Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

sobota, 01 listopad 2014 20:09

NA TROPIE CHARYZMATYCZNEGO LOKALNEGO LIDERA

Napisane przez 

Polacy darzą polityków samorządowych znacznie większym zaufaniem niż tych, którzy zasiadają w rządzie czy Sejmie. Coraz chętniej politolodzy przypominają, że przyszłość należy do lokalnych liderów: miasta są coraz bardziej samodzielne, gminy muszą szukać nowych i frapujących pomysłów na siebie – jeśli chcą przetrwać i rozwijać się, a nie pustoszeć. Nic więc dziwnego, że znaczenie programu, pomysłów i osobowości lokalnego lidera nabiera znaczenia. Jak to wygląda w Polsce?

Gdyby to burmistrzowie rządzili światem – dowodzi znany amerykański politolog Benjamin Barber – ponad 3,5 miliarda ludzi, którzy są dziś mieszkańcami aglomeracji, i wielu innych, którzy żyją na przedmieściach mogłoby żyć lokalnie i współpracować globalnie w tym samym czasie. Nastąpiłby cud obywatelskiej „glokalności”, obietnica pragmatyzmu zamiast polityki, innowacji zamiast ideologii i poszukiwania rozwiązań zamiast zabiegania o suwerenność. To taka globalna wizja powszechnej szczęśliwości, w której to przedstawiciele największych metropolii będą mieli większe znaczenie niż prezydenci i szefowie rządów państw. Gdzie globalne zgromadzenie liderów lokalnych społeczności będzie miało większe znaczenie niż ONZ czy którykolwiek z globalnych sojuszy.

Idea nie jest nowa: sygnalizowali ją już wcześniej nieco mniej medialni zachodni politolodzy, jak Bruce Katz i Jennifer Bradley w „The Metropolitan Revolution” („Metropolitalna rewolucja”) czy Vishaan Chakkrabati w „A Country of Cities” („Kraj miast”). Barber idzie dalej od nich, ale też – jako autor globalnych bestsellerów „Dżihad kontra McŚwiat” czy „Skonsumowani” – może (i musi) pozwalać sobie na więcej.

Przez kilka ostatnich lat Barber podróżował po świecie, zaglądając do gabinetów prezydentów, burmistrzów czy merów aglomeracji, wypytując ich o wizje, plany, potrzeby. W Polsce spotkał się m.in. z prezydentami Wrocławia i Gdańska, Rafałem Dutkiewiczem i Pawłem Adamowiczem. Z tych dociekań powstał obrazek, który po części znajduje częściowe potwierdzenie również w polskich realiach: miasta rosną w siłę, przeniosła się do nich właściwie połowa ludzkości. W ślad za tym do miast przenosi się też siła polityczna, a głos lokalnych polityków nabiera znaczenia. Idee teoretyczne, wszystkie te -izmy, są stopniowo zastępowane egzaminem z praktycznej umiejętności zarządzania społecznością skupioną w metropolii. Umiejętne gospodarowanie w mieście przekłada się, właściwie promieniuje, następnie na cały region.

Przykłady? Reforma konstytucyjna przeforsowana przez obecnego premiera Włoch, a wcześniej burmistrza Florencji, Mateo Renziego: utworzenie dziewięciu metroregionów, zorganizowanych wokół największych miast. Ten model ma pozwolić na uniknięcie degradacji regionów wiejskich – metropolie mają pociągnąć za sobą wieś. Barber sięga też po inny, specyficzny przykład: Detroit, symbol upadku wielkiej przemysłowej aglomeracji. – Dziś to czarna dziura – dowodził na jednym ze spotkań w Polsce amerykański politolog. – Ale dziesięć hrabstw otaczających Detroit to piąty co do zamożności obszar w USA, rozwija się. Mieszkańcy nie wyjechali do Meksyku, ale kilkadziesiąt kilometrów dalej – dodawał.

Według profetycznej wizji Barbera, świat zmierza więc ku formule miast-państw na wzór Singapuru. To już jednak fantazja, w najlepszym przypadku bardzo odległa przyszłość. Jednak to, co można stwierdzić już dzisiaj – a co dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej w Polsce zdaje się potwierdzać – to rosnąca pozycja polityków lokalnych. Włodarze tacy jak wspomniany Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, Jacek Majchrowski w Krakowie czy Tadeusz Ferenc w Rzeszowie to samodzielni lokalni liderzy, którzy zbudowali sobie niekwestionowaną pozycję i popularność wśród mieszkańców, co pozwala im całkowicie uniezależnić się od centralnych układów partyjnych i bieżącej polityki na szczeblu centralnym. Jak widzieliśmy w trakcie kampanii przed listopadowymi wyborami – to partie polityczne zabiegają dziś o to, by wciągnąć ich na swoją orbitę, a nie odwrotnie. Ich władza i wpływy będą rosnąć, im więcej kompetencji będzie trafiać w ich ręce. W skali globalnej mogliby być porównywani do Michaela Bloomberga, do niedawna burmistrza Nowego Jorku, czy Klausa Wowereita – również do niedawna rządzącego Berlinem.

Rycerz na lśniącym bicyklu

Konsekwencją procesu usamodzielniania się lokalnych liderów jest coraz wyraźniejsza zmiana akcentów: na znaczeniu traci „typ” przywództwa (oparty na kształcie instytucji samorządowych), a zyskuje jego „styl” (zależny od osobistych przymiotów lidera). – Ostatnie lata przyniosły przejście od typu przywództwa zbliżonego do „modelu kolektywnego” do „modelu silnego burmistrza” – konstatowali już przeszło dekadę temu autorzy analizy „Kto rządzi gminą i jak? Lokalni liderzy polityczni w teorii i praktyce samorządów w Polsce”, Paweł Swianiewicz i Urszula Klimska. Bezpośrednie wybory osób piastujących najwyższe urzędy w samorządzie stały się miniaturą powszechnych wyborów prezydenckich – nie przypadkiem cieszących się w Polsce najwyższą frekwencją.

Widać w tym zjawisku chęć powierzania spraw miasta w ręce wyrazistych przywódców, posiadających „kluczowe umiejętności współpracy, tworzenia koalicji czy mobilizowania zewnętrznych zasobów zewnętrznych”. „Obecność lidera będącego w stanie mobilizować społeczność lokalną wymieniona została na pierwszym miejscu wśród endogennych (wewnętrznych) czynników rozwoju” – dowodziły badania przeprowadzone na przełomie wieków przez Uniwersytet Warszawski. Stąd też swoista moda na odchodzenie od kolektywnego zarządzania na rzecz „rządów silnej ręki”: bezpośrednie wybory lokalnych włodarzy wprowadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lat m.in. Grecja, Włochy, Belgia, większość landów niemieckich, Irlandia, częściowo Norwegia i Wielka Brytania. W tym ostatnim przypadku widać specyfikę lokalnej polityki, jak na dłoni: zarówno wybrany na burmistrza Londynu w 2000 r. Ken Livingstone (pierwszy burmistrz w historii tego miasta), jak i jego następca, wybrany w 2008 r. Boris Johnson to polityczni autsajderzy. Obaj byli zbyt ekscentryczni dla politycznego mainstreamu, pierwszy dla rodzimej lewicy, drugi – dla konserwatystów.

I obaj zasłynęli z kontrowersyjnych działań: Livingston toczył batalię o wypędzenie gołębi z Trafalgar Square i legendarnych piętrowych autobusów z londyńskich ulic. Wbrew lewicowym ciągotom sprywatyzował podjął decyzję o prywatyzacji londyńskiego metra. Jednocześnie potrafił mącić w polityce zagranicznej Wielkiej Brytanii, konsekwentnie krytykując wojnę w Iraku czy przyjmując w ratuszu wenezuelskiego prezydenta Hugo Chaveza. – Jeśli będziesz głosować na konserwatystów, twoja żona będzie miała większy biust, a twoje szanse na kierowanie BMW M3 wzrosną – reklamował się z kolei Johnson. Właściciel charakterystycznej, bałaganiarskiej fryzury również nie uniknął kontrowersji – jego rządy w londyńskim ratuszu to skandal wokół wydatków z miejskiej kasy czy konflikt z szefem stołecznej policji. Ale też Johnson twardą ręką przeforsował zakaz picia alkoholu w komunikacji miejskiej, a ratusz zadbał, żeby głośno było o jego rowerowych przejażdżkach po mieście – i interwencji w obronie napadniętego na jednej z ulic filmowca (który zrewanżował się burmistrzowi, nazywając go „rycerzem na lśniącym bicyklu”).

Oczywiście, wielkie metropolie mają swoją specyfikę: tu dobry pomysł – w dobrej realizacji – może wręcz zastąpić program wyborczy. A jednocześnie tu włodarz może sobie pozwolić na więcej niż politycy zajmujący się polityką na szczeblu ogólnokrajowym. W polskich realiach ekscentryków jednak ze świecą szukać głównym lejtmotywem kampanii wyborczej jest poza „na menedżera” – politycy podkreślają swoje dotychczasowe polityczne czy biznesowe doświadczenie, zapowiadają zrobienie porządków w miejskiej kasie, na ulicach, przeforsowanie nowych inwestycji. Osobowość schodzi na drugi plan.

Jednocześnie jednak już w 2010 r. wśród kandydatów można było znaleźć „perełki”. Piotr Franaszek (PO), który wówczas startował do sejmiku województwa lubelskiego, a od niedawna jest dyrektorem Centrum Spotkania Kultur w Lublinie, zaprezentował się wyborcom na plakatach stylizowanych na wyświetlaną wówczas kolejną część przygód Jamesa Bonda (w towarzystwie wystylizowanej na „dziewczynę Bonda” Joanny Muchy). Filmowych skojarzeń nie unikał też ubiegający się ponownie o prezydenturę Olsztyna Janusz Cichoń (obecnie poseł PO), którego wsparł Krzysztof Hołowczyc i batmobil – pojazd niejakiego Batmana. „Do dalszego rozwoju miasta potrzebny jest człowiek z wizją. Potrzebni są Batman…” – dowodził lektor jego klipu – „…i Janusz Cichoń” – dorzucał zza uchylonej szyby Hołowczyc.

Na warszawskim Bemowie starli się wówczas odziany w zbroję, z mieczem w dłoni Jarosław Oborski (z ramienia PO) i rozebrana do kostiumu kąpielowego celebrytka Sara May (Wspólnota Samorządowa Nasze Miasto). Po ulicach Chorzowa szalał w seicento Rafał Przełonczkowski z PO, zza kierownicą prezentował się rapujący kandydat PiS Jerzy Zuba. Osobiście pieśń biesiadną wykonała kandydatka SLD do sejmiku województwa mazowieckiego Marta Ratuszyńska, a kandydat PSL do sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego Paweł Sankowski promował się klipami, zawierającymi zbitkę zdjęć z wakacji oraz pościąganych z sieci kadrów rozmaitych zwierzątek w udziwnionych, przerażająco-dramatycznych pozach (wynikających z szoku na wieść o kandydaturze tego polityka).

Prezydent na prezydenta

Te próby wyróżnienia się w tłumie skądinąd podobnych – i w największych miastach, nie ukrywajmy, anonimowych – kandydatów nijak mają się jednak do realiów politycznych. Eksperci zasadniczo wyróżniają cztery modele przywództwa politycznego. Pierwszy to model psychologiczny – oparty na wybitnych, wyjątkowych cechach osobowości polityka, na charyzmie określanej jako osobisty magnetyzm lidera, skłaniający jego zwolenników do popierania go. Znacznie spokojniejszy charakter ma przywództwo interakcyjne – to raczej współzależność lidera i jego zwolenników, wspólnota ideałów lub interesów. Wyróżnia się też model sytuacyjny – oparty na awansie na pozycję lidera w wyniku nierzadko przypadkowego zbiegu okoliczności, wydarzeń, które wymagały reakcji i w których dany lider przejawił inicjatywę (skądinąd, również charyzmę). Ostatni – instytucjonalny – model to z kolei konsekwencja procedur czy decyzji politycznych, które wypchnęły kandydata do przywództwa.

Można przyjąć, że większość politycznych nominacji partyjnych w samorządach – z perspektywy wyborców, oczywiście – można by uznać za przykłady tego modelu. W ściśle teoretycznych kategoriach można by też zapewne mówić o próbie przechodzenia na model pierwszy – kiedy to partie szukają tych charyzmatycznych liderów, by w jakiś sposób pozyskać ich dla siebie.

Jak to wygląda w polskich realiach? W rankingach najbardziej wpływowych polityków w Polsce znajdziemy jedynie garstkę samorządowców. Właściwie obligatoryjnie trafia tu prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (przypomnijmy jednak, że administrowanie najważniejszą metropolią jest funkcją wyjątkową i bywa punktem wyjścia do kariery na szczeblu ogólnokrajowym: merem Paryża był przez osiemnaście lat Jacques Chirac, burmistrzem Stambułu był wieloletni premier i obecny prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, Warszawą rządził Lech Kaczyński), a także Jacek Majchrowski, Rafał Dutkiewicz czy Wojciech Szczurek. Olbrzymia większość najlepiej znanych samorządowców w Polsce to przedstawiciele przywództwa interakcyjnego lub instytucjonalnego.

Nic więc dziwnego, że większość z nich swoją charyzmę podkreśla przede wszystkim podczas otwierania nowych inwestycji czy pokazując się na imprezach organizowanych dla mieszkańców. Nieliczni próbują prezentować mieszkańcom administrowanych przez siebie jednostek jakieś wizje, które sięgałyby dalej w przyszłość, czy obejmowały coś więcej niż szereg zaplanowanych na następną kadencję inwestycji. Ale też można odnieść wrażenie, że jeśli o pierwszym wyborze na stanowisko decydują czynniki, które wpisują się w model przywództwa „interakcyjnego” i „instytucjonalnego”, to już sztuka reelekcji udaje się przede wszystkim tym, w których mieszkańcy dostrzegą „coś więcej” – jakiś rodzaj charyzmy, niezależności, wychodzenia do wyborców czy przynajmniej schlebiania ich gustom i podążania za ich nastrojami. O tym, że władza nie jest „nad gminą” lecz po to, „by osiągnąć cel”, mówiło w publikowanych przez Magazyn Samorządowy GMINA rozmowach wielu lokalnych liderów, na jednym oddechu niemalże wspominając, że ich drzwi są zawsze otwarte dla mieszkańców. Taki model przywództwa – jeśli rzeczywiście jest realizowany – Polacy zdają się coraz bardziej lubić. Nie tylko Polacy zresztą.

Na dłuższą metę oznacza to jedno: politycy chcący robić karierę w samorządach będą musieli zadbać o charyzmę – rozumianą zarówno jako umiejętność zaprezentowania swoich najlepszych cech charakteru, jak i skuteczności podejmowanych wcześniej działań, profesjonalizmu i przywiązania do miejsca, w którym się startuje. Politycy o niekwestionowanej pozycji w dzisiejszych samorządach to bowiem ci, którzy nie zdradzają się z ambicjami sięgającymi Sejmu, resortów rządowych czy stanowisk ogólnopolskich – to raczej lokalni patrioci. Oczywiście, takie umiejętności autoprezentacji niełatwo zdobyć. Dotychczasowe doświadczenia ze spin doktorami dowiodły raczej, że mogą oni wyeksponować istniejące talenty polityka niż je stworzyć.

17 milisekund na mimikę

Na pocieszenie można też dodać, że eksperci przekonują, iż charyzmy można się nauczyć. – Pamiętaj, charyzmę można zdobyć – przekonuje Olivia Fox Cabane, ceniona amerykańska ekspertka w dziedzinie szkoleń. – Jest ona rezultatem nierzadko konkretnych i określonych zachowań. Ich efektem jest zaufanie, sympatia i chęć podporządkowania się twoim radom lub poleceniom – dodaje. Kluczowe czynniki badaczka podzieliła na trzy grupy: związane z wyglądem i traktowaniem rozmówców, władczością przejawiającą się zarówno w języku ciała, jak i sposobie wyrażania się, a wreszcie… ciepłem. Kategorią może niedookreśloną, ale niewątpliwie pojawiającą się u wszystkich liderów, za którymi wiernie podążali wyborcy.

- Ludzie odczytują mimikę rozmówców w 17 milisekund. Jeśli poczują, że robią na tobie wrażenie, pokochają cię. Ale jeśli nie będziesz zwracać uwagi na to, co mówią, natychmiast to zauważą – mówi Cabane. Wówczas zapewnianie o swoim zaangażowaniu przyniesie wręcz odwrotny od oczekiwanego skutek. Oczywiście, trudno skupiać uwagę, gdy po raz „enty” słyszy się te same argumenty czy historie. Cabane doradza w takim przypadku skupienie się na odczuciach własnych palców, ewentualnie tęczówkach rozmówcy. Podobnie zresztą z władzą: rozsiadanie się przy stole (albo na nim), nogi na biurku, rozkładanie ramion – to wyrażane językiem ciała oznaki władczości. Podobnie ton i natężenie głosu, sposób wyrażania się. Ale i tu można przeholować, bowiem Cabane nie chodzi o krzyk i strofowanie podwładnych czy rozmówców, ani o „męski język” przekazu. Raczej o przebijające z nich zdecydowanie i poczucie, że wiemy, co należy robić. A kto nie zwykł demonstrować swojej władczości – może jej się nauczyć, ćwiczenie władczych zachowań z czasem wpływa na hormony.

Wreszcie najtrudniejsze: ciepło głosu i wyraz oczu. Cabane przestrzega, że nie chodzi tu o grę, nawet skupiając się wewnątrz na czymś budzącym pozytywne uczucia, uzyskamy ten efekt. Nawet siedząc naprzeciwko najtrudniejszego i najbardziej irytującego adwersarza, warto na chwilę odnaleźć w nim pozytywne cechy. Spojrzenie na niego z sympatią może pozyskać nam wielu więcej zwolenników niż najbardziej cięta riposta – a ludzie zobaczą to w oczach. Cóż, taki mamy akurat czas, w którym warto o tych poradach pamiętać.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY