Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Wydrukuj tę stronę
niedziela, 28 wrzesień 2014 22:45

(NIE)ZALEŻNE KOMITETY WYBORCZE

Napisane przez 

Gdyby z bezpartyjnych komitetów wyborczych, które jak grzyby po deszczu wyrastają w całej Polsce, sformować jednolitą partię – byłaby to trzecia siła polityczna w Polsce. Choć w sondażach dominują PiS i PO, zbierając mniej więcej co czwarty głos, na obywatelskie komitety wyborcze chce głosować już niemal co dziesiąty Polak. To więcej niż na PSL, SLD, Nową Prawicę czy Twój Ruch.

Kto wie, być może zręby takiego ugrupowania właśnie się tworzą? „Jesteśmy mieszkańcami dwunastu polskich miast. Nie jesteśmy partią, przybudówką partyjną, ani grupą biznesowych interesów. Nasz jedyny interes to interes publiczny. Tak jak Wy, chcemy przyjaznego miasta, harmonijnego rozwoju zgodnego z potrzebami mieszkańców. Mówimy DOŚĆ oderwanym od rzeczywistości zawodowym politykom. Zapraszamy Was do decydowania o przyszłości Waszego miasta” – oto credo Porozumienia Ruchów Miejskich, konglomeratu bezpartyjnych komitetów wyborczych z dwunastu wielkich polskich metropolii: Gdańska, Gliwic, Gorzowa Wielkopolskiego, Krakowa, Poznania, Opola, Płocka, Raciborza, Świdnicy, Torunia, Warszawy i Wrocławia.

W sumie, we wszystkich miastach, będących obszarem działania Porozumienia, mieszka 5 milionów ludzi. Do ich codziennej frustracji apelują aktywiści Ruchów. – Hanna Gronkiewicz-Waltz przed referendum nie wiedziała ile kosztuje bilet jednorazowy, co nie przeszkadzało jej wprowadzić trzech podwyżek biletów komunikacji miejskiej – wytykają. Definiują trzy problemy metropolii. Pierwszym jest chaotyczny rozwój, wskutek którego „całe dzielnice powstają bez planu” – bez placówek edukacyjnych i na koszt podatnika, lokalne sklepy znikają zastępowane międzynarodowymi sieciami handlowymi, które transferują zyski za granicę. „Trwa chaotyczny demontaż i prywatyzacja usług publicznych – od szkolnych stołówek po wodociągi i komunikację” – dowodzą aktywiści. „Nie chcemy, by nasze miasta stały się jak Detroit” – deklarują. Drugi problem – oderwanie polityków od rzeczywistości (vide wspomniany casus Hanny Gronkiewicz-Waltz). Trzeci – brak polityki przyjaznej miastom: „niekorzystne rozwiązania prawne, instytucjonalne, utrwalone polityki i praktyki sądowe, niesprawiedliwy podział środków”.

Recepty? Koniec pokazowych inwestycji, odesłanie do lamusa dotychczasowych elit, stworzenie koalicji miejskich aktywistów zdolnej walczyć o swoje w Warszawie, a nawet Brukseli. Cóż, jeżeli wyborcy podchwycą ten patent na uprawianie polityki, koalicja ruchów miejskich będzie o krok od stania się partią. Ale zanim padnie pytanie o program przypomnijmy jeszcze jedną deklarację Porozumienia: „Jesteśmy ideowi, ale nie ideologiczni. Samorząd to nie miejsce na spory światopoglądowe”.

Jak hartowała się obywatelskość

Nadchodzącą ofensywę ruchów miejskich można było przewidzieć. Już cztery lata temu Stowarzyszenie My Poznaniacy zdobyło w stolicy Wielkopolski imponujące 10 proc. głosów. Ostatnie pasmo referendów nad odwołaniem lokalnych włodarzy, inicjatyw związanych z budżetami partycypacyjnymi wzmocniło jednak ofensywę lokalnych aktywistów na ratusze: niewątpliwie, na fali takich inicjatyw poczuli realny wiatr w żagle. W całej Polsce powstają więc tysiące komitetów. Tylko w województwie śląskim doliczono się niemal dziewięciuset mniej lub bardzie niezależnych inicjatyw wyborczych, z tego ponad trzystu w samych Katowicach.

Słabością aktywistów jest jednak wyrywkowy program. Najmocniejszym postulatem kandydatki na prezydenta Warszawy z ramienia Partii Zielonych, aktywistki Joanny Erbel, jest obniżka cen biletów komunikacji miejskiej. Aktywiści z Poznania sprawdzali się dotąd, walcząc o dodatkowe przejścia dla pieszych, lub w próbach blokowania niektórych inwestycji miejskich. Kraków Przeciw Igrzyskom (należący do Porozumienia Ruchów Miejskich) w nazwie podsumowuje dotychczasowe dokonania. Stołeczne ugrupowanie Miasto Jest Nasze błysnęło do tej pory „mapą” reprywatyzacyjnych praktyk ratusza i „inwestorów”, skupujących w mieście roszczenia.

Z kolei KWW Porozumienie Obywatelskie WOLNOŚĆ, działające – przynajmniej teoretycznie – na terenie całego kraju, w ogóle nie definiuje konkretnych celów. „Idziemy do samorządów z hasłem Wolność bo właśnie w wolności zawiera się sens naszej egzystencji i wszystko co ją otacza. Jej ograniczanie, regulowanie, wydzielanie lub pomniejszanie jej znaczenia prowadzi do zagłady społeczeństw i człowieczeństwa” – deklarują twórcy tego komitetu. – „Rodzimy się Wolni , walczymy o Wolność i wolni chcemy umierać. Dlatego to hasło będziemy nosić wysoko na swoich sztandarach, przypominając wszem i wobec, że Wolność powinna gościć na naszych ulicach i w naszych domach, w naszych urzędach, w naszych szkołach i w mediach” – mocne słowa, niestety, oddające przygotowanie do sprawowania urzędów przynajmniej części twórców komitetów.

Do pewnego stopnia komitety tworzą atmosferę, jaką nieco starsze generacje mogą pamiętać z początku lat 90., kiedy to swoją szansę miały rozmaite inicjatywy – również te, które do wyborców „puszczały oko”. Wspomnijmy choćby nazwy niektórych zarejestrowanych w Polsce komitetów: KWW Róbmy Coś (Wrocław), KWW Wierni Wyborcom – Nie Układom (Gdańsk), KWW Pracę Już Mamy, Chcemy Służyć Mieszkańcom oraz KWW Mądrość dziadków przyszłością dzieci (Kraków), KWW Demokratyczne Zarządzanie i Deliberacja Ekonomicznych Korzyści oraz KWW Jak żyć (Radom), KWW Naszą partią jest Gmina Błonie, KWW Sen o Warszawie, KWW Miasto jest nasze – mieszkańców Pragi (Warszawa). W Zabrzu próbowano zarejestrować KWW Chcemy Wszyscy Dostatniej Polski – ale miejscowej komisji wyborczej nie przypadł do gustu akronim nowej organizacji.

Pod bezpartyjnym płaszczykiem

– Bezpartyjność stała się modnym hasłem tegorocznych wyborów lokalnych – podkreśla Maciej Kowalewski, socjolog z Uniwersytetu Szczecińskiego. „Po 25 latach wolności, historia zatoczyła koło. Słowo BEZPARTYJNI znów brzmi lepiej, co zaczęli wykorzystywać kandydaci do dzierżenia steru władzy” – pisał z kolei Adam Zadworny na łamach lokalnego wydania „Gazety Wyborczej”. Rzeczywiście, po kilku latach wojny polsko-polskiej, narastającego zacietrzewienia polityków i ich najgorętszych sympatyków, na tle generalnie karlejącej kultury politycznej w Polsce – bezpartyjność stała się ucieczką dla tysięcy sfrustrowanych wyborców.

Ale nie miejmy też wątpliwości: zjawisko to nie uchodzi uwadze polityków. Weźmy choćby sytuację w Szczecinie, gdzie wieloletni polityk PO i dyrektor tamtejszego XIII Liceum Ogólnokształcącego Cezary Urban zawiesił swoje członkostwo w partii i ubiega się o miejsce w sejmiku jako „bezpartyjny”. Prezydent Szczecina – Piotr Krzystek – wygrał w 2006 r. wybory jako „bezpartyjny kandydat z ramienia PO”, a po kilku miesiącach wstąpił do tej partii. Rozstanie nastąpiło po czterech latach, gdy regionalne władze partyjne odmówiły mu poparcia przed kolejną elekcją – zatriumfował m.in. dzięki współpracy z lokalnymi strukturami Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego.

Jakby tego było mało, szef regionalnych struktur Platformy w województwie zachodniopomorskim, Stanisław Gawłowski, zaanonsował mediom, że aż połowa miejsc na listach jego partii to kandydaci… bezpartyjni.

Zabawa w „dokodowanie” komitetów trwa też w najlepsze w Elblągu. Spośród dwunastu zarejestrowanych komitetów, aż siedem przekonuje o swojej „bezpartyjności”. Afiliacje z PO mieszkańcy przypisują KWW Elbląski Komitet Obywatelski, KWW Witolda Wróblewskiego to grupa polityków związana z PSL, lokalne gazety spodziewają się na listach KWW Wolny Elbląg kandydatów z Twojego Ruchu Janusza Palikota (kandydat tego komitetu na prezydenta, Lech Kraśniański, zrezygnował z członkostwa w TR ledwie dwa dni przed ogłoszeniem kandydatury), wreszcie w KWW Naszą Partią Jest – Elbląg spotykają się politycy politycznego planktonu: partii Polska Jest Najważniejsza, Stowarzyszenia Demokratycznego, Nowej Prawicy.

A co z tymi, którzy realnie funkcjonują poza polskim światkiem politycznym? – W pomyślnym wariancie ruchy miejskie będą stanowić uzupełnienie lokalnej sceny politycznej. Ale większość takich organizacji i stowarzyszeń boryka się skrajnym rozdrobnieniem, wewnętrznymi podziałami i sporami – podkreślał na łamach „Wprost” politolog z UW, Błażej Poboży. Według niego, sytuacja może wyewoluować w dwóch kierunkach. Pierwszy: połączone siły społeczne wprowadzają swoich radnych do samorządów i współuczestniczą w polityce samorządowej, „po bożemu”. – Drugi, bardziej pesymistyczny, ale też chyba bardziej realny: podzieleni aktywiści ponoszą wyborczą porażkę, a ich hasła, a niekiedy także liderów, przejmują duże partie polityczne – kwitował Poboży. Pożyjemy, zobaczymy.