Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 55.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 62.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 61.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 49.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 44.

Styczeń 2013

Styczeń 2013 (16)

niedziela, 27 styczeń 2013 22:17

Sportowe Starachowice

Napisane przez

Wszyscy zachwycamy się pięknymi obiektami sportowymi, które powstały na EURO 2012. Warto jednak budować obiekty sportowe również poza metropoliami, także dla innych dziedzin sportu, a przede wszystkim z myślą o rozwoju masowej kultury fizycznej, w szczególności wśród dzieci i młodzieży.

I tak się dzieje. Doskonałym tego przykładem są Starachowice, gdzie wszędzie widać nowe lub zmodernizowane obiekty sportowe czy ścieżki rowerowe.

Nie tylko dla zawodowców

Sportową wizytówką miasta jest oddana do użytku w 2002 r. Miejska Hala Sportowa. W kompleksie jest pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej, koszykówki, siatkówki, sala fitness, siłownia i sauna. Na co dzień hala wykorzystywana jest przez uczniów miejscowych szkół na potrzeby lekcji wychowania fizycznego. Po zajęciach, a także w weekendy, okresy ferii zimowych oraz wakacje obiekt tętni sportowym życiem.

W ramach rządowego projektu "Moje Boisko Orlik 2012", przy niektórych szkołach  powstały – dzięki dofinansowaniu z Ministerstwa Sportu i Urzędu Marszałkowskiego -  boiska sportowe. Za ponad milion złotych wybudowano też boiska przyszkolne, w tym wielofunkcyjne boisko o sztucznej nawierzchni. W ramach programu "Budowa wielofunkcyjnych boisk sportowych ogólnie dostępnych dla dzieci i młodzieży" powstały kolejne obiekty,  m.in. boiska wielofunkcyjne o nawierzchni poliuretanowej 22x44 m, służące do gry w piłkę nożną, ręczną, do siatkówki, koszykówki, tenisa.

KlubyiStowarzyszenia funkcjonujące na terenie gminy Starachowice otrzymują z budżetu miasta dotacje na szkolenie dzieci i młodzieży, zakup sprzętu,  udział we współzawodnictwie sportowym oraz organizację obozów sportowych.

Prezydent miasta funduje także stypendia sportowe dla młodych sportowców i nagrody za wybitne osiągnięcia sportowe.

Pływalnia z życiem

Dziś, baza sportowa w mieście, to także kompleks rekreacyjno-sportowy (boisko, skatepark, plac zabaw), a także … kryta pływalnia z basenem sportowym o wymiarach 12,5x25 m i głębokości od 1,80 do 4 metrów, rekreacyjnym z wieloma atrakcjami (rwąca rzeka, gejzer powietrzny, ławka rurowa z masażem), brodzikiem dla dzieci, jacuzzi, zjeżdżalnią wodną o długości 47 m i pomieszczeniem odnowy biologicznej.

Projekt pływalni, który okazał się przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę”, powstał  dzięki współfinansowaniu przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego i Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej. Wartość projektu to ok. 23 mln zł, zaś wkład własny ok. 16 mln zł.

- Jest to obiekt na miarę oczekiwań starachowiczan. Oddana w 2010 r. inwestycja stała się wizytówką tego miasta. Nasz basen odwiedzają nie tylko mieszkańcy Starachowic. Korzystają z niego również mieszkańcy ościennych gmin. Basen cały czas tętni życiem. Organizowane są na nim różne prestiżowe imprezy rangi Mistrzostw Polski, jak chociażby Grand Prix Polski w ratownictwie wodnym czy Mistrzostwa Ligi Obrony Kraju w płetwonurkowaniu. Kryta Pływalnia to również miejsce organizacji licznych imprez dla mieszkańców miasta, jak np. Rodzinne Igrzyska Wodne, czy promujących naukę pływania oraz bezpieczeństwo w wodzie, m.in. program:  „Z Delfinkiem Woprusiem” (adresowany do przedszkolaków), „Już pływam” (bezpłatne zajęcia z nauki pływania dla młodzieży szkolnej) prowadzone we współpracy z Zarządem Głównym Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. To również miejsce pracy trzech sportowych klubów pływackich: „Orka”, „Kalmar”, „Barakuda  – mówi Radosław Dulęba – kierownik Referatu Obsługi Krytej Pływalni.

Dziś wiele samorządów buduje baseny, a potem one niszczeją, gdyż brakuje środków na ich utrzymanie. Starachowice utrzymanie obiektu wpisały w katalog priorytetów. - Owszem jest to dość duży koszt, ale jednak basen to inwestycja, która pełni specyficzną rolę w życiu gminy. Żaden basen w Polsce nie przynosi dochodów. Pełni za to inne funkcje użytkowe i rolę społeczną. Ludzie po to płacą przecież podatki, aby potem mogli korzystać z tego typu nowoczesnych obiektów - dodajeRadosław Dulęba.

Zdrowy duch

Dla kondycji i zdrowia mieszkańców ważniejszy od sportu zawodowego czy  wyczynowego jest rozwój sportu masowego.- W części polskiego społeczeństwa wciąż brakuje świadomości, jak ważne dla ich dzieci jest wychowanie fizyczne, sport, zwykła aktywność fizyczna. Dopóki nie zmienimy radykalnie podejścia do uprawiania sportu w polskich rodzinach, trudno będzie poprawić poziom wychowania  fizycznego w szkołach, coraz trudniej będzie o profesjonalne sukcesy sportowe polskich zawodników – przekonuje Jan Michał Salamon, kierownik Referatu Sportu, Promocji i Turystyki

Nasze miasto  - dodaje - to prężnie rozwijający się ośrodek sportowy, ważne miejsce na sportowej mapie Polski.  Samorząd nie szczędzi środków na kluby sportowe i stowarzyszenia, wspierając je nie tylko finansowo, ale i organizacyjnie. Efektem tej współpracy jest upowszechnianie oraz rozwój kultury fizycznej i sportu, a także organizacja wielu festynów rodzinnych oraz imprez sportowo-rekreacyjnych adresowanych do szerokiego grona odbiorców .

Tym co godnie  wieńczy starania samorządowców i sportową aktywność mieszkańców miasta jest fakt zwycięstwa Starachowic w kolejnej edycji Sportowego Turnieju Miast i Gmin z całej Polski ( w grupie piątej od 40-100 tys. mieszkańców). – Ubiegłoroczny  sukces, to dla  miasta trzecie już zwycięstwo w ostatnich czterech latach.  W ramach ubiegłorocznego Europejskiego Tygodnia Sportu dla Wszystkich odbyło się w Starachowicach  138 imprez, w których - wróżnych formach aktywności fizycznej - udział wzięło ponad 28 tysięcy osób.

Na pytanie czy warto więc inwestować w sport,  starachowiccy samorządowcy mają jedną odpowiedź: - Oczywiście, że tak. Przecież kultura fizyczna to skuteczne i bardzo motywujące narzędzie mogące pomóc młodzieży w rozwijaniu umiejętności przywódczych, zdolności komunikowania się i zarządzania w sposób nie tylko efektywny, ale i sprawiający przyjemność. Młodzi i dorośli mają gdzie się spotykać, doskonalić swoje umiejętności czy też aktywnie spędzać czas.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:15

Big Brother w głębi puszczy

Napisane przez

Strażnicy polskich lasów ruszyli do walki ze śmieciami. Tropienie sprawców wykroczeń nierzadko przypomina policyjne śledztwo, a kamery bynajmniej nie służą już do obserwowania zwierząt.

W 2011 roku Lasy Państwowe wydały 15 mln złotych na usuwanie dzikich wysypisk śmieci. Złodzieje drewna zaś spowodowali straty w wysokości kolejnych 5 mln złotych. Nikt nie szacuje strat, które wynikają z zatrucia gleby, padającej zwierzyny i mniejszej atrakcyjności turystycznej.

Czasami trudno sobie nawet wyobrazić, jakie przedmioty ludzie potrafią wywieźć do lasu.

– Są osoby, które traktują las jak darmowy magazyn drewna, darmowe miejsca wywozu śmieci, miejsca, gdzie można wejść, i bezkarnie, pozostając niezauważonym przez kogokolwiek, szkodzić środowisku – mówił w rozmowie z „Głosem Koszalińskim" Robert Frutczak, nadleśniczy z Czaplinka w Zachodniopomorskiem. Butelki, opony, reklamówki, resztki jedzenia - to „standardowa" zawartość leśnych wysypisk.

Jak się nie przyznacie, zwolnię wszystkich

– Plagą są niewielkie śmieci po parach, które przyjeżdżają na łono natury w konkretnym celu - mówi Jacek Pychner, strażnik leśny Nadleśnictwa Dojlidy pod Białymstokiem. - Wybierają miejsca w pobliżu miasta: uroczysko Turczyn, Pietrasze, Antoniuk, poligon w okolicy Grabówki czy Solnicki Las. Najczęściej zostawiają po sobie reklamówkę z butelką po piwie, opakowania po chrupkach, mnóstwo ubrudzonych chusteczek higienicznych oraz zużyte prezerwatywy i opakowania po nich - opowiada.

Ale nierzadko zdarzają się w lesie też lodówki, odpady po budowie, czy meble. - Najnowszy przykład to mężczyzna, który wylewał do lasu zawartość szambiarki - opowiada Adam Pietrzak z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Olsztynie. - Dostaliśmy taki sygnał i zamontowaliśmy w tym miejscu kamerę. Po kilku dniach mężczyzna ponownie wylał nieczystości, a my mieliśmy nagraną całą sytuację ze świetnie widoczną rejestracją auta, dzięki czemu szybko go znaleźliśmy. Pietrzak nie ma wątpliwości: kamery w lasach to konieczność. Nie ma bowiem szans, żeby pracownicy Lasów Państwowych byli w stanie sami stale nadzorować cały obszar polskich lasów.

Swoje „pościgi” za sprawcami wykroczeń dokumentują na stronach internetowych leśnicy spod Wałcza. – Straż otrzymuje zgłoszenie o wyrzuconych śmieciach, w których znajdują się opony, zderzak, kartony... W toku oględzin udaje się odnaleźć na kartonie adres kobiety wraz z numerem telefonu. Pani ta wyraża zdziwienie zaistniałą sytuacją – wspomina Dariusz Marchwiak z tamtejszego nadleśnictwa. – Po kilku godzinach otrzymuję telefon. Rozmówcą jest młody mężczyzna, który przyznaje się do popełnienia wykroczenia i deklaruje, że naprawi szkodę – kwituje sprawę.

Ale to nic. W ubiegłym roku na tym samym terenie znaleziono też worki ze śmieciami budowlanymi, głównie resztkami po pracach nad ociepleniem budynku. Tyle że wśród opakowań po klejach, zaprawach czy tynkach trafia się też… opakowanie po pizzy: z ulicą i numerem domu. – Udajemy się pod wskazany adres w Wałczu. Dom świeżo po ociepleniu, chyba mamy szczęście – opisuje Marchwiak. Okazuje się jednak, że właściciele podpisali z wykonawcą prac umowę obejmującą posprzątanie posesji po wykonaniu zlecenia. Trop wiedzie więc do firmy. Jej właściciel proponuje pomoc. – Na drugi dzień zjawia się ponownie i oświadcza, że ustalił sprawcę: to jeden z pracowników. Pokazuje treść wiadomości SMS, którą wysłał do pracowników: „jak się nie przyznacie, to zwalniam wszystkich”. Odpowiedź nadeszła po kilku godzinach: „dobra, to ja” – dodaje.

Zadzwonić do kamery

Kamery bywają więc jedynym wyjściem. Pozwalają zarejestrować np. numery rejestracyjne samochodu, którym poruszają się złodzieje drewna lub śmieciarze, dzięki czemu Straż Leśna może później dotrzeć do takich ludzi. I chociaż 1500 zł za jedno urządzenie to niemało, to jednak inwestycja szybko się zwraca. Mandat za śmiecenie w lesie wynosi średnio 500 zł. Dodatkowo winowajca musi też po sobie posprzątać. Jeśli natomiast będzie się opierał, sprawa automatycznie trafi do sądu, skąd śmiecący może wyjść z rachunkiem w wysokości 5 tys. zł.

W połowie roku polskie lasy były obserwowane przez 24 godziny na dobę przez około 400 kamer. Urządzenia te są montowane w takich miejscach, żeby trudno je było dostrzec, a tym bardziej zniszczyć. Są małe i mają czujnik ruchu, który sprawia, że urządzenie się uruchamia. Dzięki temu może ono pracować bez ładowania baterii nawet kilka dni. Rejestrowany obraz ma bardzo wysoką jakość i dotyczy to zarówno zdjęć robionych w dzień, jak i w nocy. Informację, że kamera rozpoczęła rejestrację obrazu, natychmiast otrzymują strażnicy. Mogą oni obejrzeć obraz na ekranie komputera czy telefonu komórkowego. Kamera bywa też wyposażona w kartę SIM. Dzięki temu strażnik może również zadzwonić do kamery. Brzmi to dziwnie, ale dzięki temu usłyszy wszystko, co dzieje się wokół ukrytego w lesie urządzenia.

Używający kamer strażnicy leśni nie mogą się ich nachwalić. – Udało nam się m.in. przyłapać właściciela pensjonatu, który wywiózł do lasu olbrzymie ilości śmieci. Dzięki nagraniu z kamery nie było żadnych wątpliwości i zbędnych dyskusji – mówi Leszek Szczyrk, komendant posterunku straży leśnej w Lądku Zdroju. - Dotąd trudno było złapać rabusiów na gorącym uczynku. Nawet gdy kogoś złapaliśmy tuż po tym, jak wyrzucił śmieci, mógł się wyprzeć. Ale monitoring to zmienił - mówi Artur Dawidziuk, nadleśniczy z Celestynowa pod Warszawą. - Na nagraniu widoczne są numery rejestracyjne auta i twarz sprawcy. Z pomocą policji z łatwością go namierzamy. Taki delikwent jest kompletnie zaskoczony, gdy pukamy do jego drzwi i karzemy mandatem za zaśmiecanie - opowiada nadleśniczy.

Szkodnicy w kominiarkach

Nie wszyscy są jednak zadowoleni z tego, że również lasy zamieniły się w plan zdjęciowy reality show. Choć strażnicy leśni zapewniają, że uczciwi grzybiarze, czy myśliwi nie mają się czego obawiać, wiele osób uważa, że walka ze śmieciarzami i złodziejami nie usprawiedliwia aż takiego wkraczania w sferę prywatną. W połowie listopada górale z graniczących z Tatrzańskim Parkiem Narodowym wiosek Murzasichle i Małe Ciche protestowali przeciwko montowaniu przez TPN kamer tuż obok ich gospodarstw. - Są notorycznie podglądani przez park, który w lasach na granicy wsi zainstalował jakieś dziwne urządzenia przypominające kamery - mówił radny Poronina Jan Pawlikowski.

Niektórzy strażnicy leśni nawet przyznają, że kamery to nie tylko korzyści, ale też niebezpieczeństwo. - Tam, gdzie się pojawiły, przestępcy niszczą budki lęgowe ptaków w obawie, że może być w nich kamera. Kierowcy wjeżdżają do lasu z zasłoniętymi tablicami rejestracyjnymi samochodów. Gdy wychodzą z pojazdu, mają zasłonięte twarze. Dlatego nie zawsze udaje się ustalić sprawców, mimo nagrań z kamery - opowiada Hanna Bednarek-Kolasińska, rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Łodzi. Jednak dopóty, dopóki w lasach poniewierają się śmieci oraz grasują złodzieje i kłusownicy, nie ma lepszego wyjścia.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:12

Trudno dojść do ładu

Napisane przez

Chore interpretacje praw własnościowych i regulacyjne niedoróbki owocują kompletną bezradnością gmin w zderzeniu z uzbrojonym w prawo własności „inwestorem”, który buduje miasto wśród pól lub osiedle w śródmiejskim parku lub na rekreacyjnym terenie.

Zdjęła mnie groza, kiedy surfując w sieci trafiłem na wypowiedź (tegoroczną), która, jak sądzę, sporo, choć pewnie nie do końca, wyjaśnia kwestię ładu przestrzennego w Polsce.

Rzecz brzmi następująco:

„Ład przestrzenny nie jest wartością konstytucyjną a prawo własności i działalności gospodarczej tak. Ład przestrzenny wolą obywateli tego kraju, wyrażoną w referendum konstytucyjnym, ma mniejsze znaczenie - dlatego prawo własności właściciela gruntu powinno mieć znaczenie nadrzędne".

Cytuję słowo w słowo. Autora idiotyzmu zidentyfikować się nie udało, co nie zmienia oczywistego faktu, że nawet rzadkie pojawianie się tego rodzaju poglądów potwierdzać musi ich istnienie. Nie może więc pozostawać bez wpływu na rzeczywistość. Tę prawną i tę, najprościej rzecz ujmując, fizyczną.

W objęciach dawnej epoki

Nie sposób nie zauważyć, że w sprawie o ogromnej wadze, jaką jest ład przestrzenny i planowanie zagospodarowania, tkwimy głęboko w niewoli żałosnych prób odreagowania niedawnych zaszłości związanych z państwowym jedynowładztwem w sferze planowania i gospodarki przestrzennej. Kłopot polega na tym, że wahadło przechyliło się nazbyt daleko w kierunku przeciwnym, przekroczyło granicę zdrowego rozsądku i kreuje nowe reguły. Co gorsza towarzyszy temu szczególny rodzaj analfabetyzmu, który - sprzężony ze społecznym zobojętnieniem wobec prawa, pozwala odczytywać jego rygory w sposób dyktowany partykularnymi interesami lub, nie wiadomo, co gorsze, prawdziwymi lub wydumanymi dolegliwościami wynikającymi z przepisów.

Bywa także, że na wyjałowionym ignorancją gruncie wyrastają ideologiczne potworki, płodzone przez tzw. celebrytów, działających w imię interesów osobistych, grupowych (częściej) albo po prostu, żeby na krótko lub dłużej zaistnieć w publicznej świadomości (najczęściej). Miło pewnie, tanim kosztem, robić za gwiazdę.

Być może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że nazbyt często takie zachowania wywierają poważny wpływ na prawną rzeczywistość i mowa tu zarówno o literze, jak i jej interpretacji.

Groza czy przerażenie swoją drogą, ale kontakt z zacytowanym wcześniej bełkotem każe przypomnieć parę „drobiazgów” dotyczących źródeł prawa.

Na początek Konstytucja, która mówi, kiedy i w jaki sposób mogą być nakładane ograniczenia „w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw” oraz stanowi, iż nie mogą one naruszać ich „istoty”. Kolejny artykuł ustawy zasadniczej przesądza, że każdy ma prawo do własności, które może być ograniczone tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza istoty tego prawa.

Ład przestrzenny a zrównoważony rozwój

Wskazując, zapewne nie wszystkie, prawne i faktyczne uwarunkowania, spróbujmy, rzecz łatwa nie jest, zająć się ładem przestrzennym, który przed rokiem 1994 był pojęciem polskiemu prawu nieznanym, zaś sama zbitka słowna pojawiała się od czasu do czasu w dyskusjach architektów i urbanistów, budząc wątpliwości lub stanowiąc przedmiot sporów.

Niedookreślone hasło zapisano w ustawie z 7 lipca 1994 roku, przyjmując, że w zagospodarowaniu przestrzennym należy uwzględniać wymagania ładu przestrzennego, urbanistyki i architektury. Nie pokuszono się wówczas o próbę legalnej definicji, która pojawiła się w rozwiniętej formule dopiero w ustawie z 27 marca 2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym stwierdzając (ważne!!!) w art.1, że ład przestrzenny i zrównoważony rozwój mają być „podstawą działań związanych z kształtowaniem polityki przestrzennej i przeznaczaniem terenów oraz ustalaniem zasad ich zagospodarowania”.

Sama zaś definicja (art.2) powiada, że pod pojęciem ładu przestrzennego rozumieć należy: „…takie ukształtowanie przestrzeni, które tworzy harmonijną całość oraz uwzględnia w uporządkowanych relacjach wszelkie uwarunkowania i wymagania funkcjonalne, społeczno-gospodarcze, środowiskowe, kulturowe oraz kompozycyjno-estetyczne”.

Ustawodawca przyznaje więc w ten sposób nadrzędność wartości określonych jako zrównoważony rozwój i ład przestrzenny, nie dołączając do określenia ładu definicji zrównoważonego rozwoju. Sprawa nie jest prosta. W obiegu powszechnym pojawiło się sporo prób określenia i większość z nich odnosi się, wprost lub pośrednio, do problematyki związanej ze środowiskiem naturalnym i jego ochroną i tematyczna bliskość ładu przestrzennego i zrównoważonego rozwoju wydaje się oczywista.

Warto przypomnieć, że najstarszym i szczególnie mi bliskim, jest to ze znaczeń, którego w wieku XIX używali niemieccy leśnicy, którzy gospodarkę leśną uznawali za roztropną wyłącznie wówczas, kiedy wycina się tylko tyle drzew, ile w ich miejsce może odrosnąć.

Cenię też próbę nieco młodszą i znacznie ogólniejszej natury. W dokumentach ONZ sięga się do ekologii w rozumieniu globalnym. W jednym z nich czytamy:  „Zrównoważony rozwój Ziemi to rozwój, który zaspokaja podstawowe potrzeby wszystkich ludzi oraz zachowuje, chroni i przywraca zdrowie i integralność ekosystemu Ziemi, bez zagrożenia możliwości zaspokojenia potrzeb przyszłych pokoleń i bez przekraczania długookresowych granic pojemności ekosystemu Ziemi".

By ład - ładem pozostał

Nie będzie pewnie odkrywczą teza, że w uproszczonym rozumieniu ład przestrzenny to ważny, może podstawowy, element zrównoważonego rozwoju na poziomie konkretnych obszarów zamieszkałych lub sąsiadujących z ludźmi, mniejszych lub większych aglomeracji, gmin i wiosek. Lokalnych przestrzeni publicznych.

Równie mało odkrywczym będzie stwierdzenie, że polskie planowanie przestrzenne znajduje się w stanie katastrofalnym, zaś próba nazywania rezultatu tego nieszczęścia ładem przestrzennym zakrawa na żart z gatunku czarnego humoru.

Ważny dokument nazwany Koncepcją Polityki Przestrzennego Zagospodarowania Kraju nie pozostawia w tej sprawie najmniejszych wątpliwości. Stało się dobrze, że pojawiła się trafna choć smutna diagnoza.

Czytamy więc, że: : „[...] obecny system planowania przestrzennego, składając się z licznych i niewspółgrających ze sobą elementów, jest nieefektywny, zaś obecne regulacje prawne nie rozwiązują problemów gospodarki przestrzennej. Przeciwnie – wzmacniają niekorzystne zjawiska, blokując szanse rozwojowe, sprzyjają rozpraszaniu zabudowy i ekstensywnemu wykorzystaniu przestrzeni, powodują straty cennych przyrodniczo terenów w miastach i ich otoczeniu ".

Sama żywa prawda i szkoda tylko, że pojawia się tak późno, w zaawansowanym stadium choroby.

Źródeł kryzysu w planowaniu przestrzennym jest kilka i układanie rankingu nie wydaje się celowym. Nie ma wszakże wątpliwości, że słabości sektora publicznego pełnią tu rolę decydującą i zderzenie możliwości władz centralnych i samorządów lokalnych na polu gospodarki przestrzennej (także rynku nieruchomości) z wszechwładnym nadliberalizmem gospodarczym kończy się nieuchronnie klęską aparatu państwowego.

Położyć kres bałaganowi

Najtwardsi liberałowie w Europie od dawna mają świadomość wagi planowania przestrzennego i ciągle, od lat, doskonalą rządzące tą sferą prawo. W Polsce, to niedawne dane, co drugie pozwolenie na budowę uzyskiwane jest w drodze administracyjnej decyzji na terenach nieobjętych planem zagospodarowania lub na podstawie miejscowego planu zagospodarowania, który na ogół stanowi żałosną protezę ogólnego, sensownego i racjonalnego planu.

Drugim czynnikiem, szkodzącym ładowi przestrzennemu, jest wymagający, od dawna zresztą, ostrej interwencji sektora publicznego, ułomny rynek nieruchomości, który do wolnego rynku ma się nijak, podatny jest poważnie na spekulacyjne działania a, tu i ówdzie, żywcem przypomina finansowe piramidy. Chore interpretacje praw własnościowych i regulacyjne niedoróbki owocują kompletną bezradnością gmin, mniejszych i dużych, w zderzeniu z uzbrojonym w prawo własności „inwestorem”, który buduje miasto wśród pól lub osiedle w śródmiejskim parku lub na rekreacyjnym terenie.

Najwyższa pora położyć kres przestrzennemu bałaganowi. Trzeba do tego silnego wsparcia społecznego, które wymusi na państwowym aparacie podjęcie w trybie pilnym działań na rzecz zmian prawa, rozwoju technik planistycznych (o europejskie wzorce nietrudno), monitorowania procesów przestrzennych. Nie zmartwi mnie, że ktoś zechce te propozycje nazwać namawianiem do interwencjonizmu. To jedyna ścieżka, która otwiera szansę na powrót praworządności. Zacząć by wypadało od wykreślenia z polskiego prawa administracyjnych decyzji w sprawie zagospodarowania terenu.

Ład pilnie potrzebny – w życiu, przestrzeni. Wszędzie.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:09

Sprawozdania budżetowe

Napisane przez

Duża ilość różnorodnych sprawozdań, składanych przez jednostki samorządu terytorialnego, stanowi spory kłopot dla służb finansowych. Jednakże pozwalają one na bieżące kontrolowanie stanu realizacji budżetu przez kierowników jednostek, stając się ważnym instrumentem zarządzania. 

W finansach publicznych obowiązuje szereg zasad, spośród których dwie traktowane są w sposób szczególny. Pierwsza z nich to zasada jawności, natomiast druga - przejrzystości tychże finansów. Jawność debat budżetowych jest realizowana przez publikację danych dotyczących finansów publicznych i udostępnianie corocznych sprawozdań jednostek należących do sektora tychże finansów. Ponadto publicznie ogłasza się ustawy budżetowe i uchwały budżetowe oraz kwoty dotyczące np. długu publicznego.

Druga z zasad wiąże się z obowiązkowym stosowaniem jednolitej klasyfikacji budżetowej, jednakowych reguł rachunkowości i sprawozdawczości jednostek sektora finansów publicznych.

Jako że rozpoczynamy nowy rok, nadchodzi czas wszelakich podsumowań minionego, 2012 roku. Dlatego chciałbym pochylić się nad zagadnieniem sprawozdawczości budżetowej jednostek samorządu terytorialnego. Zagadnienie to wiąże się zarówno z zasadą jawności, jak i przejrzystości finansów publicznych.

Bilanse i rachunki wyników

Jednostki sektora finansów publicznych, w tym oczywiście jednostki samorządu terytorialnego, w oparciu o przepisy ustawy o rachunkowości, są zobowiązane do przygotowywania na koniec roku budżetowego sprawozdań finansowych, analogicznych do sprawozdań przygotowywanych przez podmioty gospodarcze. Dotyczy to bilansu i rachunku wyników. Podobnie jak w przypadku jednostek gospodarczych, podlegają one badaniu przez biegłego rewidenta[1].

Specyfiką jednostek sektora finansów publicznych jest obowiązek sporządzania sprawozdań budżetowych na podstawie przepisów szczególnych, wydanych w oparciu o ustawę o finansach publicznych[2]. Sprawozdania wymagane w oparciu o przepisy rozporządzenia Ministra Finansów określane są za pomocą symboli literowych – Rb oraz dodatkowo kodu literowo-cyfrowego, charakterystycznego dla rodzaju sprawozdania. 

Jednostki samorządu terytorialnego składają sprawozdania o uzyskiwanych dochodach, wydatkach, sprawozdania o nadwyżce i deficycie jednostki, wykonaniu planów finansowych zakładów budżetowych, sprawozdania z dochodów i wydatków na wydzielonym rachunku jednostek oświatowych, o dotacjach i wydatkach związanych z realizacją zadań zleconych z zakresu administracji rządowej oraz innych zadań zleconych jednostkom samorządu terytorialnego ustawami, o poniesionych wydatkach strukturalnych oraz o stanie środków na rachunkach bankowych.   

Sprawozdania z dochodów

Sprawozdanie o wykonaniu planu dochodów jednostki samorządu terytorialnego – Rb-27S jest sprawozdaniem miesięcznym lub rocznym. Jednostka samorządu terytorialnego wykazuje kwoty z tytułu dochodów podatkowych i niepodatkowych pobieranych przez jednostki, dochodów własnych jednostek budżetowych, należnych udziałów w podatku dochodowym od osób prawnych oraz od osób fizycznych, przekazywanych z rachunku budżetu państwa na rachunek gminy, powiatu czy województwa, dotacji i subwencji otrzymywanych przez jednostkę samorządu terytorialnego.

Obok wspomnianego sprawozdania w zakresie uzyskiwanych dochodów, jednostka przygotowuje sprawozdanie kwartalne z wykonania planu dochodów, związanych z realizacją zadań z zakresu działań administracji rządowej oraz innych zadań zleconych jednostkom samorządu terytorialnego ustawami – Rb 27ZZ. Sprawozdania te obejmują środki odprowadzane do budżetu państwa i w związku z tym niewykazywane w sprawozdaniu z wykonania planu dochodów jednostki samorządu terytorialnego (Rb-27S). Nie dotyczy to 5% tych dochodów, które przysługują jednostce samorządu terytorialnego z tytułu realizacji zadań zleconych i stają się jej dochodami.

Sprawozdania z realizacji dochodów podatkowych

Gminy i miasta na prawach powiatu przygotowują dodatkowo półroczne i roczne sprawozdania Rb-PDP z wykonania dochodów podatkowych. W sprawozdaniu tym wykazywane jest wykonanie dochodów podatkowych, w tym udział w podatku dochodowym od osób fizycznych i prawnych oraz podatków należnych gminie, jak podatek od czynności cywilnoprawnych.

Przygotowywane przez jednostki samorządu terytorialnego podstawowe sprawozdanie z wykonania planu wydatków – Rb28S jest, podobnie jak sprawozdanie o dochodach, sprawozdaniem miesięcznym lub rocznym. Przy czym warto zaznaczyć, że sprawozdania miesięczne, przygotowywane po zakończeniu kwartału, mają większą szczegółowość. W pozostałych miesiącach sprawozdanie zawiera wyłącznie informacje na temat planu i wykonania wydatków.

Sprawozdania za miesiąc marzec, czerwiec, wrzesień oraz sprawozdanie roczne obejmują również pozycje:

- zaangażowanie, czyli środki związane zawartymi umowami,

- zobowiązania ogółem, czyli środki wynikające z otrzymanych faktur,

- zobowiązania wymagalne – niezapłacone środki, których termin płatności upłynął w okresie sprawozdawczym,

- wydatki niewygasające, ustalone w drodze uchwały organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego, wypełniane tylko w sprawozdaniu rocznym.

Sprawozdania z dotacji i wydatków

Wykonując zadania zlecone z zakresu administracji rządowej i inne zadania zlecone ustawami, jednostki samorządu terytorialnego zobowiązane są do przygotowania sprawozdań dotyczących dotacji i wydatków zrealizowanych w tym zakresie – Rb-50. Sprawozdania te sporządza się odrębnie dla dotacji, odrębnie dla wydatków. Po stronie planu wykazywany jest plan zgodny z przyznaną z budżetu państwa dotacją. Po stronie realizacji, w przypadku sprawozdania dotyczącego dotacji, wykazuje się wielkość środków przekazanych przez wojewodę. Natomiast w sprawozdaniu o wydatkach - wysokość zrealizowanych wydatków w ramach otrzymanych z budżetu środków.

Problem związany z przygotowaniem tego sprawozdania mają jednostki samorządu terytorialnego, które realizację zadań rządowych dofinansowują z własnych środków. Jest to sytuacja sprzeczna z ideą zlecania zadań rządowych, na które, niezbędne z zasady środki winny być przekazywane z budżetu państwa. To powoduje, że dysponenci środków z budżetu państwa nie dopuszczają możliwości wykazywania w sprawozdaniu Rb-50 środków własnych jednostki samorządu terytorialnego. To z kolei sprawia, że w ewidencji budżetu państwa wszystko się zgadza i problem niedofinansowania zadań rządowych nie istnieje. Nie zgadza się natomiast wielkość zrealizowanych w tych pozycjach wydatków wykazanych w sprawozdaniach jednostki samorządu terytorialnego Rb-50 i Rb-28S.

Sprawozdania samorządowych zakładów budżetowych

Gminy, w których funkcjonują samorządowe zakłady budżetowe, przygotowują półroczne lub roczne sprawozdania z wykonania planów finansowych samorządowych zakładów budżetowych Rb-30S.

Wymienione sprawozdania są sporządzane w pełnej klasyfikacji budżetowej[3], a więc z uwzględnieniem działów, rozdziałów oraz paragrafów klasyfikacji budżetowej. Odpowiada to szczegółowości wymaganej dla planów finansowych, przygotowywanych w oparciu o uchwałę budżetową jednostki samorządu terytorialnego. Taka szczegółowość sprawozdania pozwala na bardzo dokładną analizę wykonywania budżetu w poszczególnych pozycjach.   

Sprawozdanie o nadwyżce i deficycie

Kolejnym sprawozdaniem sporządzanym przez jednostki samorządu terytorialnego, jest kwartalne sprawozdanie o nadwyżce lub deficycie jednostki – Rb-NDS. Sprawozdanie to zawiera kwoty dochodów oraz wydatków, zgodne z danymi zawartymi w wymienionych wcześniej sprawozdaniach o wykonaniu planu dochodów i wydatków budżetowych. Różnica między dochodami a wydatkami stanowi nadwyżkę lub deficyt jednostki samorządu terytorialnego, oczywiście w zależności od tego, która z tych wielkości jest większa. W pozycji „planowany deficyt” lub „nadwyżka” wykazywana jest planowana różnica między dochodami a wydatkami w danym roku, zgodnie z dokonanymi w okresie sprawozdawczym zmianami budżetowymi. W sprawozdaniu tym wykazywane są jednocześnie przychody i rozchody budżetowe. Te pierwsze wskazują na źródło pokrycia deficytu budżetowego, np. kredyty, pożyczki czy obligacje. Rozchody związane są ze spłatą zobowiązań, a więc spłatami rat kredytu, wykupem obligacji.

Sprawozdanie o stanie zobowiązań

Jednostki samorządu terytorialnego zobowiązane są również do składania kwartalnych sprawozdań o stanie zobowiązań – Rb-Z oraz o stanie należności Rb-N. W sprawozdaniu o stanie zobowiązań należy wykazać wartość nominalną zobowiązań jednostki na koniec danego okresu sprawozdawczego według tytułów dłużnych (układ przedmiotowy) oraz wobec grup wierzycieli (układ podmiotowy). Podobne wymagania stosuje się również do wykazywanego stanu należności w sprawozdaniu Rb-N. Podział wg. tytułów dłużnych obejmuje:

- papiery wartościowe

- kredyty i pożyczki

- depozyty, np. wadia czy zabezpieczenie należytego wykonania umowy

- wymagalne zobowiązania, np. z tytułu niezapłaconych faktur,

udzielonych poręczeń.

Roczne sprawozdanie o stanie środków

Listę sprawozdań wymaganych od jednostek samorządu terytorialnego zamyka roczne sprawozdanie o stanie środków na rachunkach jednostek samorządu terytorialnego Rb-ST.

Sporządzając sprawozdanie budżetowe, należy kierować się kilkoma zasadami. Po pierwsze, sprawozdania powinny być sporządzone rzetelnie pod względem merytorycznym i formalno-rachunkowym. Wielkości zawarte w sprawozdaniu powinny odpowiadać zapisom w ewidencji księgowej. Niezgodność w tym zakresie stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Kwoty wykazywane po stronie planu winny odpowiadać aktualnemu planowi (po zmianach), natomiast po stronie realizacji powinno się wpisać kwotę aktualną realizacji, narastającą od początku roku budżetowego.

Sprawozdania jednostkowe i zbiorcze

Sprawozdania należy sporządzać w sposób czytelny i trwały. Podpisy na sprawozdaniach składa się w miejscu oznaczonym, odręcznie, na każdym formularzu. Pod podpisem umieszcza się pieczątkę z imieniem i nazwiskiem osoby podpisującej.

Sprawozdania jednostkowe sporządzane są na podstawie ewidencji księgowej jednostki i przekazywane są do zarządu jednostki samorządu terytorialnego, w przypadku gmin - do wójta, miast - burmistrza czy prezydenta miasta. Organ wykonawczy jednostki samorządu terytorialnego sporządza sprawozdanie zbiorcze, które przekazuje do regionalnej izby obrachunkowej. Sprawozdania Rb-50 oraz Rb-ZZ, związane z realizacją zadań z zakresu administracji rządowej oraz innych zadań zleconych jednostkom samorządu terytorialnego ustawami z zakresu administracji rządowej, przekazywane są przede wszystkim do dysponentów środków budżetowych, przekazujących dotację, głównie do wojewodów.

Jednostki otrzymujące sprawozdania są obowiązane sprawdzić je pod względem formalno-rachunkowym. Są także uprawnione do kontrolowania merytorycznej prawidłowości złożonych sprawozdań. W tym celu mogą żądać przedstawienia wskazanych ksiąg rachunkowych i dokumentów.

Duża ilość różnorodnych sprawozdań składanych przez jednostki samorządu terytorialnego stanowi spory kłopot dla służb finansowych. Jednakże pozwalają one na bieżące kontrolowanie stanu realizacji budżetu przez kierowników jednostek, stając się ważnym instrumentem zarządzania. 

 

Przypominamy:

  • Do 10 stycznia jednostki składają sprawozdanie Rb-27S i Rb-28S za grudzień do Urzędu Gminy, starostwa powiatowego i województwa. 
  • Do 22 stycznia zarządy jednostek samorządu terytorialnego składają sprawozdania do regionalnych izb obrachunkowych,
  • Do 31 stycznia jednostki składają do Urzędu Gminy, starostwa powiatowego i województwa sprawozdanie Rb-ZZ - za cztery kwartały.
  • Do 10 lutego zarządy jednostki samorządu terytorialnego składają sprawozdania Rb-ZZ do wojewodów i regionalnych izb obrachunkowych.
  • Do 31 stycznia jednostki składają do Urzędu Gminy, starostwa powiatowego i województwa sprawozdanie Rb-50 - za cztery kwartały.
  • Do 15 lutego zarządy jednostki samorządu terytorialnego składają sprawozdania Rb-50 do wojewodów i regionalnych izb obrachunkowych.
  • Do 1 lutego jednostki składają roczne sprawozdanie Rb-27S i Rb-28S do Urzędu Gminy, starostwa powiatowego i województwa. 
  • Do 23 lutego zarządy jednostek samorządu terytorialnego składają zbiorcze roczne sprawozdania do regionalnych izb obrachunkowych,


[1] Na podstawie rozdz. 7 ustawy z 29 września 1994 r. o rachunkowości

[2]Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 3 lutego 2010 r. w sprawie sprawozdawczości budżetowej

 

 

[3] Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 2 marca 2010 r w sprawie szczegółowej klasyfikacji dochodów, wydatków, przychodów i rozchodów oraz środków pochodzących ze źródeł zagranicznych

niedziela, 27 styczeń 2013 22:07

EWUŚ SIĘ RODZI! SYSTEM TRUCHLEJE!

Napisane przez

Kto najczęściej jest wykazywany przez system jako nieubezpieczony, mimo regularnego uiszczania składek? Osoby, które choć dzień przebywały na zwolnieniu lekarskim albo są zgłoszone do ubezpieczenia „przy kimś”, a ten ktoś korzysta z L4, natychmiast „ wypadają” z ewidencji.

Proszę bardzo, stało się! W stajence betlejemskiej narodziło się Dzieciątko, a w NFZ na świat przyszła/przyszedł EWUŚ! Jak na noworodka przystało, trochę narobiła/narobił zamieszania. Ponoć ledwie się pojawił/pojawiła, już wrzeszczał/wrzeszczała na czerwono, śmiał/śmiała się na zielono. Najpierw jednak ustalmy, jakiej płci jest to maleństwo. Może dojdziemy po imieniu? Ta EWUŚ, a może ten EWUŚ - to podobieństwo do: CZARUŚ?

Pewnie komuś natchnionemu chodziło o oddanie hołdu byłej minister zdrowia. Za to na przykład, że czasami nie lubiła lekarzy. Proza życia zmusza nas do powrotu na ziemię. Okazuje się po krótkim dochodzeniu, że jednak nie mamy do czynienia ze zdrobnieniem od imienia Ewa. EWUŚ to akronim od słów: elektroniczna weryfikacja uprawnień świadczeniobiorców. Jak zatem widać zdecydowanie EWUŚ jest płci żeńskiej. Nic dziwnego, że - jak każda kobieta, potrafi nieźle zaskoczyć i namieszać. Ale spokojnie! Cierpliwości, proszę!

Lekarz - detektyw

Obowiązująca lekarza rodzinnego umowa z NFZ nakazuje mu leczenie wyłącznie tych pacjentów, za których odprowadzana jest składka do ZUS czy KRUS. Nie znajduje tu zastosowania konstytucyjne prawo do opieki zdrowotnej ,przysługujące wszystkim obywatelom naszego kraju, dlatego też lekarz rodzinny otrzymuje środki na leczenie konkretnej populacji ubezpieczonych, którzy złożyli deklarację wyboru lekarza. Na kołek należy odwiesić przysięgę Hipokratesa. Na lekarza rodzinnego przerzucono też obowiązek przeprowadzania dochodzenia czy chory posiada przy sobie dowody dotyczące jego prawa do skorzystania z bezpłatnej pomocy lekarskiej.

Pozostając w tej niekomfortowej sytuacji, domagaliśmy się narzędzia do weryfikacji uprawnień do korzystania z bezpłatnych świadczeń medycznych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego? No właśnie! To skąd ta skwaszona mina? Otóż dlatego, że dziecię w powijakach już kuleje!

Wrzaski nowo-rodka

Z niesmakiem 2 stycznia br. patrzyłam na dzierżących w dłoniach dowody osobiste, licznie przybyłych do przychodni malkontentów, póki nie postanowiłam sprawdzić, jak EWUŚ zareaguje na mój PESEL. No i proszę szok! EWUŚ wrzeszczy na czerwono! Jak to? Ja, regularnie płacąca składki ZUS, nie figuruję w wykazie na zaszczytnej zielonej pozycji? Sprawdzam moją zastępczynię i jednocześnie księgową. EWUŚ jej PESEL również wyświetla na czerwono. Śmieje się z nas nielubiąca nowości pielęgniarka praktyki. Poczekaj , poczekaj! Zobaczymy, jak na ciebie zareaguje nowo-rodek! Pielęgniarka przestaje się śmiać, bo i jej się „świeci na czerwono”. Obie kierujemy wzrok pełen oskarżeń na księgową, a ta zaczyna się kajać, zapewniając, że płaci składki na czas i „ tego tak nie zostawi”.

Winny ZUS

Wkrótce okazuje się, kto najczęściej jest wykazywany przez system jako nieubezpieczony, mimo regularnego uiszczania składek. Osoby, które choć dzień przebywały na zwolnieniu lekarskim, albo są zgłoszone do ubezpieczenia „ przy kimś”, a ten ktoś korzysta z L4, natychmiast „ wypadają” z ewidencji.

Jeśli student okresowo podejmie pracę, musi być po jej zakończeniu ponownie zgłoszony do ubezpieczenia zdrowotnego. Podobnie, jeżeli ktoś wykorzystał 180 dni niezdolności do pracy i teraz czeka na komisję przyznającą rentę czy świadczenie rehabilitacyjne, w EWUŚ-u figuruje jako nieubezpieczony. Wina leży po stronie ZUS, gdzie muszą być na bieżąco wprowadzane zmiany w statusie ubezpieczonego. Status pacjenta może się zmieniać w ciągu jednego miesiąca nawet kilka razy, stąd weryfikacja musi być przeprowadzana przy każdej wizycie w przychodni. NFZ otrzymuje przecież dane z ZUS i KRUS.

Na razie wystarcza oświadczenie pacjenta, że ma prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych, a jego pełen pretensji szturm na ZUS nikogo już nie interesuje. Tylko czekać aż usłyszymy w mediach jak okopują się pracownicy ZUS lub jak masowo przebywają na L4 z powodu wyczerpania nerwowego. Na razie mamy okres karencji i, ale już dzisiaj truchleję na myśl, co będzie, jeżeli to EWUŚ zadecyduje, za ilu pacjentów zapłaci mi NFZ.

Zagrożenia dla przychodni

Niestety, natychmiast po przeanalizowaniu sytuacji, straciłam nastrój do żartów. W POZ otrzymujemy miesięczną część rocznej stawki kapitacyjnej, czyli ustalonej przez NFZ i nie podwyższanej od lat kwoty na jednego pacjenta. Ilość środków zależy zatem od liczby osób objętej przeze mnie opieką. Istnieje ryzyko, że błędne czy , o zgrozo, prawidłowe dane z ZUS i KRUS, tak zredukują liczbę moich pacjentów, że stracę płynność finansową, a mieszkańcy mojej gminy zostaną pozbawieni opieki medycznej. Ponoć zależnie od rejonu kraju, struktury wiekowej populacji, gęstości zaludnienia, wielkości miejscowości i wskaźnika bezrobocia, przychodnia może stracić do 40% liczby osób objętych opieką. Takie są szacunkowe dane. Ci, co chętnie obuliby lekarzy w kamasze, już pewnie zacierają ręce z uciechy, ale ich radość jest przedwczesna. Niezależnie od ekipy rządzącej, państwo ma obowiązek zapewnić opiekę zdrowotną swym obywatelom. Co zatem, jeśli EWUŚ stanie się zagrożeniem dla wielu małych przychodni? Również mojej, choć na co dzień pęka w szwach od ilości potrzebujących pomocy pacjentów.

Widzę dwa rozwiązania tej mało komfortowej sytuacji. Przecież pracy mi nie ubędzie przy tak wiekowej i schorowanej populacji, spadną jedynie środki wypłacane przez NFZ zgodnie z kapitacją. Albo zatem należy zwiększyć wysokość stawki kapitacyjnej, by lekarz opiekujący się zredukowaną przez EWUŚ liczbą świadczeniobiorców nie stracił ciągłości finansowej, albo stawkę kapitacyjną uznać za gratyfikację w związku z gotowością do leczenia danej populacji i co miesiąc dodać do niej kwotę za poszczególne usługi, jak: porady w gabinecie, wizyty domowe, bilanse, szczepienia, wypełnianie druków sanatoryjnych, zaświadczeń na grupę niepełnosprawności, powtarzanie leków; z uwzględnieniem osób nieubezpieczonych, ale wymagających natychmiastowej pomocy medycznej.

Co dzięki temu osiągniemy? Moim zdaniem same korzyści, ogromną poprawę w funkcjonowaniu systemu opieki medycznej. Lekarz otrzyma wynagrodzenie za konkretną pracę i nie będzie się bronił przed przyjmowaniem na swą listę osób przewlekle chorych. Solidność zostanie nagrodzona godziwą zapłatą. Chcę podkreślić, że nie chodzi mi o pracę na akord. Dotychczas, moim zdaniem, beniaminkami systemu byli ci, którzy mieli na swoich listach liczną populację zdrowych, młodych obywateli , mieszkających w pobliżu przychodni. W odróżnieniu od nich, po macoszemu traktowani byli medycy z małych, wiejskich miejscowości, na co dzień skazani na leczenie wiekowej, schorowanej populacji, zamieszkującej odległe zakątki gminy.

Wiejskie siłaczki i siłacze

Taki „wiejski” lekarz ma zupełnie inne warunki pracy niż jego „miejscy” lub „wielkomiejscy” koledzy. Medyk, najczęściej działający w pojedynkę, „zna wszystkich”, nie każe więc chorej z grypą czekać na pierwszy wolny termin, tj. za dwa tygodnie. Nawet jeśli sam ledwie żyje, bo od kilku dni walczy z przeziębieniem, a nie ma szansy na zastępstwo, zrezygnuje z przerwy śniadaniowej, by przyjąć tych wszystkich, którzy potrzebują jego pomocy w dniu zgłoszenia. Tu żaden pacjent nie jest anonimowy. Może więc po to przyszła na świat ta, tak wyczekiwana EWUŚ, by decydenci otworzyli oczy na fundamentalne znaczenie POZ w systemie opieki zdrowotnej? To nic, że na razie tylko krzyczy kolorowo, niedługo zacznie raczkować, aby wreszcie stanąć na nogach i oby nie były to nogi gliniane. Dobrze, że wreszcie dysponujemy narzędziem do weryfikacji prawa do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych. Tak długo na to czekaliśmy. Pytanie tylko, czy ten nowo-rodek spełni pokładane w nim nadzieje i czy naprawdę pozwoli w sposób właściwy gospodarować środkami finansowymi, przeznaczonymi na leczenie obywateli naszego kraju.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:03

Trzeba mieć odwagę i pomysł

Napisane przez

Wieś, licząca zaledwie 160 mieszkańców, ma dziś pięć gospodarstw agroturystycznych i nieźle z tego żyje. Jedno z nich, „Siedem Ogrodów”, prowadzą Grażyna i Zdzisław Kugielowie, dla których to nie tylko źródło utrzymania, ale i sposób na życie.

Mimo że Łowicz Wałecki położony jest w pięknie pofalowanym krajobrazie − paśmie najbardziej charakterystycznych dla pojezierza moren czołowych, wznoszących się powyżej 110 m n.p.m., a także w sąsiedztwie jeziora - czystego i zasobnego w ryby, na dodatek w pobliżu rozległych lasów, szczodrych dla grzybiarzy, to wciąż za mało, by do jego odwiedzenia zachęcić masowego turystę.

Gospodarstwo bez ziemi

W 1999 r. Kugielowie, mieszkając jeszcze w Mirosławcu, założyli Stowarzyszenie Agroturystyczne, którego celem było ściągnięcie na tereny położone wokół Wałcza turystów. Zapisało się do organizacji wiele osób, ale ze wspólnego wyjazdu członków stowarzyszenia na Kaszuby, gdzie gospodarstwa agroturystyczne w tamtym czasie nieźle już prosperowały, wniosek wynikał tylko taki, że pracy jest dużo, ale gwarancji na szybkie i pewne zyski niewiele – opowiada pani Grażyna. Z czasem członkowie-założyciele się wykruszyli i choć formalnie stowarzyszenie nadal widnieje w rejestrze sądowym, od dawna jest martwe.

Początki dzisiejszego, wyjątkowego gospodarstwa były dość nietypowe, bo w tamtym czasie państwo Kugielowie nie posiadali… ziemi. Pierwszy trzyhektarowy „kawałek” kupili dopiero w 2002 r.

− Wówczas, jeszcze przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej, niewiele się mówiło o dotacjach i popularyzowaniu turystyki agroturystycznej, ale, gdy tylko pojawiła się szansa na pozyskanie pieniędzy z zewnętrznych źródeł, zaraz po nie sięgnęłam – mówi Grażyna Kugiel.

− Urząd Miasta w Mirosławcu zorganizował spotkanie połączone ze szkoleniem, jak pozyskać dotację z zewnętrznych funduszy. Jednocześnie odezwała się do mnie firma z propozycją napisania projektu – kontynuuje pani Grażyna. – Skontaktowałam się z nią już prywatnie. Firma ta napisała projekt i w 2005 r. udało się nam uzyskać pierwsze dofinansowanie. Moje marzenie o rozwijaniu terenów wiejskich idealnie wpisało się w priorytety Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Ale – jak podkreśla pani Grażyna – na początku nie było łatwo, a dla nas okazało się … pułapką. Nie pomyśleliśmy z mężem o zrobieniu kosztorysu, nie znaliśmy się na gospodarowaniu funduszami, bo przecież dotacje unijne spełniają marzenia tylko w połowie, resztę trzeba wyłożyć samemu! Mimo zaciągniętych kredytów, nie daliśmy rady i musieliśmy sprzedać mieszkanie w Mirosławcu. Za uzyskane pieniądze dokończyliśmy pierwszy dom, zakupiliśmy do niego wyposażenie, zatrudniliśmy pracowników, i - co najważniejsze, przyjechali pierwsi turyści!

Krok po kroku

W tym czasie Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa prowadziła dla rolników 5-letni unijny program rozwojowy zaplanowany na lata 2007−13. I znowu państwo Kugielowie napisali projekt i wystąpili o dofinansowanie na budowę kolejnego domu. Tym razem dotacja wynosiła 100 tys. zł. Za te pieniądze powstały dwa domy – mniejszy i większy.

W 2010 r. po raz trzeci złożyli wniosek do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Tym razem, po uzyskaniu funduszy, wykopali dwa półhektarowe stawy. Nazwali swój projekt „Siedem Ogrodów”. W gospodarstwie pracowało już wtedy ośmioro pracowników.

W tym też roku nadeszły kolejne pieniądze z funduszy unijnych. Najpierw kolejny wniosek Kugielów trafił do Lidera Wałeckiego, skąd został przekazany do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Kolejne, uzyskane z tego źródła środki przeznaczono na zakup sprzętu sportowego, przede wszystkim kajaków, ale też grilla, śpiworów, namiotów i samochodu dostawczego. Kosztowało to łącznie 76 tys. zł.

Z unijnych funduszy Kugielowie pozyskali także dotację na budowę… pieca chlebowego.

Pieniądze to tylko początek

Lada dzień będą rozliczone kolejne dwa wnioski, w tym jeden, zgłoszony w ramach projektu promującego gospodarstwa rybackie: „Wrzuć i złów”.

− Pieniądze te zostaną przeznaczone na zarybienie stawów, dokończenie już budowanej stodoły − „Rybnej chaty” – i „Domu Rybaka”, który ma być miejscem spotkań wędkarzy. Będą mieli tu warunki nie tylko do połowu ryb, ale też wędzenia, grillowania czy pieczenia – wymienia plany kolejnych przedsięwzięć pani Grażyna.

Tradycją „Siedmiu Ogrodów” stały się też warsztaty kulinarne, a marzeniem pani Grażyny jest wypromowanie rybnego produktu regionalnego. Na rejestrację już czekają pierogi według jej przepisu.

Na tym dotacje unijne się nie kończą. W „Siedmiu Ogrodach” mają miejsce również szkolenia. Do tej pory odbyło się ich sześć i były finansowane z budżetu unijnego za pośrednictwem Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Szczecinie. Na warsztatach, wchodzących w skład tego projektu, można nauczyć się tworzyć ceramikę, haftować, zgłębiać tajniki zielarstwa, ale i hodować zioła, czy poznawać ich właściwości lecznicze. Każdy uczestnik takiego szkolenia otrzymuje książkę o ziołach i odpowiednie nasiona, a po ukończeniu kursu – certyfikat zielarza.

Na kursach organizowanych przez panią Grażynę można się też nauczyć robienia patchworków, dekoracji potraw i stołu, malowania na porcelanie i jedwabiu, wyplatania wiklinowych koszy czy rzeźbienia w… arbuzie. Te umiejętności uczestniczki kursu miały okazję zaprezentować 22 września ubiegłego roku na dożynkach w Orlu. Popularnością cieszyło się zwłaszcza szkolenie z zakresu oszczędnego gospodarowania, m.in. zajęcia , jak zamienić drogie produkty kosmetyczne na „metody babek”, czyli np. jak czyścić szyby octem.

Tego typu szkolenia wsparte są również spotkaniami z psychologiem, bo dotyczą głównie kobiet długotrwale bezrobotnych. I choć na pierwszy rzut oka podobne umiejętności pań w niewielkim stopniu mogą wpłynąć na sytuację na rynku pracy, to jednak kobiety ze wsi chcą się tych przydatnych rzeczy uczyć. Czasami wśród uczestniczek można spotkać naprawdę wyjątkowe talenty.

Najważniejszy jest pomysł

Warto też wspomnieć, że Ośrodek Pomocy Społecznej w Wałczu wybrał „Siedem Ogrodów” jako miejsce realizacji własnego projektu, wspartego funduszami unijnymi, skierowanego do osób niepełnosprawnych.

Dzisiaj w gospodarstwie Grażyny i Zdzisława Kugielów, wybudowanym przy pomocy funduszy unijnych, stoi pięć dużych domów: „Myśliwego”, „Młynarza”, „Biesiadny”, „Ogrodnika” i „Wiatrak”. W ogrodach można spotkać liczne domki z tzw. małej architektury. Warto dodać, że „skromne” trzy hektary przedsiębiorczy właściciele powiększyli do dziesięciu. Dobiega końca budowa dużej jadalni, którą stawia Patryk − syn Kugielów. To obiekt również częściowo sfinansowany ze środków unijnych.

Do sukcesów państwa Kugielów trzeba dopisać dwukrotne pierwsze miejsce w kategorii „Ośrodek”, przyznane na barzkowickich Targach Agro Pomerania województwa zachodniopomorskiego w 2008 r. i ubiegłoroczną nagrodę, przyznaną na targach, które odbyły się w dniach 8−9 września 2012 r., a także drugie miejsce z 2009 r. Gospodarzy najbardziej jednak cieszy liczna rzesza miłośników agroturystyki. Jest ich tak wielu, że często korzystają z zaplecza sąsiednich gospodarstw.

Trzeba mieć odwagę

Na pytanie, czy warto się starać o dotacje unijne, Grażyna Kugiel podkreśla, że trzeba mieć odwagę. Gdy startuje się bez własnych pieniędzy, to - dodaje pół żartem, pół serio: − Trzeba się zorientować, co można zastawić. Kredyt niesie ryzyko, a czasy są ciężkie. Sięganie po unijne dotacje to również szereg innych problemów, o których zwłaszcza na początku nie ma się zielonego pojęcia. Trzeba przebrnąć przez masę formalności. – Osobom niezdecydowanym nie polecam tej drogi – zaznacza pani Grażyna – bo… wycofać się nie można.

Anna Cebula

„Siedem Ogrodów” nagrodzone

„Siedem Ogrodów” otrzymało 9 września 2012 r. 1. miejsce w kategorii „Ośrodek” w konkursie „Zielone Lato”, obejmującym województwo zachodniopomorskie.

Konkurs organizowany jest w ramach Barzkowickich Targów Rolnych Agro Pomerania, które w tym roku odbyły się po raz dwudziesty piąty. Zwyciężczyni – Grażyna Kugiel, która stworzyła „Siedem Ogrodów”, otrzymała na zakończenie trzydniowych targów, nie tylko puchary, ale również wielkoekranowy telewizor, nawozy sztuczne, barometr, mapę województwa zachodniopomorskiego oraz książkę prezentującą produkty regionalne wyróżniane na targach Agro Pomerania. Nagrody Grażynie Kugiel wręczyli m.in. wojewoda zachodniopomorski, dyrektor Zachodniopomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego oraz starosta powiatu wałeckiego Bogdan Wankiewicz. 

niedziela, 27 styczeń 2013 20:53

Samorząd ukryty w telefonie

Napisane przez

Nie ma już chyba w Polsce gminy, która nie miałaby swojej strony internetowej. Teraz samorządy czeka kolejna rewolucja: Internet przenosi się do telefonów. Strona gminy powinna być dostępna także na ekranie komórki.

Słupki rosną w zawrotnym tempie. Jeszcze w czerwcu 2011 roku smartfon, czyli telefon komórkowy z systemem operacyjnym, posiadało 14 proc. Polaków. W 2012 roku udział tego typu urządzeń w rynku telefonów komórkowych osiągnął 49 proc. Według badań firmy analitycznej Strategy Analytics w 2015 roku 65 proc. telefonów na polskim rynku będzie smartfonami. Równie szybo rośnie też liczba użytkowników tabletów, czyli mobilnych urządzeń z dotykowymi ekranami.

To oznacza, że coraz więcej osób szuka informacji w Internecie nie za pomocą stacjonarnych komputerów, ale w urządzeniach przenośnych. Ich główną zaletą jest to, że można mieć je zawsze przy sobie, ale wadą, że Internet bezprzewodowy jest zazwyczaj wolniejszy. Dlatego tradycyjne strony internetowe niezbyt wygodnie ogląda się na ekranie telefonu. Rozwiązaniem są „lekkie" wersje witryn, nieobciążające zbytnio przesyłu danych lub mobilne aplikacje specjalnie tworzone w systemach operacyjnych obsługujących smartofny. Te ostatnie zdobywają coraz większą popularność, bo w pełni wykorzystują możliwości telefonów nowej generacji.

Wrocław w telefonie

Na nowy trend odpowiadają już pierwsze samorządy. Wiosną 2012 roku zrobiło się głośno o aplikacjach wypuszczonych przez miasta gospodarzy Euro 2012. Największą karierę zrobił program „Wrocław. Przewodnik miejski". - W czerwcu przez trzy tygodnie była to druga najczęściej ściągana aplikacja w polskim AppStore - mówi Bartek Mielecki z firmy Amistad, która specjalizuje się w oprogramowaniu dla smartfonów. AppStore to sklep, z którego ściągają programy użytkownicy telefonu firmy Apple z systemem operacyjnym iOS.Jedne aplikacje są w nim płatne, inne, jak te, wydawane przez samorządy - darmowe.

Popularność przygotowanej także po angielsku aplikacji dla Wrocławia nakręcili oczywiście kibice, którzy przyjechali dopingować swoje drużyny na Euro. - Na Zachodzie Europy, ale też w Stanach Zjednoczonych, takie rozwiązania to standard. Aplikacje miast i regionów bardzo popularne są m.in. w Niemczech - mówi Marcin Cholewiński z firmy AT Group. Aplikacje kierowane są zarówno do mieszkańców, jak i do turystów odwiedzających dany region. Wielu z nich zaczyna wakacje od ściągnięcia na swój telefon lokalnego programu turystycznego.

Jak to działa

Co mieszkaniec czy turysta znajdzie w takie aplikacji? Przede wszystkim przydatne informacje, które umieszcza się na zwykłej stronie internetowej: adresy i godziny działania urzędów, sklepów czy przychodni. Do tego opisy atrakcji turystycznych, galerię zdjęć, mapę regionu. Informacje o lokalnych pubach, restauracjach, kalendarium wydarzeń artystycznych i sportowych czy w końcu lokalną pogodę.

To jednak podstawowy zestaw, który można właściwie dowolnie rozbudowywać.

Firma Amistad opracowuje szlaki turystyczne i umieszcza je w specjalnym programie dla turystów. Niedawno na zlecenie niewielkiej gminy Turawa powstała aplikacja ze szlakami wokół największej jej atrakcji: Jeziora Turawskiego. eJanosik to aplikacja oprowadzająca po Zakopanem, Podhalu i Tatrach. Jej użytkownikom przysługują zniżki w lokalach gastronomicznych czy na wyciągach, więc do współtworzenia programu udało się wciągnąć lokalnych przedsiębiorców.

Zabawa w zwiedzanie

Większe miasta chętnie zamieszczają w aplikacjach rozkład jazdy komunikacji. Jeszcze dalej poszły Tychy, których program na bieżąco informuje użytkowników o remontach dróg i zalecanych objazdach. - Pracownik urzędu w prosty sposób nanosi zmiany z poziomu komputera i te od razu pojawiają się na ekranach telefonów mieszkańców - mówi Mielecki.

Mobilna technologia daje możliwość nie tylko tradycyjnego zwiedzania, ale i wciągającej zabawy połączonej z poznawaniem miasta. Pionierskie przedsięwzięcie prowadzą cztery gminy z Małopolski: Lanckorona, Stryszów, Mucharz i Kalwaria Zebrzydowska. Na ich terenie działa Stowarzyszenie Lokalnej Grupy Działania Gościniec 4 Żywiołów, które wymyśliło i zamówiło pierwszą w Polsce aplikację z questami. Questy to inaczej wyprawy odkrywców.

Turysta, który ściągnie sobie aplikację, już nie tylko biernie zwiedza miasto, ale musi je dokładnie spenetrować w poszukiwaniu „skarbu”. - Zabawa zaczyna się po wybraniu jednej z czterech gmin. Zaczynamy w centralnym punkcie i program daje wskazówki, jak dojść do kolejnych liter hasła. Całe hasło, czyli „skarb" zdobędziemy po przemierzeniu całej trasy - mówi Ewa Frosztęga ze stowarzyszenia Gościniec 4 Żywiołów.

Aplikacja działa na smartfonach i tabletach z systemem Android, wykorzystuje system GPS oraz mapy. Można z niej korzystać w trybie offline, a więc nie jest potrzebne stałe połączenie z Internetem. Zabawa jest dostępna dopiero od października, więc na razie trudno mówić o wymiernych jej efektach. W małopolskich gminach liczą, że zdobędzie ona popularność wraz z nowym sezonem turystycznym.  

Aplikacje pod strzechy

Prawdziwy boom na programy samorządów na smarfony dopiero nas czeka. Do tej pory aplikacje powstawały na zamówienie konkretnego klienta, a koszty negocjowane były indywidualnie. Od jesieni dostępny jest uniwersalny program Mobilny Samorząd, który można w łatwy sposób dostosować do potrzeb konkretnej gminy czy powiatu - wystarczy wprowadzić potrzebne dane i zdjęcia z charakterystycznymi punktami regionu - i mobilna wizytówka miasta gotowa. Podstawowa wersja programu kosztuje 10 tys. zł netto i zawiera dziewięć modułów: 1. Miejsca (np. zabytki warte odwiedzenia, restauracje, stacje benzynowe), 2. Mapa regionu, 3. Informacje o Gminie, 4. Aktualności, 5. Wydarzenia, 6. Pogoda, 7. Galeria zdjęć, 8. Mobilny urząd, 9. Dodaj treść (mieszkańcy czy turyści mogą zgłaszać swoje uwagi.)

- Oczywiście to tylko podstawowy zestaw, który można właściwie dowolnie rozbudowywać. Albo od razu, albo po pewnym czasie użytkowania aplikacji - mówi Marcin Cholewiński z AT Group. Mobilny Samorząd dostępny jest od października i już zainteresowało się programem kilkanaście miejscowości: od dużych miast, po małe gminy.

Eksperci są jednak zgodni, że przygotowanie aplikacji to dopiero pierwszy krok do sukcesu. Później trzeba jeszcze ją rozpowszechnić wśród mieszkańców.

- Samorządy często robią błąd, rezerwując środki na aplikację, ale zaniedbując jej promocję - mówi Bartek Mielecki z firmy Amistad. Przykładem dobrej promocji jest znowu Wrocław, który solidnie przyłożył się do zadania. W efekcie dziś jego aplikacja ma 20 tysięcy aktywnych użytkowników.

Ostatnim już zagadnieniem, które trzeba przewidzieć, jest stałe aktualizowanie aplikacji. Ktoś musi wpisywać do niej nowe wydarzenia w regionie czy informacje z życia gminy. Możliwości są dwie: można zamówić stałą obsługę w firmie tworzącej aplikację lub powierzyć to zadanie pracownikowi urzędu. Wraz z programem gmina dostaje wygodny interfejs, za pomocą którego aktualizowanie wydarzeń czy bazy miejsc w regionie jest bardzo proste i intuicyjne. Istnieje też możliwość, aby aplikacja korzystała z tej samej bazy danych, co strona internetowa samorządu, a nawet stacjonarne infomaty. Wówczas aktualizowane informacje pojawiają się od razu na wszystkich nośnikach.

Ważne, żeby nie zapominać o częstych aktualizacjach i zamieszczać je na bieżąco. W czasach, gdy Internet każdy może już mieć w telefonie, użytkownicy z pewnością szybko wytkną każde niedociągnięcie. 

niedziela, 27 styczeń 2013 20:49

Promocja zarządza rozwojem

Napisane przez

z profesorem Eugeniuszem Sobczakiem, z twórcą Rankingu Zrównoważonego Rozwoju Jednostek Samorządu Terytorialnego, rozmawia Mariusz Janik

MARIUSZ JANIK: W jakiej kondycji są dziś polskie samorządy?

PROF. EUGENIUSZ SOBCZAK: Różnej. Zależy, gdzie patrzeć: są samorządy słabe i mocne. Mocne to te, w których jest dobry zarząd. Najlepiej widać to w wielkich miastach – np. Warszawie czy Wrocławiu.

W tym drugim przypadku sytuacja jest nawet bardziej ewidentna, tym bardziej, że dolnośląskie nie stanowi typowego regionu zachodniego – tamtejsza ludność przybyła tam przede wszystkim ze Wschodu. Mamy na zachodzie kraju kilka podobnych regionów, m.in. zachodniopomorskie i lubuskie. Ale najlepiej wśród nich rozwija się dolnośląskie. Dla porównania, zachodniopomorskie spadło poniżej ogólnopolskiej średniej, np. pod względem poziomu PKB na głowę mieszkańca. Tymczasem dolnośląskie pozostaje pod tym względem na 3. miejscu w Polsce, przeskakując nawet wielkopolskie. Twierdzę, że zależy to od kwestii przywództwa.

To skala makro, całe regiony. A jak sytuacja wygląda w skali mikro? Na poziomie gmin?

Można tu przyjąć kryterium dochodów własnych. Są gminy, takie jak Kleszczów, mające 90-procentowy udział dochodów własnych. Ta, mierząc wartością budżetu per capita, najbogatsza w Polsce gmina, ma niesamowicie wysokie wydatki na projekty rozwojowe. Istnieją też gminy bardzo bogate z oczywistych powodów – np. Warszawa, mająca również 80 proc. dochodów własnych. Na poziomie 70 proc. pozostają Wrocław czy Poznań. Te gminy bynajmniej nie balansują na krawędzi.

Ale spotykamy i takie gminy, które w olbrzymim stopniu – sięgającym 60-70 proc. – zależą od dotacji czy subwencji. Weźmy Krosno – fantastycznie się rozwija, liczba pracujących na 1000 mieszkańców sięga 520 (w Warszawie ten sam wskaźnik sytuuje się na poziomie 480). Tyle że Krosno wykazuje się niebywale niskim udziałem dochodów własnych – około 45 proc. A więc, by domknąć budżet, musi pozyskać z budżetu centralnego, funduszy strukturalnych lub innych źródeł aż 55 proc. potrzebnych pieniędzy.

A długi, w których jakoby mają tonąć polskie samorządy?

Ustawa stanowi, że nie mogą one przekroczyć 60 proc. wielkości budżetu (od 2013 roku gminy pod tym względem będą oceniane indywidualnie, na podstawie dochodów bieżących, powiększonych o wartość sprzedaży majątku minus wydatki bieżące w relacji do wartości budżetu). Gminy, które dochodzą do tego progu, pozostają w trudnej sytuacji. Te, które były gospodarzami np. Euro 2012, teraz będą musiały spowolnić rozwój. Ale mamy też przykłady przeciwne: w tym roku, wśród powiatów grodzkich, na trzecie miejsce – z czwartej dziesiątki – awansował Przemyśl. Stało się tak dlatego, że pozyskał ogromne środki z unijnych funduszy strukturalnych – co zwiększyło nakłady na projekty rozwojowe.

W małych miastach też znajdziemy pozytywne przykłady. Mława – położona peryferyjnie w stosunku do metropolii – po wielu zabiegach ściągnęła koncern LG. Kleszczów już zastanawia się nad tym, co robić, gdy żywot tamtejszej kopalni dobiegnie końca. Ma już elektrownię, rozwija infrastrukturę społeczną, ściąga inwestorów. Część miast w okolicach Warszawy, takich jak: Grodzisk Mazowiecki, Pruszków czy Otwock, rozwija się dobrze. Ale spotykamy tam też i takie, które zalicza się do najsłabiej rozwiniętych w Polsce. Z kolei Legionowo czy Wołomin, które korzystają z rynku pracy w Warszawie – pozyskują tam pracujących, dzięki czemu powiększają swój udział dochodów własnych, zaniedbują konkurencyjność inwestycyjną. Każda gmina musi więc oszacować swoje możliwości zadłużania się indywidualnie. Po 2013 roku gminy pod tym względem będą oceniane indywidualnie, na podstawie dochodów bieżących, powiększonych o wartość sprzedaży majątku minus wydatki bieżące w relacji do wartości budżetu.

Czyli długi nie są jednoznacznie szkodliwe?

Przeciwnie: bez dźwigni finansowej nie ma rozwoju. Kto ją stosuje – oczywiście, zadłużając się bezpiecznie – będzie rozwijać się szybciej i lepiej niż ten, który jej nie zastosuje. Przyjęliśmy bezpieczny poziom zadłużenia rzędu 60 proc. – i tak jest dobrze. Każda gmina może wyliczyć dokładnie, na ile może się zadłużyć, by nie mieć problemów z  płynnością finansową.

Generalnie polskim gminom bankructwo nie grozi. W skrajnych przypadkach powołany zostanie zarząd komisaryczny, który będzie musiał naprawić to, co zostało zepsute – bo oczywiście, zdarza się, że samorządy zachowują się nieodpowiedzialnie. Czasem to polityka decyduje o ich działaniach, a nie racjonalne, ekonomiczne kalkulowanie. W przypadku, gdy wyborcom podsuwa się kiełbasę wyborczą, można rzeczywiście wpaść w spiralę długów. Ale to rzadkie przypadki. Większość samorządów minimalizuje ryzyko przy podejmowaniu realizacji większych projektów, które wymagają zaciągania kredytów, poprzez proste kalkulacje (np. studium wykonalności). 

Jaką część wydatków samorządu powinny stanowić wydatki na promocję?

To również każda gmina powinna określić indywidualnie. W dużych gminach może to być nawet 5 do 10 procent, w pozostałych jednostkach może być od 2 do 7 proc. Miasta, które osiągnęły sukces, promując swoją markę, przeznaczały od 3 do 5 proc. wydatków budżetowych na promocję.

Promocja jest niesłychanie ważna: to jeden z elementów zarządzania rozwojem. Żeby poprawić konkurencyjność inwestycyjną nie wystarczy bowiem budować infrastrukturę, poprawiać dostępność transportową czy infrastrukturę społeczną poprzez dostęp do edukacji i kultury. Marka miejsca – co jest też treścią konkursu „Markowy Samorząd” – to coś, co powinna wymyśleć sobie każda gmina czy region. To element identyfikacji danego miejsca – nie logo, lecz skojarzenie, hasło promocyjne.

Poznań mówi o sobie, że jest „miastem know-how”. Wrocław jest „miejscem spotkań”. Może Warszawa powinna zostać „miastem innowacji”? W końcu stolica wyróżnia się pod względem uznawanych patentów i innych rozwiązań innowatorskich. Krosno jest „miastem szkła” czy „kryształów” – i wszyscy tak je kojarzymy, co pomaga w eksporcie tamtejszych produktów na rynki zagraniczne, z USA włącznie. Ale to duże jednostki – małe jeszcze nie widzą najczęściej takiej potrzeby. Co więcej, droga do lansowania własnej marki jest ciernista – samorządy czy radni często uznają pieniądze wydane na ten cel za wyrzucone, wójtowie czy prezydenci nierzadko mają problem z uzasadnieniem tego typu wydatków.

Jakim narzędziem są tu konkursy, takie jak „Markowy Samorząd”?

Fantastycznym. Ale żeby miały one stosowną siłę rażenia, trzeba do nich przyciągnąć ogólnopolskie media, zwłaszcza telewizje. Z tym już trudniej, bo stacje gonią wyłącznie za newsami.

Co jest atutem gminy z punktu widzenia inwestorów?

Po pierwsze, infrastruktura techniczna i społeczna, dostępność transportowa. Dostępność informacyjna w dobie Internetu nie jest już tak istotnym czynnikiem. Harmonijny rozwój na rozmaitych polach – np. jeśli Mława zaniedba inwestycje w infrastrukturę społeczną, może kiedyś stracić LG na rzecz innego miejsca. Działania promujące pozytywny wizerunek gminy. Co z tego, że mamy atuty, skoro nikt o nich nie wie.

A z punktu widzenia potencjalnych mieszkańców? Jak sprawić, żeby nasze miasteczka nie pustoszały?

Trzeba dbać o warunki życia i infrastrukturę. Weźmy Legionowo czy Grodzisk Mazowiecki: są dobrze skomunikowane z metropolią, żyje się tam wygodnie. Grodzisk pozyskał park rozrywki Adventure World Warsaw, zabiega o kolejnych inwestorów, tworzy miejsca pracy. A tym, którzy dojeżdżają do Warszawy, oferuje szybkie połączenie kolejką WKD czy dojazd autem. Poza tym to ładne miasteczko, a to ma znaczenie dla mieszkańców, również tych, którzy na co dzień przebywają w Warszawie.

Sztuka ta jest trudniejsza z perspektywy ośrodków położonych bardziej peryferyjnie. Choćby Radom ma olbrzymie kłopoty: dziś mieszka tam 230 pracujących na 1000 mieszkańców. Kilka lat temu miasto miało 230 tysięcy mieszkańców, dziś liczba ta maleje (ujemne saldo migracji) - zbliża się do 200 tysięcy. Tam migracja stanowi olbrzymi problem. To doskonały przykład, że poprawianie dziś konkurencyjności migracyjnej jest nie mniej ważne niż poprawianie konkurencyjności inwestycyjnej. W końcu – jaki sens ma mieszkanie w miejscach, w których nie ma miejsc pracy. I odwrotnie.

Jakie cele powinny sobie wyznaczyć samorządy na najbliższe lata?

Przede wszystkim te, o których już mówiliśmy: konkurencyjność inwestycyjna i migracyjna – czyli poprawianie warunków życia mieszkańców. Ponadto rozwój przedsiębiorczości, ale także efektywność wydatków ponoszonych na projekty rozwojowe, zwłaszcza te, realizujące długoterminowe cele. Ale to w szerokiej perspektywie. W nieco węższej: zwiększanie udziału dochodów własnych w budżecie, np. dookreślenie, na jakich inwestorach nam zależy, tworzących miejsca pracy wysoko- czy niskoproduktywne. Warszawa stawia na tych pierwszych, ze statystyk wynika, że Krosno – na tych drugich. Trzeba więc zdecydować się na „rodzaj inwestora” – produktywny, innowacyjny, bardziej czy mniej?

I pamiętajmy, wyznaczenie celów powinno być poprzedzone diagnozą rozwoju i jego bieżącego stanu. Dobra diagnoza pozwala formułować dobre cele strategiczne, określić projekty, ułożyć je w hierarchię. Zależy też od zasobów, w tym finansowych. Ważne jest utrzymanie ciągłości działań rozwojowych – to jeden z istotnych warunków rozwoju. Tam, gdzie zarządy zmieniają się co cztery lata, tam też często co cztery lata zmieniają się cele. A to niedobrze. Z drugiej strony, w Wielkopolsce takie zjawisko nie występuje, za to czasem widać, że tamtejsze jednostki nie proponują nowych projektów – mają już infrastrukturę, techniczną i społeczną – ale nie mają pomysłu na to, co dalej. Nadmierne uporządkowanie celów też może być słabością. Ale póki co, obyśmy tylko takie problemy mieli.

Mariusz Janik

 

Konkurs markowy samorząd to nowa inicjatywa Wolters KluwerPolska, służąca promocji dobrych

praktyk w Samorządzie. Konkurs adresowany jest do wszystkich Jednostek Samorządu Terytorialnego: gmin wiejskich, miejsko-wiejskich, miejskich, powiatów i województw

w Polsce. Konkurs pozwoli wyróżnić i nagrodzić Jednostki Samorządu Terytorialnego, którym udało się wypracować własną markę, rozwijają ją i konsekwentnie budują dobry wizerunek swojego

obszaru lub nawet regionu, a przy tym wyróżniają się dynamicznym rozwojem i dobrymi wskaźnikami

społeczno-ekonomicznymi.

niedziela, 27 styczeń 2013 20:44

Wizerunek urzędu w Internecie

Napisane przez

Jak nas widzą, tak nas piszą… takie popularne powiedzenie można również odnieść do internetowych witryn urzędów. Często na podstawie wyglądu strony internetowej instytucji dokonuje się jej pierwsza ocena. Zastanówmy się zatem, jak takie pozytywne wrażenie zbudować

Wizerunek to sposób, w jaki jesteśmy postrzegani. W Internecie mówimy o tak zwanym e-wizerunku. Jedna z głównych metod jego budowania polega na tworzeniu atrakcyjnych i czytelnych stron internetowych. Jest to niezwykle istotne, ponieważ - zgodnie z wynikiem wielu badań, tekst na ekranie komputera czytamy o około 20% wolniej niż podobny tekst drukowany na papierze. Ponadto, z uwagi na nasze przyzwyczajenia, odruchowo, zaczynamy czytanie treści na ekranie od górnego lewego rogu ekranu. Zupełnie inaczej czynią to na przykład użytkownicy Internetu w krajach arabskich, którzy zaczynają ten proces od górnego prawego rogu ekranu.

Ważne jest, aby witryna internetowa nie była zbieraniną pstrokacizny, świecidełek i innych, tzw. „upiększaczy”. Wtedy na pewno nie będzie ona czytelna. Trzeba ułożyć treść witryny w taki sposób, aby jej czytelnik natychmiast po jej otwarciu widział to, co jest naszym zdaniem najważniejsze. Czcionki nie powinny być zbyt małe i ponadto warto, by pojawiła się możliwość przeskalowywania widoku witryny w zależności od indywidualnych preferencji czytelnika.

Dla uzyskana większej łatwości w poruszaniu się po stronie stosuje się tytuły i podtytuły, punktowanie treści oraz czytelne odwołania do innych adresów stron internetowych. Warto również stosować charakterystyczne piktogramy, czyli znaki graficzne, które mają spełniać rolę odwołań do kolejnych treści. Znakomicie, jeśli kolorystyka strony jest atrakcyjna, ale stonowana. Mieszanie na jednym ekranie nadmiernej ilości kolorów ciepłych szybko zmęczy oczy czytelnika. Z tego powodu taka strona nie będzie zbyt często czytana. Najlepszym chyba rozwiązaniem jest stosowanie bazy kolorystycznej w barwach zimnych, a jedynie akcentowanie ważniejszych treści ciepłymi kolorami, na przykład czerwienią.

Nie zawsze warto też stosować najnowsze nowinki techniczne. W czytaniu treści witryny bardzo przeszkadzają wyskakujące okienka reklamowe, pływające treści, a także uporczywa muzyka w tle. Zawsze trzeba pamiętać o tym, że celem budowania witryny internetowej urzędu jest przekazywanie konkretnych treści oraz udostępnienie wybranych e-usług urzędu.

Zasada dwóch kliknięć

Po przejrzeniu bardzo wielu witryn urzędów widzimy jedną ich cechę wspólną: najczęściej stanowią one elektroniczną wersję tradycyjnej tablicy ogłoszeń urzędu z możliwością zajrzenia do mniej lub lepiej skatalogowanych rodzajów spraw i informacji. Bardzo często brakuje na stronach gradacji informacji i odpowiedniej logiki ich ułożenia. Dla czytelnika takiej witryny jest to zasadnicze utrudnienie w dotarciu do poszukiwanych przez niego treści.

Stosujmy zasadę dwóch kliknięć. Polega ona na tym, że czytelnik po pierwszej odsłonie strony klika maksymalnie dwa razy, przewijając ją do dołu, aby zobaczyć całą jej treść. Oczywiście im mniej kliknięć, tym lepiej. Najlepsze strony są takie, na których w ogóle nie klikamy i już w pierwszej odsłonie możemy zobaczyć ją całą. Strona z jednym kliknięciem (na przykład: www.sejm.gov.pl) jest lepiej zorganizowana niż strona z dwoma kliknięciami. Jeżeli natomiast zmuszamy czytelnika do klikania trzy lub więcej razy, powinniśmy rozważyć przeprojektowanie strony. Traci ona bowiem swoją czytelność i najprawdopodobniej treści ułożone powyżej drugiego kliknięcia będą czytanie stosunkowo rzadziej.

Bardzo często zajętość górnej części strony wynika z faktu, że włodarze poszczególnych urzędów bardzo dbają o to, aby w pierwszej odsłonie strony było widoczne zdjęcie wójta, burmistrza, czy prezydenta miasta. Jawi się zatem pytanie: czy witryna urzędu jest stroną promującą jej szefa, czy też narzędziem komunikacji urzędu z mieszkańcami danego terenu? W naszej opinii chodzi jednak o właściwą komunikację z mieszkańcami. Oczywiście, warto zbudować możliwość dialogu również z władzami urzędu i takowa na wielu witrynach się pojawia. Dzięki temu można budować wokół e-urzędu lokalną społeczność internetową.

BIP i ESP

Obowiązkiem każdego urzędu jest umieszczanie na swojej witrynie internetowej podstrony podmiotowej Biuletynu Informacji Publicznej (BIP). Reguły układu strony podmiotowej BIP oraz wymagania dotyczące grafiki, kolorystyki i czcionek można znaleźć pod adresem http://www.bip.gov.pl/ (przy okazji: strona główna BIP spełnia zasadę dwóch kliknięć).

Na podstawie ustawy o informatyzacji, o której pisaliśmy w grudniowym numerze naszego pisma, na stronach urzędów umieszczana jest elektroniczna skrzynka podawcza systemu ePUAP (ESP). Dzięki tej skrzynce, w połączeniu z profilem zaufanym ePUAP, można zbudować skuteczny kanał komunikacji interesariusza z urzędem. W grudniu wspomnieliśmy o tym, że nie wszystkie urzędy udostępniają na swoich witrynach internetowych ESP. Dlatego też w planowanej nowelizacji ustawy o informatyzacji minister Michał Boni zapowiedział wprowadzenie przepisów, które niejako przymuszą wszystkie urzędy do udostępnienia u siebie ESP z systemu ePUAP. Więcej informacji o tych rozwiązaniach można znaleźć pod adresem: http://epuap.gov.pl/wps/portal/

Ważna wizytówka

Witryna internetowa urzędu stanowi jego ważną wizytówkę. Jest ona również bardzo ważnym medium komunikacji z tym urzędem. Dbajmy zatem o to, aby witryna ta była rzeczywiście przydatna dla interesariusza. Ze strony urzędu powinniśmy w łatwy sposób uzyskać informacje o najważniejszych sprawach lokalnej społeczności oraz o tym, co i w jaki sposób możemy w tym urzędzie załatwić. Powinniśmy również umożliwić naszym mieszkańcom komunikację z miejscowymi włodarzami, a także skuteczne składanie pism drogą elektroniczną.

Współcześnie witryna internetowa urzędu jest dla niego tak samo ważna w codziennym funkcjonowaniu jak papier, drukarka i pieczęć. Trzeba o tym koniecznie pamiętać.

Konkurs dla Czytelników

Czy potrafimy odnaleźć strony internetowe urzędów samorządowych, które spełniają zasadę dwóch lub mniej kliknięć? Prosimy o nadsyłanie do redakcji ich adresów WWW. Będziemy o nich pisać i podawać je jako przykłady do naśladowania. 

niedziela, 27 styczeń 2013 20:42

Sekretariat – wizytówka urzędu

Napisane przez

Sekretariat to jedna najważniejszych przestrzeni w strukturze organizacyjnej urzędów w jednostkach samorządu terytorialnego.

Wielu interesantów, inwestorów, gości i przedstawicieli różnych instytucji, chcąc się spotkać z władzami gminy, powiatu, a nawet i województwa, ma w pierwszym rzędzie do czynienia z sekretariatem. Już ten pierwszy kontakt, na ogół telefoniczny, stanowi wskaźnik jakości pracy w urzędzie, szczególnie dla wielu osób, pochodzących zwłaszcza z małych gmin, które zawsze uzyskują połączenie wyłącznie z sekretariatem. Na sekretarce spoczywa wówczas obowiązek podania numeru wewnętrznego lub odrębnego telefonu stacjonarnego.

Pierwszy telefoniczny kontakt

Rozmowa telefoniczna może być oznaką profesjonalizmu lub jego braku. Sekretarka (w dalszej części tekstu będziemy używać dla uproszczenia tego właśnie terminu, mimo iż osoba kierująca sekretariatem może być asystentką lub asystentem), po odebraniu telefonu, uprzejmie wita dzwoniącego i przedstawia się. Wystarczy powiedzieć: „Dzień dobry, sekretariat burmistrza Złocieńca”. Można dodać swoje imię i nazwisko.

Telefon powinien być odebrany możliwie szybko, w przeciwnym razie dzwoniący może odnieść wrażenie, że nikogo w sekretariacie nie ma lub nie wiadomo, co robi.

Dwie pozytywne przestrzenie

Profesjonalnie urządzony i budzący pozytywne wrażenia sekretariat to bardzo ważny element wizerunku urzędu i jego gospodarza. Część dla interesantów (gości) powinna być oddzielona od części biurowej. Granicę między przestrzeniami może stanowić kontuar lub kompaktowy zestaw meblowy. Część dla gości powinna się składać ze stolika, 1-2 krzeseł i wieszaka (lub szafy) na okrycia. Jeśli gospodarz spóźnia się z przyjęciem umówionego gościa (interesanta), nie każemy mu czekać na zewnątrz. Na stoliku kładziemy aktualną prasę. Powinien znaleźć się tu dziennik o zasięgu krajowym, dziennik regionalny i ewentualnie gazeta lokalna oraz periodyk o tematyce samorządowej. Należy dołożyć starań, by przy doborze prasy nie manifestować wyraźnie poglądów politycznych włodarza, do których ma on co prawda prawo, lecz sam urząd jest najmniej stosownym do tego miejscem. Niewłaściwym byłoby tu także umieszczanie tygodników czy innych czasopism o charakterze towarzysko-plotkarskim.

Wygląd sekretariatu to ważny komunikat

Kolory ścian sekretariatu powinny być stonowane. Jeżeli umieszczamy na nich jakieś obrazy, warto, by były one raczej związane z walorami okolicy. Królować na nich powinien kalendarz wydany przez gminę, powiat lub województwo. Biurko sekretarki musi być zadbane, bez piętrzących się na nim papierów. Wbrew pozorom nie jest to przejaw pracowitości, lecz braku dobrej organizacji pracy. Na biurku nie powinny się także znajdować osobiste pamiątki (np. zdjęcia bliskich w ramkach) i gadżety np. pluszowe zwierzątka. Wystrój całości powinien stwarzać wrażenie „urzędowości”, ale i harmonii oraz osobliwego ciepła, subiektywnie postrzeganego przez interesanta (gościa).

Dobra sekretarka to skarb

O wyglądzie i funkcjonowaniu sekretariatu decyduje sekretarka. To stanowisko niekoniecznie mieści się wysoko w strukturze urzędów samorządowych. W rzeczywistości jednak jest niezwykle ważne. Od sekretarki zależy i wygląd sekretariatu i jego funkcjonowanie, a w rezultacie postrzeganie urzędu. Kompetentna i sprawna sekretarka ma głęboko zakorzenioną świadomość, że jej praca bezpośrednio rzutuje na opinię o urzędzie i jego gospodarzu.

Dziś wobec osoby zajmującej to stanowisko - coraz częściej zasadnie - są formułowane wysokie wymagania. Powinna być to osoba o miłej i pogodnej powierzchowności. Od razu dodajmy, że nie chodzi przy tym o urodę, wiek i sylwetkę. Chodzi o to, by sekretarka, wskutek np. nazbyt ascetycznego wyglądu i pewnej wyniosłości, nie stresowała dodatkowo interesanta.

Ponadto sekretarka powinna być kompetentna i doskonale znać swoje zadania. Dotyczy to szczególnie małych gmin, w których do tego stanowiska przypisane są dodatkowo pewne obowiązki administracyjno-organizacyjne (np. rejestracja przychodzącej i wychodzącej korespondencji, przydział niektórych pism, organizowanie spotkań i różnych narad u burmistrza, pisanie wielu pism okolicznościowych związanych z bieżącą działalnością gospodarza urzędu, planowanie dat świąt różnych służb, imienin VIP-ów, odpowiedzi na zaproszenia, patronaty itp.). Wiąże się to nie tylko ze znajomością reguł dotyczących sporządzania pism urzędowych i okolicznościowych, ale także ze znajomością osób pełniących różne funkcje i godności, znajomością podstawowej tytulatury, precedencji i wielu innych zagadnień.

Sekretarka i języki obce

Sekretarka powinna dość dobrze znać strukturę organizacyjną urzędu, jednostki organizacyjne oraz podległe jednostki samorządowe. Zdarza się, że interesant dodzwonił się do sekretariatu, a zamierzał połączyć się z inną jednostką. Uprzejma sekretarka nie powie, że to pomyłka i na tym poprzestanie, lecz odeśle go pod właściwy adres.

Kompetentna sekretarka posługuje się w stopniu umożliwiającym komunikację choćby jednym językiem zachodnim (zważywszy na zasięg, najlepiej gdy będzie to angielski). Na oficjalnej stronie urzędu jego włodarz widnieje na pierwszym miejscu, pierwsze z nim zatem kontakty obcokrajowca z dotyczą na ogół sekretariatu. Sekretarka może uprzejmie odesłać interesanta do kompetentnego wydziału (jednostki), by jednak to uczynić i cokolwiek wyjaśnić musi w stopniu podstawowym znać język.

Sekretarka, urządzenia biurowe i dyskrecja

Wymaganą umiejętnością na tym stanowisku jest znajomość obsługi urządzeń biurowych, w tym oczywiście licznych zastosowań komputera. Pamiętajmy, iż są jeszcze, nieliczni, ale jednak są, włodarze gmin i powiatów, którzy nie zdążyli zdobyć wiedzy i doświadczenia w tym względzie. Bywa zatem, że oficjalną pocztę elektroniczną gospodarza odbiera sekretarka i to ona pod jego dyktando udziela odpowiedzi. Niekiedy może to wynikać z czasochłonności obowiązku odpowiedzi. Do pożądanych cech osoby na tym stanowisku zaliczymy dyskrecję, bynajmniej nie dlatego że praca gospodarza urzędu obfituje w zachowania wymagające dyskrecji, lecz dlatego że w pracy w urzędzie, na ogół nie z winy gospodarza, zdarzają się różne niezręczności i lapsusy oraz widoczne są różne ludzkie przywary.

Stosowny ubiór

Nienaganna sekretarka ubiera się w ubiór stosowny do powagi instytucji zaufania publicznego. Zatem najkrócej powinny to być: garsonka lub kostium, w bluzce - długie rękawy, spódnice i sukienki sięgające kolan, na nogach pończochy (rajstopy) oraz zakryte obuwie. Skromność ma być cechą dodatków i biżuterii, a także rozcięć w składnikach odzieży. Makijaż i pedicure musi być dyskretny, a fryzura - staranna.

Kompetentna sekretarka posiada jeszcze szereg innych umiejętności zawodowych lub jest w stanie je szybko zdobyć. Należy do nich znajomość podstawowych zasad etykiety i protokołu dotyczącego zachowań w sytuacjach publicznych. Od tak prozaicznej, acz nie zawsze prawidłowo wykonanej czynności, jak podanie napojów gościom, poprzez dobór prezentów, organizację spotkań, zakup kwiatów, zamówienie poprawnej wizytówki dla szefa, dyskretne i umiejętne zwracanie uwagi na wszelkie sprawy rzutujące na jego i urzędu wizerunek, na przygotowaniu bardzo ważnego pisma kończąc.

Na końcu dodam, że bardzo dobra i skromna sekretarka to prawdziwy skarb w urzędzie. Łatwiej zastąpić wielu naczelników i dyrektorów niż jedną - naprawdę kompetentną i sprawną, sekretarkę. Prawdziwości powyższego doświadczyłem i doświadczam po wielokroć jako szef, jako gość i jako interesant.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY