Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

niedziela, 30 listopad 2014 14:49

PO WYBORACH

Napisane przez 

Piszę te słowa, kiedy jeszcze nie sposób poddać szczegółowej analizie całościowe wyniki wyborów samorządowych. Tym razem system informatyczny Państwowej Komisji Wyborczej zawiódł. Wszyscy liczą „na piechotę”, więc tyle się można dowiedzieć, ilu ma się znajomych „w terenie” i rozmaite kontakty, które pozwolą ustalić, że ten wygrał, a tamtego czeka druga tura. Tym bardziej nie można jeszcze odpowiedzieć na pytanie o zmiany w składzie rad wszystkich szczebli, ani też w zestawie liderów gmin. Co zatem na pewno wiemy?

Jak zwykle, w pierwszej kolejności, znamy sytuację w wielkich miastach, gdzie do wyborów prezydenckich przywiązywano znaczenie polityczne. To niejako naturalne. Wybory samorządowe są kampanią polityczną, a szefowie wielkich miast są eksponentami partyjnych wpływów. Ale to wszak ułuda, bowiem większość tych, którzy wygrali w pierwszej turze to formalnie bezpartyjni, a faktycznie – ludzie zdystansowani od partyjnego aparatu i towarzyszących mu układów. Nawet jeśli mają jakieś sympatie polityczne, nie przekłada się to na formalne i faktyczne wpływy poszczególnych partii w urzędzie miasta i systemie zarządzania nim. Tak rządzą Lubawski w Kielcach, Szczurek w Gdyni, Ferenc w Rzeszowie, Zaleski w Toruniu czy Żmurkiewicz w Świnoujściu, czyli bezapelacyjni zwycięzcy pierwszej tury.

Gdyby na te wybory popatrzeć pod kątem szukania odpowiedzi na pytanie, na ile identyfikujemy się z istniejącym systemem partyjnym, to ten egzamin partie zdały źle: wzrosła liczba prezydentów miast – bo to już wiemy na pewno – podkreślających swoją niezależność. Po raz pierwszy też w wyborach pokazały się rozmaite ruchy miejskie – sygnał, że Polacy zaczynają się organizować poza istniejącymi kanałami artykulacji politycznej. Jeśli partie polityczne nie wyciągną z tego wniosków, to być może za cztery lata samorządy do końca się odpartyjnią i staną się zaczątkiem nowej konfiguracji polskiej sceny politycznej.

Jest przy tym jeszcze jeden dobry sygnał. W wyborach pojawiło się sporo nowych, pozapartyjnych i obdarzonych charyzmą liderów. Wójt podgorzowskiego Deszczna, który w pierwszej turze wygrywa wybory na prezydenta miasta Gorzowa – to klasyczny przykład takiego właśnie zjawiska. Jak popatrzymy na listy kandydatów na prezydentów i burmistrzów miast, to coraz częściej pojawia się  skrót KWW (Komitet Wyborczy Wyborców), a to znaczy, że wyzwalamy się spod partyjnej kurateli. A więc nie tylko partie są kanałami i organizatorami społecznego i indywidualnego awansu.

Prawdziwi przegrani

To kolejny argument o ich słabości. Polskie partie polityczne nie potrafią znaleźć tych najlepszych, nie umieją dostrzec ich walorów, zaproponować im miejsca i formy realizacji ich aspiracji. Nic tedy dziwnego, że coraz częściej ambitni i chcący zrobić coś pożytecznego ludzie, odwołują się wprost do współobywateli. I coraz częściej spotykają się z pozytywną reakcją. W wielu miastach znajdą się oni w drugiej turze wyborów. W innych zaledwie zaznaczyli swoją obecność. Ale mam jednak takie wrażenie, że większość z nich nie zrezygnuje z kariery samorządowej. Że te 5-10 proc., jakie teraz otrzymali, potraktują jako zaliczkę na przyszłość. Że jeszcze o nich usłyszymy, ponieważ część z nich zdobyła mandat radnego.

Nie mogę powstrzymać się od jednej jeszcze refleksji. W tygodniu przed wyborami ukazało się kilka wywiadów dotyczących samorządu. Obok rzeczy słusznych, ich autorzy (m.in. profesorowie Stępień, Regulski, Hausner) narzekali na zabetonowanie samorządu, wskazywali wybory bezpośrednie wójtów, burmistrzów i prezydentów, jako ilustrację tego zabetonowania, rozwiązanie błędne. Startujący prezydent – wywodził prof. Stępień – ma z góry lepszą pozycję, bo przed wyborami przecina wstęgi, otwiera drogi lub nowe przedszkola. A głupi naród  – to już moja interpretacja słów profesora – łapie się na te błyskotki. Okazało się, że prof. Stępień nie miał racji. Nie pomogło Hannie Gronkiewicz-Waltz powszechnie dostępne zwiedzanie metra. W pierwszej turze przegrał prezydent Gorzowa, do drugiej tury w ogóle nie wszedł prezydent Gniezna. W trudnej sytuacji wyborczej są dotychczasowi prezydenci w ponad pięćdziesięciu miastach Rzeczypospolitej. Nie wszyscy wygrają.

I dobrze, i w porządku. Od kilku lat twierdzę, że dobiega końca czas pokolenia, które kariery polityczne rozpoczynało w okolicach 1989 roku. Że trzeba robić miejsce dla młodych, dla których przeszłość, historia, nie jest najważniejszym wyznacznikiem ideowej tożsamości. Tak właśnie się dzieje. Obok weteranów, na listach kandydatów szeroką ławą pokazało się pokolenie trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy studia kończyli na przełomie wieków. To proces naturalny, który być może odświeży naszą politykę i odeśle w przeszłość liczne grono kombinatorów, które – omijając samorząd i jakiekolwiek doświadczenie zawodowe – „robią” za młodych w naszej polityce.

Teatr jednego aktora

Ale obraz tych wyborów byłby niepełny, gdybyśmy pominęli rzeczy i sygnały pesymistyczne. Aż w 1736 okręgach wyborczych zarejestrowano po jednym kandydacie. Podobnie w 247 gminach (prawie 10 proc.) był tylko jeden kandydat na wójta (burmistrza). O czym to świadczy? O słabości kadr publicznych w tych społecznościach? O oligarchizacji władzy? O braku odwagi tych, którzy czują, że mają kwalifikacje, tylko boją się ryzyka? Obojętnie, na które z tych pytań odpowiedź jest poprawna, to sprawa niepokoi. Tylko, że wyjaśnienie tej kwestii zostawiłbym uczonym i dziennikarzom, a nie politykom. Najpierw trzeba rozpoznać przyczyny tego stanu rzeczy, a potem szukać środków zaradczych.

Nie jest nim modny ostatnio postulat ograniczenia kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów. Zwolennikom takiego rozwiązania zarzucam tani populizm. Zaproponujmy posłom, aby ograniczając możliwość pełnienia funkcji politycznych przez dwie kadencje, wprowadzili zarazem takie ograniczenia dla siebie. Ciekaw jestem, ilu z nich podniesie za tym rękę. A długoletni pobyt w Sejmie też demoralizuje. W razie czego służę nazwiskami.

Reasumując, w powyborczy poniedziałek z optymizmem patrzę na prawie już minione wybory samorządowe. Dość przyzwoita frekwencja wyborcza, nieprzewidywalność decyzji głosujących obywateli, zaskakujące wyniki wyborów dają nadzieję, że wybory stały się tym, czym miały być. Autentyczną selekcją ludzi, którzy mają kompetentnie i porządnie wykonywać robotę na rzecz swoich współobywateli. I choć pewnie Czytelnicy tego tekstu niekoniecznie podzielają mój pogląd, to niech przyznają, że wyniki tych wyborów napawają w większym stopniu optymizmem niż czarnowidztwem.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY