Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 49.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 44.

Grudzień 2012

Grudzień 2012 (7)

piątek, 21 grudzień 2012 12:15

Dylematy służby zdrowia: Rodzinny czy specjalista?

Napisane przez

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Lekarz rodzinny czy specjalista? - oto dylematy polskich pacjentów, którzy próbują odnaleźć się w systemie placówek. Czy faktycznie przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną musi być tak stresujące?

Przed nami koniec roku, ale zanim mieszkańcy miast i miasteczek ruszą do sklepów w poszukiwaniu świątecznych upominków, zapobiegliwie pobiegną do swych przychodni po zapas leków i oczywiście skierowań do poradni specjalistycznych. Lata doświadczeń nakazują zapobiegliwość, bo przecież nikt z pacjentów nie może zawczasu wiedzieć, czy jego lekarz rodzinny będzie miał kontrakt na usługi z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej po Nowym Roku i czy poradnie specjalistyczne, do których chodzą, będą przyjmować zainteresowanych.

Od Annasza do Kajfasza

Przy rejestracji, jak to co roku, w grudniu kłębi się rozjuszony tłum tych, co to „tylko po skierowanie”. Dla białego personelu zaczyna się coroczny zawrót głowy. Jeżeli osoba przewlekle chora dysponuje „Informacją dla lekarza kierującego”, a treści w niej zawarte upoważniają do powtórzenia leków, za ordynację których odpowiedzialność ponosi specjalista, wizyta w praktyce lekarskiej czy NZOZ-ie trwa krótko, a do tego jest miło i przyjemnie. Ba! Nawet starcza czasu na wymianę świątecznych życzeń.

Gorzej, jeśli specjalista nakazał wizytę kontrolną za rok i to z konkretnymi badaniami dodatkowymi. Chory, choć nie jest jeszcze w upragnionej „kolejce oczekujących”, domaga się druku skierowania do poradni odwoławczej. No, tak na wszelki wypadek, by dwa razy nie biegać do przychodni. Lekarz rodzinny buntuje się. „Nie chce mu się pisać!” - wyciąga fałszywy wniosek pacjent. Wyjaśnienia medyka, że przecież list wskazuje na objęcie przez specjalistę stałym leczeniem w wyznaczonym terminie: raz na rok, a to zwalnia z obowiązku ponownego wypisywania skierowania, nie przekonują, bo roszczenie chorego jest konkretne: „Kwit i wychodzę!”. Przed zainteresowanymi kolejny etap przeprawy przez grząski grunt usług medycznych.

- A co z diagnostyką zalecaną w liście od specjalisty?” - nieśmiało pyta pacjent. Oczywiście, w ramach wizyty specjalistycznej skierowania na badania dodatkowe nie wydano, bo skoro wizyta za rok, to specjalista nie wie czy nadal będzie pracował na tzw. umowę z NFZ. Pacjent jest ubezpieczony, więc żąda. Rodzinny zna przepisy, toteż peroruje: „Skoro badania potrzebne są do monitorowania leczenia specjalistycznego, to jak pan myśli, dlaczego lekarz prowadzący dane schorzenie „nie dał skierowania?”. Pacjent słucha, głową kiwa, nie jemu bowiem znać odpowiedź na to trudne pytanie. Wie natomiast, ile kosztuje go to „bezpłatne” leczenie. Duszno mu się robi w tym „rodzinnym” gabinecie. Ma jedno pragnienie, aby jak najszybciej otrzymać niezbędne „kwity” i wyjść.

Dobre serce rodzinnego

Opisana sytuacja to niestety codzienność w poradniach lekarza rodzinnego. Jak potoczy się dalej przytoczona historia? Otóż istnieją dwie możliwości dalszego ciągu tej patowej, na pierwszy rzut oka, konfrontacji. Rodzinny najpierw się nagada, a potem spojrzy na znanego sobie od lat mieszkańca lokalnej społeczności, nie do końca rozumiejącego, dlaczego co roku musi uganiać się za drukiem skierowania i pomyśli:

- Cóż ten chory człowiek jest winien. Po czym po dłuższej, naznaczonej wymownym milczeniem chwili, z miną osoby znękanej przez „niewydolny system”, wypisze skierowanie i do poradni specjalistycznej, i na badania dodatkowe, za które musi zapłacić z puli przeznaczonej na pacjentów leczonych w podstawowej opiece zdrowotnej.

Powroty marnotrawnych synów

Pacjent opuści gabinet usatysfakcjonowany. To nic, że się nasłuchał, jak to „system” przerzuca „całą robotę” na POZ. Nie pierwszy raz był uczestnikiem tego rodzaju utyskiwań. Spogląda na kolejkę przed gabinetem z poczuciem zwycięstwa i rusza po zakupy. Ma upragnione „kwity” w ręku i teraz pozostaje mu tylko czekać, kiedy będą zapisywać do specjalistycznej poradni. W tak zwanym międzyczasie wykona badania laboratoryjne, bo nie przewidzi, że termin do specjalisty wyznaczą mu za… 12 miesięcy. Wróci zatem niczym syn marnotrawny do swego lekarza ze smutną miną, rzuci na biurko wyniki badań i z rozczarowaniem poprosi:

- Lecz mnie pan, bo umrę, zanim się doczekam do tego specjalisty”. Koło się zamyka. Zdezorientowany pacjent. Coraz bardziej wypalony zawodowo lekarz.

Druga strona medalu

Inaczej rzecz się potoczy, jeżeli pacjent trafi w swej macierzystej przychodni na lekarza realizującego umowę z NFZ skrupulatnie i bez zgody na kompromis. Rodzinny wyjaśni choremu, iż - zgodnie z umową z NFZ, ten kieruje na badania, kto leczy, a lekarz rodzinny dołącza wyniki badań potwierdzających konieczność skierowania do specjalisty tylko przed rozpoczęciem leczenia specjalistycznego. Odmówi również wydania kolejnego skierowania w imię „oszczędzania lasów”, bo przecież pacjent został objęty opieką specjalistyczną, na co dowodem jest list z wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej.

W tej sytuacji nie ma zadowolonych. Pacjent wychodzi przybity, bo skoro nie ma skierowania na badania, nie ma z czym ruszać, by się dostać do specjalisty. „Nowego” skierowania też nie dostał, bo ponoć „na stronie Funduszu wisi”, że nie trzeba odnawiać skierowań co roku w przypadku stałego leczenia.

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Rodzinny czy specjalista?”- zastanawia się pacjent. Cóż pozostaje? Zmienić lekarza rodzinnego, a wtedy nie przyznać się do posiadanego listu od specjalisty lub wykonać badania na własny koszt i jakimś cudem dostać się przed jego oblicze. Czy faktycznie tak stresujące musi być przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną?

Don Kichote w sieci punktów

Dla przykładu: wprowadzony od lipca 2011 roku system punktowy, obowiązujący w poradni endokrynologicznej, zdecydowanie preferuje kontynuację diagnostyki i leczenia u tzw. „starych” pacjentów. Grozą napełnia lekarza pacjent, który zgłasza się po raz pierwszy, gdyż zazwyczaj przychodzi z pojedynczym badaniem dodatkowym, wymaga za to zebrania wnikliwego wywiadu i przeprowadzenia dokładnego badania, a także zlecenia mnóstwa badań dodatkowych, a punktów za to jak na lekarstwo. Kolejne wizyty mogą być rozliczone punktowo tylko w przypadku wykonania przez chorego konkretnej diagnostyki. Jej koszty są bardzo wysokie, nie ma bowiem „cen urzędowych”, a to zmusza do takiego lawirowania między zleceniami tzw. wyników, by choć „trochę” zostało dla specjalisty, bo przecież czas Judymów mamy za sobą, a do garnka się satysfakcji nie wrzuci.

Przypomina mi to walkę z wiatrakami. Jest to moim zdaniem droga prowadząca donikąd. Jestem endokrynologiem i przez dwa lata przyjmowałam pacjentów „na NFZ”. Okazało się jednak, że - jako podmiot świadczący usługi dla NFZ, nie mogę mieć podkontraktu na świadczenie usług specjalistycznych i rozstałam się z poradnią.

Dylematy rodzinno-specjalistyczne i kultura

Ogromnie stresujące było dla mnie zliczanie punktów, a co za tym szło, tłumaczenie pacjentom, że nie mogę ich przyjąć, bo mam limit miesięczny. Z ulgą wracałam do pracy w mojej przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, bo tu - przy stawce kawitacyjnej, mogłam przyjąć wszystkich, którzy tego potrzebowali. Oczywiście było mi żal, że nie mogę wykorzystać mojej wiedzy endokrynologicznej, bo wykracza ona poza zakres obowiązków lekarza rodzinnego, ale praca w poradni była dla mnie bardzo przykra. Nie byłam w stanie sprostać wymaganiom chorych, którzy zwyczajnie nie rozumieli obowiązujących w AOS-ie zasad.

„Jak się pani nie chce ludzi leczyć, niech pani odda dyplom”- urągali ci, którzy nie mogli się do mnie dostać. „Co mnie obchodzą jakieś punkty! Jestem ubezpieczony i łaski pani nie robi! Pracować się pani nie chce i tyle!” Nigdy wcześniej nie spotkało mnie tyle niezadowolenia ze strony pacjentów, co podczas tego dwuletniego epizodu. Może jestem naiwna, ale analizując pracę jako endokrynolog, uważam, że specjalista powinien otrzymywać wynagrodzenie za wykonaną przez siebie usługę, na podobieństwo pracy w gabinecie prywatnym, badania dodatkowe zaś, tak jak to się dzieje przy badaniach takich jak TC czy MRI, powinny być finansowane bezpośrednio przez NFZ. Wtedy ceny badań nie byłyby wygórowane, a pacjent nie miałby problemu z realizacją skierowania od specjalisty. Obecnie, jeśli otrzyma zlecenie na pobranie krwi z poradni mieszczącej się przykładowo w mieście wojewódzkim, tylko tam może wykonać diagnostykę w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Rzadko która poradnia ma umowę z ościennymi laboratoriami. Dzięki takiej organizacji „pieniądze zostają w domu”, bo pacjent przeliczy, że zamiast tracić 30 zł na dojazd do laboratorium np. w Szpitalu Wojewódzkim, najpierw spróbuje wymusić „przepisanie” skierowania przez lekarza POZ , a jeśli nie odniesie sukcesu, w ostateczności z bólem serca sam pokryje koszt badań w miejscowym laboratorium.

Węzeł gordyjski systemu

To, co się dzieje dzisiaj, to jeden wielki harmider, a właściwie przerzucanie kosztów na lekarza podstawowej opieki zdrowotnej lub świadczeniobiorcę. Kolejne pomysły decydentów nie przynoszą rozwiązań, a wręcz konfliktują nasze starzejące się społeczeństwo i tak już znękane chorobami cywilizacyjnymi, z osobami niegdyś nazywanymi „służbą zdrowia”, dzisiaj określanymi jako „ świadczeniodawcy usług medycznych”. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że pacjent trafiający w sidła obowiązującego systemu opieki zdrowotnej musi mieć końskie zdrowie, lekarz zaś - sokoli wzrok, by dostrzec potrzeby chorego pośród stosu papierów, przepisów i ewentualnych konsekwencji swoich zaniechań.

A „SYSTEM”? Jak mu tam? Spokojnie! „System” ma się dobrze. Decydenci przecież nie muszą stać w kolejce do specjalisty. „System” zatroszczył się o ich zdrowie, by mogli w dobrostanie fizycznym i psychicznym wymyślać dalsze komplikacje systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. W mediach „System” prezentuje się świetnie, ma coraz ładniejsze twarze i z nosem długim jak u Pinokia wciąż obiecuje, że będzie lepiej.

piątek, 21 grudzień 2012 12:12

Wyzwania dla marszałków w 2013 roku

Napisane przez

Dzięki inwestycjom m.in. w budowę sieci internetowej czy drogowej, rośnie atrakcyjność gospodarcza i turystyczna regionów. To szansa na ich rozwój. Sfinansowanie tych inwestycji to duże wyzwanie dla Zarządów Województw.

Przełom starego i nowego roku kalendarzowego jest dobrą okazją do podsumowań i precyzowania nowych planów. Jest tak w przypadku życia osobistego, czy zawodowego, ale także w odniesieniu do działalności organów samorządowych i państwowych.

Zapytałam marszałków województw o ich oczekiwania względem nowego - 2013 r. - w odniesieniu do regionu, nad którym sprawują pieczę.

Adam Struzik - Marszałek Województwa Mazowieckiego

Bez wątpienia największym wyzwaniem dla naszego województwa w przyszłym roku będzie realizacja projektu „Internet dla Mazowsza”. Zakłada on budowę na terenie Mazowsza światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej oraz sieci dostępowej w 33 miejscowościach. Zapewni ona 95 proc. mieszkańców Mazowsza, a także 100 proc. firm czy instytucji publicznych dostęp do szerokopasmowego Internetu. Stworzy także szansę na dynamiczny rozwój całego regionu - rozwój nowych usług, wzmocnienie przedsiębiorczości, bezpieczeństwa czy edukacji.

Projekt wkroczył właśnie w decydującą fazę. Agencja Rozwoju Mazowsza, która koordynuje inwestycję, ogłosiła w połowie listopada przetarg na wybór partnera w systemie partnerstwa publiczno-prywatnego. Jego rolą będzie nie tylko wybudowanie sieci, ale będzie mógł on także świadczyć usługi za jej pomocą.

Projekt o wartości blisko 500 mln zł, w 85 proc. dofinansuje Unia Europejska. Pozostałe 15 proc. pochodzić będzie z budżetu Samorządu Województwa Mazowieckiego.

Oczekiwane inwestycje w regionach w roku 2013 związane są ze znaczącą poprawą sieci komunikacyjnej i transportowej, z rozwojem potencjału naukowo-badawczego i parków technologicznych. W tle wszystkich planów pozostają pytania o kierunki i zasady wykorzystania przez region pieniędzy z nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020.

 

Rafał Jurkowlaniec – Marszałek Województwa Dolnośląskiego

Już w styczniu 2013 roku zakończymy pierwszy etap realizacji wschodniej obwodnicy Wrocławia, na którym rozpoczęto prace budowlane w roku 2009. Jest to największa inwestycja w 14-letniej historii Samorządu Województwa.

Za 350 mln zł powstaje niemal ośmiokilometrowy odcinek drogi z mostem przez Odrę, dwiema estakadami, dwoma wiaduktami, rondem na skrzyżowaniu z drogą wojewódzką nr 455 w Łanach i wielopoziomowym skrzyżowaniem z drogą krajową nr 94 w Siechnicach.

Pierwsze samochody pojadą nową trasą w marcu 2013 r., po dokonaniu odbiorów i uzyskaniu pozwolenia na jej użytkowanie. Ten pierwszy odcinek obwodnicy ułatwi komunikację mieszkańcom Kamieńca Wrocławskiego, Dobrzykowic, Wojnowa, Siechnic, Radwanic. Skorzystają oni z nowego mostu i - jadąc na południe lub na północ, nie będą musieli przedzierać się przez zatłoczony Most Grunwaldzki. Jednocześnie trwają roboty budowlane na odcinku od Siechnic do ronda w Żernikach i projektowanie pozostałych odcinków obwodnicy, aż do drogi krajowej nr 98 w Długołęce.

 

Wojciech Drożdż – Wicemarszałek Województwa Zachodniopomorskiego

Rok 2013 będzie kluczowy dla określenia kierunków i zasad wykorzystania przez region pieniędzy z nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Liczymy, iż w toku prac podejmowanych przez Urząd Marszałkowski, prowadzonych w ścisłej współpracy z partnerami samorządowymi oraz społeczno-gospodarczymi regionu oraz Ministerstwem Rozwoju Regionalnego, uda nam się przygotować takie założenia działań rozwojowych, które zyskają uznanie Komisji Europejskiej i w efekcie – pozwolą dobrze zainwestować na Pomorzu Zachodnim fundusze europejskie.

W Szczecinie odbędzie się Zlot Żaglowców i finał regat The Tall Ships’ Races, który - według zapowiedzi organizatorów - na początku sierpnia 2013 r. ściągnie do miasta ponad 2 mln turystów! Czeka nas także 19. edycja Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie - imprezy znanej na całym świecie.

Kolejne edycje zachodniopomorskich festiwali, takich jak Karuzela Cooltury w Świnoujściu, Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach czy Zloty Pojazdów Militarnych w Darłowie, Lipianach i Bornym Sulinowie, z pewnością potwierdzą ich popularność wśród mieszkańców Pomorza Zachodniego i turystów. W wymiarze gospodarczym i inwestycyjnym warto wspomnieć o Baltic Business Forum w Świnoujściu – spotkaniu biznesu, nauki oraz administracji publicznej i samorządowej.

 

Mirosław Karapyta - Marszałek Województwa Podkarpackiego

W roku 2013 oczekuję dla Podkarpacia przede wszystkim zakończenia budowy autostrady A-4, gdyż dostępność komunikacyjna regionu oznacza jego większą atrakcyjność dla inwestorów. Przyszły rok to także przygotowania do nowej perspektywy finansowej 2014-2020. Będą one dla samorządu województwa okresem wytężonej pracy. Dla mnie, jako gospodarza regionu, ważnym zadaniem będzie także utworzenie kierunku medycznego na Uniwersytecie Rzeszowskim.

Samorząd województwa liczy również na zakończenie budowy przejścia granicznego z Ukrainą w Budomierzu. Właśnie oddaliśmy drogę prowadzącą do tego przejścia, teraz czekamy na zakończenie inwestycji. Nowe miejsce, w którym będą odprawiani podróżni, znacznie upłynni ruch na polsko-ukraińskiej granicy.

Wiele wydarzeń w 2013 roku będzie bardzo ważnych dla Podkarpacia. Będziemy obchodzić 70. urodziny Lecha Wałęsy, które miałyby się odbyć w Arłamowie, w miejscu, w którym kiedyś prezydent był internowany. Teraz powstaje tam nowoczesne centrum hotelowo-kongresowe, jedno z największych w Europie. Snujemy plany, by do Arłamowa przyjechało około 100 noblistów.

 

Jacek Protas - Marszałek Województwa Warmińsko-mazurskiego

Rok 2013 na Warmii i Mazurach upłynie pod znakiem znaczących inwestycji w infrastrukturze. Obecnie realizujemy dwa wielkie programy, dotyczące usprawnienia powiązań komunikacyjnych w południowo-zachodniej oraz północnej części województwa, co daje łącznie ponad 350 km dróg. Część inwestycji jest już realizowana, rozstrzygamy kolejne przetargi, ale szczyt prac przypadnie na 2013, 2014 oraz połowę 2015 roku. Lepsze drogi, w połączeniu z planowanym na najbliższe lata uruchomieniem regionalnego lotniska w Szymanach, pozwolą na znaczące polepszenie infrastruktury komunikacyjnej na Warmii i Mazurach.

Nie zapominamy też o rowerzystach – już niedługo ruszy budowa trasy rowerowej, biegnącej przez pięć województw Polski Wschodniej. Dzięki temu na Warmii i Mazurach powstanie aż 420 km nowych szlaków.

 

Mieczysław Struk - Marszałek Województwa Pomorskiego

Największe inwestycje wciąż jeszcze przed nami. Należą do nich m.in. budowa Pomorskiej Kolei Metropolitalnej - największe przedsięwzięcie infrastrukturalne pomorskiego samorządu. Rozpoczęcie budowy zaplanowano na 2013 r.

Niezmiernie istotne są inwestycje związane z energetyką. Najważniejsze z nich to planowana budowa elektrowni jądrowej, a także budowy konwencjonalnego źródła energii elektrycznej w rejonie dolnej Wisły oraz terminalu CNG na terenie Portu Gdańskiego. Należy również podkreślić planowany rozwój odnawialnych źródeł energii, szczególnie siłowni wiatrowych na lądzie i na morzu.

Oprócz ważnych inwestycji z zakresu infrastruktury transportowej, niezbędne jest dla nas, mając na uwadze proces budowania konkurencyjności Pomorza, wzmacnianie potencjału badawczo-naukowego oraz rozwój kapitału ludzkiego. Dlatego duży nacisk będziemy nadal kłaść na dynamiczny rozwój parków naukowo-technologicznych, inkubatorów przedsiębiorczości, czy też projektów realizowanych przez pomorskie uczelnie.

 

Marek Woźniak - Marszałek Województwa Wielkopolskiego

Wszystkie inwestycje w budżecie Województwa Wielkopolskiego na 2013 rok zaplanowane są z myślą o kontynuacji dynamicznego rozwoju Wielkopolski, mimo ogólnego kryzysu.

Priorytetem są dla nas inwestycje prorozwojowe, przede wszystkim drogi i transport publiczny, a także zakończenie realizacji przedsięwzięć współfinansowanych ze środków unijnych w okresie programowania 2007-2013.

 

Dziękuję za współpracę rzecznikom i biurom prasowym urzędów marszałkowskich.

 

piątek, 21 grudzień 2012 12:09

Kto kogo? O problemach z pierwszeństwem

Napisane przez

Tylko człowiek obeznany z niuansami precedencji poradzi sobie z problemami, jakie mogą wynikać, zwłaszcza w czasie uroczystości, gdy łatwo o tremę. Warto, by kolejność powitania lub innego honorowania ustalić odpowiednio wcześniej.

Rozwój instytucji stałych poselstw na tle rozwoju etykiety dworskiej, do której monarchowie przywiązywali ogromną wagę, w połączeniu z niemal powszechnym wówczas poglądem o nierówności państw, zrodził problem zasady pierwszeństwa, czyli precedencji.

Od etykiety dworskiej do dyplomacji

Problem ten, traktowany jako bodajże najważniejszy w ówczesnych stosunkach dyplomatycznych, dotyczył hierarchii m.in. przy zajmowaniu miejsca przy stołach, w czasie uroczystości, czy grupowych przemarszów, w czasie przemówień, wznoszenia toastów, składaniu wizyt etc. W średniowieczu i w epokach późniejszych papież - jako głowa władzy duchownej, otwierał listę precedencji. Dopiero za nim sytuował się cesarz, po nim zaś królowie.

W 1516 r. papież Leon X niejako „uporządkował” monarchów, by zażegnać liczne spory w kwestii pierwszeństwa. Oto fragment sporządzonej listy: na czele stoi  papież, potem – cesarz i następca cesarza, za nim - król Francji, król Hiszpanii i dopiero po nich - inni królowie. Listę tychże królów zamykał król Danii, a przed nim - na trzynastym miejscu, znajdował się król Polski. Tak ustalona zasada pierwszeństwa faworyzowała jedne państwa względem innych, wprowadzając niestety liczne animozje.

Logiczne i akceptowane przez większość zasady precedencji wprowadził do świata dyplomacji - jakkolwiek w wielu kwestiach kontrowersyjny – Kongres Wiedeński w 1815 roku. To jego postanowienia legły u podstaw konwencji wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych z 1961 roku.

Etykieta na co dzień

Zasada pierwszeństwa, wprawdzie nie tak rygorystycznie jak w dyplomacji, jest jednak stosowana w różnych grupach społecznych i w różnych dziedzinach życia społecznego. Dotyczy ona określonych zachowań wśród osób różniących się płcią, wiekiem, pozycją zawodową, rolą społeczną i innymi cechami.

Nie trzeba żyć w świecie dyplomacji, by zauważyć, że życie publiczne z udziałem przedstawicieli rozlicznych instytucji władzy i innych instytucji szeroko pojętej organizacji społeczeństwa w wielu przejawach też rządzi się zasadą pierwszeństwa. Owe zasady są np. wyrazem szacunku dla majestatu Rzeczypospolitej uosabianego przez głowę państwa - Prezydenta Rzeczypospolitej. Z jednej strony reguły precedencji to również atencja dla pozycji organów stanowiących i wykonawczych oraz sądowniczych państwa etc., z drugiej zaś stanowią element organizacji społeczeństwa, wprowadzają ład, który eliminuje spory, a te powstałyby niechybnie bez owych regulacji.

Nieznajomość precedencji szkodzi

Nie sposób spotkać dziś przedstawiciela świata polityki, od poziomu centralnego poczynając, na lokalnym kończąc, który nie zetknąłby się z licznymi przykładami lapsusów w tej materii.

Na uroczystościach organizowanych przez centralne organa władzy zdarza się to rzadko. Im jednak niższy jej szczebel, tym trudniej w tym względzie. Wiele razy zdarzało się słyszeć: „witamy parlamentarzystów”, choć na uroczystości było dwoje, nie dwóch. Nierzadko zdarza się, że poseł czy senator honorowany jest za wojewodą. Ileż to razy w małej gminie wójt najpierw honoruje miejscowego plebana, później zaś resztę. Bywa, że zaproszonym gościom organizatorzy w trakcie przyjęcia każą się błąkać wokół stołu. Zdarzało się, że w ogóle nie powitano tych, na których obecności gospodarzom szczególnie zależało, wywołując niekiedy zakłopotanie i konfuzję.

Precedencja pomaga        

Współczesna precedencja kierowniczych stanowisk w państwie opiera się na porządku konstytucyjnym RP. Zgodnie z nim najwyżej usytuowany jest Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Drugie i trzecie miejsce, zgodnie z zasadą zastępstwa, przypada odpowiednio Marszałkowi Sejmu RP i Marszałkowi Senatu RP. Dopiero czwarte miejsce (zasada podległości władzy wykonawczej względem władzy ustawodawczej) przypada Prezesowi Rady Ministrów.

Istnieje powszechna zgoda co do tych czterech wymienionych, najwyższych stanowisk w państwie.

Nie ma dziś jednak w Polsce pełnej zgody co do jednej listy precedencji kierowniczych stanowisk w państwie. Jest ich kilka i praktycznie każdy organ władzy centralnej oraz dodatkowo MSZ stosuje własne zasady precedencji.

Wydaje się, iż najmniej kontrowersji budzi precedencja Kancelarii Rady Ministrów, z tą tylko uwagą, iż do pozycji 27 należałoby dodać stanowisko marszałka.

Mogłoby to wyglądać następująco: w punkcie 27 mają swoje miejsce Wojewodowie i Marszałkowie Województw. Jeśli Kancelaria Prezesa Rady Ministrów stoi na stanowisku, iż prezydenci miast stopnia wojewódzkiego również pełnią kierownicze stanowiska w państwie, słusznym byłoby umieścić ich o pozycję niżej, czyli na 28 miejscu, pozostałe przesuwając. W ten sposób otrzymalibyśmy 30 stanowisk.

APLA

Zasady precedencji (pierwszeństwa) kierowniczych stanowisk w państwie:

 

1.      Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

2.      Marszałek Sejmu RP

3.      Marszałek Senatu RP

4.      Prezes Rady Ministrów

5.      Wicemarszałkowie Sejmu RP

6.      Wicemarszałkowie Senatu RP

7.      Wiceprezesi Rady Ministrów

8.      Ministrowie – członkowie Rady Ministrów

9.      Prezes Trybunału Konstytucyjnego

10. Przewodniczący Trybunału Stanu – Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego

11. Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego

12. Prezes Najwyższej Izby Kontroli

13. Rzecznik Praw Obywatelskich

14. Prezesi (przewodniczący) urzędów, komitetów i komisji sprawujących funkcje urzędów, komitetów i komisji sprawujących funkcje naczelnych lub centralnych organów administracji państwowej

15. Przewodniczący komisji sejmowych

16. Przewodniczący komisji senackich

17. Posłowie na Sejm RP

18. Senatorowie RP

19. Sekretarze Stanu

20. Szef Kancelarii Prezydenta RP

21. Szefowie Kancelarii Sejmu i Senatu

22. Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

23. Prezesi Sądu Najwyższego

24. Podsekretarze Stanu

25. Wojsko – szef Sztabu Generalnego, dowódcy rodzajów wojsk

26. Ambasadorowie RP

27. Wojewodowie i prezydenci miast stopnia wojewódzkiego

28. Zastępcy prezesów/przewodniczących urzędów, komitetów i komisji sprawujących funkcje naczelnych lub centralnych organów administracji państwowej

29. Dyrektorzy generalni

30. Dyrektorzy

 

Lokalne uroczystości

Stanowiska w województwach, powiatach i gminach zasadniczo należałoby umieszczać w kolejności przedstawionej w tabelach.

APLA

Precedencja stanowisk administracji rządowej i samorządowej w województwie:

1.      Wojewoda

2.      Marszałek województwa

3.      Przewodniczący Sejmu Województwa

4.      Wicewojewoda

5.      Prezes Regionalnej Izby Obrachunkowej

6.      Przewodniczący Samorządowego Kolegium Odwoławczego

7.      Wiceprzewodniczący Zarządu Województwa (Wicemarszałek)

8.      Wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa

9.      Członek Zarządu Województwa

10. Radny Województwa

11. Dyrektor Generalny Urzędu Wojewódzkiego

12. Skarbnik województwa

APLA

Precedencja stanowisk samorządowych w powiecie:

1.      Starosta

2.      Przewodniczący Rady Powiatu

3.      Wicestarosta

4.      Wiceprzewodniczący Rady Powiatu

5.      Członek Zarządu Powiatu

6.      Radny Powiatu

7.      Sekretarz Powiatu

8.      Skarbnik Powiatu

 

APLA

Precedencja stanowisk samorządowych w gminie:

1.      Wójt (burmistrz, prezydent)

2.      Przewodniczący rady gminy (miasta)

3.      Zastępca Wójta (burmistrza, prezydenta)

4.      Wiceprzewodniczący rady gminy (miasta)

5.      Radny gminy (miasta)

6.      Sekretarz gminy (miasta)

7.      Skarbnik gminy (miasta)


Należy pamiętać o pewnych uniwersalnych regułach. Po pierwsze: władza ustawodawcza witana jest zawsze przed wykonawczą. Nader często zdarza się jednak, iż gospodarz uroczystości wita wojewodę przed posłem czy senatorem. Parlamentarzystę należy powitać pierwszego. W przypadku równorzędnych stanowisk witamy według płci, następnie w kolejności alfabetycznej lub - w dyplomacji, w zależności od stażu zajmowanego stanowiska. Niekiedy tym kryterium może być wiek.

Zasadniczo - władza świecka przed duchowną

Kolejna zasada to pierwszeństwo szefów przed zastępcami. Nie dotyczy to relacji pomiędzy poszczególnymi szczeblami: wiceszef niższego szczebla terytorialnego (np. województwo) lub organizacyjnego (np. departament) ma pierwszeństwo przed szefem szczebla niższego (powiat, wydział).

Władzy świeckiej należne jest pierwszeństwo przed władzą duchowną. Szczególnie w takich wypadkach należy wykazać się taktem. Obecnych na uroczystościach przedstawicieli Kościoła, w szczególności hierarchów, nigdy nie witamy jako ostatnich, jako że nie pełnią kierowniczych stanowisk w państwie. Wiele zależy tu od miejsca i okoliczności oraz charakteru uroczystości. Pamiętać należy, iż przy pomocy odpowiednich zwrotów dodatkowo honorujemy takiego gościa. Nie dotyczy to oczywiście papieża, któremu przysługuje dodatkowo najwyższy honor należny głowie państwa. Trzeba pamiętać, iż wśród zaproszonych gości często bywają wybitni przedstawiciele świata kultury, nauki i innych „pozapolitycznych” dziedzin życia. Należy przy powitaniu umieścić ich odpowiednio wysoko, nie kierując się sztywno wymogami precedencji, lecz zasługami oraz autorytetem i szacunkiem, jakim dana osoba się cieszy.

Tylko człowiek na co dzień obeznany z niuansami precedencji może poradzić sobie z różnymi problemami, jakie mogą wynikać, zwłaszcza w czasie wielkiej uroczystości, gdy łatwo o tremę i zamieszanie. Warto, by kolejność powitania lub innego honorowania (miejsca za stołem, wbijanie gwoździ do sztandaru itp.) ustalić odpowiednio wcześnie i spisać. W razie zmian na liście przybyłych gości niech odpowiedzialny za kwestie organizacyjne urzędnik pomoże gospodarzowi lub osobie prowadzącej uwzględnić tę sprawę.

W razie zauważenia potknięcia (np. pominięcia ważnego gościa) należy w miarę szybko w sposób szczególnie serdeczny go powitać, przepraszając za nietakt.

Praktyczne, poprawne stosowanie zasad precedencji jest trudne nie tylko dla początkujących. W razie wątpliwości można zawsze zapytać o zasady protokołu osobę odpowiedzialną za tę sprawę w gabinecie wojewody lub marszałka.

piątek, 21 grudzień 2012 12:06

Samorządność reglamentowana

Napisane przez

Samorządowcy liczą, że dojdzie do merytorycznej dyskusji na temat udoskonalenia ustawodawstwa, która miałaby przynieść większą autonomię jednostek. Stawką jest nie tylko ich stabilność finansowa, lecz, co być może ważniejsze, zrównoważone i świadome skutków, stanowione z udziałem wyobraźni, prawo.

W Europejskiej Karcie Samorządu Terytorialnego z r. 1985 czytamy:

„…samorząd terytorialny oznacza prawo i rzeczywistą zdolność społeczności lokalnych, w granicach określonych prawem, do kierowania i zarządzania zasadniczą częścią spraw publicznych na ich wyłączną odpowiedzialność i w interesie ich mieszkańców”.

Z tajemniczych powodów oficjalny, trójjęzyczny (po polsku, angielsku i francusku) dokument potwierdzający ratyfikację Karty przez Rzeczpospolitą Polską w dniu 26 kwietnia 1993 roku, pomija we fragmencie dotyczącym samej koncepcji samorządności (art.3 p.1) magiczne słówko „rzeczywistą” (capacité effective – fr.) i powiada, że oznacza ona „prawo i zdolność społeczności lokalnych”. Pewnie to przypadek, ale praktyka, wraz z wrodzoną podejrzliwością, zasiewa we mnie szczyptę wątpliwości związanych z pisaną bez cudzysłowu rzeczywistością.

Zasięg państwowego nadzoru

Ratyfikacja ratyfikacją, zaś realia podporządkowane rozmaitym uwarunkowaniom nie do końca przystają do pierwotnej, jakże pięknej idei, która widziała samorząd terytorialny jako działającą na szczeblu lokalnym lub regionalnym władzę publiczną, z własnymi wybieralnymi organami uchwałodawczymi i wykonawczymi, bez hierarchicznego jej podporządkowania władzy centralnej. W tym miejscu pojawia się pewien kłopot natury formalno-prawnej, bowiem kompetencje, zakres uprawnień samorządu terytorialnego, ograniczony do spraw regionalnych, jest wytyczany lub, mówiąc wprost, pochodzi od państwa. Mogłoby się zatem wydawać, że wynikający z prawa, centralny, państwowy nadzór sięga wyłącznie sfery legalności działań władzy lokalnej w zakresie dochodów, wydatków, realizacji wszelkiego rodzaju zadań. Elementarna logika wydaje się zatem podpowiadać, że rolą samorządu jest zastępować państwo wszędzie tam, gdzie z uwagi na większą i głębszą znajomość lokalnych, miejscowych warunków wypełni te zadania lepiej od państwa. Kłania się tutaj zasada subsydiarności, którą rozumieć należy prosto – władza publiczna nie powinna przeszkadzać obywatelom, grupom społecznym w podejmowaniu i realizowaniu własnych inicjatyw, czuwając tylko, by nie uchybiały one prawu. W interesującym nas układzie wynika z niej zatem, że wyższy szczebel władzy winien imać się jedynie tych zadań, których realizacji nie podoła, nie jest w stanie wykonywać skutecznie szczebel niższy. Tylko wówczas i jeśli czytać rzecz jak należy, jak każe prawo, nader częste manewry osłabiające opisaną wyżej zdolność budzić muszą wątpliwości. Mówiąc o manewrach, mam na myśli wcale bogaty arsenał środków, które dadzą się podzielić na miękkie (soft law) pod postacią wytycznych, rekomendacji i takich tam różnych zaleceń, poleceń, instrukcji oraz te twarde, czyli ustawy, rozporządzenia i zarządzenia. Dla porządku odnotujmy, że nie zawsze, i jedne i drugie pozostają w zgodzie z duchem ustawy zasadniczej czy ustawy o samorządzie terytorialnym. (dziś, po zmianach, ustawy o samorządzie gminnym).

W poszukiwaniu przyczyn kiepskiego stanu rzeczy wielu teoretyków podejmuje próby przeniesienia odpowiedzialności na dolną strefę społecznej hierarchii.

Partycypacja czy partykularyzm?

Ze wszech miar irytująca jest lektura dyrdymałów, z których ma wynikać, że mamy do czynienia z„deficytem udziału obywateli w sprawowaniu władzy” lub „brakiem społecznej mobilizacji i chęci wzięcia odpowiedzialności za funkcjonowanie wspólnot, regionów”, czego winowajcą  jest „garb poprzedniego ustroju, w którym monokratyczne struktury państwa kontrolowały każdy aspekt funkcjonowania wspólnot lokalnych”.

Ani mi się śni obrona minionego ustroju. Nie znaczy to jednak, że przystaję bez oporu na wątłą merytorycznie diagnozę socjologów od siedmiu boleści, którzy w imię mody lub koniunktury patrzą za siebie, a nie byli uprzejmi spojrzeć w dzień dzisiejszy, by dostrzec znaczną i żwawo rosnącą liczbę ruchów, zrzeszeń, forów, fundacji, które dowodzą istnienia społecznego zainteresowania realnym uczestnictwem w sprawowaniu władzy. Uczestnictwem, które nazwano uczenie partycypacją. Co się zaś tyczy, mało kto zwraca uwagę, że podlega ona wielu uwarunkowaniom, wśród których na szczególną uwagę zasługują, wywodzące się z politycznej sfery, od szczebla najwyższego po najniższy, prawne rozwiązania krępujące samorządność. Mam na myśli całkiem lokalne uwarunkowania wynikające ze znanego powszechnie „liczenia szabel” w radach gmin i miast, partyjne (bardziej trafnie chyba partyjniackie) gry, które niekiedy bardzo skutecznie zastępują społeczną partycypację - partykularyzmem. Nie da się wykluczyć, że to stamtąd właśnie płynie inspiracja do wspomnianych już opowieści o deficycie obywatelskiego udziału, braku społecznej mobilizacji i garbie niesłusznego ustroju. Toż to wymarzone usprawiedliwienie – wy, proszę elektoratu, nie umiecie, nie chce wam się, garb na grzbiecie pozbawił was inicjatywy i kudy wam do partycypacji? My, wybrańcy, zrobimy to za was, będziemy partycypować jak należy, ponieważ przyznaliście nam mandat a jeśli się uda, skoczymy może nieco wyżej i ani się obejrzycie, trafimy do prawdziwej polityki. Niżej się przecież sprawdziliśmy.

Tania popularność

Ograniczenia społecznego udziału w rządzeniu, biorą się czasami zwyczajnie, z prawa.   

Odbywa się to przy pomocy sprytnego zabiegu, polegającego na mnożących się ponad wytyczaną zdrowym rozsądkiem miarę ustawowych, nakładających szereg rygorów regulacjach, dotyczących władz lokalnych, przy jednoczesnym przenoszeniu coraz to nowych zadań oraz decyzji ze szczebla centralnego na lokalny. Zauważmy, że najczęściej nie towarzyszy tym delegacjom równoczesne przeniesienie środków finansowych lub dzieje się to w stopniu daleko niewystarczającym, zaś bez nich (o kasie mowa!!!) gest rozszerzenia samorządowych kompetencji okazuje się być jałową gierką „pod publiczkę”, obliczoną na zyski w postaci taniej popularności. Jak wynika z dwu ostatnich zdań, naprawdę taniej, choć wątpię czy zasłużonej, bowiem nie da się zaprzeczyć, że zła – a są tacy, którzy twierdzą, że dramatyczna - kondycja finansowa  polskich samorządów lokalnych bierze się z ich pogłębiającej się zależności od pozostających w dyspozycji państwa pieniędzy – dotacji, subwencji, wpływów podatkowych.

Od słów – do czynów

Banałem byłoby stwierdzenie, że zadania i wraz z nimi kłopoty, o których mówimy, dotykają z wielu stron i być może nawet w pierwszej kolejności, obszaru o szczególnej wrażliwości i znaczeniu, obszaru finansów. Obejmuje on sporo elementów, wśród których gromadzenie i wydatkowanie publicznych środków przez organy samorządowe i podległe im jednostki dotyczy detalicznie pobierania i gromadzenia dochodów, wydatkowania, finansowania deficytu, zaciągania szerokiego asortymentu zobowiązań angażujących publiczne pieniądze, zarządzania środkami i długiem publicznym.

Na tym właśnie polu zderzenie samorządności z rzeczywistością jest szczególnie ważne i, co tu ukrywać, szczególnie bolesne. Zadania muszą oznaczać wydatki. Te zaś już ogrodzono szeregiem barier prawnych i niewiele lub nic zgoła nie zapowiada ich usunięcia lub przynajmniej obniżenia.

Latem kończącego się wkrótce roku zaświtał pewien promyk nadziei (nie mylić ze światełkiem w tunelu), bowiem alarmujące nieprzerwanie od kilku lat samorządy uznały, że najwyższa pora przejść od słów do czynu i - powoławszy wcześniej Komitet Inicjatywy Ustawodawczej - złożyły do laski marszałkowskiej w dniu 5 lipca b.r. projekt zmian w ustawie o dochodach jednostek samorządu terytorialnego.

Zarówno wcześniejsze sygnały, jak i sama inicjatywa ustawodawcza, powinna być rozumiana jako naturalna reakcja na, już gołym okiem widoczne i pogłębiające się, zachwianie równowagi finansowej samorządów. To rezultat przeniesienia na samorządy większości zadań należących do niedawna do państwa, wśród których na pierwszym planie znalazły się pozycje dotyczące budowy dróg innych niż krajowe, infrastruktury, gospodarki wodno-ściekowej i obiektów użyteczności publicznej.

Konieczny dialog

Równocześnie z przeniesieniem zadań nasze władze centralne zadeklarowały władzom Unii Europejskiej wykorzystanie unijnych funduszów na przedsięwzięcia rozwojowe w wielu sferach, co też się w poważnej mierze stało.

Kłopot wszakże polega na tym, że nie dostrzeżono lub po prostu zapomniano o ważnym europejskim rygorze, który wymusza na beneficjentach tych funduszy współfinansowanie i realizowanie, już własnym sumptem, przedsięwzięć towarzyszących. Wlatach 2005 – 2011 władze centralne wprowadziły liczne zmiany ustawowe, które spowodowały zmniejszenie dochodów własnych jednostek samorządu terytorialnego. Jednocześnie przekazały im nowe zadania albo rozszerzyły zakres zadań realizowanych dotychczas bez odpowiednich zmian w dochodach samorządów.

Towarzyszyła temu, co jest sprawą osobną, rozbudowa do nieznanych dotąd rozmiarów aparatu kontrolnego czyli, nazywając rzecz po imieniu, powiększono biurokrację i liczbę jej funkcjonariuszy. Samorządom nie jest łatwo zmagać się z mnożącymi się obciążeniami. Co więcej, jest to walka nierówna, bowiem władza centralna, zbrojna w twarde i miękkie prawo, już przed pierwszym gongiem posiada przewagę. Samorządowcy liczą, że parlament i władze centralne podejmą zaproponowany przez Inicjatywę Ustawodawczą dialog i dojdzie do merytorycznej dyskusji na temat udoskonalenia ustawodawstwa i większej autonomii dla samorządów. Stawką jest nie tylkostabilność finansowa samorządów, lecz, co być może ważniejsze, zrównoważone i świadome skutków, stanowione z udziałem wyobraźni prawo.

Być może otworzy się wówczasszansa na odnalezienie społecznego poczucia podmiotowości, przywrócenia poczucia odpowiedzialności za siebie, za wspólnotę, za państwo. Może uda się także uniknąć całkiem realnego zagrożenia centralizacją, od której tak niedawno umknęliśmy, pokrzykując gromko: Nigdy więcej!!

Za kilka miesięcy nowa polska samorządność obchodzić będzie dwudziestolecie. To okazja, żeby kilka rzeczy przemyśleć na nowo i powrócić do źródeł, do idei samorządności rzeczywistej. To szansa wyjścia ze świata iluzji stymulowanej poczuciem ważności, płynącej z usytuowania wyżej na niepotrzebnej nikomu hierarchicznej drabinie.

piątek, 21 grudzień 2012 12:04

Sołtys kontra stereotypy. A to kobieta!

Napisane przez

60 lat, ludowy strój na okolicznych imprezach, a w repertuarze - kujawiaczek. Aldona Piaskowska zmienia stereotyp kobiety z kół gospodyń wiejskich.

Z urodzenia jest karsiborżanką, a od ślubu z mężem Andrzejem, czyli 24 lata – kłębowiczanką i chociaż te dwie wsie – Karsibór i Kłębowiec (w gminie Wałcz, w powiecie wałeckim) − dzieli dystans zaledwie pięciu kilometrów, długo walczyła o… szacunek i akceptację w nowym środowisku.

Najpierw chciała zostać pielęgniarką, tyle że po szkole średniej w Złotowie (powiat złotowski, województwo wielkopolskie), kształcącej w tym zawodzie, długo nie mogła znaleźć pracy, więc prawdziwe powołanie odkryła u siebie wtedy, gdy została nauczycielką… wiejską. Ukończyła pedagogikę ogólną, bibliotekoznawstwo, teraz studiuje informatykę. W szkole, w rodzinnym Karsiborze, uczy dzieci od siedmiu lat.

Powołanie do aktywności

We wsi są dwa kościoły, parę domów, popegeerowskie bloki. Taki typowy krajobraz małej wsi z 900 mieszkańcami, ale szkoła ma imię… Unii Europejskiej. Uczęszcza do niej 250 dzieci, a że Aldona Piaskowska prowadzi bibliotekę i świetlicę, zna wszystkich uczniów. Po lekcjach dzieci przychodzą do niej na kółko fotograficzne. Słabszym pomaga podciągnąć się w nauce. Często spotyka się z nimi w świetlicy nawet w soboty. Zaczyna pracę w szkole o ósmej, ale kiedy jakiś dzieciak, przychodzi z prośbą o pomoc, nigdy nie wyciąga grafiku i nie mówi, że właśnie skończyła urzędowanie.

We wsi świetlica stała się miejscem wyjątkowo uczęszczanym. – Wystarczy zapalić światło i już zjawiają się dzieciaki – pani Aldona opisuje zmiany, jakie zaszły za jej sołtysowania. – W świetlicy było też realizowanych kilkanaście działań aktywizujących społeczność wiejską, głównie projekty Lidera Wałeckiego. Moje dotyczyły przede wszystkim dzieci: „Pożyteczne wakacje” w 2008 roku i „Pożyteczne ferie” w 2010 roku.

Od dziesięciu lat, czyli trzecią kadencję, jest sołtysem. − Wystartowałam zupełnie przez przypadek, potrzebny był kontrkandydat – wspomina pierwsze wybory Aldona Piaskowska. – Ktoś zaproponował moją kandydaturę i, bez nachalnej kampanii, wygrałam. Śmieję się, że mi się to wtedy nawet spodobało. Tak zaczęłam działać.

O początkach w samorządzie mówi, że było trudno, szczególnie, kiedy trzeba było coś załatwić w gminie: − Przyszła jakaś młoda i czegoś chce. No i słyszę, że: − Nie! − A czemu nie? − Bo nie!

Szczególny dar przekonywania radnej

Ludzie we wsi mnie zaakceptowali i zaczęli okazywać poparcie, więc po czterech latach wzięłam udział w wyborach do rady gminy. Niemal trzykrotnie, gdy chodzi o liczbę głosów, zdystansowałam drugiego kandydata. W 2010 r. ta różnica się zmniejszyła − do dwukrotnej przewagi.  

W radzie gminy Wałcz zasiada dziesięciu mężczyzn i pięć kobiet. Bez parytetów osiągnęły jedną trzecią głosów. A jak to się ma do rzeczywistości? Kiedy w gminie organizuje się zawody strażackie, jest na nich dziesięciu radnych, jak festiwal potraw tradycyjnych – piętnastu.

Kiedy ma podsumować sukcesy siebie jako radnej, mówi przewrotnie, że decyduje o nich… dar przekonywania. Tyle że na ten dar pracuje i to dosłownie. Kiedy mieszkańcy Kłębowca idą naprawiać ławki, kopać dołki albo jeszcze coś cięższego, też zakasuje rękawy i pracuje razem z nimi.

W radzie została przewodniczącą Komisji Budżetu i członkiem Komisji Oświaty. Kiedy rada w zdecydowanej większości głosowała za uspołecznieniem trzech szkół na terenie gminy, była przeciw: − Zmienią się warunki finansowe nauczycieli i część z nich zrezygnuje z pracy. Ostatnio obserwuje się taką nagonkę na nauczycieli, jakby to była ich wina, że samorządy dostają za małą subwencję na prowadzenie szkół. Rząd zleca zadanie do realizacji samorządowi, nie dając mu na to wystarczających środków, czyli załatwia kwestię edukacji w białych rękawiczkach, bo pretensje z powodu negatywnych zmian w szkołach będą kierowane potem do samorządowców. Gmina zaś musi szukać oszczędności. I szuka.

Animatorka kultury

Aldona Piaskowska mocno angażuje się w Kole Gospodyń Wiejskich.

– Kłębowickie, podobnie jak inne koła, powstało zaraz po wojnie – opowiada jego historię. My nie mamy tutejszych korzeni. Nasi dziadkowie czy rodzice tu przyjechali, najczęściej ze Wschodu, z terenów dzisiejszej Litwy, Białorusi czy Ukrainy. Dlatego nie wykonujemy w kole tradycyjnych pieśni, nie mamy charakterystycznych dla regionu strojów ludowych. Bardziej nasze wspólne działanie skupia się wokół potraw czy talentów plastycznych. Do końca lat 80., dzięki dofinansowywaniu przez gminę, koło mogło się rozwijać. Zastój nastąpił w latach 90. Dopiero od 2006 r. jego działania wspiera Lider Wałecki. Kobiety dokształciły się na animatorów kultury, zaczęły pisać projekty, a te z kolei zaczęły przyciągać ludzi. Panie spotykają się raz w tygodniu, ale i zawsze wtedy, gdy jest potrzeba.

Przez gotowanie do serca

W 2008 r. ruszył w Kłębowcu Pierwszy Festiwal Potraw. Przyjechało osiem kół gospodyń wiejskich z tej samej gminy.

Raz w roku gospodynie uczestniczą w szczecińskich Dniach Dziedzictwa Kulturalnego.

– To naprawdę duża, regionalna impreza. Jedną z atrakcji jest… gotowanie na scenie. Podczas Dni Dziedzictwa w 2011 r. stanęłyśmy do rywalizacji z drużynami reprezentującymi osiem prestiżowych restauracji. Wówczas przyznano nam trzecie miejsce – wymienia sukcesy koła A. Piaskowska.

− W jury, co warto podkreślić, zasiadała Hanna Szymanderska, autorka popularnych książek kulinarnych. Gospodynie mają też na swoim koncie pierwsze miejsce za produkt tradycyjny – czarmun z czarnej porzeczki z cynamonem.

W 2010 r. w Ostrowcu (gmina Wałcz) odbyły się Pierwsze Zachodniopomorskie Spotkania Kulinarne, sfinansowane przez Program Rozwoju Obszarów Wiejskich. – Udało się zorganizować naprawdę dużą imprezę, na którą przyjechali goście z całego województwa – wspomina to wydarzenie Aldona Piaskowska. – Takie jedno wielkie gotowanie pod namiotem. Największym organizacyjnym problemem, logistycznie trudnym do przeprowadzenia, było… ściągnięcie kuchenek gazowych ze wszystkich świetlic w okolicy. W czasie spotkania, poza warsztatami na temat tradycyjnych potraw, odbył się konkurs kulinarny, a gospodynie z niejednego koła przygotowały dwie, a nawet trzy potrawy. Najgorzej było z komisją, która musiała wszystkiego spróbować.

Teraz te kobiety, które gościnnie wtedy przyjechały do Ostrowca, rozpoznają mnie, nawet jeśli spotykamy się w innym zakątku Polski.

Dla innych

W tamtym roku Aldona Piaskowska wzięła na siebie organizację Trzeciego Zachodniopomorskiego Kongresu Odnowy Wsi, który odbył się w Ośrodku Jeździeckim w Kołatniku. Sala miała typowo wiejski wystrój, była ustrojona dożynkowymi wieńcami. Pomagały jej kobiety ze wsi.

Od 2010 r. dorocznie, w maju, uczestniczy w Ogólnopolskich Spotkaniach Organizacji Działających na Obszarach Wiejskich w Marózie. – Na takich spotkaniach „łapie” się pomysły i… pieniądze – śmieje się. – Tak, dzięki nawiązywanym kontaktom, otrzymałam dofinansowanie z Fundacji Wspomagania Wsi na ferie dla dzieci.

Kolejny projekt miał zupełnie inny charakter. W Kłębowcu jest stary, osiemnastowieczny cmentarz ewangelicki, wpisany w 1985 roku przez wojewódzkiego konserwatora do rejestru zabytków. Trzeba było go uporządkować. Wyciąć stare drzewa, podnieść krzyże. Zaktywizowała do pracy pół wsi. Teraz, po „ogarnięciu” go, jak mówi, to miejsce spacerowe.

Kiedyś realizowała projekt, który miał przekonać mieszkańców Kłębowca do sortowania śmieci. Dzieci w świetlicy zrobiły ulotki i plakaty z wypisanym kodeksem ekologicznym i wszyscy razem przeszli przez wieś.

Ciągle nowe wyzwania

– Moim nowym wyzwaniem jest pomoc osobom starszym. W środowisku wiejskim trudno ich było zaktywizować, ale najważniejsze, że znaleźli się chętni. W poniedziałek dla ponaddwudziestoosobowej grupy „sześćdziesiąt plus” prowadzi w szkole kółko informatyczne. Osoby, które na nie przychodzą, założyły już sobie pocztę mailową, potrafią się zalogować i wysłać e-mail. Projekt „Aktywizacja po 60. roku życia” jest wspierany przez Ministerstwo Pracy.

Tyle jest w gminie wydarzeń, spotkań z ludźmi i pomysłów, że raz zgłosiła na swojej komisji w radzie potrzebę wydawania gminnej gazetki. Propozycja się nie przyjęła. − Jako drugi mówił o tym radny z Czechynia i widać miał większą siłę przekonywania, bo tak powstały „Wieści Gminne”, a ja podjęłam się ich redagowania – opisuje swoje kolejne zajęcie A. Piaskowska. – Redaguję je wieczorami i nocami. Czytam wszystkie wiadomości, gdzieś coś usłyszę, to też zamieszczam, piszę o ludziach, których znam, a na deser zostawiam zdjęcie, np. jak któryś z włodarzy zajada się pierogami i… dopisuję do niego historyjkę.

piątek, 21 grudzień 2012 11:56

Budżet samorządów: Walka o pieniądze

Napisane przez

Rok 2012 minął w rytmie zażartej batalii o środki. Samorządy zarówno równoważyły budżety, jak i inwestowały na bazie funduszy krajowych i unijnych. Ale – choć zaprezentowane przez ministerstwo finansów wyniki „w terenie” wyglądają całkiem nieźle – poza wielkimi miastami dominuje w Polsce niepokój o przyszłość.

Dane publikowane w listopadzie i grudniu przez resort finansów kreślą optymistyczny obrazek: po pierwszych trzech kwartałach 2012 roku jednostki samorządowe w Polsce miały nadwyżkę rzędu 7,12 mld złotych – przy planowanym deficycie wysokości 13,5 mld. Co więcej, deficyt ten na koniec roku może się okazać znacznie niższy. Dochody osiągnęły łączną kwotę 131,06 mld – o 4,3 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Zrealizowane dochody własne (63,43 mld zł) były z kolei wyższe o 5,1 proc. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2012 roku niemal 83 proc. samorządów było na plusie: ich dochody były wyższe niż wydatki. Na grudniowej konferencji prasowej Marianna Borowska z Departamentu Finansów Samorządu Terytorialnego Ministerstwa Finansów poinformowała też, że zadłużenie samorządów po trzech kwartałach sięgnęło sumy 64,7 mld zł.

Globalnie – nieźle, lokalnie - trudniej

- Z danych ze sprawozdań jednostek samorządu terytorialnego wynika, że globalnie sytuacja finansowa jednostek nie jest zła. Wskaźniki są zachowywane, dochody wzrosły – mówiła Borowska. – Natomiast w indywidualnych przypadkach to może wyglądać różnie. Są samorządy, które borykają się z trudnościami, mają problemy z płynnością finansową, występują do ministra finansów o pożyczki na programy naprawcze – podkreśliła. Przyczyny takiego stanu rzeczy bywają różne: samorządy przeinwestowują, bywają zmuszone do wzięcia na siebie zobowiązań, np. po likwidowanych ZOZ-ach, a w przypadku powiatów to m.in. konieczność zwrotu środków pobranych z tytułu wydawanych kart pojazdów.

Jednak z perspektywy polskich samorządowców sytuacja nie wygląda już tak różowo. – Nigdy nie miałem tylu sygnałów od kolegów, zwłaszcza ze ściany wschodniej, żeby wspomóc ich choćby na kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo pod koniec roku mają trudną sytuację – mówi nam Krzysztof Iwaniuk, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP oraz członek Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. – W przyszłym roku możemy mieć coraz większy kłopot z wchłanianiem pieniędzy przez samorządy, a to dotknie wszystkich. Ale też nierównomiernie: dysproporcje między poszczególnymi jednostkami – dużymi i małymi miastami, miastami a wsią, itd. – rosną. Niektórzy, nie z własnej winy, nie mają szans na szybki i samodzielny rozwój, coraz trudniej więc mówić o samorządności. Oczekując pogłębionej spójności od Unii, zapominamy, że polityka spójności powinna obowiązywać też w samym kraju – ocenia.

- Rząd częstuje nas kolejnymi zobowiązaniami, ale nie dokłada przy tym kompetencji – podkreśla w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Stanisław Gnosowski, wójt gminy Brojce na Pomorzu. – Weźmy choćby dodatki mieszkaniowe. Do pewnego momentu były na nie środki w budżecie państwa, potem się skończyły i w tej chwili w stu procentach dodatki te są oparte na budżetach gmin – dodaje. Kolejnym jego zmartwieniem jest projekt wprowadzenia podatku dochodowego dla rolników, mającego zastąpić podatek rolny. Choć miałby on obowiązywać już od 2014 roku, na razie nie wiadomo, czy stosowna ustawa zostanie uchwalona w terminie i jakie dokładnie rozwiązania będzie zawierać.

Bariera: udział własny

Skoku cywilizacyjnego, jakiego dokonała ta, również gminno-powiatowa Polska w ostatnich latach, nie sposób kwestionować. Jednocześnie jednak samorządowcy nie ukrywają, że był on możliwy zwłaszcza dzięki funduszom unijnym. – Jedno kryterium jest kluczowe: o udanym dofinansowaniu można mówić wtedy, gdy pozyskuję dużo pieniędzy, a nie zwracam nic. I nam się udaje – zaznacza w rozmowie z nami Eugeniusz Góraj, burmistrz Rawy Mazowieckiej. – Mamy wnioski, m.in. na infrastrukturę edukacyjną, na 8 milionów złotych. Powinniśmy zakończyć projekt w przyszłym roku. Na liście rezerwowej oczekuje też wniosek na rewitalizację jednego z osiedli. 2013 rok powinien być pod względem finansowym okresem „tłustym”.

Istnieje jednak problem, który dla wielu gmin stanowi barierę nie do przeskoczenia: udział własny. – Pieniądze w Brukseli może i są, ale my możemy nie być w stanie „postawić” do każdego projektu tych 25-30 procent wkładu własnego – mówi Stanisław Gnosowski. – Na dodatek mieszkańcy często mówią: przecież Unia daje. Ale to nie takie proste. Na początek trzeba przecież aplikować, zdobyć środki, podpisać umowę. Potem zrobić przetargi i zapłacić wykonawcy. I do tego gmina musi mieć 100 procent funduszy na zapłatę, a zwrot dotacji następuje dopiero później. W naszym przypadku było to czekanie przez dziewięć miesięcy. Wyczekałem i dostałem zwrot, ale ten 9-miesięczny okres był dla nas bardzo trudny – opowiada.

Perspektywa nowej perspektywy

Co gorsze, jak spodziewają się samorządowcy, w kolejnej perspektywie finansowej UE – kluczowej z punktu widzenia m.in. funduszy, z których korzystają polskie samorządy – mogą zostać zapisane cięcia wydatków lub podniesienie wkładu własnego, nawet do progu 40-50 proc. – Tymczasem niektóre samorządy są bardziej zadłużone niż przed poprzednią perspektywą finansową UE – mówi Krzysztof Iwaniuk. – Ze względu na ograniczenia deficytu i nową ustawę o finansach publicznych, nie mają możliwości dalszego kredytowania się na udział własny do zewnętrznych środków. Więc może się zdarzyć, że uda się ocalić i zarezerwować te fundusze, ale my z nich nie skorzystamy – podkreśla.

A skala potencjalnych inwestycji może iść w dziesiątki milionów. – Przez dwa ostatnie lata w same drogi poszło u nas 60 milionów złotych, również w oparciu o fundusze unijne – wylicza w rozmowie z „GMINĄ” Eugeniusz Berezowiec, burmistrz Bielska Podlaskiego. – Ale są rozmaite ograniczenia, wskutek których np. musimy zapewnić 50 proc. funduszy na dane zadanie. I tak, gdy projekt w dokumentach jest szacowany na 16 mln zł, w przetargu schodzi do 11 mln, a dotacja na niego potrafi sięgnąć jedynie 3 mln – szacuje.

Ale bywało też lepiej. Przykładowo, na terenie gminy Brojce władze powiatowe zrealizowały w tym roku projekt modernizacji mostu na drodze powiatowej. Jak szacuje wójt Gnosowski, wartość projektu sięgnęła około miliona złotych, a z tej sumy powiat zdobył w Brukseli około 700 tysięcy. – Tylko ta biurokracja jest straszna – narzeka. – Jednak, kto daje, ten stawia warunki. Tyle że widzę, jak mi szafy z papierami puchną, a ja muszę pilnować, żeby mi ich żadna myszka nie pogryzła, bo niektóre muszą leżeć na wypadek kontroli pięć, dziesięć, albo i więcej lat. Niby mamy informatyzację, ale każda decyzja musi być na papierze i z podpisem – śmieje się.

2013. Rok inwestycji

Trudności i obawy to jedno, ale żaden z pytanych przez nas samorządowców nie ma zamiaru zwalniać tempa. Od ambitnych projektów aż się roi.

- W 2012 roku oddaliśmy wyczekiwaną od lat krytą pływalnię, wybudowaną kosztem 29 mln złotych. Wszystko na wysoki standard, z dostosowaniem dla osób niepełnosprawnych i spa – wspomina burmistrz Eugeniusz Góraj. – W przyszłym roku takich inwestycji będzie nawet więcej. Jesteśmy na półmetku zakończenia pierwszej fazy gospodarki wodno-ściekowej, w tym modernizacji oczyszczalni i przepompowni ścieków, wszystko kosztem 82 mln złotych. W Rawie Mazowieckiej powstanie też żłobek – jako pierwszy element większego kompleksu - centrum wspomagania rozwoju dziecka oraz pomocy osobom niepełnosprawnym i starszym. – Jesteśmy na etapie koncepcji. Zastanawiamy się, czy na 100 czy na 125 miejsc? – mówi Góraj. – Ponadto, po fazie gospodarki wodno-ściekowej muszę przystąpić do rewitalizacji i to będzie dla mnie najważniejsze zadanie na lata 2014-2020, stąd sytuacja w UE ma dla nas kluczowe znaczenie – dodaje.

Bielsk Podlaski ma inne priorytety. – Staramy się o środki na budowę Bielskiego Domu Kultury – mówi Eugeniusz Berezowiec. – Ale mamy też dokumentację na halę sportową. Będziemy również otwierać trzecią już na naszym terenie fabrykę domów. W pierwszej powstają konstrukcje na wzór domów kanadyjskich. Druga tworzy piętrowe domy dla Norwegów. Ta trzecia również będzie produkować na potrzeby Skandynawów: Finów i Norwegów – opowiada.

W mniejszych gminach projekty tylko pozornie są mniejsze. – Mamy 12 milionów budżetu, więc jakie tu projekty mogą być – zastrzega pół żartem, pół serio wójt Gnosowski. – Ale w tej chwili mamy, jak dla mnie ogromny, projekt wodociągowy na 5 milionów. Za 1,3 mln realizujemy też projekt „Rozbudzić pasję w szkołach”. Znalazł się również inwestor, który chce rozbudować biogazownię, tak by uzyskać 1 MW prądu. A co najważniejsze, chce zagospodarować gnojowicę z okolicznej fermy trzody chlewnej – wylicza. Gdy tylko gmina uzyska pozwolenie na budowę, ruszą prace nad dokumentacją potrzebną do podłączenia okolicznych obiektów do biogazowni. – To ciepło z kogeneracji, z gorącej wody spadowej, a więc w miarę tanie. Zabezpieczy osiedle, budynki gminne, szkołę, salę gimnastyczną, budynek urzędu. A jak inni mieszkańcy zobaczą, że jest tanio, może również podłączą się właściciele posesji – mówi Gnosowski.

W Terespolu natomiast, po zażegnaniu problemów budżetowych, myśli się przyszłościowo. – Teraz planujemy jeszcze trochę siłą rozpędu – twierdzi Krzysztof Iwaniuk. – Nasze najważniejsze potrzeby są zaspokojone, ale marzy nam się wejście w programy energetyki odnawialnej: energia solarna, fotowoltaika. Chcielibyśmy wytwarzać własną energię, zwłaszcza słoneczną, chociaż ze strony posiadających sieci przesyłowe spółek skarbu państwa napotykamy bariery. Ale nie ma wyjścia, energia już jest droga i nie chcemy tylko oszczędzać, ale też mieć własne źródła prądu – dodaje. To zresztą nie wszystko: na liście potencjalnych projektów są też: mała retencja, segregacja odpadów, biogazownia, wzmacnianie służb komunalnych.

Mariusz Janik

***

Pewnym pocieszeniem dla samorządowców może być przynajmniej fakt, że w budżecie na rok 2013 przewidziano nieco większą niż w 2012 r. – o 2,7 proc. – subwencję ogólną dla samorządów. Na ich potrzeby rząd przeznaczył 51,5 mld zł subwencji oraz 17,6 mld zł dotacji. Jednak największa część planowanej subwencji będzie przeznaczona na oświatę, a więc na cele, które nie są dziś dla samorządowców najważniejszym wśród priorytetów. Po części jest to jednak wynik podwyżki wynagrodzeń nauczycielskich, która „przeszła” na rok 2013.

Z kolei z puli dotacji blisko 70 proc. ma trafić do gmin, a ponad 26 proc. – do powiatów. W tym pierwszym przypadku pieniądze są przeznaczone na politykę z zakresu pomocy społecznej. Powiaty mogą wydać dotacje na - przede wszystkim - bezpieczeństwo publiczne i ochronę przeciwpożarową (41 proc.), ochronę zdrowia (27,3 proc.). Poza tym województwa będą korzystać z liczących 922 mln zł środków przeznaczonych zwłaszcza na dopłaty dla przewoźników realizujących krajowe połączenia (z tytułu obowiązujących ulg) oraz na budowę i utrzymanie systemu melioracji.

Podstawowy problem polega jednak na tym, że budżetowe pieniądze nie zaspokoją potrzeb związanych z dalszym rozwojem i inwestycjami samorządów. Pozwolą jedynie zapewnić środki na bieżące potrzeby. Po to, by móc znowu myśleć perspektywicznie, samorządowcy będą musieli przetrwać kolejny rok – z punktu widzenia zawartości ich portfeli będzie on kluczowy zarówno w skali samej Polski, jak i całej Unii Europejskiej.

piątek, 21 grudzień 2012 11:53

Rozmowa Gminy: Demokracja potrzebuje wartości

Napisane przez

Kościół to nie partia polityczna - mówi nam Prymas Polski. Z Metropolitą Gnieźnieńskim, Arcybiskupem Józefem Kowalczykiem rozmawia Ewa Piechota.

 

Jak określiłby Ksiądz Prymas społeczną rolę Kościoła we współczesnym świecie i w Polsce?

Ojciec Święty Benedykt XVI niejednokrotnie zapewniał, że Kościół katolicki gotów jest współpracować z wszystkimi ludźmi dobrej woli w służbie człowiekowi i dla budowania pokoju. Kościół wychowuje do poprawnych postaw etycznych, kształtuje ludzi sumienia, a ci winni być wszędzie – w każdej strukturze – także państwowej. Struktury państwa muszą tworzyć profesjonaliści w tej dziedzinie, którzy poprzez uprawianie uczciwej polityki, zapewnią ludziom godne życie, będą szanowali ich prawa i stawiali wymagania, wspierając ich rozwój.

Kościół, który jest w Polsce, roztropnie i wytrwale wprowadza w życie nauczanie Soboru Watykańskiego II. W ten sposób znacząco przyczynił się do przemian społecznych i ustrojowych w naszym kraju, i nie tylko. Trzeba jednak mieć świadomość, że Kościół to nie partia polityczna – nawet jeśli jest on tak postrzegany przez wielu ludzi. Zadaniem Kościoła jest pomaganie ludziom w ich drodze do Boga, w rozwoju życia duchowego, życia modlitwy i tworzenia wspólnoty opartej na wartościach chrześcijańskich, a zwłaszcza na przykazaniu miłości Boga i bliźniego. Ta praca musi być ciągła i wytrwała, w wymiarze indywidualnym poszczególnych osób i całych wspólnot.

Polska w 1989 roku weszła na drogę systemowych przemian, które stopniowo doprowadziły do odbycia wolnych i demokratycznych wyborów oraz umożliwiły życie w wolnym i suwerennym państwie. Trzeba nam jednak pamiętać, że jakikolwiek by nie był system polityczny czy gospodarczy, jeśli będzie pozbawiony wrażliwości sumienia na wartości etyczne, jeśli w sprawowaniu swych zadań nie będzie kierował się zasadami moralnymi i etyką zawodową, przerodzi się w dyktaturę.

 

O przestrzeganiu zasad moralnych w polityce i gospodarce często mówił Jan Paweł II…

Tak. Mówił o tym jasno i zdecydowanie, na przykład w encyklice „Veritatis splendor” w punkcie 101 czytamy: W odniesieniu do dziedziny polityki należy podkreślić, że uczciwość w kontaktach między rządzącymi a rządzonymi, jawność w administracji publicznej, bezstronność w rozstrzyganiu spraw publicznych, poszanowanie praw przeciwników politycznych, ochrona praw ludzi oskarżonych w procesach i sądach doraźnych, sprawiedliwe i uczciwe wykorzystanie pieniędzy publicznych, odrzucenie niegodziwych metod zdobywania, utrzymywania i poszerzania władzy za wszelką cenę – to zasady, które znajdują swe najgłębsze źródło, a jednocześnie uzasadnienie wartości osoby, w transcendentnej wartości osoby i w obiektywnych nakazach moralnych, dotyczących funkcjonowania państw. Gdy zasady te nie są przestrzegane, zanika sam fundament politycznego współistnienia, a całe życie społeczne wystawiane jest stopniowo na ryzyko, zagrożenie i rozkład (por. Ps 14 [13], 3-4; Ap 18, 2-3. 9-24). (…). Jeśli bowiem «nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm» (Centesimus annus, 46) (VS 101).

Jan Paweł II był człowiekiem głębokiej wiary, który, żyjąc z nami i pośród nas, zawrócił bieg historii. Przyczynił się do zmiany postaw i myślenia milionów ludzi, ufając im i ich dobrej woli. Służył ludziom z miłością i oddaniem, budząc w nich świadomość własnej godności, praw i obowiązków. Swoją postawą uczył nas, jak się kocha Kościół i człowieka, jak się go wspomaga, i jak ubogaca duchowo; jak bezinteresownie pomnaża się dobro wspólne.

Jan Paweł II był personalistą nie tylko w odniesieniu do filozoficznych przekonań, ale także w praktyce. Dla Ojca Świętego każdy człowiek był zwieńczeniem dzieła stworzenia. W każdym człowieku widział on niepowtarzalny podmiot – osobę ludzką – i tym się autentycznie fascynował. Fascynował się konkretnym człowiekiem, nie pytając o nic: ani o legitymację, ani o to, czy jest obrzezany, czy jest ochrzczony, itp. Widział człowieka! To zjednywało mu sympatię, tym bardziej, że ludzie - lgnąc do niego, w takiej postawie widzieli autentyzm, a nie wystudiowaną pozę. Gdybyśmy tego ducha potrafili w sobie mocno zakorzenić i gdyby on zaistniał szeroko w Polsce – w polityce, w życiu codziennym, na ulicy i w mediach – udałoby się nam wybudować piękny i trwały pomnik, upamiętniający pontyfikat Jana Pawła II. O to się modlę i chciałbym, żeby Polacy zmobilizowali siły w tym kierunku.

 

Sprawy społeczne były również poruszane na niedawnym Zjeździe Gnieźnieńskim?

To prawda. W dniach od 16 do 18 marca b.r. odbył się IX Zjazd Gnieźnieński pod hasłem Europa obywatelska. Rola i miejsce chrześcijan.W czasie tego Zjazdu podjęty został ważny i niezmiernie aktualny temat roli i miejsca chrześcijan w obywatelskiej Europie. W czasie wykładów, debat i dyskusji zastanawialiśmy się nad tym, co zrobić, by zaangażowanie chrześcijan w kształtowanie struktur i obszarów życia społecznego, politycznego oraz kulturalnego było bardziej świadome i intensywne, oraz by prowadziło do budowania społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego. Wydaje się to bardzo ważne zwłaszcza dziś, kiedy w całej Europie przeżywamy swoisty kryzys świadomości obywatelskiej. Jestem głęboko przekonany, że tematyka tegorocznego Zjazdu wyszła naprzeciw oczekiwaniom świadomych obywateli oraz tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za życie społeczne i polityczne.

Trzeba nam pamiętać, że choć celem ostatecznym człowieka jest zbawienie i życie wieczne z Bogiem w Ojczyźnie niebieskiej, to jednak ochrzczonym nie wolno uciekać od problemów tego świata. Nie wolno uciec w sferę prywatności i ograniczyć się tylko do spraw rodzinnych, czy osobistych. Wiara w Boga nie zwalnia bowiem od aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym.

Powołaniem chrześcijanina jest również troska o dobro wspólne. Koniecznym jest zaangażowanie się wierzących w sprawy publiczne – zarówno na poziomie narodowym jak i europejskim. Ojciec Święty Jan Paweł II usilnie nawoływał do aktywności społecznej. W adhortacji „Christifideles laici” pisał: Nowe sytuacje – zarówno w Kościele, jak i w życiu społecznym, ekonomicznym, politycznym i kulturalnym – domagają się dzisiaj ze szczególną siłą zaangażowania świeckich katolików. Bierność, która była zawsze postawą nie do przyjęcia, dziś jeszcze bardziej staje się winą. Nikomu nie godzi się trwać w bezczynności (Chl 3).

Jednym z zauważalnych przejawów miłości, jaką człowiek może okazać Bogu, jest głęboka troska o siostry i braci, którzy żyją obok nas. Jest to postawa prawdziwie ewangeliczna, ale i obywatelska. Podejmujemy odpowiedzialność za człowieka, za społeczeństwo, za Ojczyznę, która jest dla nas matką. IX Zjazd Gnieźnieński był praktyczną lekcją takiej właśnie postawy: lekcją tego, jak realizować powołanie chrześcijańskie w społeczeństwie obywatelskim, jak być dobrym chrześcijaninem i dobrym obywatelem. Wszak współczesna demokracja potrzebuje chrześcijan. Demokracja potrzebuje wartości, potrzebuje sumienia, potrzebuje ludzi, którzy potrafią wybierać dobro i odróżniać je od zła.

Zjazd starał się pokazać, że dla budowania wspólnego dobra niezbędne jest uznanie publicznego charakteru religii i jej niezastąpionej roli jako źródła kapitału społecznego, nauczycielki wartości, będących fundamentem wolnego społeczeństwa oraz nauczycielki miłości. Miłość, która zaprowadziła Chrystusa na krzyż, jako jedyna może rozbudzić w nas pragnienie służenia ludziom.

 

Co chciałby Ksiądz Prymas powiedzieć młodym ludziom, którzy pragną angażować się w życie społeczne i polityczne?

Młodzi ludzie nie pamiętają okresu cierpienia, wysiłku i zmagania się o wyprowadzenie Polski z systemu realnego socjalizmu i przejścia do systemu demokratycznego i gospodarki rynkowej. Dziś żyją w wolności (niestety pojmowanej niekiedy jako swawola), żyją w systemie demokratycznym o wolnej gospodarce rynkowej. Lekcja z przeszłości winna być przypominana współczesnym pokoleniom młodzieży i tym, którzy dziś Polskę stanowią – zwłaszcza w wymiarach władzy ustawodawczej, sądowniczej i wykonawczej. Trzeba tę lekcję przypominać również tym, którzy mają wpływ na gospodarkę naszego kraju, by nie popełnić błędów z przeszłości, nie zafascynować się materializmem praktycznym i nie zapomnieć o podstawowych zasadach moralnych w życiu gospodarczym.

Jan Paweł II na krakowskich Błoniach w 2002 roku przestrzegał, że wiek dwudziesty, mimo niewątpliwych osiągnięć w wielu dziedzinach, naznaczony był w szczególny sposób „misterium nieprawości”.Z tym dziedzictwem dobra, ale też i zła, weszliśmy w nowe tysiąclecie. Przed ludzkością jawią się nowe perspektywy rozwoju, a równocześnie nowe, niespotykane dotąd zagrożenia. Człowiek nierzadko żyje tak, jakby Boga nie było, a nawet stawia samego siebie na Jego miejscu. Uzurpuje sobie prawo Stwórcy do ingerowania w tajemnicę życia ludzkiego. Usiłuje decydować o jego zaistnieniu, wyznaczać jego kształt przez manipulacje genetyczne i w końcu określać granicę śmierci. Zapomina niejako, że jest tylko odkrywcą, a nie stwórcą rzeczy i osób. Odrzucając Boże prawa i zasady moralne, otwarcie występuje się przeciw rodzinie. Na wiele sposobów usiłuje się zagłuszyć głos Boga w ludzkich sercach, a Jego samego uczynić „wielkim nieobecnym” w kulturze i społecznej świadomości narodów. „Tajemnica nieprawości” wciąż wpisuje się w rzeczywistość świata (18.08.2002 r.).

To ostrzeżenie Ojca Świętego kładę na serce młodego pokolenia Polaków!

 

Czego chciałby Ksiądz Prymas życzyć swoim rodakom z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia?

Papież Benedykt XVI w liście apostolskim „Porta Fidei” ogłaszającym Rok Wiary zachęcał nas wszystkich: „Podwoje wiary” ( por. Dz 14, 27) są dla nas zawsze otwarte. Wprowadzają nas one do życia w komunii z Bogiem i pozwalają na wejście do Jego Kościoła. Próg ten można przekroczyć, kiedy głoszone jest Słowo Boże, a serce pozwala się kształtować łaską, która przemienia. Przekroczenie tych podwoi oznacza wyruszenie w drogę, która trwa całe życie (Benedykt XVI, Porta Fidei 1). Aby móc doświadczyć owoców spotkania z nowonarodzonym Chrystusem, trzeba nam nieustannie powracać na drogę wiary.

 

Życzenia

Dzieląc się z moimi rodakami wigilijnym opłatkiem, życzę im odwagi wejścia na drogę wiary. Niech Święta Bożego Narodzenia staną się czasem autentycznego i nowego przylgnięcia do Chrystusa. Niech będzie to czas doświadczenia Bożego pokoju, czas wyzwolenia z lęku o przyszłość, czas prawdziwej radości. Niech Boże Dziecię, które przyszło na świat w ludzkiej rodzinie, pobłogosławi nasze rodziny darem pokoju i pomoże nam żyć we wzajemnej miłości i zgodzie.

Dziękuję za rozmowę i życzę w imieniu swoim i Czytelników „Gminy” spokojnych, zdrowych, pełnych radości Świąt.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY