich treści bezwarunkowe i wystarczająco precyzyjne, jednostka może polegać na treści takich przepisów względem Państwa, gdy Państwo to nie wprowadziło takich przepisów do prawa wewnętrznego w terminie przewidzianym w dyrektywie lub też wprowadziło dyrektywę nieprawidłowo. Gdy norma dyrektywy jest sformułowana wyraźnie i nie zależy od krajowych przepisów wykonawczych wówczas wywiera skutek bezpośredni, nawet gdy nie została inkorporowana do prawa krajowego. Jednostka, opierając się na dyrektywie, może dochodzić swych praw przed sądami krajowymi (C-103/88 Fratelli Constanzo SpA v. Comune Milano).

Powyższe ustalenia odnoszą się w szczególności do zamówień o skali przekraczającej wartości, od których znajdują zastosowanie przepisy dyrektyw. Jednakże zasady Traktatu stosuje się także do zamówień mniejszych, nie objętych dyrektywą.

Zasada równości stanowi, że niedopuszczalne jest czynienie różnic między podmiotami prawnymi państw członkowskich, które znajdują się w tożsamych sytuacjach, albo równoprawne ich traktowanie, gdy znajdują się w sytuacjach różnych, chyba że znajduje to obiektywne uzasadnienie (sprawa C-147/79 R. Hochstrass). Podkreślić należy, iż jest to najważniejsza zasada dotycząca udzielania zamówień publicznych. Zgodnie z orzeczeniem ETS (Komisja Wspólnot Europejskich przeciw Królestwu Danii, C-243/89) obowiązek przestrzegania  zasady równego traktowania leży u podstaw dyrektywy, której celem jest zapewnienie w szczególności rozwoju skutecznej konkurencji w zakresie zamówień publicznych.

Zasada niedyskryminacji obowiązuje nie tylko w sytuacji zróżnicowanego traktowania ze względu na narodowość, ale jest naczelną regułą wszystkich postępowań o udzielenie zamówienia publicznego, jako zasada związana z uczciwą konkurencją. Jednakże różne traktowanie ze względu na narodowość lub miejsce prowadzenia działalności gospodarczej jest najczęstszym przypadkiem naruszania tej zasady. Jest np. dyskryminacyjnym traktowaniem obowiązek uzyskania wpisu na określoną listę lub do rejestru prowadzonego przez Izbę przez obywateli Wspólnoty, prowadzących na terenie państwa członkowskiego usługi objęte swobodą ich wykonywania lub co do których w prawie UE ustalono zasady dokonywania wpisu, z naruszeniem takiej swobody lub przepisów o dokonywaniu wpisu (wyrok ETS w sprawie Komisja Wspólnot Europejskich v. Republika Włoska C-264/99).

Zasada przejrzystości prawa zamówień publicznych oznacza, że procedura przetargowa zawiera jasne reguły i istnieją środki służące do weryfikacji prawidłowości ich stosowania. Zgodnie z zasadą przejrzystości zamawiający nie mogą ograniczać wykonawcom dostępu do dokumentacji przetargowej, uniemożliwiając wykonawcom skorzystanie z przyznanych im uprawnień, np. z wniesienia środka odwoławczego.

Powyższe zasady, stanowiące źródło prawa wspólnotowego, mają charakter fundamentalny przy prawidłowości udzielania zamówień publicznych. Beneficjent stosując prawidłowo prawo krajowe przy wydatkowaniu środków pochodzących z dofinansowania nigdy co do zasady nie powinien więc naruszyć prawa wspólnotowego, gdyż jako jednolity system prawny prawo krajowe powinno być spójne z prawem wspólnotowym, a w przypadku braku spójności powstaje obowiązek respektowania prawa krajowego.

Krajowy system kontroli wydatkowania środków europejskich

Elementem nadzoru operacji finansowych jest utworzenie krajowego systemu kontroli, do czego państwo członkowskie zobowiązane jest na podstawie przepisu art. 58 rozporządzenia (WE) 1083/2006. System zarządzania i kontroli programów operacyjnych ma zapewniać:

a)       procedury dla zapewnienia zasadności i prawidłowości wydatków zadeklarowanych w ramach programu operacyjnego;

b)       wiarygodne, skomputeryzowane systemy rachunkowości i księgowości, monitorowania i sprawozdawczości finansowej;

c)       system sprawozdawczości i monitorowania, w przypadku gdy podmiot odpowiedzialny powierza wykonanie zadań innemu podmiotowi;

d)       ustalenia dotyczące audytu funkcjonowania systemów;

e)       systemy i procedury w celu zapewnienia stosowania właściwej ścieżki audytu;

f)        procedury sprawozdawczości i monitorowania nieprawidłowości oraz odzyskiwania kwot nienależnie wypłaconych.

O odpowiedzialności państwa członkowskiego za zarządzanie programami operacyjnymi i ich kontroli stanowi również art. 70 rozporządzenia (WE) 1083/2006 który nakazuje dokonywanie odpowiednich działań zmierzających do:

a)    zapewnienia, że systemy zarządzania i kontroli programów operacyjnych są ustanowione zgodnie z art. 58–62 i że funkcjonują skutecznie;

b)    zapobiegania, wykrywania i korygowania nieprawidłowości oraz odzyskiwania kwot nienależnie wypłaconych wraz z odsetkami z tytułu zaległych płatności w stosownych przypadkach Państwa członkowskie zgłaszają te nieprawidłowości Komisji i informują Komisję na bieżąco o przebiegu postępowań administracyjnych i prawnych.

            Państwo członkowskie sprawuje swoje obowiązki wynikające z ww. przepisów poprzez specjalnie wyznaczane do tego jednostki. W Polsce operacje finansowe dokonywane z wykorzystaniem środków pochodzących ze wsparcia wspólnoty podlegają kontroli sprawowanej przez Instytucję Zarządzającą, której prawo do takiej kontroli przysługuje na podstawie art. 26 ust. 1 pkt 14 ustawy o zasadach prowadzenia polityki rozwoju. Zgodnie z art. 26 ust 1 pkt 14 tej ustawy „do zadań instytucji zarządzającej należy w szczególności prowadzenie kontroli realizacji programu operacyjnego, w tym kontroli realizacji poszczególnych dofinansowanych projektów”.

Instytucja Zarządzająca

Zgodnie z definicją zawartą w art. 2 pkt. 5 ustawy o Narodowym Planie Rozwoju przez Instytucję Zarządzającą należy rozumieć właściwego ministra odpowiedzialnego za przygotowanie i realizację programu operacyjnego albo za przygotowanie i nadzorowanie realizacji strategii wykorzystania Funduszu Spójności, o których mowa w rozporządzeniu Rady (WE) Nr 1260/1999[5] oraz w rozporządzeniu Rady (WE) nr 1164/1994.

Definicję instytucji zarządzającej zawiera również ustawa o zasadach prowadzenia polityki rozwoju, gdzie w art. 5 pkt 2 określenie „instytucja zarządzająca" oznacza właściwego ministra, ministra właściwego do spraw rozwoju regionalnego lub, w przypadku regionalnego programu operacyjnego, zarząd województwa, odpowiedzialnych za przygotowanie i realizację programu operacyjnego.

Instytucja Zarządzająca nie została jednak wyposażona w instrumenty prawne o charakterze władczym. System kontroli oparto o kontrolę prawidłowości realizacji umów, do treści których przenoszone są prawa i obowiązki stron umowy.

Ponieważ są to umowy, w których jedną ze stron jest w każdym przypadku podmiot publiczny (często określane jako umowy publicznoprawne), tworzone wzorce umów muszą pozostawać w zgodzie z ustawowymi zadaniami, które państwo mogłoby realizować przy pomocy instrumentów władczych. Strona umowy będąca podmiotem publicznym musi sobie w umowie zagwarantować prawo do działań umożliwiających realizację zadań, ale z drugiej strony nie może przy wykonywaniu praw z tej umowy sięgać po instrumenty administracyjnoprawne – władcze i domagać się od drugiej strony jakichkolwiek działań nie wynikających wprost z umowy lub prawa powszechnie obowiązującego.

Art. 35 ust. 3 ustawy o zasadach prowadzenia polityki rozwoju stanowi, iż minister właściwy do spraw rozwoju regionalnego może wydać wytyczne w celu zapewnienia zgodności sposobu wdrażania programów operacyjnych z prawem UE oraz spełniania wymagań określanych przez Komisję Europejską, a także w celu zapewnienia jednolitości zasad wdrażania programów operacyjnych w zakresie ustalenia zasad wydatkowania środków pochodzących z dofinansowania UE.

System kontroli, oparty o kompetencje wynikające z tego przepisu, musi respektować charakter wytycznych wynikający z systemu źródeł prawa ustalonego w konstytucji.

Charakter prawny wytycznych MRR

Wytyczne MRR, które dotyczą kontroli realizacji umów, ustalania kwalifikowalności wydatków oraz obowiązku ich dokonywania z zachowaniem zasad konkurencyjności oraz przepisów o zamówieniach publicznych, to w szczególności   Krajowe wytyczne dotyczące kwalifikowania wydatków w ramach funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności w okresie programowania 2007-2013 z dnia 20 kwietnia 2010 r., a także wytyczne dotyczące poszczególnych programów operacyjnych.

Są wśród nich następujące wytyczne dotyczące Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki[6]:

·         w zakresie kwalifikowania wydatków w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka z dnia 27 kwietnia 2011 r.,

·         w zakresie procesu kontroli w ramach obowiązków Instytucji Pośredniczących i Instytucji Wdrażających dla Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka z dnia 27 października 2010 r.,

·         w zakresie kontroli realizacji Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko z dnia 13 lutego 2009 r.,

·         w zakresie kwalifikowania wydatków w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko z dnia 3 czerwca 2011 r.,

·         w zakresie kwalifikowania wydatków w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki z dnia 1 stycznia 2011 r.

Ponieważ mają one zasadnicze znaczenie dla systemu nadzoru nad wydatkowaniem środków unijnych postawić należy pytanie, jaki jest ich charakter prawny.

W rozdziale III Konstytucji („Źródła Prawa”) określony został przedmiotowo i podmiotowo zamknięty system źródeł prawa powszechnie obowiązującego (wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 28 czerwca 2000 r.[7]).

Żaden akt inny niż wymienione jako źródła prawa powszechnie obowiązującego w żadnym wypadku i w żadnym stopniu nie może dotyczyć jakichkolwiek podmiotów, które nie są podległe podmiotowi wydającemu ten akt[8]. Sytuacja prawna podmiotów pozostających poza władzą organizacyjną wydającego akt może być regulowana tylko w drodze aktów prawa powszechnie obowiązującego.

Brak podległości jest sytuacją zwyczajną i jedyną pomiędzy stronami umowy, nawet wówczas, gdy jest to umowa pomiędzy podmiotami pozostającymi w relacji podległości. Wytyczne MRR w takiej sytuacji są wiążące dla Instytucji Wdrażającej – i to tylko w sytuacji, gdy zostanie przyjęta rozważana przez Trybunał rozszerzająca interpretacja pojęcia „podległość”. Nie wiążą natomiast nigdy beneficjenta, o ile nie został on do ich przestrzegania zobowiązany w umowie, którą zawarł z Instytucją Wdrażającą.

Wytyczne MRR wiążą więc strony umowy wyłącznie na podstawie stosunku umownego wynikającego z umów zawartych o dofinansowanie pomiędzy Instytucją Wdrażającą, a beneficjentem.

Ponieważ w wytycznych wskazuje się, że w trakcie realizacji projektu możliwe jest przeprowadzanie kontroli procedury zawierania umów przez Instytucje zaangażowane we wdrażanie projektów, mającej na celu sprawdzenie, czy umowy są zawierane zgodnie z prawem, w szczególności, czy przestrzegane są zasady uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców, jest on zobowiązany poddać się takiej kontroli, o ile stosowanie wytycznych zostało przywołane w umowie.

W wytycznych określono również zasady wymierzania korekt finansowych w ramach programów operacyjnych oraz sposób postępowania w razie wykrycia nieprawidłowości. Ponieważ jednak wytyczne, w szczególności zasady ustalania korekt finansowych zmieniają się w czasie, beneficjent powinien zwracać uwagę, które z wytycznych lub zasad ustalania korekt mogą znaleźć zastosowanie przy realizacji konkretnej umowy.

Zasadą jest, iż obowiązują te wytyczne i ten sposób ustalania korekt, który obowiązywał w dacie zawarcia umowy, o ile sama umowa nie reguluje tego inaczej. Umowa zawierana zgodnie z zasadą swobody kształtowania umów wyrażoną w art. 3531 kc może zawierać także postanowienia mniej korzystne dla beneficjenta, o ile zgodził się na nie zawierając umowę. Jeżeli więc np. w treści umowy wskazano, że beneficjent zobowiązuje się uznać wyniki kontroli prowadzonej w oparciu o wytyczne i skutkujące korektami nieznanymi w chwili zawierania umowy, to takim postanowieniom będzie zmuszony się podporządkować.

Należy podkreślić, że takie wzorce umów są naganne i nie powinny być stosowane, w szczególności w sytuacji umów publicznoprawnych. Zasada zaufania do Państwa i zasada demokratycznego państwa prawa powinny być wystarczającą podstawą do wycofania takich wzorców umów.

Również wszelkie niejasności co do interpretacji postanowień umowy w tym zakresie powinny opierać się na założeniu, iż strony kształtowały swe zobowiązanie w określonym stanie prawnym i faktycznym, a domniemywanie, że zmiany wprowadzone po zawarciu takiej umowy automatycznie wywierają skutek dla jej realizacji, jest nieuprawnione.

Nie mają charakteru prawnie wiążącego zalecenia KE. Stanowią jedynie podstawę kształtowania wytycznych MRR, mogą być podstawą interpretacji umów i mają charakter dydaktyczny dla beneficjentów. Jednak jeśli umowa (i przywołane w niej wytyczne) inaczej jak zalecenia KE regulują jakąkolwiek kwestię, zastosowanie zaleceń KE bez zgody beneficjenta jest niemożliwe, o ile umowa o stosowaniu takich zaleceń nie stanowi. Do wykładni umów o dofinansowanie znajduje bowiem w pełni przepis art. 65 § 2 Kc, kładącego nacisk na zgodną interpretację jej postanowień przez strony umowy w celu jej wykonywania. Instytucja Wdrażająca nie może więc w sposób władczy narzucać beneficjentowi swojego rozumienia umowy.

Dla unikania sporów stosowanie przez beneficjenta postanowień wynikających z Zaleceń KE jest jednak wskazane, gdyż to KE jest podmiotem, w którego kompetencjach leży ocena kwalifikowalności dokonanych wydatków.  Zalecenia te nie mogą jednak, nawet w ocenie samej Komisji, stanowić o obowiązku ich stosowania w każdej sytuacji. Komisja Europejska, proponując w nich nakładanie korekt finansowych za naruszenia, wskazuje na obowiązek indywidualnej oceny każdego z przypadków. Wskazano w nich między innymi, że jeżeli z zapisów dokumentacji przetargowej wynika, że:

  1. wymagania faktyczne były postawione na czas realizacji inwestycji (np. z załączników do SIWZ wynika, że proponowany sprzęt/ osoby przez wykonawców użyte będą do realizacji zamówienia) oraz
  2. zamawiający dopuszczał dysponowanie sprzętem niezależnie od tytułu prawnego; np. akceptacja deklaracji, że wykonawcy zostanie udostępniony sprzęt pod warunkiem wygrania przez niego przetargu; ustanowienie takich kryteriów nie powinno zostać ocenione jako dyskryminacyjne.
  3. nie uznaje się za błąd przypadku, jeżeli zamawiający nie określił jednoznacznie etapu, na którym wykonawca musi przedstawić odpowiednie dokumenty potwierdzające zdolności techniczne i osobowe do wykonania danego zamówienia.

Oparty na instytucjach prawa cywilnego system oceny prawidłowości wydatkowania środków z budżetu UE jest uzupełniony przepisami prawa administracyjnego, przyznającego odpowiednim organom uprawnienia kontrolne. W kontekście praw kontrolowanego również te przepisy nie zapewniają jednak prawa do bezstronności ocen przez organ odwoławczy. Po pierwsze organy kontrolne nie muszą podjąć czynności na wniosek beneficjenta, po wtóre kontrola, nie kończąc się decyzją administracyjną nie daje możliwości odwołania od wyników kontroli.

System prawny chroni więc raczej prawidłowość wydatków niż dobro beneficjenta, często dopuszczając arbitralność rozstrzygnięć, gdy zmierzają one w stronę zwiększenia bezpieczeństwa wydatków, nawet gdy są to rozstrzygnięcia błędne, lub co najmniej zbyt asekuracyjne.

Taka konstrukcja widoczna jest szczególnie w przepisie odnoszącym się do działania Prezesa UZP. Ma on obowiązek wszczęcia kontroli doraźnej na wniosek Instytucji Zarządzającej, jeżeli z wniosku wynikają podstawy do wszczęcia kontroli – a więc uprawdopodobniono, iż doszło do naruszenia przepisów, które mogło mieć wpływ na wynik postępowania o udzielenie zamówienia. Nie ma natomiast takiego obowiązku w przypadku wniosku kierowanego przez beneficjenta, w sytuacji, gdy ustalenia kontrolne IZ, są w ocenie beneficjenta niezgodne z prawem lub stanem faktycznym.



[1] Wyrok ETS z 16 grudnia 1993 r., Wagner Miret v. Fondo de Garantia Salarial, C-334/92.

[2]Wyrok ETS z dnia 10 kwietnia 1984 r. w sprawie 14/83 Von Colon i Kamann, ETS z dnia 13 listopada 1990 r. w sprawie C-106/89 Marleasing.

[3]Wyrok ETS z dnia 26 września 2000 r. w sprawie C-262/97 Engelbrecht; ETS z dnia 27 lutego 2003 r. w sprawie Santex.

[4]Wyrok ETS z dnia 11 października 2007 r. w sprawie C-241/06 Lämmerzahl.

[5] Zastąpionym obecnie przez rozporządzenie 1083/2006.

[6] Dostępne na stronach internetowych www.mrr.gov.pl

[7] Sygn. akt K25/99.

[8] Wyrok z 1 grudnia 1998 roku sygn. akt K21/98.

środa, 24 kwiecień 2013 20:48

CISZA PRZED BURZĄ

Napisane przez

Zdawać by się mogło, że mimo styczniowych zawirowań związanych z wprowadzeniem systemu Elektronicznej Weryfikacji Ubezpieczonych Świadczeniobiorców (EWUŚ), podstawowa opieka zdrowotna działa dość sprawnie, a pacjenci bez lęku mogą zwracać się po pomoc do swego lekarza rodzinnego. No cóż, pozory mylą.

W rejestracji cisza i porządek. Pacjenci okazują dowód osobisty – i nawet jeśli pomyłkowo „zaświecą na czerwono”, to składają oświadczenie o swym ubezpieczeniu i bez problemu nieodpłatnie otrzymują pomoc medyczną. Przestaliśmy też  wyrzekać na SYSTEM, bo to przecież tylko jedno dodatkowe kliknięcie myszką. Przyzwyczailiśmy się wszyscy do nowych procedur:  pacjent, dowód osobisty, weryfikacja EWUŚ, ewentualne oświadczenie i usługa medyczna w ramach POZ.

Kilkugodzinna awaria EWUŚ też nie zmąciła dobrego samopoczucia. Pacjentów ciągle przybywa, bo społeczeństwo spracowane, a i coraz to starsze, ale siedzą cichutko w oczekiwaniu na swoją kolej, bo swojego lekarza znają od lat i ufają mu bezgranicznie. Niestety, jest to cisza przed burzą. Na razie lekarz rodzinny bez względu na to ile osób „świeci na czerwono”, czyli – według danych przekazanych przez KRUS i ZUS – nie ma prawa do świadczeń zdrowotnych w ramach NFZ, otrzymuje co miesiąc 1/12 rocznej stawki na pacjenta zgodnie z tzw. listą aktywną, czyli ilością złożonych deklaracji wyboru lekarza na pierwszy dzień kolejnego miesiąca. Starcza zatem na opłaty stałe, diagnostykę pacjentów, pensje pielęgniarek i wynagrodzenie lekarzy.

Magiczny termin 1 czerwca

Sytuacja stabilna, chociaż o wzroście stawki kapitacyjnej NFZ nie chce słyszeć od lat. Tłumy pacjentów w przychodni jak zawsze, toteż zapracowany medyk – właściciel przychodni – nie uświadamia sobie,  jak bardzo zmieni się sytuacja finansowa przychodni i pacjentów po pierwszym czerwca br. Nawet mu się nie śni, że może zostać bez pracy, a jego chorzy bez opieki medycznej. Skąd ten magiczny termin 1 czerwca? Otóż, od tego dnia podstawą do wypłacania stawki kapitacyjnej będzie lista osób, które złożyły deklarację i posiadają prawo do świadczeń zdrowotnych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego zgodnie z danymi w EWUŚ.

W czym więc problem? Logiczne jest przecież, że jeśli lekarz ma umowę z NFZ, to powinien pobierać tylko kapitację na pacjentów, którzy opłacają składkę zdrowotną. Oczywiście, że tak – ale co, jeśli system weryfikacji danych jest wadliwy? Kto ma ponieść koszty rozbieżności między stanem faktycznym, a danymi w EWUŚ? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż to świadczeniodawcy z zakresu POZ mają w całości stać się kozłami ofiarnymi kolejnych etapów reformowania systemu opieki zdrowotnej.

To, że pacjent „świeci się na czerwono” w EWUŚ nie oznacza na 100%, że nie jest on ubezpieczony. Bardzo często zdarzają się błędy w danych przekazanych do NFZ.  Do tej pory wystarczało oświadczenie pacjenta , lecz przecież to nie dane zawarte w EWUŚ były podstawą do wypłacania kapitacji. Jeśli zatem EWUŚ stanie się jedynym weryfikatorem aktywnych list pacjentów po 1 czerwca, może wnet się okazać, że jego znaczenie jest jeszcze większe niż można było przypuszczać. Dla wielu przychodni stanie się on bowiem przyczyną utraty płynności finansowej. Dla przykładu: na Warmii i Mazurach średnio EWUŚ wykazuje 9,6% nieubezpieczonej dorosłej populacji.

Ze zgromadzonych przeze mnie danych wynika, że w każdej przychodni jest inna liczba osób nieubezpieczonych wskazywanych przez EWUŚ. I tak: przychodnia obejmująca opieką 3950 osób ma 466 „świecących na czerwono” dorosłych osób, co stanowi 18,1% populacji i oznacza utratę rentowności zakładu po 1 czerwca br. Inne dane: pod opieką 3100 osób, w tym 276 nieubezpieczonych, co daje 8,9% populacji; 7500 pod opieką, 500 nieubezpieczonych, tj.6,6%; 8600/590=7%; 5550/270=5%; 8400/820=10%.

Przedłużyć okres karencji

W każdym rejonie kraju sytuacja jest inna. Ogromne znaczenie ma wskaźnik bezrobocia, odległość od granicy państwa, gęstość zaludnienia, struktura zatrudnienia i wiele innych czynników, jak chociażby świadomość, że należy zgłosić do ubezpieczenia dzieci po uzyskaniu pełnoletniości. Na Mazowszu zgodnie z danymi NFZ jest 6,6% nieubezpieczonych, ale w przychodniach Radomia i okolic kształtuje się to różnie: na 3008 osób zdeklarowanych do danej przychodni wypada 279 „świecących na czerwono”, co daje 9,27%. W innych: 1380/40=2,89%; 15000/1500=10%; 2000/144=7,2%; 9500/921=9,69%.

W praktyce dla wielu podmiotów świadczących usługi z zakresu POZ oznacza to zniknięcie części zakładów opieki zdrowotnej z mapy świadczeniodawców usług medycznych naszego kraju. Przyczyną tego będą błędy danych zawartych w EWUŚ. Co z tego, że świadczeniodawcy będą mogli się odwoływać, dochodzić swych praw choćby drogą sądową, gdy ich byt będzie już należał do przeszłości? Mieszkaniec małej miejscowości z dnia na dzień zostanie pozbawiony opieki medycznej, bo im mniejsza populacja, tym większe ryzyko bankructwa dla rozczłonkowanych po wiejskich filiach zakładów. Idea lekarza rodzinnego, który jest jak najbliżej pacjenta, zna jego problemy od lat i czuje się odpowiedzialny za każdego z osobna, będzie przytaczana na podobieństwo opowieści o szklanych domach.

A miało być tak pięknie! EWUŚ miał wprowadzić spokój i porządek. Czyżby wylano dziecko z kąpielą? Czy jest zatem jakiś ratunek i dla pacjentów, i dla przychodni? Oczywiście, że jest!

Wystarczy „odroczyć” tę egzekucję, pozwolić EWUŚ-owi  by „dojrzał” i przedłużyć okres karencji, aby „zweryfikować” system weryfikacji ubezpieczonych. Ewentualnie przy opracowywaniu nowego planu finansowego obowiązującego od 1 czerwca wprowadzić współczynniki korygujące dla populacji między 19 a 65 rokiem życia (największa liczba „świecących na czerwono”), by zgodnie z oświadczeniem Prezesa NFZ nie odbierać środków przeznaczonych na POZ. Czas pokaże, czy rozsądek weźmie górę nad bezdusznym weryfikatorem danych. Oby decydenci potrafili choć na chwilę wstać zza biurek i wcielić się w sytuację mieszkańca przeciętnej gminy i jego lekarza rodzinnego, zanim podejmą nieodwracalne decyzje, które zaskoczą nas wszystkich tak, jak tegoroczne wielkanocne opady śniegu.

środa, 24 kwiecień 2013 20:46

ZAPALEŃCY Z OCHOTNICZEJ STRAŻY POŻARNEJ

Napisane przez

Od trzynastu lat Alina Pińkowska pisze kroniki Ochotniczej Straży Pożarnej w Szwecji i robi to tak rzetelnie, że były one już wystawiane jak Polska długa i szeroka. Ona sama mówi, że nigdy nie sądziła, że ich popularność sięgnie poza Szwecję.

„Kronika” pani Aliny trafiła na XIII Ogólnopolski Konkurs Kronik OSP w Gnieźnie w 2009 r., na XVII. edycję „Etosu Rycerskiego w polskiej historii i tradycji” w Olsztynie w 2010 r. (jako że strażacy to rycerze św. Floriana), 35-lecie Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Rok temu na Przeglądzie Wojewódzkim w Dębnie zdobyła pierwsze miejsce, podobnie jak dwa lata wcześniej w Połczynie Zdroju. Jeden strażak z Koszalina, który ją przeglądał, powiedział, że czuł się, jakby służył w tej jednostce.

Autorka ma o tyle uproszczone zadanie, że właściwie pisze historię rodziny i o wszystkim wie z pierwszej ręki. Ale jest to też kronika wsi, bo kiedyś jej życie skupiało się głównie wokół kościoła – od mszy do mszy, ale już życie kulturalne, sport i pomoc ludziom poszkodowanym organizowała prężnie działająca OSP, która nie tylko gasiła pożary. Strażacy organizowali zawody, festyny i dożynki. – Popularne było wtedy ściganie się na rowerach na sto metrów albo z jajkiem na łyżce – wspominają te dawne zabawy Alina i Ireneusz Pińkowscy.

A kiedy w Szwecji budowana była remiza – na odwrót, ludzie uważali, że mają wspólny cel i chętnie brali udział w czynie społecznym.

Z Łodzi, przez Niemcy, do Szwecji

Dzisiaj też trudno wyobrazić sobie bez nich jakieś wydarzenie we wsi. Na masowych imprezach zapewniają bezpieczeństwo, robią pianę, w której brykają dzieciaki, albo pokazują im wozy strażackie. Na potwierdzenie tego, że ta działalność również jest doceniana, 15 marca 2013 r. OSP Szwecja otrzymało Laur Powiatu Wałeckiego za działalność społeczną – co też zostało odnotowane w szwedzkiej „Kronice”.

Alina Pińkowska, z domu Cichoń, mieszka w Szwecji, tyle że... wałeckiej, w gminie Wałcz. Rodzice pani Aliny, Stanisław i Zofia, pochodzili z Łodzi, ale przez zawieruchę wojenną, po powrocie z Niemiec – gdzie trafili na roboty przymusowe – osiedlili się w 1946 r. właśnie w Szwecji. Jej ojciec był przewodniczącym Rady Gromadzkiej (odpowiednika dzisiejszej gminy), a także powoływał we wsi Ochotniczą Straż Pożarną.

W 1966 r. wstąpiła do pierwszej drużyny żeńskiej, a dwa lata później w OSP znalazł się Ireneusz Pińkowski. I, jak śmieje się pani Alina, przyszedł... za nią. Wspomina też, że to był taki trochę „zapaleniec”.

– Naprawdę chciał coś zrobić. To on zdobywał pozwolenia na budowę remizy, co w tamtych czasach wcale nie było proste, a w 1972 r. został pierwszym naczelnikiem OSP w Szwecji. W 2012 r., po czterdziestu latach służby, musiał zrezygnować ze względu na wiek, chociaż teraz pełni tę funkcję honorowo. – To właśnie jest człowiek, o którym powinno się napisać – mówi o Ireneuszu Pińkowskim małżonka i dodaje, że bez jego wiedzy i pomocy nie dałaby rady. On z kolei zachwala piękny styl pisze i wyczucie plastyczne żony. – Jest nieoceniona – mówi krótko.

Do dziś w ich rodzinnej wsi sporo ludzi pamięta, że w maju 1969 r. brali w niej pierwszy ślub strażacki.

Zaczęło się od znalezienia syreny

Najstarsze zdjęcie, jakie udało się jej zdobyć, pochodzi z lat 50. XX w. – Są na nim pierwsi strażacy: Tadek i Heniek Bajorowie oraz Szczepan Gmys, założyciel szwedzkiej OSP – opowiada, przeglądając w „Kronice” stronę po stronie. – Narzędzia, jakimi wówczas operowali strażacy, toporki i siekierki, zdeponowali na posesji u Ryszarda Ryły. Na akcje wyjeżdżali zaprzęgami konnymi od chłopów w ramach szarwarków grodzkich. Za to, że ich użyczali, byli zwalniani z podatku – na zasadzie przysługa za przysługę – podkreśla.

Potem u kogoś w domu – u kogo, tego Alina Pińkowska nie zdołała ustalić – znaleziono ręczną syrenę. – Tak w Szwecji zawiązywała się straż pożarna – podsumowuje to, co zostało zapisane w pierwszym tomie „Kroniki”.

Kiedy w 2000 r. rozpoczynała gromadzenie historycznego materiału, nie udało się jej do końca ustalić pierwszego składu władz straży. – Na komendanta powołano Szczepana Gmysa, prezesem został Aleksander Miazga, sekretarzem Antoni Falkowski, ale pierwszego skarbnika już nie pamiętam. Pytałam o niego całą wieś. Gospodarzem był Władysław Rutkiewicz, a to taka funkcja – wyjaśnia pani Alina – że się wszystko nadzoruje i organizuje.

– Zaraz po wojnie zaczęło się od profilaktyki przeciwpożarowej – wtrąca Ireneusz Pińkowski – bo każdy myśli, że pożar go nie spotka. Wtedy ludzie, zajęci ciężką pracą w oborach i na polach, te sprawy odkładali. I to podejście przetrwało do dziś.

Dziecko, ja nie pamiętam!

Od 1947 r. OSP miała pierwsze, własne pomieszczenie na sprzęt, co odnotowała również pani Alina w „Kronice”. Budynek stoi do dziś, wtedy trzeba było go wyremontować. Do sprzętu doszła ręczna sikawka z sąsiedniego Zabrodzia. Obsługiwało ją ośmiu strażaków. W pierwszym większym pożarze po wojnie, jaki został opisany w „Kronice”, spaliły się dwie stodoły, przy ul. Głównej 17 i 20 w Szwecji. Jedna „pociągnęła” drugą. Pożar roznieciły dzieci. Stodoły i młyny płonęły zresztą najczęściej.

W 1949 r. Komenda Powiatowa przekazała OSP w Szwecji elektryczną syrenę – czytamy w „Kronice” i ta służyła strażakom, ba!, pięćdziesiąt lat. – Teraz mamy nową na remizie – dodaje Ireneusz Pińkowski. – Jak w Wałczu potrzebują pomocy, to Komenda ją włącza systemem radiowym – dodaje.

Kiedy w pierwszej połowie lat 60. we wsi remontowano remizę, pieniądze na to szły od ludzi, a Szwed Józef Maciejewski, własnym wozem jeździł do Sypniewa po materiał. W „Kronice” jest też zapisane, że 1964 r. Komenda przyznała OSP w Szwecji samochód... angielskiego Bedforda.

Rozpoczynając pracę nad „Kroniką”, Alina Pińkowska mówi, że miała najgorzej, zbierając informacje do lat 70. W tamtych czasach nikt nie dbał o przechowanie dyplomów, zdjęć, protokołów z posiedzeń. Większość pamiątek się nie zachowała. – Kiedy zaczepiałam Szczepana Gmysa, żeby mi coś opowiedział, mówił: dziecko, ja nie pamiętam! – wspomina pani Alina. – Więc chodziłam po cmentarzu i spisywałam nazwiska, a kiedy już powstała „Kronika”, to potwierdził, że faktycznie było tak, jak napisałam. Od 1972 r. mieszkałam pod jednym dachem z naczelnikiem, więc miałam łatwiej, bo wszystko działo się u mnie w domu.

Pożary, powodzie, koty na drzewie

O tej pracy mówi, że najbardziej nie lubi, kiedy ma zaległości, bo potem ślęczy nad zdjęciami i zastanawia się, kiedy i gdzie coś się wydarzyło. Stara się więc prowadzić „Kronikę” na bieżąco. Jednego zdjęcia nie może się doprosić i miejsce jest puste, ma tam być zapis o 12-latce Justynie Kowalczewskiej, też Szwedce, pasjonatce pożarnictwa. 5 kwietnia brała udział w XXXVI Ogólnopolskim Turnieju Wiedzy Przeciwpożarniczej w Człopie na poziomie powiatowym i zajęła pierwsze miejsce w kategorii młodzieży gimnazjalnej. W tych turniejach ma pięcioletni staż. W ubiegłym roku zdobyła drugie miejsce na szczeblu ogólnopolskim.

Dla pani Aliny to też trochę zabicie czasu na emeryturze. Dzieci, trójka, powyrastały i mają już swoje rodziny. Teraz uczestniczy w programie 60+ – aktywacyjnym, żeby nie siedzieć w domu. Na zajęciach są lekcje angielskiego czy obsługi komputera, ale i tak mówi, że woli pisać w... „tym zeszycie od religii”, jak nazywa „Kronikę” Ireneusz Pińkowski.

– Poza tym, pisząc takie dzieło, trzeba mieć żyłkę archiwisty, zmysł estetyczny – podkreśla pani Alina. Przede wszystkim jednak trzeba lubić tę pracę, bo „w straży nie ma dwóch takich samych zdarzeń”. O czym to ona już nie pisała! Przeglądając kartka po kartce, pani Alina przypomina sobie różne wydarzenia: raz OSP Szwedów było na Stadionie Narodowym w Warszawie, na koncercie Budki Suflera. Innym razem strażacy uczestniczyli w ćwiczeniach w niemieckim Pinnow – na sprzęcie, którego w Szwecji nie ma: komorach rozgorzeniowych. Ale też brali udział w akcji ratowniczej 30 czerwca 2011 r., kiedy to Wałcz znalazł się pod wodą.

Jeszcze innym razem w Szwecji, na zakręcie, z samochodu dostawczego wypadły skrzynki z piwem. Strażacy pilnowali, by ktoś czegoś „nie skręcił” podczas sprzątania. – Jeden facet buchnął skrzynkę, strażacy go na tym nakryli i skończyło się mandatem od policji – opowiada pan Ireneusz. W latach 80., w czynie społecznym, budowali Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Warszawie. Pomagali w czasie powodzi na południu Polski w 1997 r. W pobliskich Zdbicach ściągali kota z drzewa, a potem dostali podziękowania od wdzięcznego turysty z Torunia. Kiedyś też dostali wezwanie do kota, który siedział na drzewie dwa dni, a jak strażak już po niego sięgał, sam zlazł. Zięć Pińkowskich, też strażak – Stanisław Kudyba – uratował bociana, który ugrzązł na stawach. Wyjeżdżali też, by usuwać kokony szerszeni. 21 lat temu brali udział w akcji ratowniczej wielkiego pożaru w Potrzebowicach, w samym środku Puszczy Noteckiej, po 1500 ha lasu zostało dymiące pogorzelisko, ale tam chodziło głównie o obronę wsi i leśnych osad, a i tak spłonęło dwadzieścia domów. Ot, życie strażaka.

 

Na koniec rozmowy pani Alina mocno podkreśla, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie ludzie – Szwedzi – bo tak naprawdę to oni piszą tę „Kronikę”...

środa, 24 kwiecień 2013 20:44

PRZYJEMNOŚCI I KŁOPOTY: PREZENTY W ŻYCIU PUBLICZNYM

Napisane przez

Prezenty w kontaktach między ludźmi istnieją właściwie od zawsze. Ich wręczanie jest wyrazem pamięci, sympatii, szacunku, wdzięczności, wyrachowania czy innych powodów, jakimi kierujemy się w odniesieniu do określonych osób.

W życiu publicznym towarzyszą im pewne reguły i formy ostrożności, by nie rzec – przestrogi, których znajomość pomoże nam w tym, by prezent wzbudził radość i nie miał przykrych lub kłopotliwych podtekstów. Osoby obdarowywane to wszyscy ci, którzy wchodzą z ofiarodawcami w określone relacje oficjalnie lub – zajmując dowolne miejsce w strukturze instytucji, społeczności czy innej grupy – przeżywają ważne chwile w swoim życiu zawodowym (awans, wybór, nominacja, stopień naukowy, tytuł, odznaczenie itd.).

Sprawić radość, a nie kłopot

Prezent powinien sprawić radość. By tak się stało, musi trafić w gusta czy upodobania obdarowywanego, a co najmniej – nie być z nimi sprzeczny. Owe upodobania czy gusta łatwo poznać, wystarczy sięgnąć po CV danej osoby, na oficjalnej stronie, w części „hobby” lub dyskretnie, poprzez sekretariat, zdobyć potrzebne informacje. Nietrafiony prezent to rzecz przykra, warto zatem uczynić pewien wysiłek, by temu zapobiec, a najlepiej – by wręczyć to, co obdarowanemu sprawi najwięcej radości. Jeśli chcemy komuś wręczyć regionalny, nawet bardzo znany, trunek – to osobą obdarowaną nie może być totalny abstynent. Jeśli chcemy wręczyć kunsztownie wypreparowanego ptaka, to tą osobą nie  może być zdeklarowany obrońca zwierząt. Skrajnemu pacyfiście nie podarujemy modelu pistoletu skałkowego.

Nasze starania, by trafić z prezentem, muszą dotyczyć także znajomości uwarunkowań wynikających z różnic międzykulturowych. Duże ryzyko wiąże się z wręczaniem pięknego, charakterystycznego dla kraju czy regionu wyrobu ze skóry Hindusowi, wiemy że najlepsze wyroby są ze skóry cielęcej. Zegary nie są wskazane dla przedstawicieli krajów Dalekiego Wschodu. W Japonii – i generalnie Azji – nie dajemy prezentu składającego się z czterech części: tu liczba cztery, podobnie jak zegar, symbolizuje śmierć. Stąd jak najbardziej cztery kwiaty w wiązance pogrzebowej. W krajach arabskich srebro i kryształ symbolizują pecha.

Nie przesadzić z wartością

Prezent nie powinien być nazbyt kosztowny. Pomijam sytuację, gdy z tego powodu można wprawić obdarowanego w zakłopotanie wynikające z konieczności rewanżu. Taki prezent może wywrzeć złe wrażenie i być potraktowany jako próba pozyskania przychylności osoby obdarowywanej – i tym samym spowodować efekt odwrotny od zamierzonego.

Trzeba również  pamiętać, iż wartość prezentu dla wielu osób może rodzić określone skutki prawne. Ustawa z dnia 31 sierpnia 1997 r. o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne[i]) wymienia szereg stanowisk państwowych i samorządowych, które dla piastujących je osób określają obowiązek zgłaszania m.in. prezentów o określonej wartości do rejestru korzyści (art.1 i 2 ustawy). Dziś prawo stanowi, iż taki obowiązek niesie za sobą prezent lub inne nieodpłatne świadczenie o wartości powyżej 380 zł. Strony internetowe niektórych polityków ilustrują tę kwestię, strony samorządowców wyglądają dużo skromniej. Godzi się tu wspomnieć, iż w relacjach krajowych prezent ten podlega również wpisaniu (jako wartość) do rocznego zeznania PIT, czyli jego wartość podlega opodatkowaniu.

Okazja do promocji

Wręczanie prezentów jest znakomitą okazją do promocji naszych gmin, powiatów i województw. Warto pomyśleć zatem, jakie  walory niesie nasz prezent. Dziś nie brak przykładów z całego świata, jak mądrzy włodarze różnych jednostek samorządu terytorialnego potrafią pod postacią prezentów znakomicie realizować strategię promocyjną. Jeden ze sposobów to kosz produktów regionalnych. W wielu europejskich regionach umieszcza się w nim lokalne, dobre i cenione produkty np. ser, szynkę dojrzewającą na powietrzu, likiery, nalewki, regionalne piwa w tradycyjnych butelkach itd. Nie słyszałem, by obdarowany takim prezentem był zdegustowany – wręcz przeciwnie, widziałem zadowolenie.

Póki co, polska oferta pomysłów w takiej formie jest jeszcze dość skromna, ale poprawia się z roku na rok. Lokalne walory mogą przybrać także inne formy. W Słupsku wręczają gościom (paniom) piękne , jedwabne apaszki z ciekawymi motywami obrazów Witkacego (z powodu bogatego zbioru Witkacjanów). Informacja, że to miasto Słupsk właśnie tak się promuje, jest ukryta w formie bardzo dyskretnej metki. Jeden z regionów w Holandii promuje się między innymi przy pomocy drewnianych chodaków wydrążonych z całych kawałków drewna. Tu i ówdzie wręczają piękne stroje ludowe charakterystyczne dla regionu od dawna.

Spotkać można także „gadżetowe wariacje” z motywem herbu miasta, czy wyroby użytkowe z występującego w regionie tworzywa – np. bursztynu. Spinki do koszul czy wisiory z bursztynu z dyskretnym herbem (logo) i nazwą miasta na odwrocie zawsze budzą podziw. Pamiętać jednak należy, że taki prezent musi budzić jednoznacznie pozytywne skojarzenia. Warto też sięgnąć po motywy z ciekawej historii np. czarownice, znane postacie, wydarzenia, legendy itd. Władze gmin przy tej okazji powinny poczynić starania, by lokalni sprzedawcy pamiątek też mieli to na uwadze i nie sprzedawali muszelek w górach czy ciupag nad morzem.

Krajowy i lokalny koloryt prezentów maja szczególne znaczenie dla gości z zagranicy. Tym ostatnim w żadnym wypadku nie należy wręczać nawet bardzo eleganckich prezentów z kraju ich pochodzenia np. Francuzowi powstającego w Nantes pióra marki Waterman, Anglikowi – marki Parker, bądź Szwajcarowi, doskonałego skądinąd, scyzoryka firmy Victorinox.

Nie wypada wręczać

Tylko gwoli przypomnienia: nie wolno wręczać prezentów w formie przedmiotów osobistego użytku – czyli bielizny, kosmetyków, odzieży czy obuwia. Prezenty takie są jak najbardziej stosowne w życiu prywatnym pomiędzy osobami blisko spokrewnionymi lub o dużym stopniu zażyłości.

Są także przypadki w życiu publicznym, gdy taki prezent  ucieszy obdarowanego. Będzie tak, gdy otrzymamy np. oryginalne kierpce czy parzenice w Zakopanem, porządny kowbojski kapelusz w Teksasie,  ponczo w Meksyku, galabiję w Maroku, rybacką kurtkę z kapturem w nadmorskiej gminie itd.

Co robić z prezentami

Ekspozycja podarunków otrzymanych przez przedstawicieli JST jest znakomitą okazją do tego, by pokazać naszą gminę w kontekście jej kontaktów z różnymi podmiotami z zewnątrz. Nasi goście i partnerzy oraz ich prestiż świadczą o nas. Warto tam, gdzie tego nie uczyniono, przygotować miejsce, gdzie będą wyeksponowane prezenty otrzymane przez przedstawicieli naszego samorządu od gości i partnerów. Rzecz jasna, chodzi o te, które mogą być eksponowane z racji ich trwałego charakteru i walorów. Z pewnością nie powinny się tam znaleźć artykuły spożywcze i takie, które nie świadczą o roztropności i znajomości rzeczy ofiarodawcy w tej materii.

Każdy przedstawiciel JST przyjmujący gości, czy jadący w delegację i otrzymujący prezent, ma świadomość, iż otrzymał go jako reprezentant gminy, powiatu czy województwa. Oczywistą zatem jest zasada, że z pewnymi wyjątkami powinien przekazać go do zbioru prezentów, które są eksponowane. Prezenty winny być opatrzone informacjami dotyczącymi ofiarodawcy, daty, miejsca i okoliczności ich wręczenia. Na mieszkańcach robi to ogromne wrażenie.

To, czym i jak obdarowujemy naszych gości, oraz to, czym i jak oni nas obdarowują ma wpływ na nasze wzajemne relacje i naszą pozycję.



[i]  Dz. U. z dnia 11 września 1997 r.

środa, 24 kwiecień 2013 20:41

BURMISTRZ STAWIA NA… ŻUBRY

Napisane przez

Z burmistrzem Mirosławca w województwie zachodniopomorskim, Piotrem Pawlikiem rozmawia Anna Cebula

ANNA CEBULA: Jak scharakteryzowałby Pan gminę Mirosławiec?

PIOTR PAWLIK: Spójrzmy na mapę, chociażby zagospodarowania przestrzennego. W pięćdziesięciu procentach pokrywa ją kolor zielony, czyli natura – w znacznej części są to lasy. Resztę okrywa czerwony i żółty, czyli tereny zamieszkane bądź przeznaczone na działalność produkcyjną.

Startując w wyborach na burmistrza, był Pan tu osobą dość dobrze znaną, od dawna związaną z Mirosławcem.

Może nie z dziada pradziada, bo tutaj raczej nikt nie może tego o sobie powiedzieć. Jednak moi rodzice najpierw mieszkali na terenie gminy, a od połowy lat 70. w samym Mirosławcu, gdzie się się wychowałem.

Nie miał Pan ochoty się stąd wyrwać?

Ależ ja miałem trzynastoletnią „przerwę”, od początku szkoły średniej! Wróciłem później, w trakcie studiów, przenosząc tu własną działalność.

Kandydując na burmistrza, miał Pan już doświadczenie w pracy samorządowej. Doświadczenie radnego.

Tak, doświadczenie rady powiatowej, a wcześniej – w latach 2002-2004 – rady miasta i gminy Mirosławiec.

Trzy lata temu wystartował Pan w wyborach obok urzędującej burmistrz. Wygrana była zaskoczeniem?

Nie obstawiałem wygranej, ale chciałem zaproponować jakąś alternatywę. Wynik był dość wyrównany: różnica wynosiła niecałe dwieście głosów, chociaż zdarzało się, że w wyborach – tak było choćby w Wierzchowie w 2006 r. – przesądzały trzy głosy.

Nie obawiał się Pan, że − przynajmniej na początku − starsi będą chcieli zrobić z Pana marionetkę?

Gdyby ktoś miał taki pomysł, nic by z tego nie wyszło, bo do ratusza trafiłem z firmy, gdzie bezpośrednio byłem zwierzchnikiem dla sześćdziesięciu osób, a w całej Polsce dla dwóch tysięcy. Odpowiadałem nie tylko za siebie, ale za zespół. Poza tym już w czasie kampanii przedstawiłem na tyle wyraźny pomysł na gminę, że nikt nie miał wątpliwości, że to była moja wizja, a nie kogoś innego.

I potrafi Pan walnąć w stół, nawet jak ktoś ma dwa razy więcej lat?

Trzeba wyznaczyć granicę między tym, co jest, a co nie jest możliwe do przyjęcia.

Pana pojawienie się w ratuszu, to była szansa dla młodych, docenianie wykształcenia, jakaś podwyżka?

Myślę, że różnica wieku między mną, a poprzedniczką, nie była aż taka duża, żeby można było mówić o zmianie pokoleniowej i o tym, że na wybory poszły osoby bardzo młode. Trudno to ocenić. Jak w każdej gminie na wyborach stawił się żelazny elektorat, czyli osoby, które przed 1989 rokiem głosowały obowiązkowo i mają wpojone, że na wybory trzeba iść.

Urzędowanie rozpoczął Pan od?…

Spotkania z urzędnikami w ratuszu – już następnego dnia po ślubowaniu – i wyjaśnienia, że rewolucji, czyli cięcia głów, nie będzie i że zamierzam z każdym współpracować. Zapewniłem również, że nie przyjechałem autobusem z osobami chętnymi do pracy. Po prostu każdy zaczynał z czystym kontem i musiał mnie przekonać, że powinien tu pracować. Poza tym każdy urzędnik, poza wydziałem finansowym, pracował na samodzielnym stanowisku. Powstały referaty i przez pierwsze trzy miesiące te osoby, które były najbardziej zaangażowane i pokazały, że mają pomysły na to, co dalej, awansowały na funkcje kierowników tych referatów. Przyznam, że były to raczej osoby młodsze.

A jeżeli chodzi o sprawy niezwiązane z funkcjonowaniem urzędu, zaczynałem od załatwienia problemów bieżących. Akurat był grudzień, więc dla mieszkańców ważne było odśnieżanie, a także oświetlenie, bo ktoś nie zorientował się, że ulica jest dłuższa i nie oświetlono jej na całej długości. Więc, gdzie się dało, od razu uzupełniono lampy. Trzeba było poprawić boisko w Jabłonkowie, bo wykonawca oddał je z usterkami.

Czy na półmetku kadencji możemy porozmawiać o inwestycjach, jakich w gminie nie było za poprzedników?

Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć w przyszłym roku, kiedy powstanie centrum żubra i zagroda dla tych zwierząt.

Ile ważnych projektów udało się Panu przeprowadzić?

Udział w remoncie drogi powiatowej ul. Parkowa−Orle, rozbudowę oczyszczalni ścieków, przygotowanie dokumentacji drogi wojewódzkiej – ul. Sprzymierzonych do Zarządu Dróg Wojewódzkich.

Kiedy miał Pan ostro pod górkę?

Przy zmianie Regionalnej Izby Obrachunkowej w sprawie księgowania poręczeń kredytowych. Zaczynałem urzędowanie, przejmując część zadań, m.in., rozbudowę oczyszczalni ścieków, realizowaną ze środków PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – przyp. red.). To taki podwójny problem: PROW, niezależnie czy gmina jest mała czy duża, przyznaje do 4 mln zł, potem licznik zostaje wyzerowany. Pieniądze z PROW zostały wykorzystane, a RPO (Regionalny Program Operacyjny – przyp. red.) nie ma dalszych środków.

W sierpniu 2011 r. gmina występowała jako poręczyciel dla spółki miejskiej na kolejne 4 mln, ale to poręczenie zostało zaliczone jako dług tej gminy. Jednocześnie weszły nowe wskaźniki ministra Jacka Rostowskiego co do liczenia długu publicznego i według starych wskaźników – 60 i 15 proc. (dług samorządu nie może być wyższy niż 60 proc. wykonanych dochodów, a koszty jego obsługi nie mogą być wyższe niż 15 proc. planowanych dochodów budżetowych – przyp. red.) gmina wypadała rewelacyjnie, bo zadłużenie w stosunku do budżetu wynosiło niecałe 21 proc., a w ujęciu rocznym — 7 proc. Natomiast według nowych wskaźników okazało się, że nie spełniamy warunków.

Do tego doszło poręczenie gminne i, żeby się go pozbyć, trzeba było stanąć na głowie, by poszukać nowego kredytodawcy w bankach, dla którego majątek spółki byłby wystarczający. To był taki okres, trwający dwa miesiące, przygotowania przetargu, zmiany kredytu i odblokowania wskaźników, kiedy — mogę powiedzieć — było mocno pod górkę.

Jaki gmina ma sposób na przyciągnięcie przedsiębiorców?

W tym zakresie mamy sytuację zarazem i łatwiejszą, i trudniejszą. Dosyć duże zakłady, które są w Mirosławcu, działają już od dwudziestu lat i tak się złożyło, że wciąż się rozbudowują. Natomiast naszym nieszczęściem jest to, że obecnie nie mamy wolnych terenów i nawet, gdyby się pojawili nowi przedsiębiorcy, musimy odsyłać ich na grunty prywatne. Jesteśmy w trakcie pozyskiwania ośmiu hektarów z takim przeznaczeniem, ale dzisiaj ich nie ma.

A tak poza tym trudno pozyskiwać nowych przedsiębiorców w czasie tzw. małej zapaści. Dla nas konkurencją są strefy ekonomiczne, ale i one niczego nie załatwiają. W niedalekim Kaliszu Pomorskim, należącym do  strefy słupskiej, jak widać, cuda się nie zdarzają, bo nie wystarczy otworzenie takiej strefy, żeby pojawiły się fabryki i ludzie dostali pracę.

Dzisiaj przede wszystkim musimy zabezpieczyć potrzeby tych zakładów, które są. Zarówno Żywiec Zdrój, jak i Metaltech, który swoje grunty rolnicze przekwalifikowuje pod nową fabrykę, potrzebowały rozbudowy i modernizacji oczyszczalni ścieków. Przygotowujemy też uchwałę, która dla zaczynających działalność oferuje szereg preferencyjnych ulg. Dla zakładu rozpoczynającego działalność te wszystkie obciążenia są utrudnieniem, bo trzeba zapłacić wynagrodzenie, rachunki za prąd, uiścić koszty postawienia zakładu. Przygotowujemy długoletni program ulg podatkowych od nieruchomości, tak żeby odciążyć właściciela zakładu w płatnościach i żeby miał poczucie, że w Mirosławcu jest poważnie traktowany nie przez rok czy dwa lata, ale w dłuższej perspektywie, minimum dziesięciu lat.

Z tego, co wiem, w tym roku ruszy budowa zakładu Metaltechu – hali o powierzchni 4,5 tys. m kw. Jest mowa o kilkudziesięciu osobach, które będą mogły podjąć w nim pracę. Jednak nawet dwa-trzy zakłady nie poprawią sytuacji tak, jak powrót wojska do Mirosławca, ale są to decyzje poza województwem, właściwie na szczeblu krajowym. Tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak się stanie i do bazy lotniczej, do komendy, przybędzie więcej wojsk bezzałogowych. Pod warunkiem, że na świecie nie dojdzie do jakiegoś nagłego krachu, czy innego wydarzenia i środki nie zostaną przesunięte w inne miejsce. To tworzy szansę, że 180 lokali w Mirosławcu Górnym, które teraz stoją puste, zostanie zasiedlonych, a zakłady usługowe czy sklepy, które do tej pory korzystały z zamówień jednostki, ponownie staną na nogi.

Na Osiedlu Górnym było 2 tysiące mieszkańców, teraz jest 1,2 tysiąca, bo w ciągu 10 lat wojsko w takiej liczbie opuściło Mirosławiec. Szkoła, która liczyła prawie dziewięciuset uczniów, teraz ma 550 – a to też wpływa na jej stan finansowy.

Znany jest Pan jako burmistrz, który chętnie korzysta z najnowszych technologii i... Facebooka?

Nie tyle wprowadziłem nowe technologie – bo na przykład e-obieg informacji istniał, przynajmniej teoretycznie – ile rozpocząłem ich użytkowanie. Teraz stosujemy w ratuszu podwójny obieg informacji: w postaci tradycyjnych dokumentów papierowych i, zapasowo, zeskanowanych i wprowadzanych do e-obiegu. Obsługa tych dokumentów jest podwójna, dlatego że rozporządzenia wszelkiego rodzaju nie przewidują tylko drogi elektronicznej. To się powoli zmienia i już od stycznia tego roku Urząd Wojewódzki przesłał nam 68 dokumentów, na które mamy odpowiedzieć elektronicznie, poprzez tzw. podpis zaufany. Jest to przede wszystkim bezpieczne, bo nie ma szansy, że taki dokument zaginie. Nawet jeśli będzie wciąż na papierze, zostanie odtworzony ze skanu. Poza tym z każdego miejsca mogę wejść do systemu i zajrzeć do sprawy.

Natomiast Facebook to narzędzie komunikacji. Nie jedyne, bo trzeba być obecnym i w prasie, i w kablówce – natomiast jest to źródło, które potrafi zaskakiwać szybkością przekazywanych informacji, a także liczbą osób, do jakiej się dociera. Ostatnio na Facebooku na pytanie, kto powinien wystąpić na festiwalu żubra, wskaźnik zainteresowania ze średnio 1200 osób skoczył do kilkunastu tysięcy i wyszedł daleko poza granice gminy, a nawet powiatu.

Jest Pan burmistrzem dostępnym dla ludzi...

Jeśli tak jestem odbierany, to się cieszę. Staram się chodzić po ziemi i to dosłownie. Auto zostawiam w garażu, bo dzięki przejściu zaledwie paru ulic, można dojrzeć więcej problemów, a czasami udaje się po drodze je rozwiązać. Staram się również nie wyznaczać żadnych godzin przyjmowania mieszkańców. Jeśli nikogo nie ma u mnie w gabinecie, to raczej sprawa załatwiana jest od przysłowiowej ręki.

Ma Pan mistrza w polityce?

Jednego wybranego wzoru – nie. Staram się podpatrywać samorządowców z krwi i kości, którzy osiągają pozytywne wyniki w wyborach. Po 1989 roku określona grupa wybierała burmistrza, teraz trzeba zebrać większość. Takie wybory, powiedziałbym, są uczciwe. To jest głosowanie na osobę i rachunek – pozytywny bądź negatywny – przez tych, którzy obdarzyli nas zaufaniem. A czasem można się zdziwić wynikiem...

Ma Pan nadzieję, że...

To, co mówię, jest prawdziwe i będzie okazja, by to zweryfikować.

 

Godne (po)lecenia

Wojska lotnicze stacjonują w Mirosławcu od 1952 r. Po przystąpieniu Polski do NATO istniejący wówczas pułk przekształcono w 8. Eskadrę Lotnictwa Taktycznego i 12. Bazę Lotniczą. W 2003 r. mieszkańcy Mirosławca ufundowali lotnikom sztandar, a w rocznicę jego przekazania co roku organizowany jest „Piknik Lotniczy”.

W gminie Mirosławiec żyje wolno stado żubrów, liczące ponad 70 zwierząt. Możliwość oglądania tych dużych zwierząt to nie lada przygoda. Już w tym roku, na jesieni, w okolicach wsi Jabłonowo powstanie dla nich zagroda.

6-tysięczna gmina miejsko-wiejska Mirosławiec kusi też jeziorami (dwadzieścia jeden). Największe to Wielki Bytyń (847,5 ha, długość linii brzegowej – 37,6 tys. m, maks. głębokość – 41 m), a także Drzewoszewo, Piecnik, Kosiakowo, Orle Wielkie. Istotną turystyczną atrakcją są też rezerwaty „Rosiczki Mirosławieckie” i „Wielki Bytyń”.

środa, 24 kwiecień 2013 20:39

SAMORZĄDOWCY PRZECIERAJĄ SZLAKI NA ŚWIECIE

Napisane przez

Z danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych wynika, że w 2012 roku polscy samorządowcy ściągnęli do naszego kraju inwestycje zagraniczne warte przeszło miliard euro. A chodzi wyłącznie o inicjatywy organizowane przy udziale Agencji – w rzeczywistości więc, skala inwestycji może być znacznie większa. Gra jest warta świeczki, a lokalni włodarze planują dalej podbijać świat.

Tyko wrocławska Silesia Izba Handlowa Sp. z o.o. – firma kojarząca partnerów z Polski i zagranicy – w tym roku zaplanowała dla samorządowców siedem misji, w ramach których nasi samorządowcy będą mogli przedstawić cudzoziemcom oferty inwestycyjne swoich miejscowości, regionów czy Specjalnych Stref Ekonomicznych. Cele podróży są nie byle jakie: to wszystkie kraje tzw. BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), czyli rozwijające się „nowe” mocarstwa gospodarcze i kilka regionalnych bliskowschodnich potęg – Arabia Saudyjska, Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. W kryzysowych czasach znaczenie tych krajów jest nawet większe niż dotychczasowych, najbardziej pożądanych, partnerów z państw Zachodniej Europy czy USA. Nie dość, że państwa arabskie w znikomym stopniu odczuwają efekty globalnego kryzysu, to jeszcze stopniowo rośnie w nich świadomość, że zyski z wydobycia surowców naturalnych należy inwestować, a nie przejadać.

Zza Wielkiego Muru na Podkarpacie

Jednym z najważniejszych kierunków samorządowej ekspansji są Chiny. W ubiegłym roku przedstawiciele Podkarpacia – od władz wojewódzkich po władze Rzeszowa – rozpoczęły negocjacje z władzami autonomicznego regionu Kuangsi-Czuang. 27-osobowa delegacja prezentowała oficjelom z Państwa Środka możliwości swojego regionu w zakresie m.in. nowych technologii, odnawialnych źródeł energii i potencjału naukowego miejscowego biznesu i uczelni. Potencjalnym partnerom wskazywano konkretne miejsca, w których można zainwestować – np. strefy ekonomiczne i parki technologiczne w regionie. Podpisano dwa porozumienia – list intencyjny dotyczący współpracy Podkarpacia z Kuangsi-Czuang i umowę o współpracy Rzeszowa z portową metropolią Fangchenggang.

Nie jest tajemnicą, że Chińczycy szukają – zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej – przyczółków do ekspansji na terytorium Unii Europejskiej. Coraz częściej firmy zza Wielkiego Muru szturmują regionalne rynki, czego przykładem była (prawda, niezbyt udana) próba wtargnięcia na polski rynek chińskiej firmy COVEC. Ta sama firma, ze zmiennym powodzeniem, próbowała swoich sił na innych rynkach w regionie.

Polscy samorządowcy chcieliby skorzystać z pojawiających się w ten sposób możliwości. Interesują się nimi nie tylko wrocławska Silesia Izba Handlowa czy Łódzka Agencja Rozwoju Regionalnego, ale też przedstawiciele mniejszych JST. Jesienią ub.r. delegacja z miasta Ningbo zwiedzała m.in. Łomżę. Większości z nas mogłoby się z pozoru wydawać, że chodzi o mało znaczący sojusz dwóch niedużych miast. Zachowajmy jednak skalę: Ningbo ma dziesięć milionów mieszkańców i jeśli nawet nie jest największą metropolią Chin, to gospodarczego potencjału tego miasta nie sposób nie docenić. Z kolei Łomża też nie jest dla Chińczyków miejscem anonimowym: tamtejszy biznes działający na rynku artykułów spożywczych kojarzą choćby jedną z miejscowych firm, produkującą komponenty przypraw i eksportującą technologię przetwórstwa mięsa.

Z kolei samorządowcy ze śląskich Świętochłowic wybrali się do Tai’an, a wkrótce później – dzięki pośrednictwu firmy Kopex, która w tym mieście zlokalizowała swoją chińską spółkę-córkę – doczekała się rewizyty. – Śląsk to region, o którym wiele słyszeliśmy i wiele czytaliśmy. Jesteśmy bardzo zainteresowani współpracą, ponieważ w wielu dziedzinach, choćby w zakresie ochrony środowiska, jesteście lepsi od nas – komplementował gospodarzy mer Tai’an, Li Hongfeng.

Samorządowy korpus dyplomatyczny

Oczywiście, wyprawy polskich samorządowców za Wielki Mur czy nad Zatokę Perską nie są jeszcze codziennością, ani nawet najważniejszym nurtem w obrębie „polityki zagranicznej” prowadzonej przez JST. Ale są żywym dowodem, że ambicje i horyzonty polskich samorządowców gwałtownie się rozszerzają. A profity płynące z takiej działalności są najwyraźniej znaczne, o czym dobitnie świadczą cytowane na wstępie dane PAIiIZ.

Nic więc dziwnego, że w zagraniczne misje angażuje się olbrzymia większość samorządów. Zgodnie z opublikowanym w ubiegłym roku raportem „Współpraca zagraniczna polskich samorządów. Wnioski z badań”, działania w zakresie współpracy międzynarodowej potwierdza 72 proc. JST – w tym niemal wszystkie miasta (95 proc.), olbrzymia większość powiatów i województw (odpowiednio 86 i 85 proc.) oraz – co może zaskoczyć niektórych czytelników – aż 52 proc. gmin wiejskich! Ci, którzy jeszcze nie zaangażowali się w poszukiwanie zagranicznych partnerów usprawiedliwiają się przede wszystkim brakiem pieniędzy, a w drugiej kolejności – brakiem czasu, a czasem znajomości języków obcych wśród pracowników.

Inna sprawa, że kontakty te odbywają się „spontanicznie”: strategie rozwoju współpracy międzynarodowej mają przede wszystkim województwa. Na niższych szczeblach samorządowej drabiny jest z tym znacznie gorzej: tylko 14 proc. miast ma takie dokumenty, a w przypadku powiatów i gmin – jedynie 10 i 9 proc. Dlatego najczęściej polityka w tym zakresie nie jest konsultowana, ewentualnie bywa konsultowana z lokalnymi organizacjami pozarządowymi lub – w co piątym przypadku – z obywatelami. Jeszcze rzadziej samorządowcy konsultują się z MSZ lub innymi instytucjami centralnymi.

Ale epoka działań „na akord” najwyraźniej dobiega końca. „Współpraca zagraniczna rozwija się i staje się bardziej profesjonalna” – piszą autorzy wspomnianego raportu. – „Umowy partnerskie stopniowo tracą znaczenie, a ich miejsce zajmują inne formy działalności międzynarodowej, współpraca projektowa, przedsięwzięcia zależne od potrzeb i działalność w organizacjach międzynarodowych”. Ich zdaniem, polskie samorządy stały się gigantyczną siłą, mogącą odegrać gigantyczną rolę w polskiej polityce zagranicznej. „Polskie miasta i gminy miały w 2009 roku 3349 sformalizowanych partnerów zagranicznych. Obecnie jest ich z pewnością jeszcze więcej. Do tego trzeba dodać niepoliczalne działania i kontakty niesformalizowane. To ogromna liczba kontaktów i możliwości promowania polskich doświadczeń, polskiej kultury czy polskich firm, co powinno być docenione i wspierane przez władze centralne” – konkludują. I tak, po cichu zrodziła się polska alternatywna dyplomacja – kto wie, może nawet o większych możliwościach niż ta, która oficjalnie ma reprezentować Polskę w szerokim świecie.

środa, 24 kwiecień 2013 20:37

NIELEGALNE WYSYPISKA BĘDĄ NADAL ISTNIAŁY

Napisane przez

Z Wójtem Gminy Czosnów, Antonim Kręźlewiczem rozmawia Grzegorz Bliźniuk

GRZEGORZ BLIŹNIUK: Czy wdrożenie wymogów ustawy śmieciowej w gminie Czosnów będzie zadaniem łatwym, czy wręcz przeciwnie – nastręczy wielu problemów?

ANTONI KRĘŹLEWICZ: Wdrożenie „ustawy śmieciowej” będzie dla nas bardzo trudne. Mocno zbiurokratyzowała ona czynności związane z recyklingiem odpadów. Jej twórcy chcieli, abyśmy do 2020 roku doprowadzili do europejskiego poziomu zbiórki selektywnej z obecnych 10 procent do 50 procent wszystkich odpadów. Trudne jest to również dlatego, że nie mamy odpowiednich narzędzi, aby niejako „w biegu” przejąć wszystkie obowiązki w zakresie gospodarki odpadami. Musimy zbudować odpowiednią obsługę administracyjną całego zagadnienia, punkty selektywnej zbiórki odpadów oraz przeprowadzić bardzo trudną procedurę zamówień publicznych.

Pewnym problemem jest również ustalenie, gdzie kto mieszka. Przepisy ustawy nakazują bowiem odbiór odpadów od wszystkich mieszkańców. W naszej gminie wielu mieszkańców zamieszkuje         w budynkach nieodebranych, które mają jeszcze status formalny budowy. Są również mieszkańcy, którzy faktycznie mieszkają w naszej gminie, ale są zameldowani gdzie indziej. Łącznie szacuje się, że mieszkańców o nieunormowanym statusie jest około 15 do 20 procent. Dlatego uruchomiliśmy sołtysów i innych naszych urzędników, aby ustalić skąd odpady powinny być odbierane. Ustawa nakazuje nam bowiem odbiór odpadów od wszystkich naszych mieszkańców – bez względu na ich status formalny.

Jest też inny problem, jakiego my w Czosnowie na szczęście nie mamy. Kłopot dotyczy zakładów komunalnych wywożących odpady. Teraz takie zakłady muszą stanąć do przetargów. Co się stanie, kiedy ich nie wygrają? Taki zakład trzeba będzie rozwiązać. Warto pamiętać, że wiele gmin otrzymało dotacje unijne na uruchomienie tych zakładów. Jak zatem je utrzymać zgodnie z wymaganym okresem trwałości inwestycji finansowanych z funduszy UE? Jeżeli nie będą one mogły wywozić odpadów, bo nie wygrają u siebie przetargów, to będą musiały być zlikwidowane. Wtedy gminy staną przed zagrożeniem koniecznością zwrotu otrzymanych wcześniej dotacji. Z czego wziąć na to środki? Z budżetów gmin? Mamy więc do czynienia również z dużym problemem formalnym i ekonomicznym.

Nowe zasady recyklingu mają doprowadzić do zlikwidowania nielegalnych wysypisk śmieci. Czy Czosnów również boryka się z tym problemem?

Tak. Znamy takie nielegalne wysypiska na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej oraz nad Wisłą. Nie są to duże wysypiska, ale raczej miejsca porzucania odpadów. Nie sądzę jednak, aby nowe zasady gospodarki odpadami całkowicie zlikwidowały ten problem. Jeżeli ktoś zapłaci za wywóz, to swoje śmieci zapewne wystawi przed bramę. Jednak chyba nie wszyscy będą wyrzucać śmieci prawidłowo. Dotyczy to zwłaszcza odpadów budowlanych czy przemysłowych. Myślę, że nielegalne wysypiska będą istniały nadal. Będziemy obserwować to zjawisko i podejmować działania zamierzające do wyeliminowania takich zachowań.

W jaki sposób będzie organizowany recykling odpadów w Czosnowie?

Recykling zaczyna się od selekcji odpadów w domach. Następnie firma, która odbiera odpady ma obowiązek przekazać je do instalacji odzysku i unieszkodliwiania, zgodnie z hierarchią postępowania z odpadami, o której mowa w ustawie o odpadach.Gmina Czosnów nie będzie zatem organizować własnej sortowni, czy spalarni śmieci.

Często mamy do czynienia z problemem złej jakości dróg gminnych i prywatnych w porze roztopów wiosennych, czy też wzmożonych opadów deszczu. Często drogi są wąskie i trudno dostępne. Duże śmieciarki mogą nie poradzić sobie z utrudnionym dojazdem, a nie można też wymagać od mieszkańców przewożenia śmieci do miejsc łatwo dostępnych. Czy gmina bierze to pod uwagę?

Bierzemy pod uwagę ten aspekt. Sytuacje ekstremalne trzeba jednak rozpatrywać indywidualnie. Firma wywożąca musi wtedy przysłać mniejszy samochód. Myślę jednak, że takie kłopoty będą rzadkie i poradzimy z nimi sobie w sposób indywidualny. Uwzględniamy to również w warunkach przetargu, który ogłaszamy w związku z koniecznością odbioru odpadów od mieszkańców. Firma, która wygra przetarg będzie musiała poradzić sobie z takimi utrudnieniami, jeżeli one wystąpią. Nie pozostawimy mieszkańców z ich odpadami samymi sobie.

Co się stanie, jeżeli gmina nie rozstrzygnie przetargu na czas? Mieszkańcy muszą przecież wcześniej wypowiedzieć swoje indywidualne umowy na wywóz odpadów.

Nie pozostawimy mieszkańców gminy Czosnów bez opieki. Przewidzieliśmy odpowiednie ruchy zaradcze do czasu rozstrzygnięcia przetargu w sytuacji, gdybyśmy nie podpisali odpowiedniej umowy do dnia 1 lipca 2013 r. Ustawodawca dał nam tutaj odpowiednie możliwości. Dlatego też nasi mieszkańcy nie powinni niczego się obawiać.

Dlaczego nowe koszty wywozu odpadów będą wyższe niż jest to obecnie? Problem dotyczy całej Polski.

Wywóz odpadów zgodnie z nowymi zasadami podlega dużo większym rygorom proceduralnym niż to miało miejsce do tej pory. Każde wysypisko musi mieć specjalne certyfikaty. Wiele dotychczasowych wysypisk będzie musiało być zamkniętych. Dojdą nowe składowe kosztów, jakich do tej pory nie było. Podczas kalkulacji naszej ceny braliśmy pod uwagę koszty administracyjne, koszty wywożenia odpadów wyłącznie na wysypiska certyfikowane spełniające wyższe standardy, koszty organizacji stałego punktu selektywnej zbiórki odpadów, koszty organizacji odpowiedniej bazy. Do tej pory takich kosztów nie trzeba było ponosić.

Dziękuję za rozmowę.

środa, 24 kwiecień 2013 20:34

RECYKLING PO POLSKU: SZUKAJ ŚMIECI W POLU

Napisane przez

Mamy za sobą batalię o sposoby naliczania opłat za wywóz śmieci, wkrótce firmy śmieciowe przystąpią do starcia o rynek i zamówienia z urzędów. Ale może się okazać, że ostatnia bitwa w śmieciowej wojnie – o to, gdzie ostatecznie trafią nasze śmieci – będzie najtrudniejsza. Ubywa bowiem wysypisk, a zakładów zajmujących się recyklingiem i przetwarzaniem odpadów wcale nie przybywa.

Zmiany wymusza na Polsce Unia Europejska i proza życia: polskie lasy i pola są wprost zawalone dzikimi wysypiskami, których urzędnicy nie są nawet w stanie policzyć, nie mówiąc o ich usuwaniu. Ustawodawca wyszedł z założenia, że dopóki za wywóz śmieci trzeba płacić, to zawsze znajdą się osoby, które będą chciały pozbyć się ich za darmo. Nic nie pomogło sprawdzanie, czy mieszkańcy mają podpisane umowy na wywóz, bo odpady z domowych kuchni i tak lądowały w przydrożnych rowach, a w miastach – w publicznych koszach na śmieci.

Do tego dochodzą wymogi Unii Europejskiej. Dyrektywy Brukseli jasno wskazują, że śmieci –  zamiast składować na wysypiskach – trzeba ograniczać lub przetwarzać. Cele dla Polski to zmniejszenie masy odpadów komunalnych składowanych na wysypiskach do maksymalnie 60 procent do końca 2014 r. (w stosunku do ilości z 1995 r.) i do przetwarzania 35% opakowań. W kolejnych latach te procenty jeszcze rosną: na wysypiska będzie mogła trafić tylko połowa odpadów biologicznych, trzeba będzie odzyskiwać surowce z 55 proc. opakowań trafiających na rynek.

Szósty śmieciarz UE

To ogromne ilości. Według raportu audytorskiej firmy Deloitte, prezentowanego na marcowym Ogólnopolskim Kongresie Recyklingu w warszawskim hotelu Intercontinental, w Polsce wytwarzamy 12 mln ton odpadów rocznie. Daje nam to miano szóstego największego „śmieciarza” w Unii Europejskiej. Ale już jeśli przeliczyć te dane na głowę mieszkańca, wypadamy znacznie lepiej. Statystyczny Polak wytwarza 315 kg odpadów rocznie, podczas gdy średnia w UE wynosi 502 kg. Mniej od nas śmiecą tylko Estończycy i Łotysze.

Niestety, nie ma się co oszukiwać. Tak dobre dane nie wynikają z jakieś szczególnej wrażliwości ekologicznej Polaków. Wręcz przeciwnie, tylko 80 procent obywateli jest objętych systemem zorganizowanego odbioru odpadów (dane z 2010 r.). Czyli co piąty mieszkaniec Polski nie ma podpisanej umowy, nie figuruje w statystykach, a śmieci pali w piecu lub wyrzuca do lasu. To znacznie zaniża oficjalne dane.

Zatem wszystko wskazuje na to, że od lipca ilość odpadów znacznie wzrośnie. Skoro gmina odbierze je za darmo (podatek będą płacić wszyscy), to nikomu nie będzie się opłacało pozbywać ich w nielegalny sposób. Na gminy spadnie więc ogromna góra śmieci, z którą będą musiały coś zrobić.

Śmieci zabiorą potentaci

Z samym odbiorem zawartości śmietników nie powinno być problemu, nie zabraknie też śmieciarek. Rynek gospodarki odpadami jest bardzo rozdrobniony, działa na nim mnóstwo podmiotów. Czasami to ogromne międzynarodowe korporacje jak Remondis czy Sita (członek światowej grupy Suez Environnement), rodzimi potentaci (np. Byś czy Trans-formers) czy spółki wyrosłe z dawnych molochów państwowych (np. MPO w Warszawie).  Często to małe, rodzinne firmy z kilkoma śmieciarkami, które obsługują ograniczoną ilość posesji. Tylko w województwie mazowieckim działa prawie 200 firm odbierających odpady, ale trzy największe mają 60 proc. rynku.

Firmy wystartują w przetargach rozpisanych przez gminy. Wygrają najwięksi, resztę czeka albo podwykonawstwo – albo upadek.  Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej z 3-4 tysięcy firm działających na rynku nawet połowa może zakończyć działalność.

Zyskać mają jednak mieszkańcy, a na pewno środowisko. – W mojej wsi jest około 200 gospodarstw. Dziś po odpady przyjeżdża do nas osiem firm. Po reformie będzie jedna i zabierze wszystkie śmieci. To oznacza same korzyści: mniej spalonej benzyny i mniejszy ruch na drogach – wylicza Dominik Dobrowolski, ekolog od lat specjalizujący się w gospodarce odpadami.

Recykling i wysypiska

Nie wiadomo za to, gdzie te śmieci zawieźć. Nowa ustawa ma zachęcać do segregowania śmieci poprzez niższe stawki za odbiór odpadów posegregowanych. Specjaliści są spokojni o odzysk surowców wtórnych. Już teraz aluminiowe puszki są skrupulatnie odzyskiwane. Te z koszów miejskich – których nie znajdą zbieracze złomu – segregowane są na taśmach w sortowniach. W tym przypadku powód jest oczywisty: na aluminium można nieźle zarobić.

Dominik Dobrowolski przewiduje, że tak samo będzie z plastikiem. – Już teraz cena tony polipropylenu z odzysku na giełdach towarowych dorównuje cenie stali, a będzie jeszcze rosła. Im bardziej kurczą się złoża ropy, im trudniej są dostępne, tym wyższa jest cena za baryłkę. Producenci poszukują więc alternatywnych źródeł. A takimi są właśnie surowce wtórne – twierdzi Dobrowolski.

Duże firmy, zajmujące się gospodarowaniem śmieciami, mają własne zakłady recyklingu. Tam gdzie ich nie ma, szybko powstaną, bo to po prostu dobry interes, a sortownie nie wymagają dużych nakładów inwestycyjnych.

Gorzej będzie z odpadami komunalnymi nie posegregowanymi, które do tej pory były składowane przede wszystkim na wysypiskach śmieci – według danych GUS w 2011 r. trafiło tam 70,9% proc. odpadów komunalnych produkowanych w Polsce. Jeszcze w 2008 r. było to 86 proc., a przypomnijmy, że cel na koniec 2014 roku to 60 proc.

Tyle że od 2010 r. wysypisk ubywa, bo ich zamykania wymaga od nas Unia Europejska. Dla porównania w Niemczech wysypiska zniknęły niemal całkiem – trafia tam 0,4 proc. odpadów, podobnie jest w Austrii czy Holandii. Na przeciwnym biegunie jest Hiszpania, gdzie wskaźnik ten sięga 58 proc. Średnia europejska wynosi 38 proc.

W Polsce jeszcze pięć lat temu działało 520 licencjonowanych wysypisk śmieci. Kolejno są zamykane, a w 2014 roku ma ich zostać już tylko 200. Symboliczne było zamknięcie dwa lata temu największego w Polsce podwarszawskiego wysypiska Łubna, które przyjmowało około 250 tysięcy ton śmieci, czyli jedna trzecią odpadów wytwarzanych w stolicy.

Odpady komunalne trzeba przerabiać.  W Polsce działa 90 kompostowni zdolnych przerobić 602 tys. ton bioodpadów rocznie. Mamy 173 sortownie odpadów zbieranych selektywnie lub zmieszanych. Do tego 11 zakładów mechaniczno-biologicznego przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych.

To wszystko to jednak za mało: Krajowy Program Gospodarki Odpadami 2014 wskazuje, że na koniec 2009 roku, łączne moce przerobowe spalarni, kompostowni wynosiły ponad 1,1 mln ton rocznie, podczas gdy ilość odpadów komunalnych ulegających biodegradacji nie dopuszczonych do składowania w 2014 roku szacowana jest na ok. 5 mln ton.

Reszta do pieca

Przynajmniej częściowym rozwiązaniem tego problemu miały być zakłady utylizacji termicznej, czyli spalarnie śmieci. Ich budowa jednak się opóźnia. Na razie w Polsce działa jeden taki zakład na warszawskim Targówku. Choć zbudowany w latach 90., już dziś dysponuje jedynie przestarzałą technologią. W planach jest jego modernizacja i rozbudowa, zmierzająca do zwiększenia mocy przerobowych.

W budowie – lub w planach – jest dziesięć kolejnych spalarni, m.in. Bydgoszczy, Krakowie, Szczecinie, Koszalinie, Białymstoku, Łodzi, Koninie czy Poznaniu. W niektórych przypadkach (np. Bydgoszcz, Szczecin, Białystok, Konin) podpisano już nawet umowy z wykonawcami, a instalacje mają być gotowe do rozruchu pod koniec 2015 r. W innych przypadkach trwają dopiero przygotowania do inwestycji.

Nawet jednak gdyby powstały od razu – to i tak wciąż za mało. Moce przerobowe 10 planowanych spalarni pozwolą na utylizację około 2 mln ton odpadów komunalnych rocznie. Dlatego w Wojewódzkie Plany Gospodarki Odpadami zakładają budowę kolejnych instalacji do zagospodarowywania odpadów – w sumie o łącznej mocy przerobowej około 2 mln ton rocznie do 2019 r.

Ile z tych planów da się zrealizować – nie wiadomo. Ale raczej nie wszystkie. Co nas zatem czeka? – Pewnie będzie tak, że warunkowo będą przedłużane pozwolenia na działanie wysypisk. Unia będzie groziła karami lub nawet je nakładała. Może nawet wstrzyma niektóre dotacje. I, w końcu, uzupełnimy brakującą infrastrukturę – mówi Dominik Dobrowolski.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY