Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:49

KOMITETY I TAK BĘDĄ MUSIAŁY PÓJŚĆ NA KOMPROMISY

Napisane przez 

Rozmowa z dr. hab. Radosławem Markowskim,politologiem z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie

ANNA CEBULA: Miasto Jest Nasze, Kraków Przeciw Igrzyskom, Stowarzyszenie My Poznaniacy – jeszcze chyba nigdy w wyborach samorządowych nie startowało tylu kandydatów spoza list tradycyjnych partii. Czy to symptom kryzysu systemu partyjnego? Czy Polacy tracą zaufanie do partii politycznych?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Takie komitety tworzą obywatele zaangażowani, czasem tacy, którzy są niezadowoleni ze stanu rzeczy, rzadziej – są nim sfrustrowani. Najczęściej ci, którym się wydaje, że odcinając logo partii politycznych, będą mieć większe szanse w wyborach.

Oni niewątpliwie chcą coś zrobić – tyle że zazwyczaj w jednej sprawie. Dlatego jestem krytykiem takiego rozwiązania, choć może w małych miejscowościach mogłoby ono mieć sens. Problem w tym, że polityka to sztuka – na im wyższym szczeblu, w tym większym stopniu – wynajdywania kompromisów między różnymi alternatywami. To zarządzanie całokształtem spraw społeczności: dwudziestoma czy trzydziestoma politykami sektorowymi, od zdrowia poprzez oświatę, na transporcie skończywszy. I na tym wszystkim trzeba się znać, umieć się odnieść, a na dodatek: umieć wybrać między potrzebami jednego a drugiego…

Co przy obecnych kłopotach budżetowych bywa trudne…

Ale na takiej zasadzie muszą działać partie polityczne wszędzie na świecie. Natomiast komitety obywatelskie są zazwyczaj nastawione na protest przeciwko działaniom partii politycznych, albo ich celem jest usprawnienie komunikacji miejskiej, czy lokalizacja wysypiska śmieci (lub jej zablokowanie). To oczywiście są ważne sprawy, ale to nie jest całokształt. I to jest główny problem, jaki możemy mieć z komitetami.

Wyborcy chyba nie mają wyczuwają tu problemu. Niezależni kandydaci już wygrywali w samorządach…

Komitety mogą wygrywać w wyborach, ale przypuszczam, że zawsze będą w mniejszości – i, prędzej czy później, będą musiały kooperować z innymi bytami politycznymi. Samoistne rządzenie, poza dotychczasowym systemem, jest możliwe w bardzo niewielu miejscach. Komitety będą zatem musiały tak czy inaczej pójść na polityczne kompromisy – z czego niewielu lokalnych aktywistów zdaje sobie chyba sprawę. I to jest drugi problem tych komitetów. Choć trudno mieć tu jakąś pewność: zjawisko jest wszakże nowe.

Czy możemy mówić, że taki kandydat „spoza układu” ma większe szanse przy urnach?

Bywa różnie – na poziomie samorządowym dokonuje się kilku wyborów: inna logika obowiązuje tam, gdzie personalnie wybiera się burmistrza, w jednomandatowych okręgach wyborczych, jeszcze inna, bardziej partyjna, na listach kandydatów do samorządowych sejmików wojewódzkich itd.

Polacy nie lubią polityków, ale Polacy nie są też i doskonałymi wyborcami czy obywatelami. Przejawiają niewielkie zainteresowanie sprawami publicznymi, nie chodzą na wybory. Niedawno, podczas uzupełniających wyborów do Senatu, w jednym z okręgów przy urnach stawiło się zaledwie sześć procent uprawnionych do głosowania. Korzystając z demokracji, niby krytykujemy polityków, ale gdyby politycy zechcieli coś powiedzieć o obywatelach, ocena byłaby nie mniej krytyczna.

Przyganiał kocioł garnkowi, czy tak?

Najlepiej widać to na poziomie ogólnonarodowym. Przy okazji wyborów parlamentarnych fala krytyki wobec polityków jest straszliwa – wybory są upartyjnione, partyjni notable zaludniają pierwsze – wybieralne – miejsca list. Ale to przecież są listy otwarte – można głosować na dowolnego kandydata z kilkunastu pozycji. Ale gdy przychodzi zagłosować, 80-90 proc. głosów pada na „jedynkę” czy „dwójkę”. Brak tu więc logiki: krytykujemy ten system, ale z drugiej strony – nikt się nie interesuje, kto jeszcze jest na listach.

Polityka wylewająca się z łamów gazet, ekranów TV, czy z internetu nie zachęca do zainteresowania. Zatem nic dziwnego, że przynajmniej niektóre komitety próbują wyborcom wmówić, że nie mają z nią nic wspólnego?

Formalnie pojawianie się takich komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce. Ale gdy wybrani członkowie komitetów zasiądą w radach, okaże się, że z tą polityką partyjną trzeba się liczyć. Zapomnieliśmy już chyba, że kiedyś także Platforma Obywatelska startowała jako taki, antypartyjny, antysystemowy byt. A w ciągu dekady stała się najbardziej scentralizowaną partią polityczną.

To naturalny proces – chcę podkreślić: nie da się inaczej. Podobne są doświadczenia wielu krajów, które przechodziły tę drogę. Poza bardzo małymi miejscowościami i bardzo specyficznymi sprawami kandydaci wybierani na bazie obywatelskich, niezależnych inicjatyw, nie dają sobie rady z kompleksowością polityki – choć mogą oczywiście wskazać istotne problemy, które wymagają naprawy.

Ale to gotowa recepta wyborcza dla kandydatów partyjnych: najlepiej na poziomie samorządowym kreować się na bezpartyjnego. Na dodatek, według badań CBOS, 60 proc. Polaków ufa politykom lokalnym – to prawie dwa razy tyle, co tych, którzy ufają politykom z Sejmu czy ministerstw!

Ot, paradoks. Samorządem jest też Warszawa: obszar metropolitarny, liczący 2,5 mln mieszkańców – więcej niż dziesięć najmniejszych krajów europejskich, jak Liechtenstein czy San Marino, razem wziętych. Samorządność na poziomie takich aglomeracji, jak warszawska czy śląska, jest zupełnie inna niż na poziomie gminy liczącej dwa tysiące mieszkańców.

Bardzo się koncentrujemy na krytyce rządów czy posłów, a ja wcale nie uważam, że ci politycy są tacy beznadziejni. Ba, wszystko to, co obserwujemy ostatnio, absolutnie potwierdzane w badaniach naukowych – to po pierwsze: jeżeli istnieje gdzieś rozpleniona korupcja i nepotyzm, to dochodzi do tego na szczeblach lokalnych i samorządowych; a po drugie – na tym szczeblu brak demokratycznych procedur. Na stanowiska w samorządach nierzadko wybierani są ciągle ci sami ludzie, obstawiający się z latami rodzinami czy przyjaciółmi – i nieusuwalni w ramach procedur demokratycznych. Oni wprowadzają do lokalnej polityki praktyki daleko odbiegające od tego, czego się oczekuje od demokracji.

Moim zdaniem, mamy więc dużo większy problem z demokracją i transparentnymi procedurami zachowań w sferze publicznej na szczeblu samorządowym niż na poziomie rządu i centralnych organów. To nowy problem, którego nie dostrzegaliśmy długie lata.

Mocne słowa. Czy tymi rozbieżnościami możemy tłumaczyć fatalną frekwencję w wyborach samorządowych – ostatnio 41 proc.?

Cóż, właśnie w tym poniekąd problem: najchętniej chodzimy na wybory prezydenckie. A nasz system – tak się składa – nie jest akurat prezydencki i polityk na tym stanowisku nie ma zbyt wiele do powiedzenia. To taki ojciec narodu, który ma pilnować, żeby nic się rodakom złego nie stało, ma tonować politykę. Oczywiście, mamy tu różne stanowiska, bo był i taki prezydent, który nie rozumiał, co jest napisane w konstytucji. Ale Polacy, z jakiegoś powodu, właśnie tego polityka lubią wybierać, a frekwencja przy tej elekcji jest znacznie wyższa niż przy innych. To wszystko jest efektem niskiego kapitału społecznego i braku zaangażowania w sprawy publiczne.

dr hab. Radosław Markowski – politolog, socjolog SWPS. Dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją SWPS oraz kierownik Zakładu Badań Porównawczych nad Polityką w ISP PAN

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY