Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 49.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

Marzec 2013

Marzec 2013 (13)

sobota, 23 marzec 2013 20:44

PARTNERSTWO PEŁNE PROBLEMÓW

Napisane przez

Miejskie Centrum Handlowo-Komunikacyjne w Łomży jest prawdziwym utrapieniem władz miasta. Na początku tego roku już po raz trzeci urząd rozpoczął poszukiwania prywatnego partnera, który – zgodnie z szacunkami – miałby wnieść nakłady rzędu 45-80 mln zł i użytkować obiekt przez następne 30 lat. Niewiele lepiej ma się sprawa w Murowanej Goślinie, niedaleko Grunwaldu, tam rok zaczął się ponownym ogłoszeniem dotyczącym renowacji, modernizacji i zagospodarowania miejscowego pałacu. Prywatni partnerzy jednak się nie spieszą.

Na głównej stronie prowadzonego przez Ministerstwo Gospodarki serwisu poświęconego Partnerstwu Publiczno-Prywatnemu wielkimi cyframi wybita jest liczba projektów: 35 znajdujących się w różnych fazach realizacji oraz 67 w fazie pomysłu. Gdyby brać pod uwagę te liczby, możnaby pomyśleć, że formuła PPP jest w Polsce właściwie czymś nowym. Realia są jednak krańcowo odmienne – pierwsze inicjatywy mające taki charakter pojawiły się w naszym kraju już w latach 90., w 2005 r. koncepcja wspólnych działań partnerów publicznych i prywatnych przybrała postać ustawy. Cztery lata później ustawę zmieniono, biorąc pod uwagę doświadczenia z poprzedniego okresu.

Formuła, której brakuje atrakcyjności

Problemem nie jest wyłącznie niewielka liczba wspólnych projektów. Jest nim również brak zainteresowania – mniej więcej co piąty projekt spotyka się z zerowym odzewem partnerów prywatnych, co prowadzi do ponowienia publikacji ogłoszenia, co z kolei podbija statystyki. Do tego należałoby też dodać częste fiasko projektów – z danych Centrum Partnerstwa Publiczno-Prywatnego wynika, że tylko w latach 2009-2010 aż 56 ogłoszonych przetargów zostało „unieważnionych, przerwanych lub realizowanych w inne formule”.

Dyskusja na temat tego, czy błąd tkwi w formule i rozwiązaniach ustawowych, czy też w praktycznych działaniach samorządów. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a raczej odpowiedzi jest tyle, ilu ekspertów. – Zainteresowania wśród podmiotów publicznych nie brakuje, ale nie zawsze jest ono skierowane we właściwą stronę – twierdzi Maciej Dobieszewski, naczelnik wydziału w Departamencie Innowacji i Przemysłu Ministerstwa Gospodarki. Jego zdaniem nie zawsze wybór przedsięwzięć do realizacji w formule PPP jest właściwy, często dobór ten nie bierze też pod uwagę uwarunkowań rynkowych, związanych choćby z konkurencyjnością w danej branży czy perspektywami uzyskania zysków. – Małe projekty nie przyciągną dużych inwestorów, a najwyżej lokalne podmioty. Trudno więc oczekiwać konkurencji pomiędzy wykonawcami, a bez tego walory PPP nigdy nie zostaną w pełni wykorzystane – dodaje.

- Musimy być świadomi, że model PPP nie zawsze jest atrakcyjny dla podmiotów prywatnych. Zapewnia on umiarkowany i rozłożony na lata poziom zysku, a przy tym wymaga dużych nakładów. Do takich inwestycji potrzebny jest potencjał i stabilność, których brakuje na krajowym rynku – tłumaczy Dobieszewski. – Dla inwestycji obliczonych na dziesięciolecia jest wiele atrakcyjniejszych lokalizacji – dorzuca.

Podejrzenia o praktyki korupcyjne

Kolejny problem wiąże się z postawą przygotowujących projekty samorządów. – Dla władz lokalnych takie projekty często są kojarzone z ryzykiem natury politycznej – mówi były Prezes Urzędu Zamówień Publicznych, Tomasz Czajkowski. – Bardzo często spotykam się w rozmowach z samorządowcami z obawami, że zaoferowanie partnerom prywatnym ewidentnych korzyści płynących z danego projektu, zostanie im poczytane za praktykę nie do końca etyczną albo wręcz korupcyjną. A w potencjalnej konkurencji wyborczej ich rywale będą odwoływać się do danego projektu, używając go w walce wyborczej – podkreśla.

Zabezpieczeniem się na taką ewentualność jest nierównomierne rozłożenie ryzyka – a właściwie przerzucenie go na stronę partnera prywatnego. W przygotowywanych przez samorządy projektach często ryzyko jest niemal całkowicie przerzucone na stronę prywatną, a autorzy ogłoszeń poczytują sobie to wręcz za główny atut projektu. – „Ale mamy fajną umowę, wszystkie ryzyka przerzuciliśmy na stronę prywatną”, mówią urzędnicy – opowiada Irena Skubiszak-Kalinowska, radca prawny. – Tyle że w takich postępowaniach nie ma żadnych ofert – kwituje. Dodatkowy problem po stronie partnerów publicznych pojawia się w fazie realizacji projektu. Strona publiczna wydaje środki publiczne, a następnie kontroluje i nadzoruje ich wydawanie, a co za tym idzie – realizację inwestycji. Jednak kontrola ta czasami potrafi prowadzić do sparaliżowania prac. Na styku działań podejmowanych przez partnerów publicznych i prywatnych utrzymuje się więc cały czas spora doza nieufności.

Partnerstwo to nie wolny rynek

Mimo wszystko, zdaniem eksperta Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, Grzegorza Langa, zainteresowanie biznesu przedsięwzięciami z obszaru PPP jest ogromne. – Ale trzeba też powiedzieć, że po pierwsze, partnerstwo to jednak nie jest to samo, co robienie interesów na wolnym rynku, choć jest bardzo silna tendencja ze strony partnerów prywatnych, żeby to upodobnić do działań rynkowych. Natomiast interesy publiczne też muszą być wzięte pod uwagę twierdzi Lang. – Obie strony muszą troszeczkę odejść od swoich pozycji. Prywatny biznes musi zaakceptować, że np. inwestycja w szkoły to nie to samo, co inwestycja np. w centrum handlowe. Natomiast podmioty publiczne muszą zaakceptować, że partnerstwo publiczno-prywatne to nie jest czarodziejska różdżka i nic nie zostanie nagle za darmo zrobione – podkreśla ekspert Lewiatana.

Grzegorz Lang posługuje się tu przykładem hali koncertowej w 200-tysięcznej miejscowości. – Na wybudowanie są środki unijne, ale samo utrzymanie jest piekielnie drogie. Dla partnera prywatnego jest to możliwe, ale jeżeli znajdzie rynek. Natomiast podmiot publiczny często chciałby mieć to za darmo i jeszcze halę użytkować. Niestety, jest to zderzenie interesów – podkreśla.

Kontrowersje towarzyszą też rozwiązaniom prawnym. – Od początku realizacji projektów w formule PPP najwięcej kontrowersji budzi brak jednoznacznych przepisów prawnych. Stale wprowadzane nowelizacje do ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym oraz nadal znikoma ilość podjętych prób realizacji projektów w formule PPP w Polsce – świadczą o tym, że największym problemem jest jednak słabość uregulowań prawnych – twierdzi prezydent Rybnika, Adam Fudali. Jednocześnie jednak pewna ogólność przepisów była wcześniej postrzegana jako atut obowiązującego prawa. – Z pewnym zdziwieniem zauważam, że przedsiębiorcy i samorządowcy teraz domagają się uszczegółowień. Ustawa o partnerstwie napisana została w oparciu o pięć bardzo ogólnych reguł. Te reguły naprawdę były przestrzegane. Wtedy było to bardzo pozytywnie oceniane – twierdzi Grzegorz Lang. Od tamtej pory trwa jednak uszczegóławianie rozwiązać, które – zdaniem eksperta – może rozwiązywać jedne problemy, ale też tworzyć kolejne.

Problem na lata?

Niestety, wydaje się, że dyskusja i poszukiwanie skutecznych rozwiązań dla projektów PPP będą jeszcze trwać dosyć długo. „W ubiegłym dziesięcioleciu przetarte zostały pierwsze ścieżki i zdobyte zostały pierwsze, często nienajlepsze doświadczenia” – piszą autorzy raportu o PPP przygotowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. „Relatywnie krótki okres trzech lat, od wejścia w życie ustaw o partnerstwie publiczno-prywatnym i o koncesji na roboty budowlane lub usługi w lutym 2009r., nie daje materiału do pogłębionej analizy” – dodają. W tej sytuacji najważniejsze pytanie brzmi: ile jeszcze czasu potrzebujemy na to, by skonstruować optymalne warunki dla działalności, w której partnerzy publiczni i prywatni będą mogli łączyć siły.

sobota, 23 marzec 2013 20:42

WYBADAM CIAŁO ŚMIAŁO czyli „Rak – to się leczy”

Napisane przez

Do czego to doszło? Żeby głosy ze znanych kreskówek namawiały nas – Polaków – do badań profilaktycznych? Tego jeszcze nie było.

A może to świetny sposób na to, by przywołując wspomnienia sympatycznych postaci z ekranu, zaszczepić w naszych umysłach taką właśnie potrzebę? Chwała Jerzemu Stuhrowi! Jeszcze niedawno sam toczył batalię z ciężką chorobą, a teraz pomaga innym – znakomicie wykorzystując siłę swojego autorytetu. Szkoda tylko, że współpracujący z nim w kampanii „Rak – to się leczy” Jarosław Boberek z obezwładniającą telewidza szczerością przyznaje się na łamach telewizji śniadaniowej, że on to jeszcze się nie przebadał, bo… brak mu czasu.

Wierzę, że gdy piszę ten tekst, pan Jarosław nadrobił zaległości i nie będzie już ośmieszał akcji, w której bierze udział. Nie do końca – jako lekarz pracujący w małej miejscowości – jestem pewna zwiększenia ilości badań profilaktycznych po tych zabawnych nawoływaniach. Mam świadomość, jak trudno dostać się „na Fundusz” chociażby do urologa – a rak prostaty jest przecież u mężczyzn trzecim nowotworem co do częstotliwości występowania, zaraz po raku płuca i jelita grubego. Ale co do jednego nie mam wątpliwości: hasło kampanii przyczyni się do obalenia mitu, że rak to wyrok.

Lepiej nie wiedzieć

Moim zdaniem właśnie to – pielęgnowane od lat w społeczeństwie – przekonanie o śmiertelności chorób nowotworowych jest przyczyną unikania badań profilaktycznych, bo jak powtarza to z uporem wielu moich pacjentów: „lepiej nie wiedzieć”. Narodowy Program Zdrowia przyjęty Uchwałą Rady Ministrów  Nr 90/2007 obejmuje cele strategiczne i sposoby ich realizacji w latach 2007-2015.

Za cel Programu stawiane jest między innymi zmniejszenie rozpowszechnienia palenia tytoniu (profilaktyka chorób od tytoniowych w tym nowotworów), usprawnienie wczesnej diagnostyki oraz zwiększenie efektywności leczenia nowotworów złośliwych szyjki macicy i sutka u kobiet po 50. roku życia. I słusznie, ponieważ u kobiet rak piersi zajmuje pierwsze miejsce pod względem częstości zachorowań, a rak płuca drugie – przed rakiem jelita grubego i rakiem szyjki macicy, u mężczyzn zaś rak płuca jest na pierwszym miejscu, a zaraz po nim, jak już wspomniałam, są: nowotwory jelita grubego, rak żołądka i prostaty.

Nowotwory są przyczyną przedwczesnej umieralności Polaków w młodym i średnim wieku. Wiadomym jest, że o możliwości radykalnego leczenia decyduje rodzaj raka oraz stopień jego zaawansowania w momencie rozpoznania. Czy rzeczywiście każdy z nas ma, niczym detektyw, na własną rękę zacząć poszukiwania ewentualnego „obcego” w swoim ciele? A może wystarczy skupić się na tych narządach wewnętrznych, w których rak zasadza się najczęściej? Przejrzeć statystyki i ruszyć do akcji? A jeżeli los da pstryczka w nos danym GUS i sprezentuje nam nieco rzadziej występujący nowotwór, np. białaczkę?

Oczywiście, nie popadajmy w paranoję, bo nie każdy z nas zachoruje na raka. Ryzyko jednak istnieje. Nie wolno nam o tym zapominać. Cóż zatem czynić, aby rozsądnie zastosować prewencję pierwotną, nim popadniemy w karcinofobię lub nerwicę lękową? I tu widzę strefę działania Ministerstwa Zdrowia we współpracy z NFZ, władzami  samorządowymi, lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej i poradniami specjalistycznymi. Już uczyniono pierwsze kroki. Z jednej strony przeprowadzane są bezpłatne badania mammograficzne, cytologiczne, kolonoskopie (dla osób po pięćdziesiątce z grup ryzyka). Z drugiej szkolenia dla lekarzy rodzinnych z zakresu onkologii.

„Wszystkich nie da się przebadać”

Chwała decydentom! Ale skoro przy każdej okazji podkreśla się, iż „wszystkich nie da się przebadać”, to może pora pomyśleć o badaniach bilansowych dla osób dorosłych – na podobieństwo bilansów przeprowadzanych u dzieci?  Zaczęlibyśmy od 35-latków i co 5 lat w podstawowej opiece zdrowotnej „zdrowy” pacjent realizowałby program prewencyjny. Wystarczy „połączyć” już istniejący – choć niestety kulejący – program profilaktyki chorób układu krążenia z profilaktyką chorób nowotworowych.

Za każdym razem przed wejściem pacjent odpowiedziałby pisemnie na dosłownie kilka prostych pytań. Następnie lekarz rodzinny, po rozmowie i zbadaniu takiej osoby, wyznaczałby zakres badań dodatkowych, zgodnie z ryzykiem zachorowania na poszczególne schorzenia, przy zachowaniu tzw. pakietu podstawowego, czyli: podstawowe badania krwi, badanie radiologiczne  płuc, EKG i badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Kobiety, przychodząc na taki bilans, musiałyby przedstawić informację z wizyty u ginekologa,  a mężczyźni od 40. roku życia – u urologa. O konieczności zasięgnięcia porady u kolejnych specjalistów decydowałby już lekarz rodzinny (należałoby wycenić punktowo taką poradę prewencyjną w specjalistyce).  Lekarz POZ czy specjalista decydowaliby, czy dana osoba wymaga dodatkowych badań przed kolejnym planowanym bilansem.

Szklane domy? Kto za to zapłaci? Zaczynam konfabulować, jak postać z kreskówki? I tak, i nie. Jeżeli Ministerstwo Zdrowia, zamiast reformować NFZ, przeznaczyłoby środki na profilaktykę, którą proponuję, NFZ  zleciłoby te konkretne zadania POZ, wyceniając sensownie bilanse w danych grupach wiekowych (diagnostyka jest kosztowna, ale leczenie onkologiczne jeszcze droższe), specjaliści  zaś mogliby dodatkowo realizować porady w ramach prewencji pierwotnej, nie ograniczając dostępu pozostałym pacjentom.

Choroba przewlekła – a nie śmiertelna

A samorząd lokalny? Zapewnienie mieszkańcom opieki medycznej wynika przecież z zadań własnych każdej gminy oraz jest ujęte chociażby w Narodowym Programie Zdrowia (NPZ dodatkowo akcentuje zniwelowanie różnic w dostępności do świadczeń podstawowej opieki zdrowotnej, jakie istnieją w poszczególnych rejonach kraju). Urzędnicy odpowiedzialni za realizację zadań z zakresu ochrony zdrowia, zamiast przesyłać do zakładów opieki zdrowotnej – funkcjonujących na terenie działania gminy – kolejne formularze z zapytaniem, jakie działania profilaktyczne dany ZOZ podjął w mijającym roku, zaangażowaliby się w zawiadamianie mieszkańców o badaniach profilaktycznych. Rozpropagowaliby też prewencję pierwotną, ułatwiliby dotarcie na badania mieszkańcom odległych miejscowości poprzez zorganizowanie dowozu na „białą sobotę” albo znaleźliby środki na sfinansowanie przyjazdu specjalistów do miejscowej przychodni.

Jestem głęboko przekonana, że dzięki kampanii „Rak – to się leczy” przestaniemy się bać chorób nowotworowych i zaczniemy wspólnie czynić wszystko, co tylko możliwe, aby zapobiegać temu, co tak bezlitośnie kradnie nam zdrowie, czyli wg definicji WHO: dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Przecież w wielu przypadkach wcześnie wykryty rak staje się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Muszą  zatem znaleźć się narzędzia administracyjne, które wspomogą w tym działaniu profilaktycznym każdego obywatela, razem i z osobna, inaczej zapanuje panika i chaos.

sobota, 23 marzec 2013 20:39

Kobieta w urzędzie

Napisane przez

Na wstępie winien jestem wyjaśnienie skąd ten osobliwy tytuł, który równie dobrze mógłby brzmieć „Mężczyzna w urzędzie”. Otóż redakcja zwróciła się z taką prośbą. Inspiracją dla tej prośby jest data 8 marca – Święto Kobiet.

Osobiście twierdzę, że warto temu zagadnieniu poświęcić uwagę nie tylko z tej okazji. Ja sam czuję się dość niezręcznie – z jednej bowiem strony, jako mężczyzna, od ponad dwudziestu lat pracuję w rolach, gdzie wśród moich współpracowników dominują kobiety, o których mogę mówić głównie w superlatywach. Z drugiej zaś wiem, że są środowiska kobiece, które uprzejmość wobec kobiet w zakładzie pracy – i tę zwykłą, i tę wynikającą z kulturowego przywiązania do okazywania kobietom szacunku, traktują niemalże jak przejaw męskiego szowinizmu i wyższości.

Kobieta, zwłaszcza w urzędzie, powinna się czuć dobrze. Urząd w pierwszej kolejności ma być wzorem równouprawnienia. To tu najpierw są realizowane słuszne polityki UE dotyczące równych szans, zwłaszcza w kontekście płci (gender), niepełnosprawności i dyskryminacji. Zatem, jeśli dziś organizacje kobiece i inne słusznie walczą o to, by kobiety awansowały i otrzymywały takie samo wynagrodzenie jak mężczyźni, to w urzędach ten etap powinny mieć za sobą. Imperatyw ze wszech miar słuszny i tylko człowiek z epoki patriarchatu może twierdzić inaczej.

Sztuka równowagi

Jest jednakże pewna sfera odmienności, która jest determinowana kulturowymi uwarunkowaniami wynikającymi z płci. Chodzi o pozytywne konotacje. Dotyczy ona funkcjonowania kobiet i mężczyzn w zakładach pracy. W jednych (np. urzędach i innych instytucjach zaufania publicznego) jest ona większa z powodu ról zawodowych, relacji międzyludzkich, rozbudowanej struktury itd. W innych, z powodów dokładnie odwrotnych, jest ona mniejsza.

Jeśli zatem chodzi o urzędy, to kobieta będzie odczuwać duże zadowolenie z pracy, gdy będąc profesjonalistką nie będzie niwelować swojej kobiecości, ale też nie będzie stawiać jej na pierwszym miejscu. Stąd ubiór stosowny do powagi urzędu, dyskretny makijaż, manicure i umiarkowana ilość biżuterii. Nigdy nie widać odrostów we włosach, a fryzura jest nienaganna. Taktowne, ale stanowcze oddzielenie sfery zawodowej od towarzyskiej zapewnia jej większy komfort i satysfakcję zawodową.

To, jak się czują kobiety w pracy, zależy w dużym stopniu od mężczyzn. Mężczyźni, zwłaszcza przełożeni, nie mogą okazywać protekcjonalnego tonu, za którym często skrywa się poczucie wyższości, a bywa, że i kompleksy. Nie na miejscu będą także peszące kobiety dowcipy, czy jakiekolwiek formy adoracji wykraczające poza przyjęte kanony grzeczności.

Kobiety piastujące stanowiska szefów w urzędach nie mają z tym problemów, a mężczyźni podwładni szybko przyzwyczajają się do nowych relacji.

Uprzejmości wobec kobiet

Są stosowane w naszym kręgu kulturowym od dawna, stąd także ich obecność w zakładzie pracy. Oczywistym jest, że to mężczyzna pierwszy kłania się kobiecie, udziela jej pierwszeństwa w przejściu, siada za stołem, gdy ona usiądzie. Ale nie podaje pierwszy ręki, co zdarza się nader często. To do kobiety należy ten gest. Raczej nie całuje w dłoń, większość pań w kontaktach służbowych nie przepada za tym. Jeśli kobieta poda dłoń mężczyźnie, lecz nie życzy sobie, by ją pocałował, powinna to wyrazić stosownym uściśnięciem dłoni. Udzielając pierwszeństwa przy wsiadaniu do samochodu, mężczyzna nie prosi kobiety o przesunięcie się, lecz wsiada z drugiej strony – w przeciwnym bowiem razie, staje się to kłopotliwe.

Osobnym zagadnieniem są rożnego rodzaju zachowania związane ze świętowaniem imienin i ważnych wydarzeń w życiu (awanse, zdobywanie tytułów, odznaczenia, nagrody itp.). Tu, podobnie jak we wszystkich sferach związanych z etykietą, obowiązuje zasada wzajemności. Imieniny to kwestia przyjętej konwencji. Na ogół w mniejszych, bardziej zżytych zespołach są one obchodzone. W przypadku pozostałych ważnych wydarzeń, do dobrego tonu należy złożenie stosownych gratulacji i życzeń.

W wielu okolicznościach mogą towarzyszyć temu kwiaty. Pamiętajmy przy okazji, iż dla wielu osób funkcjonuje coś takiego, jak język kwiatów – związany z ich rodzajem, gatunkiem i kolorem. Zatem np. czerwone róże to język miłości. Przy tej okazji godzi się wspomnieć, iż wręczanie kwiatów mężczyznom ma uzasadnienie tylko w pewnych okolicznościach. Można zatem wręczać kwiaty głównie dostojnikom państwowym w czasie uroczystych powitań i sędziwym jubilatom czy autorytetom z okazji różnych uroczystości. W pozostałych przypadkach bądźmy raczej oszczędni z wręczaniem kwiatów mężczyznom.

Monopol z braku alternatywy

W wielu kwestiach kobiety są niedoścignione, a z pewnością o wiele lepsze od mężczyzn. Jest – jak już powiedziano – w inny sposób rzeczą bezsporną, że kobiety nie są w niczym gorsze od mężczyzn. Pogląd przeciwny jest nonsensem i niedorzecznością. Wszelako są inne pola, na których kobiety nie pozostawiają nam żadnych złudzeń co do ich przewagi, ba, absolutnej dominacji, by nie rzec monopolu z konieczności. Te sfery dotyczą estetyki i wystroju w firmie, osobliwego klimatu i atmosfery w różnych okolicznościach.

Osobiście nie spotkałem panów, którzy oprócz takich samych obowiązków, jak panie, troszczyliby się o kwiaty w pokoju. Nie widziałem panów, którzy równo i estetycznie pokroiliby ciasto z okazji różnych uroczystości, pamiętali o spodkach na saszetki po herbacie lub ładnie zapakowali upominek. Panie lepiej, smaczniej i estetyczniej, potrafią przygotować drobny poczęstunek niż uczyniliby to mężczyźni. Większość tych ostatnich, częstokroć z powodu proweniencji znaczonej tradycyjnym podziałem ról w rodzinie pochodzenia, niekiedy chętnie przez nich kultywowanym, potrafią samodzielnie co najwyżej ugotować jajka na twardo.

Kobiety wnoszą ciepło i życzliwość w kontaktach, a z pewnością będą łagodzić pokłady szorstkości, jaka niechybnie pojawi się między mężczyznami, jeśli będą przebywać tylko w swoim towarzystwie.

Co z 8 marca?

Przedokoło dwudziestu laty widoczne były niezbyt liczne przejawy dezawuowania tego obchodzonego w niezbyt wyszukany sposób powszechnego obyczaju. Chyba niesłusznie, jako signum temporis komunizmu. Dziś 8 marca nie ma jakichś szczególnych ideologicznych konotacji. Ja bynajmniej nie słyszę o protestach pań. Mamy także dzień matki, babci, dziadka, ojca i wiele innych.

Jeśli w firmie, gdzie panuje dobra atmosfera i są doskonałe stosunki międzyludzkie, dojdzie 8 marca jako dzień osobliwej wrażliwości i szarmanckości mężczyzn wobec kobiet, trochę z właściwym dystansem i uśmiechem, to świetnie.

Dobrze by było, gdybyśmy my mężczyźni każdego dnia w ciągu roku, choćby przez chwilę, pamiętali o 8 marca.

sobota, 23 marzec 2013 20:31

FESTIWAL FESTIWALI

Napisane przez

Każdy w Polsce prawdopodobnie słyszał o wielkich, masowych festiwalach muzycznych – jak Open’er, Warsaw Orange Festival, czy Męskie Granie. Przyciągają one wielkie gwiazdy, tysiące ludzi, i co za tym idzie, wymagają ogromnych pieniędzy i pozwalają zarobić krocie. Nie trzeba jednak wybierać się do Gdyni, czy Warszawy, żeby posłuchać dobrej muzyki. Co roku w całej Polsce w niedużych miejscowościach odbywa się kilkaset festiwali muzycznych. Wiele z nich dzięki staraniom gmin i miejscowych zapaleńców, to prawdziwe rarytasy.

O festiwalu „Spinacz” w Kolbuszowej na Podkarpaciu słyszało zapewne niewielu. Mimo, że regularnie grywa na nim Kazik Staszewski, a w ubiegłym roku wystąpił Lao Che. Znakiem rozpoznawczym organizowanego od siedmiu lat w lipcu „podkarpackiego Woodstocku” jest przede wszystkim to, że udaje mu się świetnie łączyć różne subkultury muzyczne: od rocka przez metal po hip-hop. I wbrew pozorom jest to wyjątkowo bezpieczna impreza. – Festiwal „Spinacz” to najbezpieczniejsza impreza w Kolbuszowej. Nie dochodzi na niej do żadnych ekscesów w przeciwieństwie do gminnych dożynek, festynów wiejskich itd. – mówi Dorian Pik, pomysłodawca i organizator festiwalu. – U nas zawsze jest porządek, spotykają się różne subkultury, bo taka jest idea festiwalu. Nie widać pomiędzy ludźmi wrogości, a tylko i wyłącznie sympatię. Jeśli ktoś wpadnie w błoto, cała reszta go podnosi. I to jest urocze – śmieje się.

Historia zakazanego koncertu

Podobnie jak na corocznym kilkudniowym festiwalu kultury alternatywnej w Lubiążu, Slot Art. Jego program każdorazowo obejmuje dziesiątki koncertów granych na 7 scenach, ponad 120 warsztatów z różnych dziedzin sztuki, wykłady, wystawy, projekcje filmowe, przedstawienia teatralne oraz happeningi. Organizatorem jest Stowarzyszenie Lokalnych Ośrodków Twórczych. Artyści pochodzą z różnych państw m.in Holandii, USA, Nowej Zelandii, Szwecji, Finlandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy czy Łotwy.

Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w 1993 roku w miejscowości Stacze na Mazurach. Od 2001 roku festiwal przeniesiono do Lubiąża na teren Opactwa Cysterskiego. Na swojej stronie internetowej Slot reklamuje się jako „pięć dni wyjętych spod ogólnych praw wyścigu szczurów, walki i pośpiechu”. Choć, co ciekawe, w odróżnieniu od większości letnich imprez jedną z głównych zasad w Lubiążu jest zakaz wnoszenia i spożywania alkoholu i narkotyków. Osoby pijane nie są wpuszczane. Mimo, że historia Slotu sięga lat 80. i kontrkulturowego, punkowego fermentu tamtych lat. Wtedy na zaproszenie kilku osób przyjechał z Amsterdamu do Polski punkowo zespół No Longer Music. Mieli wystąpić na scenie festiwalu w Jarocinie, ale ponieważ ich koncert był de facto spektaklem opartym na ewangelicznej historii pasji Jezusa – występu zakazano. Koncert odbył się nieoficjalnie poza terenem festiwalu. Oczywiście hasło „zakazany koncert” był wtedy najlepszą reklamą, więc zebrał się spory tłum.

I tak się zaczęło. Organizatorzy dzisiejszego Slota kilkakrotnie robili dla No Longer Music trasę koncertową po Polsce. Ich działalność w efekcie przekształciła się w festiwal. Podobnych historii jest tyle ile małych festiwali muzycznych. Przyciągają one jednak ludzi nie ze względu na swoją genezę, tylko profil.

Wysyp rockowych rykowisk

Festiwal Rockowe Ogródki w Płocku to przegląd artystyczny młodych muzyków rockowych z miasta i regionu, który ma na celu wyłonienie najciekawszych i najbardziej wartościowych wykonawców. Festiwal odbywa się na przełomie lipca i sierpnia w Płocku. W 2012 r. miała miejsce 15. edycja imprezy. Podczas festiwalu organizowane są Warsztaty Muzyczne i Warsztaty Realizacji Dźwięku.

Rock May Festiwal w Skierniewicach, jak sama nazwa wskazuje odbywa się w maju, począwszy od 2002 r. Jest organizowany przez Młodzieżowe Centrum Kultury w Skierniewicach. Festiwal ma charakter edukacyjno-koncertowo-konkursowy. Na festiwalu prezentuje się 12 zespołów, wybranych spośród tych, które nadesłały swoje zgłoszenie. W koncercie finałowym wszystkie występy ocenia jury, w skład którego wchodzą muzycy rockowi znanych zespołów, dziennikarze muzyczni oraz przedstawiciele organizatora. Ba, muzycy mają szansę na nagrody pieniężne. Po części konkursowej, na zakończenie festiwalu, prezentuje się gwiazda festiwalu.

Z kolei historia festiwalu Go Rock sięga 1992 roku. W ciągu lat zmieniał swoją nazwę – początkowo był to TBG Rock, w 2003 roku nosił nazwę ASM – Amatorska Scena Muzyczna, od 2005 r. odbywa się pod nazwą Go Rock Festival. Festiwal jest organizowany w Miejskim Domu Kultury w Stalowej Woli. Zasadniczą częścią festiwalu jest konkurs, do którego zgłasza się każdorazowo nawet kilkaset zespołów.

Nie wszystkie festiwale są jednak w stanie przetrwać. Pierwsza edycja festiwalu Strashydło odbyła się w 1988 r. w Ciechanowie. Z roku na rok festiwal zyskiwał miano międzynarodowego festiwalu muzyki metalowej, oprócz zespołów z Polski na festiwalu grały grupy z Holandii, Niemiec, Czech, Rosji, Argentyny. W 1995 r. władze miasta nie zezwoliły jednak na organizację Sthradhydła. W 2008 roku, po latach starań stowarzyszenia Psychoart, festiwal wskrzeszono. Odbywał się on na błoniach Zamku Książąt Mazowieckich w Ciechanowie, gdzie mogły być jednocześnie organizowane zloty motocyklowe. Niestety, ten festiwal jednak nie przetrwał do dziś.

Podobnie przebiegały losy festiwalu NIE ZABIJAJ, funkcjonującego od 2002 roku. Pierwsze cztery edycje miały miejsce w Oleśnie, w 2006 r. impreza została przeniesiona do Jastrzygowic. Niestety, jak do tej pory była to edycja ostatnia – choć organizatorzy ogłosili w ubiegłym roku reaktywację imprezy. Nowa edycja ma się odbyć w tym roku. Festiwal jest obok odbywającego się w sierpniu – Ostróda Reggae Festival, największym festiwalem muzyki reggae w Polsce. Impreza posiadała wsparcie ogólnopolskiego projektu „Kampania przeciwko Rasizmowi”. Każda edycja opatrzona jest hasłem przewodnim. Elementami towarzyszącymi imprezie są warsztaty bębniarskie oraz wegetariańska kuchnia.

Promocja za niewielkie pieniądze

Można by tak wymieniać w nieskończoność: od festiwali dla młodzieży, po imprezy dal seniorów; od disco-polo po rap; od zupełnie amatorskich po profesjonalne z udziałem najbardziej znanych zespołów; od katolickich po obojętne światopoglądowo. Łączy je jednak kilka podstawowych zalet. Przede wszystkim są promocją dla gminy, na której terenie się odbywają. Promocją, która kosztuje bardzo niewiele. Dla przykładu na festiwal „Spinacz” Kolbuszowa w tym roku przeznacza zaledwie 25 tys. złotych. Resztę organizatorzy zbierają u sponsorów. Co ważniejsze jednak festiwale muzyczne to po prostu sposób na dobrą rozrywkę dla mieszkańców, na oderwanie się od codzienności i znalezienie zajęcia dla nudzących się młodych ludzi. To zaś jest bezcenne.

sobota, 23 marzec 2013 20:30

WIELKIE ŚWIĘTO ZMARTWYCHWSTANIA

Napisane przez

Jak Polska długa i szeroka, zawsze Wielkanoc świętowano w Polsce hucznie i radośnie. To najważniejsze – i najstarsze – święto chrześcijańskie, które początkowo obchodzono w tym samym dniu, w którym w judaizmie świętowana jest Pascha, a od 325 r. w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. W ten sposób symbolicznie dobiega też końca Wielki Post.

Zwiastunem nadchodzącej Wielkanocy był dźwięk kołatek, grzechotek i terkotek, który po trzech tygodniach odmawiania sobie uciech stołu przypominał o śródpościu. Wkrótce później o drzwi domów roztrzaskiwały się wypełnione popiołem garnki, a tydzień później topiono w rzekach kukły Marzanny. Po czterdziestu dniach poszczenia nadchodziła zaś Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Wielki Tydzień.

Ten pierwszy akt wielkanocnego spektaklu miał zawsze symbolizować nieśmiertelność duszy i nieuniknione jej zmartwychwstanie. Utarły się też inne nazwy – Niedziela Kwietna lub Wierzbowa – ze względu na fakt, że palemki to w gruncie rzeczy wierzbowe rózgi, umajowe gałązkami bukszpanu, malin i porzeczek, a dodatkowo kwiatkami, mchem, ziołami, czasem nawet kolorowymi piórkami. Bywały oczywiście wyjątki: np. na Kurpiach palemki przygotowywano z bibuły.

Poświęconą palemką warto było symbolicznie „obić” domowników, co miało gwarantować szczęście na resztę roku. Kropiono nimi dom i resztę gospodarstwa, z bydłem włącznie. Bazie z palemek połykano (ale też dawano do połknięcia zwierzętom): była to wróżba na zdrowie i bogactwo oraz ochrona przed bólami zębów i przeziębieniami, a zatknięcie palemki za święty obrazek chroniło gospodarstwo. Na Pomorzu chętnie przywiązywano palemki do sieci rybackich i łodzi, w innych regionach wkładano je do pszczelich uli. Na Rzeszowszczyźnie chętnie umieszcza się palemki w rogu pola – by chroniły przed żywiołami i zapewniały urodzaj. Z kolei mieszkańcy Podlasia wieszali też pod sufitem „pająki” – zbitki słomy, bibuły, piórek, grochu i wełny.

Po kilku dniach spokoju nadchodził Wielki Czwartek, pierwszy dzień Triduum Paschalnego. Jak powszechnie wierzono, to dzień, w którym żyjących odwiedzały dusze zmarłych. Dlatego unikano prac wiążących się z harmidrem i hałasem. Tego dnia kościelne dzwony nie biły, nie rąbano drewna, nie mielono w żarnach, ani nie tłuczono kaszy.

W Wielki Piątek żałoba osiągała apogeum: z ołtarzy zdejmowano elementy ozdobne, a za to odsłaniano udekorowane inscenizacje grobu Jezusa. Przez kolejne dwie doby pilnowali ich wyznaczeni do tego zadania mężczyźni, od żołnierzy po ministrantów (na południowo-wschodnich rubieżach Polski, ze względów historycznych nazywani czasem Turkami). Jednocześnie zaczynały się przygotowania do wielkanocnych posiłków: od pieczenia ciast po przygotowanie mięs. Wtedy też zaczynano przygotowywać wielkanocne pisanki – całe sterty jaj były gotowane, a następnie zdobione. Z przygotowaniem tego najważniejszego elementu świątecznej symboliki należało zdążyć przed nocą.

A wszystko po to, by księża zdążyli poświęcić jedzenie w Wielką Sobotę. Najpierw kapłani odwiedzali wiernych w domach, z czasem jednak utarła się tradycja wędrowania z „koszyczkiem” do kościoła. Skład wiktuałów w koszyczku różnił się jednak w rozmaitych regionach: chleb, mięsa czy wędliny, sól, chrzan z cukrem i, oczywiście, pisanki były stałym zestawem. Przy czym rzadko pokarmy te zjadano, a przynajmniej – nie od razu. Pisanki były zakopywane pod progiem domu czy w kurnikach – dla zapewnienia ochrony i urodzaju. Chrzanem smarowano zęby – dla zdrowotności. Nawet woda po ugotowanych jajkach służyła za amulet zapewniający szczęście i urodę. Zapalone w kościele i przyniesione do domu świece symbolizowały nieśmiertelność i zjednoczenie zarówno z żyjącymi, jak zmarłymi. Łemkowie przynosili jedzenie do domu dopiero w nocy z soboty na niedzielę, przedtem obnosząc je trzykrotnie wokół domu.

Kluczowym punktem świąt była oczywiście Niedziela Wielkanocna. Rozpoczynana rezurekcją – czyli świąteczną mszą, urozmaicaną odpalanymi petardami, a na Podlasiu też wyścigami furmanek – a po powrocie do domu wieńczona świątecznym posiłkiem. Tak jak i dziś, od stuleci dzielono się wówczas jajkiem oraz życzeniami. To był ten moment, kiedy na stole lądował pieczony w całości prosiak, wędliny, baranek z ciasta, „baby kołacze” itd. Menu było oczywiście zróżnicowane – na kurpiowskich stołach nie mogło choćby zabraknąć ciasteczek z miodu i marchewki. W Małopolsce polewano lanckorońską chrzanówkę, polewkę na bazie chrzanu, mającą też charakter afrodyzjaku – a do tego podawano żur na serwatce, przygotowywany m.in. na bazie wędlin.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wychodzono z wszystkimi tymi przysmakami poza dom – na pola. Rzucano przez ramię kawałki mięsa, kruszono paskę, czyli specjalnie na tę okazję upieczone „chlebki”. W bogatszych domach szukano poukrywanych przez gospodarzy prezentów.

Już w nocy z niedzieli na poniedziałek, nocy „diabelskiej”, jak ją nazywano, zaczynały się psoty. Na Podbeskidziu miały miejsce śmiergusty – próby wdarcia się do domów panien przez młodych, barwnie ubranych i hałasujących mężczyzn. Ukoronowaniem tych zabaw były strugi wody lejące się na wszystkich „w zasięgu wiadra” w poniedziałek. Śmigus-Dyngus, jak zwykło się nazywać Lany Poniedziałek, niegdyś oznaczał zresztą dwa zwyczaje: Śmigus – bicie witkami wierzbowymi, Dyngus – oblewanie wodą.

Najczęściej ofiarą żartownisiów były młode dziewczęta, co zresztą pozwalało też na zawoalowane zaloty: im bardziej zmoczona wodą była panna, tym bardziej uchodziła za atrakcyjną. Pisanki przydawały się i tego dnia – wręczona przez dziewczynę była wykupem od oblania, wręczona przez chłopaka – wyrazem uczuć. Ale też nie wszędzie chodziło o relacje damsko-męskie: w Małopolsce „dziady śmigustne” zbierali „pod groźbą wiadra” datki, nie wypowiadając przy tym ani słowa, co miało być nawiązaniem do biblijnych niedowiarków, którzy stracili mowę. Jedynie pod kościołami czyhał na dziewczęta Siuda Baba, usmolony mężczyzna polujący na dziewczęta – które mogły się wykupić datkiem lub pocałunkiem. Gdzieniegdzie amory zaczynały się zresztą wcześniej: w Wielkopolsce w noc z czwartku na piątek oblewano okna panien żurem – brak rozplaśniętego na szkle żuru mógł być dla panny przyczyną wielkiego smutku…

Inna sprawa, że w Wielkopolsce znęcanie się nad dziewczętami najszybciej dobiegało końca. Już w południe prześladowcy zamieniali wiadra na przebranie – niedźwiedzia, bociana czy czapli – i ruszali w spacer po wsi czy miasteczku. Z „niedźwiedziem” na sznurku obchodzono domy, śpiewając i przyjmując jedzenie jako zapłatę. Wielkopolanie – a szczególnie Wielkopolanki – mogli więc mówić o szczęściu. Na Kujawach przez cały dzień czekano na pechowców, którzy przejdą pod zawieszonym na sznurku garnkiem, rzadko kiedy z wodą – częściej z popiołem lub gnojem. „Dziewki unikają tej wędrówki, aby się na przykre skutki owej swawoli chłopców nie naradzić, więc je nierzadko ci ostatni pochwytują z zasadzki, gwałtem pod ów garnek ciągną, i nie wypuszczają dopóty, dopóki ich całkiem niemal sadzami i popiołem nie oszpecą, od czego wszakże, chronić je zwykło wykupne, to jest kilka groszy danych na wódkę" – pisał o tym zwyczaju, z lekkim zgorszeniem, etnograf Oskar Kolberg. 

sobota, 23 marzec 2013 14:27

Białostockie pisanki Podhalanki

Napisane przez

Kiedy w domu Aleksandry Mosiejczuk czuć zapach wosku, domownicy mówią, że… nadchodzi wiosna. Zaczyna się wielkanocne malowanie pisanek.

Po rodzicach– z domu Wojdyła – jest góralką. Mama urodziła się pod Tarnowem, a tata w Rabce Podhalańskiej. W górach przede wszystkim kultywuje się święta Bożego Narodzenia, mimo to pani Aleksandra ma szczególne zamiłowanie do robienia batikowych pisanek. Dzisiaj jest coraz więcej dostępnych w sklepach „sprytnych” i wymyślnych rzeczy, które ułatwiają dekorację jajek, jednak jej pisanki powstają tradycyjnymi metodami ludowymi, a wzornictwo pochodzi z… Białostocczyzny.

Podlaskich motywów nauczyła się od starszej koleżanki – suwałczanki Władysławy Brzezińskiej. Najpierw ją podpatrywała, a od czterdziestu lat, w sezonie, sama przygotowuje setki pisanek.

Zanim rozpoczynamy rozmowę o wielkanocnych zwyczajach i tradycjach, pokazuje, jak wykonać taką piękną pisankę. Wydaje się, że do ich robienia nie potrzeba wielkich nakładów, ale ich twórczyni przyznaje: w tej sztuce przydają się zdolności manualne.

− Do zdobienia najlepsze są białe jajka, chociaż coraz ciężej je dostać – mówi Aleksandra Mosiejczuk. – Przy farbowaniu niekoniecznie musimy ograniczać się do sztucznych barwników. Już dawno temu ludzie wymyślili na to naturalne sposoby. Intensywne kolory możemy uzyskać, zanurzając jajka w wywarze z buraków, który nadaje mocną, różową barwę. Z gotowanych skorupek orzecha włoskiego i kory dębu wychodzą czarne jajka. Z kolei z gotowanych łupin cebuli i olchowych szyszek uzyskuje się wyrazisty, brązowy kolor. Czarne jagody barwią na niebiesko. Całkiem niezła okazuje się również krepina, a jej zaletą jest to, że jeżeli chodzi o różnorodność barw nie ma granic – odsłania tajniki swojego warsztatu.

Wosk uzyskuje się z kolei ze świeczki lub z bryły wosku od pszczelarza, topiąc go na małym ogniu. Trzeba jednak uważać: zbyt mocno podgrzany czernieje. Potem pani Aleksandra maluje pierwsze wzory ołówkiem z wbitą w gumkę szpilką z dość dużą główką, która pozostawia charakterystyczną „łezkę”. Farbuje jajko na żółto. Znowu dodaje ozdobne motywy i wrzuca jajko do czerwonego barwnika. Jeszcze raz nakłada batiki i zanurza w granatowej farbie. A na koniec ściera wosk.

Nie jest to, jak widać, takie proste. Kolory na pisankach można dobierać według uznania, pamiętając jednak o zasadzie – od najjaśniejszego do najciemniejszego.

Kiedy pierwsza pisanka nasiąka kolorami, pani Aleksandra opowiada o swojej kolekcji baranków. Ma ich około stu i, jak mówi, nie jest to żaden cenny zbiór – ale można się w nim doszukać kilku wyjątkowych egzemplarzy. Wśród najbardziej typowych wielkanocnych baranków można znaleźć baranka z Bolesławca, niemieckiego, amerykańskiego, spod krokwi w Zakopanem, wykopaliskowego ze Słowacji. Baranki są z różnych materiałów: plastikowe, pluszowe, porcelanowe. Jeden z nich jest nawet w dekoracyjnej śnieżnej kuli. Mają też różne funkcje: jest baranek gwizdałka, baranek zegar i przylepki na lodówkę – też baranki.

Jednego roku – wspomina − z kuzynką zrobiła tysiąc pisanek… w sierpniu. Zamówienie złożyli Austriacy, którzy polowali w okolicach Wałcza i zatrzymali się u jej rodziców. − Z nieba lał się żar, okna były pootwierane na oścież – opowiada pani Aleksandra – ale za pieniądze zarobione wtedy na pisankach kupiłam pierwszy kolorowy telewizor – uśmiecha się.

Zwykle pisanki sprzedaje w Muzeum Ziemi Wałeckiej, gdzie jest kustoszem, ale jak podkreśla to nie żaden sposób na świąteczny biznes, a hobby. Jej białostockie, wielobarwne pisanki można również obejrzeć w wiejskiej chacie w skansenie, w Osieku nad Notecią.

Najmniej w tym całym robieniu pisanek lubi… wydmuchiwać jajka. Ze „środków” piecze za to mnóstwo ucieranych ciast, przyrządza domownikom jajecznicę albo rozdaje wśród znajomych.

Wielkanocne jajka różnią się, w zależności od miejsca, gdzie powstają. − Tam, skąd pochodzę, w Krakowskiem, nie robiło się pisanek, tylko jednobarwne kraszanki, w Opolskiem − drapanki, w Łowickiem – naklejanki, na Kurpiach oklejane są sitowiem, na Mazurach jajka przeplata się kolorową włóczką, a białostockie pisanki charakteryzuje wielobarwność – sięga do regionalizmów Aleksandra Mosiejczuk, z wykształcenia, było nie było – etnografka.

− Już w czasach pogańskich jajko było symbolem budzącego się życia – odnosi się z kolei do historii pani Aleksandra. – Najstarsza zachowana polska pisanka została znaleziona w wykopaliskach na Śląsku, w Ostrowiu, i jest najprawdopodobniej z X wieku, ale już najstarsza na świecie pisanka, pochodząca z terenu dawnej Persji – ma 4000 lat! Jajka malowali również chrześcijanie. Według przypowieści, kiedy św. Magdalena płakała nad grobem Jezusa, ukazał się jej anioł i rzekł: Nie płacz, Chrystus zmartwychwstał. Gdy wróciła do domu, na stole znalazła jajka zabarwione na czerwono – tłumaczy niezwykła artystka.

Na Podhalu jest o wiele mniej zwyczajów dotyczących świąt wielkanocnych. Od rodziców pani Aleksandra przejęła sposób robienia palm, takich w rodzaju bukietu. Układa je z bazi i świeżych kwiatów, przeplatając wstążkami z kolorowej bibułki. Bardzo lubi palmy wileńskie z barwnych trawek. Dziś można je kupić chociażby na krakowskim Rynku.

− Wielkanocny zając, czyli szukanie drobnych podarunków, to nie jest polski zwyczaj, dotarł do nas z Niemiec i Wielkopolski – wyjaśnia. − Jajka to też nie tylko pisanki. W czasie Wielkanocy można się nimi bić lub toczyć po trawie.

Ogólnie o potrawach wielkanocnych mówi, że są oparte na zieleninie. Z Podhala zna sodrę – zupę przyrządzaną z niezjedzonych resztek święconki. Wrzuca się do niej pokrojony w kostkę chleb, kiełbasę, jajka. Doprawia chrzanem. Trzeba też pamiętać o jednym: ze święconką do kościoła idzie najmłodszy w rodzinie.

O tradycjach i zwyczajach wielkanocnych mówi, że są dzisiaj w zaniku. Kiedyś ludzie bardziej nabierali się na primaaprilisowe żarty. − Sama uwierzyłam wujkowi, że przed moim domem idą słonie i pobiegłam do okna, żeby je zobaczyć. Śmigus-dyngus dawniej był szalenie popularny. Dzisiaj to zabawa dzieci, a kiedyś wodą lali się młodzi ludzie. Nie wiem od czego to zależy: brak chęci, lenistwo?!... – utyskuje.

A tymczasem jedną z pisanek kupiła jakaś pani i chwali, że „dzieło” to przypomina, jak kruche bywa życie i że trzeba się z nim obchodzić, jak z… jajkiem.

sobota, 23 marzec 2013 14:15

Dokument elektroniczny w urzędzie

Napisane przez

Elektronizacja dokumentów jest już codziennością. Używamy elektronicznych faktur, elektronicznej poczty czy też elektronicznych zamówień w sklepach internetowych. Czy zatem dokument elektroniczny jest konieczny również dla urzędu w jego codziennej pracy?

Przykład z biznesu

W 2005 roku w znanej fabryce Opla w Gliwicach wdrożono system elektronicznych dokumentów akcyzowych. Fabryka Opla codziennie sprowadzała komponenty do produkcji swoich samochodów z sąsiednich krajów, a także prowadziła aktywny eksport swoich wyrobów. Obsługa papierowa wszystkich dokumentów akcyzowych była bardzo pracochłonna, zajmowała dużo czasu i zużywała zbyt duży budżet. Według szacunków szefostwa firmy koszt i czas zaoszczędzony dzięki pełnej elektronizacji obsługi dokumentów akcyzowych wyniósł około jednego miesiąca roboczego. Oznacza to, że dzięki tej elektronizacji dokumentacji firma zyskała niejako jeden miesiąc w ciągu całego roku. To bardzo dużo.

Obowiązki prawne

Na podstawie zapisów ustawy o informatyzacji, o której pisaliśmy już na łamach „Gminy”, urzędy mają prawo – a często również obowiązek – przyjmowania pism drogą elektroniczną. Dzieje się to na przykład za pośrednictwem tzw. elektronicznej skrzynki podawczej (ESP). ESP jest specjalizowanym elementem infrastruktury informatycznej urzędu, odpowiedzialnym za prawidłowe przyjmowanie pism elektronicznych i poświadczanie ich przyjęcia przez urząd. Osoba wysyłająca takie pismo otrzymuje tzw. urzędowe poświadczenie odbioru (UPO), które stanowi substytut klasycznej pieczęci potwierdzającej wpłynięcie dokumentu papierowego do urzędu w określonym czasie.

Jedną z możliwości wdrożenia ESP w urzędzie jest wdrożenie oferowanego przez rząd rozwiązania pochodzącego z systemu ePUAP. Można również wdrażać własne rozwiązania bazujące na podpisie elektronicznym bez wykorzystywania ePUAP. Trzecią możliwością jest połączenie obu rozwiązań, ponieważ ePUAP współpracuje zarówno ze swoim profilem zaufanym, jak również z podpisem elektronicznym, zgodnym z ustawą o podpisie elektronicznym.

Warto pamiętać, że – zgodnie z zapowiedziami rządowymi – planowana obecnie nowelizacja ustawy o informatyzacji ma jeszcze bardziej rygorystycznie wprowadzić obowiązek budowania ESP we wszystkich urzędach.

Nie wszystko można elektronizować

Analizując organizację pracy urzędu, trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystkie czynności administracyjne i nie wszystkie dokumenty powinny podlegać elektronizacji. Ważne jest, aby w urzędzie sklasyfikować te czynności i dokumenty, które ze względu na właściwości poszczególnych spraw mogą być przenoszone do wyłącznej postaci elektronicznej. Jeżeli takowe zostaną zidentyfikowane, należy rozważyć wdrożenie elektronicznej drogi wnoszenia spraw do urzędu i w ślad za tym ESP, UPO i elektronicznego obiegu spraw i dokumentów (tzw. workflow). Następnie konieczne jest uruchomienie odpowiednich prac po stronie urzędu, zmierzających do wdrożenia właściwych rozwiązań informatycznych. W tym miejscu warto przybliżyć zagadnienie tzw. modelowania procesów biznesowych.

Zdarzają się duże wpadki

Pod koniec 2012 roku Ministerstwo Transportu miało ambicję w pełni zelektronizować proces obsługi egzaminowania przyszłych kierowców ubiegających się o uzyskanie prawa jazdy. W obiegu dokumentów elektronicznych miały znaleźć się między innymi starostwa powiatowe i WORD-y. Po kilku miesiącach od wdrożenia dedykowanego systemu informatycznego, tj. w dniu 20 lutego 2013 r., Ministerstwo Transportu musiało się przyznać do swoich błędów i przywrócić klasyczny, papierowy obieg dokumentów. Słowa skruchy ministra Sławomira Nowaka zdały się na niewiele. Przez wiele miesięcy kandydaci na kierowców oraz urzędy powiatowe i WORD-y przeżywały istną gehennę w związku z niedziałającym systemem obiegu dokumentów. Paraliżowało ta pracę tychże instytucji i skutecznie utrudniło życie ludziom. Wniosek: ministerstwo powinno było przed wdrożeniem systemu przeanalizować wszystkie uwarunkowania i działać bardziej roztropnie.

Procesy biznesowe

Dla odpowiedniego wdrożenia elektronizacji pracy urzędu należy właściwie zmodelować procesy biznesowe, w których uczestniczy urząd. Procesem biznesowym nazywamy serię powiązanych ze sobą działań lub zadań, które rozwiązują określone zagadnienie lub prowadzą do osiągnięcia określonego efektu. Procesy biznesowe klasyfikujemy następująco:

·         Procesy zarządzania, mające na celu formułowanie strategii i celów oraz kontrolowanie przebiegu procesów operacyjnych oraz pomocniczych;

·         Procesy operacyjne, mające na celu wykonywanie typowych działań zmierzających do realizacji założonych celów i strategii;

·         Procesy pomocnicze, mające na celu wsparcie procesów zarządzania i operacyjnych.

Aby dobrze zdefiniować proces biznesowy należy ustalić:

·         Kontekst procesu: granice procesu, dane na wejściu i na wyjściu procesu;

·         Porządek procesu: uporządkowanie działań w czasie i przestrzeni;

·         Klienta procesu: odbiorcę rezultatów na wyjściu procesu;

·         Sposób powiększania wartości dodanej: klient musi odnosić korzyść z działania procesu;

·         Osadzenie procesu: proces jest wbudowany w strukturę organizacyjną urzędu;

·         Zakres funkcjonalny: proces może realizować jedną, bądź wiele różnych funkcji;

·         Właściciela procesu: osobę odpowiedzialną za działanie i nieustanne ulepszanie procesu.

Do modelowania procesów biznesowych można użyć notacji graficznej, która nazywa się Business Process Modeling Notation (BPMN). Została ona opracowana przez międzynarodową grupę zainteresowaną rozwojem systemów pracy grupowej, elektronicznym obiegiem dokumentów i systemami informatycznego wspomagania pracy w instytucji. BPMN jest używana na całym świecie przez specjalistów z zakresu zarządzania instytucją i informatycznych systemów zarządzania oraz użytkowników tychże systemów. Jest to specyficzny język obrazów, z precyzyjnie zdefiniowanymi regułami ich użycia, oraz określonym ich znaczeniem. Szczegóły notacji BPMN są zamieszczone na stronie www.bpmn.org.

Cudze chwalicie…

Notacja BPMN jest wspierana przez wiele narzędzi informatycznych. Dzięki temu modelowanie takie jest przydatne zarówno w komunikacji użytkownika z analitykiem, jak również na etapie przenoszenia modeli do postaci wykonywalnej przez odpowiednie systemy informatyczne. Światowe firmy informatyczne dostarczają wielu bardzo dobrych narzędzi do modelowania i uruchamiania systemów klasy workflow. Wspierają one również notację BPMN.

Warto tutaj podkreślić, że nasze polskie firmy informatyczne również tworzą własne narzędzia klasy workflow, którymi można się pochwalić. Zaletą tych narzędzi jest to, że ich twórcy są na miejscu, a ich rozwiązania są godne zaufania. Wspomnijmy chociażby o firmie TECNA, która tworzy własne rozwiązania o nazwie AUREA. Można o tym przeczytać na stronie www.tecna.pl. Kolejną polską firmą, która od lat jest znana z własnych rozwiązań w zakresie systemów klasy workflow jest RODAN SYSTEMS, która dostarcza grupę własnych narzędzi z rodziny OFFICE OBJECT. Więcej o produktach tej firmy można znaleźć na stronie www.rodan.pl.

Podsumowując, warto pomyśleć o elektronizacji obiegu dokumentów w urzędzie i o zbudowaniu systemu klasy workflow, wspierającego elektroniczny obieg wyników prac. Dzięki temu, nasz urząd stanie się nowoczesny i zgodny z duchem obecnych czasów. Warto również pamiętać o tym, iż Polacy nie gęsi i swoje własne narzędzia workflow mają…

Kierując jednostką samorządu terytorialnego wójt, burmistrz, prezydent miasta czy zarząd jednostki samorządu terytorialnego musi liczyć się z dwoma płaszczyznami odpowiedzialności.

Pierwsza odnosi się do odpowiedzialności politycznej. Ta – z perspektywy finansów publicznych – wiąże się przede wszystkim z oceną sprawozdania finansowego jednostki i udzieleniem absolutorium przez organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego. Druga płaszczyzna odpowiedzialności, o której przedstawiciele władz jednostki samorządu terytorialnego nie powinni zapominać, to odpowiedzialność formalnoprawna. Wiąże się ona z odpowiednim stosowaniem przepisów prawa. Obejmuje z jednej strony odpowiedzialność karną, dotyczącą naruszenia przepisów prawa w sposób znamionujący przestępstwo – ale w obszarze finansów publicznych  znacznie częściej ma miejsce odpowiedzialność, wynikająca z naruszenia dyscypliny finansów publicznych.

Specyfiką działania jednostek sektora finansów publicznych jest konieczność  stosowania – obok reguł obowiązujących powszechnie, na przykład wynikających z ustawy o rachunkowości – także zasad określonych w szczególnych przepisach prawa: przede wszystkim w ustawie o finansach publicznych oraz Prawie zamówień publicznych. Wymienione przepisy, określając zasady, nie określają jednocześnie konsekwencji, jakie spotkać mogą osoby zobowiązane do ich stosowania w przypadku niewywiązywania się z nałożonych obowiązków. Reguły szczególne,  związane z ponoszeniem odpowiedzialności za poprawne stosowanie zasad obowiązujących w sektorze publicznym, określają przepisy o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych[1].

Nie popełniłem przestępstwa

Czym jest naruszenie dyscypliny finansów publicznych? W swojej praktyce członka komisji orzekającej o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych spotkałem się z wątpliwościami w tym zakresie, wyrażanymi przez osoby, którym postawiono zarzuty. – Dlaczego znalazłem się przed komisją orzekającą? Przecież nie popełniłem żadnego przestępstwa – pytano. Bo też ustawa o odpowiedzialność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych nie odnosi się, jak już wspomniałem, do popełnienia przestępstwa.

Te kwestie regulują przepisy kodeksu karnego. Odpowiedzialność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych dotyczy naruszenia reguł obowiązujących w sektorze finansów publicznych – zarówno popełnionego umyślnie,  jak i nieumyślnie. Nieświadomość popełniania naruszenia dyscypliny finansów publicznych nie zwalnia bowiem z ponoszenia odpowiedzialności. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy nieświadomość jest usprawiedliwiona. Można odnieść to zagadnienie do należytej staranności przy wykonywaniu swoich obowiązków. Zgodnie z obowiązującymi przepisami nie można przypisać winy, jeżeli naruszenia nie można było uniknąć mimo dołożenia staranności wymaganej od osoby odpowiedzialnej za wykonanie obowiązku, którego niewykonanie lub nienależyte wykonanie stanowi czyn naruszający dyscyplinę finansów publicznych.

Inny wyjątek odnosi się do sytuacji, w której dana osoba nie ponosi odpowiedzialności z powodu choroby psychicznej lub innego zakłócenia czynności psychicznych – prowadzących do sytuacji, w której nie mogła ona w czasie popełnienia czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem. Przy czym wyjątek nie dotyczy sytuacji, gdy zakłócenie czynności psychicznych zostało spowodowane wprawieniem się w stan nietrzeźwości lub odurzenia w wyniku własnego działania.

Naruszeniem dyscypliny finansów publicznych jest na przykład sytuacja, gdy kierownik jednostki samorządu terytorialnego nie przekazał w terminie do budżetu państwa pobranych dochodów należnych Skarbowi Państwa. Zaniechanie wynikło z faktu, że odpowiedzialny pracownik jednostki zapomniał o upływającym terminie przekazania dochodów. Przy czym sytuacja ta odnosi się do nienależytego wykonania obowiązków przez odpowiedzialnego za to zadanie pracownika. Brak świadomości upływającego terminu nie wynikał z obiektywnych czynników, ale z braku należytej staranności. Bowiem termin został określony w przepisach prawa, czego konsekwencją jest powszechny dostęp do tej informacji.

Kto ponosi odpowiedzialność

Fakt nieterminowego zwrotu środków jest naruszeniem dyscypliny finansów publicznych – niezależnie od tego, że już po upływie terminu należne środki zostały zwrócone. Natomiast dla rozróżnienia, z odpowiedzialnością karną moglibyśmy się zetknąć w przypadku przekazania należnych Skarbowi Państwa środków na rachunek kierownika jednostki samorządu terytorialnego, zamiast na rachunek budżetu państwa.

Zagadnieniem niezmiernie ważnym jest odpowiedź na pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych? W tym zakresie nastąpiły w ubiegłym roku zmiany, polegające na rozszerzeniu katalogu osób podlegających tej odpowiedzialności. Obecnie obejmuje on:

1) osoby wchodzące w skład organu wykonującego budżet lub plan finansowy jednostki sektora finansów publicznych albo organu zarządzającego podmiotu niezaliczanego do sektora finansów publicznych, któremu przekazano do wykorzystania lub dysponowania środki publiczne, lub zarządzającego mieniem tych jednostek lub podmiotów;

2) kierownicy jednostek sektora finansów publicznych;

3) pracownicy jednostek sektora finansów publicznych lub inne osoby, którym odrębną ustawą lub na jej podstawie powierzono wykonywanie obowiązków w takiej jednostce, których niewykonanie lub nienależyte wykonanie stanowi czyn naruszający dyscyplinę finansów publicznych;

4) osoby wykonujące w imieniu podmiotu – niezaliczanego do sektora finansów publicznych, któremu przekazano do wykorzystania lub dysponowania środki publiczne – czynności związane z wykorzystaniem tych środków lub dysponowaniem tymi środkami.

Odpowiedzialność dotyczy zarówno wójta, burmistrza czy prezydenta miasta, jak i członków zarządu jednostki samorządu terytorialnego – jako członków organu. Ponadto pracownicy jednostki samorządu terytorialnego, których upoważniono do realizacji zadań związanych z ponoszeniem odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Jak wynika z przytoczonego katalogu, odpowiedzialność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych ponoszą również osoby działające poza jednostkami sektora finansów publicznych, wykonujące zadania finansowane ze środków publicznych. Na przykład pracownicy stowarzyszenia lub fundacji, realizujący zadania publiczne w ramach działalności pożytku publicznego.

W ubiegłym roku wprowadzono zmianę, zgodnie z którą odpowiedzialność ponoszą również osoby spoza sektora finansów publicznych, którym na podstawie przepisów o zamówieniach publicznych zamawiający powierzył przygotowanie lub przeprowadzenie postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, działające jako pełnomocnik zamawiającego. Dotyczyć  to może na przykład pracownika firmy doradczej przeprowadzającej na podstawie umowy cywilnoprawnej zamówienie publiczne w imieniu zamawiającego, będącego jednostką sektora finansów publicznych.

Wina w nadzorze

Ubiegłoroczne zmiany przepisów o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych – oprócz rozszerzenia odpowiedzialności na osoby spoza sektora finansów publicznych, co było dość często omawiane na łamach prasy – jednoznacznie wypowiedziały się na temat odpowiedzialności w ramach tzw. winy w nadzorze. Wprowadzono bowiem jednoznaczny przepis, na podstawie którego (niezależnie od udzielonych pełnomocnictw) kierownik jednostki może w przypadku naruszenia dyscypliny finansów publicznych ponieść odpowiedzialność z tytułu nienależytego wykonywania obowiązków w zakresie kontroli zarządczej[2].

Wyobraźmy sobie, że wójt gminy udzielił upoważnienia swoim kierownikom do wykonywania w jego imieniu zadań w zakresie działalności jednostki samorządu terytorialnego. Kierownik referatu zawarł umowę na kwotę przekraczającą środki przewidziane w uchwale budżetowej. Popełnił w ten sposób czyn naruszenia dyscypliny finansów publicznych polegający na zaciągnięciu zobowiązania bez upoważnienia określonego uchwałą budżetową. Zdarzenie takie stanowi bezwzględnie podstawę do postawienia kierownika przed organem właściwym w sprawach naruszenia dyscypliny finansów publicznych. Działał bowiem w oparciu o upoważnienie wójta. Przy czym naruszenie to stanowi również podstawę do postawienia zarzutu wójtowi, jeśli naruszenie dyscypliny finansów publicznych nastąpiło w wyniku zaniedbania wykonywania funkcji w zakresie kontroli zarządczej. A więc braku takich działań ze strony wójta, które miałyby na celu zapobieganie sytuacji popełniania przez pracowników jednostki czynów związanych z naruszeniem dyscypliny finansów publicznych.

Do listy osób, które ponoszą odpowiedzialność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, zaliczyć należy ponadto osoby realizujące zadania w zakresie wykorzystania środków pochodzących z budżetu Unii Europejskiej, niepodlegających zwrotowi środków z pomocy udzielanej przez państwa członkowskie Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA) lub innych środków pochodzących ze źródeł zagranicznych niepodlegających zwrotowi. Zarówno wykonujących zadania w ramach instytucji wdrażających lub zarządzających programami operacyjnymi, jak i podmiotów realizujących projekty finansowane w ramach tych programów.

Organ orzekający

Ostatnim aspektem, który chciałbym omówić, jest zagadnienie organu orzekającego w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Postępowanie o naruszenie dyscypliny finansów publicznych jest dwuinstancyjne, prowadzone jest  przez komisje orzekające w sprawie o naruszenie dyscypliny finansów publicznych. W zakresie jednostek samorządu terytorialnego, w pierwszej  instancji postępowanie toczy się przed regionalną komisją orzekającą o naruszenie dyscypliny finansów publicznych przy właściwej  terytorialnie regionalnej izbie obrachunkowej. Wyjątkiem od tej zasady jest odpowiedzialność osób pełniących funkcje marszałka województwa, członka zarządu województwa i głównego księgowego budżetu województwa (skarbnika województwa). W tym przypadku właściwą jest międzyresortowa komisja orzekająca przy ministrze właściwym do spraw administracji publicznej.

Organem drugiej instancji jest Główna Komisja Orzekająca w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych. Analogicznie, organami właściwymi do wypełniania funkcji oskarżyciela są rzecznicy dyscypliny finansów publicznych oraz Główny Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych. Temat zasad postępowania przed komisją orzekającą oraz lista szczegółowych czynów stanowiących naruszenie dyscypliny finansów publicznych będą stanowiły przedmiot artykułów w kolejnych wydaniach „Gminy”.

Przypomnienie:

31 marca – termin złożenia rocznego sprawozdania z realizacji budżetu do organu stanowiącego JST oraz do regionalnej izby obrachunkowej.

31 marca – termin złożenia do regionalnych izb obrachunkowych uchwał w sprawie wieloletniej prognozy finansowej JST, dostosowanych do wymagań rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 10 stycznia 2013 r. w sprawie wieloletniej prognozy finansowej jednostki samorządu terytorialnego.


[1] Ustawa z dnia 17 grudnia 2004 r. o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych(Dz. U. z dnia 25 stycznia 2005 r. z późniejszymi zmianami).

[2] Dotyczy to przypadków naruszenia dyscypliny finansów publicznych określonych w treści art. 18c ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

sobota, 23 marzec 2013 14:08

UPORCZYWE TRWANIE AZBESTU

Napisane przez

Mija pięć lat, od kiedy ruszył „Program oczyszczania kraju z azbestu”. Według jego założeń ten niebezpieczny minerał ma zniknąć z Polski do 2032 r.

Program nie ma w założeniu natychmiastowego uporania się z azbestem – czyli jeszcze nie trzeba zrywać dachów, wymieniać elewacji na nowe bądź usuwać instalacji. Wszystko zależy od tego, jak wypadła ocena i jak wyglądają możliwości dalszego bezpiecznego użytkowania wyrobów zawierających azbest. Precyzuje to par. 3 i 5 rozporządzenia o bezpiecznym użytkowaniu i usuwaniu wyrobów zawierających azbest. Norma dopuszcza wyroby o gęstości 1000 kg/m lub większej, czyli tzw. wyroby twarde.

Oczywiście, wszystko pod warunkiem, że nie są one uszkodzone i nie dochodzi do emisji azbestu do środowiska, a w konsekwencji nie ma to następstw chorobowych.

Urzędnicy odwiedzili każde mieszkanie

Jednak sprawdziliśmy – na przykładzie powiatu wałeckiego – liczącym cztery gminy (województwo zachodniopomorskie), o ile realnie zmniejszyła się ilość azbestu.

W gminie Wałcz, największej w Polsce wśród gmin wiejskich, drugiej – po piskiej – biorąc pod uwagę wszystkie gminy miejsko-wiejskie, w 2010 r. inwentaryzacja wykazała, że na jej terenie znajduje się 3731 ton azbestu do zdjęcia. Zdaniem Jana Matuszewskiego, inspektora ds. ochrony środowiska w gminie Wałcz, jest to miarodajny szacunek.

− Urzędnicy odwiedzili każdą wieś w gminie, mieszkanie po mieszkaniu. Inwentaryzacja wykazała wówczas, że najwięcej azbestu zalega na dachach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych, w dużych ilościach wciąż występuje w rurach wodociągowych, w ociepleniach na ścianach budynków, w płytach nakładanych na obiekty w celach ozdobnych − wylicza Jan Matuszewski. – Gama wyrobów zawierających azbest jest szeroka i… wciąż masowa – ocenia.

Od czasu tego spisu w gminie Wałcz azbestu jest mniej o zaledwie 280 ton. W sąsiedniej gminie Mirosławiec, według spisu z 2007 r., było go na dachach i w instalacjach 527 ton. − To oczywiście przybliżona wielkość, bo azbestu na dachach nie da się ukryć – mówi Aleksander Matusiak, inspektor ds. ochrony środowiska w gminie Mirosławiec, ale też dodaje: − Może on jednak zalegać na nielegalnych wysypiskach, których nie ujawniono, np. w lasach, i w składzikach, gdzie do tej pory zwykle układano zdejmowane płyty dachowe, zanim ustawa jasno nie określiła sposobu jego usuwania (tylko przez wyspecjalizowane firmy – przyp. red.) oraz nie narzuciła konieczności inwentaryzacji.

Znika jedynie kilka ton rocznie

Najbardziej aktualny spis, sporządzony w drugiej połowie ubiegłego roku w gminie Mirosławiec, wykazał, że do tego czasu usunięto niespełna 27 ton, czyli statystycznie z jej obszaru znika rocznie średnio około 4−5 ton azbestu. Jego usuwanie wyhamowało w 2010 r. Wówczas nastąpiła zmiana ustawy, która powstrzymała prywatne osoby przed wymianą dachów, bo gwarantowane 50 proc. zwrotu kosztów za zdjęcie, transport i utylizację, wzrosły do 100 proc. Według inspektora Matusiaka kolejne trzy tony azbestu znikną z gminy Mirosławiec być może w pierwszej połowie 2013 r.

Jego zdaniem sytuacja nie wygląda najgorzej, a wolne tempo, w jakim znika azbest, jest spowodowane faktem, że − mimo iż można liczyć na 100-procentową dotację na demontaż, transport i utylizację dachu – na nowe pokrycie trzeba już wyłożyć własne pieniądze. Więc, kto nie musi...

− W efekcie, jeśli inspektor nadzoru budowlanego określi stan azbestu w obiekcie jako katastrofalny i, według norm, do usunięcia, nie podchodzi się do tego zbyt rygorystycznie. Czekamy na środki finansowe – mówi Matuszewski. Obaj inspektorzy zgodnie potwierdzają, że w gminach pojawia się niewiele wniosków. W gminie Człopa zinwentaryzowano 37 442 m kw. płyt azbestowo-cementowych i 600 mb. rur, informuje z kolei Jerzy Bekker, urzędnik w Mieście i Gminie Człopa. Tyle że od tej pory – ani drgnęło. W Tucznie, mimo że wnioski napłynęły w ubiegłym roku, nie przyznano dofinansowań. Sprawę poruszył na jednej z sesji rady gminy mieszkaniec Tuczna, ale według burmistrza Krzysztofa Hary, gmina nie dysponowała wystarczającymi środkami na 100-procentowe zwroty. Burmistrz zapowiedział jedynie, że w tym roku znajdą się pieniądze.

Szacunkowa ilość azbestu na terenie gminy Tuczno w dniu przyjęcia „Programu usuwania azbestu oraz wyrobów zawierających azbest na terenie Gminy Tuczno” − Uchwałą Rady Miejskiej w Tucznie z 2007 r. – wynosiła 917,760 ton. Usunięto od tego czasu 8,145 ton. Dofinansowanie gminy wyniosło 2673,43 zł.

Pozornie prosta procedura

Na BIP gminy Tuczno w połowie listopada ubiegłego roku pojawiła się informacja, że do końca stycznia 2013 r. można się ubiegać o dotację. Koszty usunięcia azbestu zostaną pokryte z dofinansowania Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Szczecinie, o które zamierza ubiegać się w tym roku Krzysztof Hara.

Finansowaniu standardowo podlegać będzie demontaż pokrycia dachowego lub wyrobów i instalacji zawierających azbest, transport z miejsca rozbiórki do miejsca unieszkodliwienia i utylizacja. Dodatkowo, usuwaniem azbestu mogą zajmować się tylko uprawnione firmy z koncesją od starosty. By ją uzyskać, firma musi przeszkolić pracowników m.in. z tego, jak postępować z azbestem, pod kątem ubioru, użycia masek, samego składowania na paletach, owijania w folię.

Wykaz firm znajduje się w starostwie. Tę informację można również znaleźć na BIP każdego powiatu. − W powiecie wałeckim takich firm jest około piętnastu, więc z wyborem nie ma problemu – informuje Jan Matuszewski. Odpady, a także zużyte przy pracy filtry, odzież czy folie, muszą trafić na wyspecjalizowane wysypiska. Po wykonaniu demontażu firma wystawia zaświadczenie, które trzeba przechowywać pięć lat.

O dofinansowanie mogą ubiegać się jednostki samorządu terytorialnego, osoby fizyczne, jednostki sektora finansów publicznych, kościoły i związki wyznaniowe oraz wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe.

Do wniosku konieczny jest dokument wydawany przez starostwo powiatowe – o braku sprzeciwu co do zmiany pokrycia dachowego. Aby go otrzymać, należy złożyć wniosek „Zgłoszenie robót budowlanych niewymagających pozwolenia na budowę” w Wydziale Budowlanym starostwa. Dokument ten, co warto podkreślić, obowiązuje w powiatach całej Polski. Jeśli starostwo zażąda pozwolenia na budowę, a zazwyczaj wymaga, wówczas potrzebny jest projekt budowlany sporządzony przez osobę z uprawnieniami. Trzeba wówczas zawiadomić urzędników powiatowego nadzoru budowlanego i okręgowy inspektorat pracy. Wymagane jest również zdjęcie obiektu przed demontażem. I to w zasadzie tyle biurokratycznych formalności.

Życie w cieniu azbestu

Pozornie wydaje się, że procedura jest relatywnie nieskomplikowana, wszyscy zainteresowani deklarują chęć zmiany stanu rzeczy, a pieniądze na realizację programów usuwania azbestu są. Problem jednak w tym, że na każdym wymienionym obszarze kryją się pułapki i bariery, które ostatecznie zniechęcają do działania. Wygląda na to, że Polacy jeszcze długo będą żyć z azbestem.

sobota, 23 marzec 2013 14:04

ZA MELDUNEK GMINY ROZDAJĄ SAMOCHODY

Napisane przez

Wraz ze zbliżającym się terminem składania PIT-ów nabiera tempa wyścig gmin o nowych podatników. Pod Warszawą stawka jest ogromna: w zamian za deklarację podatkową można wygrać samochody i nowoczesne tablety.

Na początku stycznia do pana Dariusza z ulicy Zabawnej w podwarszawskich Markach zadzwonił sam burmistrz gminy Janusz Werczyński. – Wygrał pan Toyotę Yaris! – usłyszał zdumiony mieszkaniec, a w słuchawce, w tle, usłyszał owacje wiwatującego tłumu. To nie był jednak żart, a całkiem poważne rozstrzygnięcie konkursu „Zamelduję się w Markach”. Pan Dariusz wygrał losowanie podczas gali finałowej – na którą nie poszedł. Dlatego osobiście dzwonił do niego burmistrz.

Płać podatki tam, gdzie mieszkasz

Wielka akcja władz Marek jest dość nietypowa, ale problem mieszkańców niepłacących podatków w miejscu zamieszkania to już codzienna rzeczywistość wielu polskich gmin. Szczególnie duża konkurencja o podatników jest pod Warszawą. Tysiące mieszkańców stolicy – i to tych lepiej sytuowanych – wyprowadza się z zakorkowanego miasta do podmiejskich miejscowości. Marki, Wołomin, Legionowo, Izabelin, Piaseczno, Konstancin – pod Warszawą zaroiło się od nowych mieszkańców, którzy przenieśli się tu w ostatnich latach. Tyle że meldunek zostawili w Warszawie, często w wynajmowanym teraz komuś innemu mieszkaniu. Nowi mieszkańcy niechętnie zgłaszają się w urzędach, głównie ze zwykłego lenistwa. – Po co robić sobie kłopot, skoro obowiązek meldunkowy w Polsce to i tak raczej martwe prawo – mówią.

Ale dla podwarszawskich miejscowości oznacza to ogromne straty z tytułu niezapłaconych podatków. Nowi mieszkańcy jeżdżą po gminnych drogach, produkują śmieci, korzystają z lokalnych ośrodków sportu czy kultury, ale nie dokładają się do nich ani złotówki. Dlatego gminy powiedziały: dość.

Warszawa kontra Ząbki

Tym bardziej, że pierwsza o podatki swoich niezameldowanych mieszkańców zaczęła się upominać... Warszawa. Szacuje się, że każdy podatnik zostawia w kasie stolicy około 3 tys. złotych. W Warszawie może mieszkać nawet kilkaset tysięcy osób nieodprowadzających tu podatków. Dlatego od kilku lat stołeczny ratusz prowadzi kampanie (np. pod hasłem „Brat PIT”), zachęcające do płacenia w tutejszych urzędach skarbowych. Co roku w stolicy przybywa dzięki nim 10-40 tysięcy podatników. Warszawa sięga też po bardziej wymierne zachęty: władze Białołęki – gdzie może mieszkać nawet 30 tys. niezameldowanych osób – fundują solidnym podatnikom nawet darmowe wejściówki do kina czy na basen. Bemowo rezerwuje dla swoich mieszkańców część wejściówek na imprezy kulturalne. W 2011 r. tysiąc osób mogło za darmo pójść na koncert heavymetalowej grupy Iron Maiden. W 2013 r. tyle samo wejściówek czeka na płacących podatki w dzielnicy fanów grupy Rammstein i amerykańskiego zespoły Thirty Seconds To Mars.

Tyle że akcja Warszawy – wymierzona w żyjących tu podatników z innych miejsc w Polsce – rykoszetem trafia też w budżety podwarszawskich miejscowości. Mieszkaniec gminy z tzw. „wianuszka” wokół stolicy, pracujący na co dzień w Warszawie – i tam często zameldowany – może płacić podatki albo w stolicy, albo w swojej miejscowości. I to o takie osoby toczy się właśnie zażarta walka.

Rękawicę rzuconą przez stolicę jako pierwsze podjęły Ząbki, których burmistrz Robert Perkowski już kilka lat temu zaczął kampanię nawołującą do płacenia podatków w tej miejscowości. Obliczył, że w Ząbkach zameldowanych jest 23 tys. mieszkańców, ale według różnych szacunków mieszka tu nawet do 45 tys. osób. – Przeciętny mieszkaniec Ząbek, który jest zameldowany w naszym mieście i tu odprowadza podatki, to przeciętnie 800 zł dochodu do miejskiej kasy. Kwota niby niewielka, jednakże przemnożona przez tylko 15 000 osób mieszkających w Ząbkach, ale tu nie zameldowanych, powoduje skutek w wysokości ok. 12 milionów złotych rocznie – tłumaczył Perkowski na swoim blogu, a zaraz za liczbami podawał przemawiające do wyobraźni argumenty. – Za taką kwotę można byłoby utwardzić ponad 10 kilometrów dróg gminnych lub „zwodociągować” pół Ząbek – napisał.

Apele to za mało

Dziś – szczególnie, gdy zbliża się termin rozliczenia rocznego – podobne apele o płacenie podatków w miejscach zamieszkania pojawiają się na stronach internetowych niemal wszystkich podwarszawskich gmin.

Swoją symulację przeprowadziło o wiele bogatsze od Ząbek Piaseczno, gdzie urzędnicy lansują hasło „Zmieńmy PIT na lepszy byt”. Tu na jednego podatnika przypada średnio ponad 3 tys. złotych. Jeśli przyjmie się, że w Piasecznie nie rozlicza się około 5 tysięcy mieszkańców, to budżet gminy traci na tym 15 mln złotych. Według wyliczeń urzędników, za taką kwotę można by wybudować 10 kilometrów dróg, oddać do użytku 100 mieszkań komunalnych, wybudować 10 szkolnych kompleksów sportowych czy zapewnić 250 etatów nauczycielskich.

Stawka jest ogromna, dlatego niektóre gminy idą znacznie dalej. Wspomniane już Marki zorganizowały kolejną wielomiesięczną akcję. Stojąca pod urzędem dzielnicy czerwona toyota miała rozpalać żądze potencjalnych podatników. Kto nie marzył o samochodzie, mógł próbować wygrać któryś z tabletów rozlosowywanych na lokalnych festynach. O konkursie przypominał rozkładany we wszystkich sklepach darmowy biuletyn czy rozwieszone w mieście banery.

Efekt? W konkursie wzięły udział 2374 osoby, które musiały zameldować się w Markach. Szacuje się, że w mieście mogło mieszkać nawet 10 tysięcy niezameldowanych, czyli około jedną czwartą tej grupy udało się gminie „przeciągnąć” na swoją stronę. Każda z tych osób prawdopodobnie zapłaci w 2012 r. średnio około tysiąca złotych podatku. Powinno to przynieść kasie miasta 2,3 mln zł. Toyota wraz z innymi nagrodami warta była 44 tys. złotych – a przecież zwracać się będzie z nawiązką także w następnych latach.

Nic więc dziwnego, że za tym przykładem poszli kolejni. Także samochód, ale tym razem Renault Twingo, oferuje nowym mieszkańcom Wołomin. Na osłodę dodaje tablety Samsung Galaxy. Pod kuszącymi zdjęciami nagród jest oczywiście solidne uzasadnienie, dlaczego warto płacić podatki akurat tutaj. – W 2011 r. nasza gmina dzięki udziałom w PIT zyskała ponad 38 mln zł. Kwota ta może być jednak jeszcze większa. W naszej gminie zameldowanych jest obecnie ponad 50 tysięcy osób. Ilu jest jednak ludzi, którzy nie posiadają wołomińskiego meldunku, a mieszkają na terenie gminy Wołomin? Tego dokładnie nie wiadomo, mogą być liczeni nawet w tysiącach. Biorąc pod uwagę, że średni wpływ do gminnego budżetu od mieszkańca gminy Wołomin to ok. 1000 zł, to 1000 nowych, zarejestrowanych podatników oznacza dodatkowy milion dla miejskiej kasy, czyli dla nas wszystkich – piszą urzędnicy na oficjalnej witrynie urzędu Wołomina. A kto nie lubi liczb, może od razu wyobrazić sobie na przykład jazdę po równej drodze. – To już naprawdę znacząca kwota, która pozwala na wyremontowanie niemal półtora kilometra drogi poprzez położenie na niej tzw. nakładki asfaltowej – czytamy dalej.

Kto zapłaci podatek śmieciowy

Problem mieszkańców niepłacących podatki nasili się jeszcze wraz z nowym podatkiem śmieciowym. Jedna z czterech dopuszczalnych przez ustawę metod rozliczania podatku polega właśnie na stawce „od głowy” mieszkańca. Ale jeśli tysiące osób nie ma meldunku, kto zapłaci za wywóz ich śmieci? Pierwszy z tym problemem zmierzył się Izabelin, w którym gmina wzięła na siebie odbiór śmieci już w lipcu 2012 r.

Za metodę rozliczenia przyjęto właśnie osoby mieszkające na terenie gminy. To często majętni przedsiębiorcy czy artyści, którzy – szukając ucieczki od zgiełku miasta – wybudowali sobie wille w zaciszu Puszczy Kampinoskiej. Urzędnicy dotarli do wszystkich 10 tysięcy oficjalnie zameldowanych mieszkańców z prośbą o podanie faktycznej liczby zamieszkujących. Później zaczęli weryfikować wypełnione deklaracje, konfrontując je ze wszystkimi dostępnymi rejestrami. Zapowiedzieli też możliwość wyrywkowych kontroli. W efekcie udało się w ten sposób „ujawnić” prawie dwa tysiące dodatkowych mieszkańców, co oznacza wzrost ogólnej liczby aż o 20 proc. Podatek śmieciowy osoby te będą płacić według takich samych stawek, jak osoby zameldowane oficjalnie.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY