Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Wydrukuj tę stronę
niedziela, 30 listopad 2014 14:44

BRUDNA WOJNA

Napisane przez 

Z roku na rok wybory stają się coraz większym spektaklem. Co gorsza, zamiast zmagań szlachetnych wojowników na merytoryczne argumenty i programy wyborcze, w coraz większym stopniu spektakl ma charakter bezładnej bijatyki. Tegoroczna kampania wyborcza raz jeszcze przyniosła lawinę szkalujących adwersarzy ulotek i chwytów poniżej pasa.

Na Podhalu ledwie świtało, a w lokalach wyborczych dopiero rozbłysły świata, gdy policjanci z lokalnej komendy dopadli jednego z mieszkańców gminy Sidzina. Ten – nie zważając ani na savoir vivre, ani obowiązującą ciszę wyborczą – rozwieszał jeszcze ulotki w niewybredny sposób atakujące lokalnego kandydata na wójta. Tu sprawa była właściwie oczywista: sprawca poniesie prawdopodobnie karę grzywny.

Gorzej, gdy chodzi o inne tego typu incydenty w regionie. Np. dwóch – zapewne mocno podchmielonych – mężczyzn, którzy w Nowym Targu zerwali plakat wyborczy, czy też wandali, którzy w przeddzień wyborów w Zakopanem wybili w lokalnej cukierni szyby, za którymi powieszono plakaty wyborcze. W obu przypadkach trudno jednoznacznie mówić o „akcie” politycznym, raczej pospolitym chuligaństwie. Problem w tym, że coraz trudniej odróżnić pierwsze od drugiego.

Rabat na myjnię samochodową

Brudna kampania wyborcza zaczęła się w Polsce na dobre, zanim jeszcze zaczęła się kampania właściwa. W Lubaniu prymitywnie składane w programie graficznym ulotki, zestawiające lokalnych włodarzy z obrazkami zrujnowanych obiektów, czy wydłużające im nosy – w ramach oczywistego skojarzenia – pojawiły się już na początku września, budując konfrontacyjną atmosferę. Nie inaczej było w Zgorzelcu, gdzie były wiceburmistrz poświęcił treść swoich ulotek urzędnikowi starającemu się o reelekcję. Choć – jak kpiły lokalne media – w tym drugim przypadku można mówić o pewnej merytoryce, na materiałach powracało bowiem hasło „zadłużania miasta”.

Tempo konfrontacji przyspieszyło, kiedy na ulicach i w skrzynkach pocztowych znalazły się pierwsze materiały wyborcze. W Nysie na systematyczny atak przeciwników skarżył się kandydat na radnego, Ryszard Jamiński: w nocy z 21 na 22 października zniszczono nie tylko baner wyborczy polityka Ligi Powiatu Nyskiego, ale też jego plakaty wyborcze, które zostały zerwane lub zamalowane. – Prowadzę czystą kampanię wyborczą i takiej oczekuję od innych – podkreślał potem Jamiński.

Cóż, najwyraźniej warto wieszać materiały wyborcze w zasięgu miejskiego monitoringu – zasadę tę zlekceważył zarówno feralny kandydat z Nysy, ale i jego odpowiednicy z Mrągowa. Tam, w tym samym czasie, walka wyborcza miała charakter jeszcze bardziej konfrontacyjny. – Kilka dni temu nieznany sprawca ostrym narzędziem przebił mi cztery opony w samochodzie stojącym na osiedlowym parkingu – donosił miejscowym mediom kandydat na radnego Andrzej Zając. – Oburzenie mieszkańców osiedla Brzozowego jest duże. Nie pamiętają, aby coś takiego wydarzyło się tu w ostatnich 35 latach. Zastanawiając się nad przyczynami  takiej niechęci do mojej osoby, zostaje mi tylko myśl o mojej działalności partyjnej – komentował.

Na Lubelszczyźnie sfotografowano urzędników usuwających plakaty rywala urzędującego wójta Milejowa. – Nieprawda, plakat został zdjęty z tablicy gminnej, która jest przeznaczona wyłącznie do wieszania urzędowych obwieszczeń. To nie jest tablica wyborcza, ale osoba z wykształceniem zasadniczym, jak widać, tego nie zrozumiała – ripostował pomówiony. W Grudziądzu z banerów wyborczych wycinano twarze kandydatów. – W sumie straciłem już pięć banerów – szacował pod koniec października startujący na stanowisko wójta Andrzej Rodziewicz. W puli były materiały ukradzione, oblane farbą i te, gdzie została wycięta twarz. Podobne „przygody” ma na koncie poseł i niegdysiejszy bohater telewizyjnego reality-show, Janusz Dzięcioł. Analogiczna sytuacja była w Wadowicach.

Za chwyt poniżej pasa można też uznać metodę zastosowaną w Słodkowie, gdzie właściciel pewnej myjni samochodowej dawał zniżki tym klientom, którzy obiecali nie głosować na jednego z kandydatów na burmistrza. „20% rabatu na wszystkie usługi dla wszystkich, którzy: zrobią zdjęcie swojego dowodu i karty do głosowania na burmistrza z zaznaczonym kimkolwiek OPRÓCZ CZERWA, pokażą to zdjęcie u nas przy składaniu zlecenia. Oferta ważna aż do wakacji!!! Szczegółowy regulamin promocji dostępny jest w siedzibie firmy” – zapewniał na facebookowym profilu przedsiębiorca.

Afera taśmowa. Odsłona lokalna

Jeszcze większą „armatę” wytoczono przeciwko kandydatowi do lubelskiego sejmiku wojewódzkiego, Michałowi Mulawie. W internecie znalazło się przypisywane mu nagranie, pochodzące jakoby z jednej z biłgorajskich restauracji – osoba, przez autora nagrania identyfikowana jako wspomniany polityk – ma tam obraźliwie wypowiadać się o innych działaczach.

Trudno się dziwić, że dyskusja wyborcza zaczęła w pewnej chwili przypominać spór o to, kto komu niszczy plakaty. W Wadowicach „człowiek pani burmistrz” miał zamalowywać plakaty kontrkandydata szefowej. „Obóz” pani burmistrz uznawał jednak te oskarżenia za… nieczysty chwyt. – To zachowanie ma na celu zdobycie popularności, przez robienie z siebie ofiary. Takich spraw jest mnóstwo, to niepoważne – komentował jej rzecznik.

Również wspomniane na wstępie Podhale aż huczało od skandali. Tam raptem na kilkanaście dni przed wyborami kandydaci potykali się przed sądem – spierając się m.in. o nieprawdziwe liczby dotyczące sytuacji gospodarczej JST, podawane na spotkaniach wyborczych, czy też publicznie stawiane zarzuty o kumoterstwo. Przeciwnicy burmistrza Zakopanego, Janusza Majchra, stworzyli na Facebooku profil „AntyMajcher”, gdzie jednak trudno doszukać się merytorycznych argumentów, ale aż roi się od złośliwości.

Na tym tle zaskakującym poczuciem humoru popisał się burmistrz Stronia Śląskiego, Zbigniew Łopusiewicz. Autor plakatu nie czekał na inwencję ulicznych wandali – domalował ubiegającemu się o reelekcję politykowi wąs, brodę i pogrubił brwi. Intencję pomysłodawców tłumaczy zaś hasło „Chciałem wyprzedzić przypadki niszczenia plakatów, ZŁ”.

Sabotaż rozmów pokojowych

Oczywiście, w polskich realiach daleko jeszcze do brudnych kampanii toczących się w największych demokracjach świata. Pod tym względem polscy politycy – i ich współpracownicy – mogą się jeszcze wiele nauczyć. Klasyczny przykład to debata kandydatów do prezydentury USA w 1960 roku, gdzie John F. Kennedy starł się z Richardem Nixonem. Choć obaj kandydaci zawarli „gentelman’s agreement” zakładające, że żaden z nich nie skorzysta z usług makijażysty – obaj je złamali. Górą był, jak wiadomo, Kennedy. Głównie jednak dlatego, że jego współpracownicy ukradkiem podkręcili temperaturę w studio o kilka stopni, co sprawiło, że mający i tak kłopoty ze zdrowiem Nixon co i rusz oblewał się potem.

Od tamtej pory metody stały się jeszcze bardziej wyrafinowane, a przekaz – jeszcze brutalniejszy. W okresie prawyborów w Partii Konserwatywnej w 2000 r., spece ze sztabu George’a W. Busha z upodobaniem rozpowszechniali zdjęcie rywala – Johna McCaina – z adoptowaną w Bangladeszu córką. Przekaz towarzyszący tej szeptanej kampanii był jasny: to owoc „skoku w bok” senatora. Dwa lata później w New Hampshire znienacka, w najgorętszym dniu kampanii, odcięto sztabowcom Partii Demokratycznej linie telefoniczne (a dzwonienie do wyborców to w USA jedna z podstawowych metod mobilizacji elektoratu). Ludzie Ronalda Reagana ukradli jego rywalowi – walczącemu o pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję – przygotowany przed debatą skrypt z pytaniami i odpowiedziami.

Ba, autorem jednak najmocniejszego brudnego ciosu w historii amerykańskiej polityki był Richard Nixon (nauka z 1960 r. najwyraźniej nie poszła w las). Przymierzając się do kampanii kandydat Partii Konserwatywnej potajemnie wysłał list do prezydenta Południowego Wietnamu (ogarniętego już wówczas wojną), w którym zapewnił go, że za jego ewentualnej prezydentury Południowy Wietnam może liczyć na znacznie lepsze warunki potencjalnego pokoju. W efekcie rządzący Południem Nguyen Van Thieu zaczął sabotować toczące się już wówczas rozmowy pokojowe – co być może przyczyniło się do przeciągnięcia wojny wietnamskiej o długie miesiące. Dla Nixona nie było to żadną nauczką, jego skłonność do nieczystych chwytów miała się ujawnić już wkrótce – pod postacią afery Watergate.

W polskich warunkach o podobne zacięcie i chwyty trudno: brak możliwości technicznych i kultury politycznej, które pozwalałyby sięgać po podobne metody. Pozostaje zrywanie plakatów, oblewanie ich farbą i pyskówki na przedwyborczych spotkaniach. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem wyborcy zaczną doceniać tych kandydatów, którzy przynajmniej mają do zaproponowania jakiś program: bo tego właśnie elementu w zakończonej właśnie kampanii wyborczej dramatycznie brakowało.