Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:14

NOWE ROZDANIE

Napisane przez 

Ledwo opadł kurz po kampanii wyborczej i zamieszaniu wokół PKW, a politycy już przystąpili do podsumowań, triumfalnych wystąpień i zapowiedzi strategicznych zmian w partiach. Nic jednak nie jest w stanie odwrócić uwagi od ewidentnego trendu: partie polityczne triumfowały wyłącznie tam, gdzie kandydaci byli anonimowymi propozycjami swoich ugrupowań – w sejmikach wojewódzkich. Tam, gdzie głosowano na konkretne nazwiska, Polacy postawili na niezależne komitety wyborcze. Trudno nam ukryć satysfakcję: to tendencja, o której pisaliśmy w poprzednich numerach Magazynu Samorządowego GMINA.

Gdyby spojrzeć na listopadowe wybory z perspektywy sejmików rządząca koalicja mogłaby mówić o gigantycznym sukcesie. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe będzie rozdawać karty aż w piętnastu województwach: w dziesięciu urzędy marszałkowskie będą piastować politycy pierwszej z tych partii, w pozostałych pięciu – drugiej. Na Śląsku przyłączą się do rządzącego „zestawu” lokalni politycy SLD, na Opolszczyźnie Mniejszość Niemiecka. Prawo i Sprawiedliwość obroniło zaledwie jedno z województw: swój tradycyjny bastion – Podkarpacie.

- Uzgodniliśmy, że tam, gdzie jedna ze stron koalicyjnych ma największą liczbę radnych, tam otrzymuje stanowisko marszałka – cytuje Eugeniusza Grzeszczaka z PSL Portal Samorządowy. W ten sposób PSL zachowa władzę w sejmikach mazowieckim (gdzie na kolejną kadencję pozostanie Adam Struzik) i świętokrzyskim (tam stanowisko zachowa Adam Jarubas) oraz przejmie urzędy marszałkowskie w lubelskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim.

Dotychczasowi marszałkowie z ramienia PO zachowują z kolei urzędy w zachodniopomorskim (Olgierd Geblewicz), pomorskim (Mieczysław Struk), wielkopolskim (Marek Woźniak), dolnośląskim (Cezary Przybylski), opolskim (Andrzej Buła), lubuskim (Elżbieta Polak), małopolskim (Marek Sowa), kujawsko-pomorskim (Piotr Całbecki) oraz łódzkim. W tym ostatnim przypadku obaj koalicji finiszowali „łeb w łeb”, dlatego w pierwszych dniach po wyborach nie było jeszcze jasne, kandydat której partii miałby przejąć stery władzy. Ostatecznie stanęło na tym, że stanowisko zachowa Witold Stępień. Podział władzy był jednak klarowny: gdzie jedna partia bierze urząd marszałkowski, druga desygnuje przewodniczącego sejmiku. Mechanizm zadziałał bez większych tarć.

Na tym poziomie zresztą kandydaci partyjni nie mieli sobie równych. Statystycznie na 555 radnych sejmików, jakich wybieraliśmy w ostatnich tygodniach w całej Polsce, ledwie dwadzieścia osób to politycy spoza grona członków wspomnianych czterech dominujących na ogólnopolskiej scenie politycznej ugrupowań. Już po wyborach dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” wnioskowali, że to skutek 5-procentowego progu wyborczego, który obowiązuje w ordynacji obowiązującej przy wybieraniu radnych sejmików.

Sprowadzić działaczy na ziemię

Oczywistą niespodzianką była mocna pozycja PSL – które zebrało ostatecznie 23,68 proc. głosów. Można doszukiwać się przyczyn sukcesu – bo trzecie miejsce z takim wynikiem to zdecydowany sukces ludowców – w zmęczeniu dwiema największymi partiami na polskiej scenie politycznej i mizerią działań tej czwartej. Można podkreślać rozbudowany aparat terenowy: od ochotniczych straży pożarnych po koła gospodyń wiejskich i inne organizacje, który w ostatnich tygodniach przed wyborami został zmobilizowany i „rzucony na front”. Można też wskazywać na niedoszacowanie badań sondażowych, prowadzonych zwykle w dużych miastach, tak jakby tylko tam głosowano.

Być może w każdym z tych czynników tkwi „ziarnko prawdy”, choć mniej więcej 3-procentowe niedoszacowanie PSL tym razem okazało się znacznie większe. Faktem – i to bardziej znaczącym – jest jednak to, że Stronnictwu nie zaszkodziły ani wewnętrzne spory liderów, ani niefortunne wypowiedzi Marka Sawickiego o sadownikach, ani pozycja „przystawki” PO we władzach centralnych. Ba, teraz PSL będzie mogło znacznie wzmocnić swoją pozycję wobec koalicjanta, a także rządzić niemal co trzecim sejmikiem. Na dłuższą metę może to też oznaczać zaciśnięcie więzów między PO a PSL, w formule takiej, jaka od dekad łączy brytyjskich konserwatystów z liberałami czy niemiecką CDU z FDP (oczywiście, o ile tym mniejszym graczom udaje się uzyskać liczbę głosów pozwalającą na zawarcie skutecznej koalicji).

Zgodnie z zapowiedziami Janusza Piechocińskiego, PSL nie osiądzie na laurach. – Będę chciał sprowadzić naszych działaczy na ziemię – komentował na początku grudnia szef Stronnictwa. – W 2015 roku są wybory parlamentarne, w których kolejny raz będziemy startowali z bardzo trudnej pozycji, m.in. w wyniku pogarszającej się koniunktury zewnętrznej – dodawał. Ale do przeniesienia proporcji wyników wyborczych na szczebel centralny ludowcy musieliby przede wszystkim zdobyć się na stworzenie bardziej wyrazistego wizerunku i dookreślenie swojego stanowiska wobec wielu spraw, związanych choćby z polityką zagraniczną czy gospodarką, co do których do tej pory zachowywali milczenie lub kwitowali wymijającymi oświadczeniami. Wybory samorządowe okazały się być tą sferą, w której aparat terenowy i brak zaangażowania w najgorętsze spory „wojny polsko-polskiej” po prostu się opłaciły. W przyszłorocznych głosowaniach Stronnictwo zapewne nie powtórzy tego sukcesu.

Bezpartyjni kandydaci partii

- Pojawianie się komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce – komentował na naszych łamach trzy miesiące temu politolog Radosław Markowski. Dziś wiemy już, że to nie był protest – to była rewolucja. Na szczeblu bezpośrednich wyborów włodarzy gmin i miast elektorat urządził partiom politycznym prawdziwą jatkę. Z prowadzonych już po wyborach wyliczeń wynika, że aż 81,5 proc. zwycięzców w bezpośrednim głosowaniu pochodzi z komitetów bezpartyjnych. Oznacza to przechwycenie przez tego typu, na razie efemeryczne, byty 2017 gmin w całej Polsce. I na tym szczeblu wyraźnie zaznaczyła się dobra pozycja PSL, które zdołało utrzymać lub przechwycić władzę w 258 gminach. Potem długo, długo nic – aż mamy PiS z 124 gminami, PO (54 gminy) i SLD Lewica Razem (22 gminy).

Ba, weźmy pod uwagę fakt, że były takie regiony, w których niemal wszystkie wybieralne stanowiska powierzono politykom bezpartyjnym. W Lubuskiem było to 96,3 proc. stanowisk, na Dolnym Śląsku – 93,4 proc., na Pomorzu – 92,7 proc. Z kolei partie okazały się względnie mocne na Lubelszczyźnie, w Łódzkiem i na Mazowszu. I jeszcze jeden znaczący fakt – w większości polskich gmin nowe rozdanie kart zostało zamknięte już w pierwszej turze, co oznacza, że partyjni kandydaci nie cieszyli się nawet poparciem pozwalającym równorzędnie zawalczyć o stanowiska z tymi mniej lub bardziej niezależnymi.

Przy czym, jak już pisaliśmy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA, „bezpartyjność” wielu kandydatów jest kwestią sporną. Na Lubelszczyźnie prezydenci zmienią się w dwóch miastach: Zamościu i Białej Podlaskiej. W pierwszym z tych miast przy urnach zwyciężyli zwolennicy lokalnego przedsiębiorcy i wydawcy prasy, Andrzeja Wnuka – nie będącego członkiem żadnej z partii, ale desygnowanego przez PiS. W Starachowicach wygrał z kolei 25-letni bezpartyjny działacz (zapowiada się na najmłodszego prezydenta w Polsce) Marek Materek. Z pozoru trudno byłoby przypisywać mu jakieś polityczne afiliacje, gdyby nie fakt, że wcześniej pracował on jako asystent regionalny europosłanki PO, Róży Thun. W Bielsku-Białej czwartą już kadencję zabezpieczył sobie prezydent Jacek Krywult – oczywiście, nie posiadający legitymacji partyjnej, za to jednoznacznie popierany przez PO i PSL.

Żółta kartka

Emocje jeszcze nie wygasły. – Są dowody na sfałszowanie wyborów – zapewniał tuż po głosowaniach Antoni Macierewicz. – Ja sam dokładnie analizowałem protokoły z wyborów do sejmiku katowickiego. One są antydatowane i różnią się 130 tysiącami głosów. Zostały sfałszowane z pewnością – kwitował. – Nie da się w nieskończoność bredzić, że nic się nie stało. Nikt nie uwierzy, że wyborcy zwymyślani od frajerów, zostali porażeni sztokholmskim syndromem ofiary i pokochali partię swojego oprawcy – sekundował mu jeden z publicystów portalu wpolityce.pl, jeszcze w połowie grudnia. – Są granice hucpy wyborczej i nie można dłużej ignorować faktu, że zostały nie tyle przekroczone, co stratowane. I to stratowane nie tylko przez pazerny PSL, lecz również przez państwo – dodawał.

Cóż, lokalni politycy PiS, którzy zdołali obronić swoje stanowiska, nie są już tak zdecydowani w swoich sądach. – Jeżeli są takie przypadki, to są sądy, jest prokuratura i one mają rozstrzygnąć czy faktycznie zaszły tam jakieś nieprawidłowości – kwitował w RDC Mariusz Orzechowski, wiceprzewodniczący rady miasta w Siedlcach. Przedstawiciele wymienionych organów udzielają z kolei jednoznacznych odpowiedzi. – Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie prowadzi żadnego postępowania w kontekście ewentualnych fałszerstw wyborczych – cytowała telewizja TVN24 oświadczenie przedstawiciela tej instytucji.

Są jednak miejsca w Polsce, gdzie wciąż trwa atmosfera niepewności. Wczesną wiosną przyszłego roku, najpewniej 15 marca, głosowanie odbędzie się w Zielonej Górze. Tam, ze względu na połączenie samorządu miejskiego z gminą podmiejską kadencja władz została przedłużona o tych kilka miesięcy. Z kolei w gminie Sosnówka na Lubelszczyźnie czterokrotny już wójt Krzysztof Bruczuk wystartował, nie mając już nawet rywali – tyle że przy urnach poparło go 46 proc. wyborców, a więc o tych kilka procent za mało. Zupełnie inna sytuacja panowała w świętokrzyskim Moskorzewie: tam wywiązała się zacięta walka czterech rywali, z których do drugiej tury przeszli Zbigniew Krzystek (faworyt) i mający już na koncie trzy kadencje Jarosław Klimek. Tyle że Krzystek w ciągu tych dwóch tygodni między I a II turą zdecydował się objąć stanowisko wicestarosty powiatu włoszczowskiego. W obu miejscowościach wybór włodarza spada więc na radnych.

Zapewnianie, że w listopadzie i grudniu mieliśmy do czynienia z kolejnym sukcesem demokracji, przy wszystkich wpadkach, jakie miały miejsce, nie byłoby usprawiedliwione. Mimo wszystko jednak, nie mieliśmy do czynienia z kryzysem demokracji. Instytucje państwa i partie polityczne mogą mówić o „żółtej kartce”. Oby wzięły ją sobie do serca.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY