Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 52.

niedziela, 24 sierpień 2014 00:00

Gmina turystyczna

Napisane przez 

Turystyka to na całym świecie jeden z najbardziej dochodowych biznesów. Żyją z niej miliony ludzi, a dla wielu państw stanowi podstawowe źródło dochodu. Także w Polsce, choć może wolniej, niż chcielibyśmy, turystyczny biznes zaczyna być doceniany i coraz więcej ludzi zupełnie nieźle na nim zarabia. W ostatnich latach zwłaszcza, jak grzyby po deszczu, powstawały hotele i pensjonaty, centra rozrywkowe, parki wodne i jurajskie, nowe kąpieliska. W internecie aż gęsto od reklamujących je stron internetowych. Jak się to wszystko ma do ofert z krajów, od lat będących potęgami turystycznymi, to zupełnie inna sprawa. Ważne jest jednak, że coś się dzieje i że nie od razu Kraków zbudowano. Cieszy także, że do tego ogólnokrajowego trendu coraz szerzej włączają się gminy.      

Jeśliby użyć szerokiego znaczenia tego słowa, „turystyka” trafiła „pod strzechy” bardzo dawno temu i wbrew rozmaitym opowieściom, jej znaczenie biznesowe dla miejscowości czy regionu było doceniane zarówno przez właścicieli ziemskich, jak i przez lokalne władze. To przecież nie za naszych czasów do historycznych nazw miejscowości zaczęto dodawać słowo „letnisko”. Dzięki temu mamy dzisiaj Garbatkę Letnisko, Żarki Letnisko, Jedlnię Letnisko, Popowo Letnisko oraz bardzo wiele innych „letnisk”. Niegdyś – przed wojną – jeżdżono „na letnisko”, znaczy na wieś, bo „letnisko”, to właśnie była wieś. A dokładniej – zaprzyjaźniony wiejski pensjonat, w którym spędzało się wakacje każdego roku, bądź zaprzyjaźniony rolnik, który wynajmował jedno lub więcej pomieszczeń. Wyjazd z miasta „na letnisko” należał do dobrego tonu, czy wręcz obowiązku, co przecież dobrze znamy z literatury okresu międzywojennego. Cechą charakterystyczną tego rodzaju wypoczynku była ogromna gościnność i serdeczność gospodarzy, przyjmujących letników, tworząca przyjacielski, czy wręcz rodzinny klimat. Letnicy potrafili to docenić i odwzajemnić, np. w przedwojennej Urli nad Liwcem warszawiacy założyli Stowarzyszenie Miłośników Urli, liczące blisko stu członków.

Po wojnie, z powodów oczywistych, „letniskowe” tradycje mocno podupadły, za to pojawiły się „wczasy pod gruszą”. Początkowo określenie to oznaczało dopłaty pracodawcy do wypoczynku wakacyjnego pracownika, organizowanego we własnym zakresie, ale stosunkowo szybko nabrało sensu dosłownego i uzyskało trwałe miejsce w języku potocznym. Tym sposobem „wczasy pod gruszą” stały się peerelowskim synonimem przedwojennego letniska. Potem, w ramach dynamicznie rozwijającej się nowomowy, pojawiło się określenie „agroturystyka”, które przetrwało do dnia dzisiejszego i miewa się całkiem nieźle. Nie o semantykę tu jednak chodzi ale o to, co obecnie ta „agroturystyka” oznacza. Ze statystyk wynika, iż branża agroturystyczna oferuje ponad 60 tys. miejsc noclegowych, zlokalizowanych w ponad 5,5 tys. obiektów. W skali roku korzysta z nich 6-7% Polaków. No właśnie - dużo to czy mało? Pewnie mało, problem jednak nie sprowadza się wyłącznie do miejsc noclegowych i nie tylko w tych kategoriach powinien być postrzegany.

Zdaniem specjalistów zaledwie połowa gmin jest zainteresowana rozwojem turystki na swoim terenie. Jeśli jest to prawda, dziwić się należy mocno, bowiem każda polska gmina jest gminą turystyczną, choć wiele z nich o tym nie wie, albo wiedzieć nie chce. W każdej jest coś do pokazania, coś do obejrzenia, są miejsca, jakich nie ma gdzie indziej, są rzeczy ciekawe i niepowtarzalne. Chodzi o to, aby umieć te walory dostrzec i odpowiednio wykorzystać. Przykładów, jak z powodzeniem udało się to zrobić, jest dużo i liczba ta systematycznie rośnie. Nie szukając daleko – dzięki Parkowi Jurajskiemu w Bałtowie każdego roku gminę odwiedza kilkaset tysięcy osób.

Nieprawdziwe są argumenty, że szkoda zachodu, bo i tak nie wygra się konkurencji ze znanymi kurortami czy wczasowiskami, podobnie jak twierdzenia, że w turystyczny interes od razu trzeba włożyć wielką kasę. Wszystko otóż zależy od tego, jak do problemu podejdziemy. Doświadczenie pokazuje, że aby oferować miejsca noclegowe, nie trzeba zaraz budować Hiltona. Poza lokalnymi atrakcjami, które znaleźć bądź zorganizować można wszędzie, tak, jak na przedwojennych „letniskach” atutem stać się powinna serdeczna i rodzinna atmosfera, przyjacielskie związki pomiędzy gospodarzami a letnikami, utrwalane w kolejnych latach. Ale także – dobrze zaopatrzone i otwarte w odpowiednich godzinach sklepy, kawiarenki, winiarnie, dyskoteki, oczywiście wszystko to z miłą, sympatyczną i życzliwą obsługą. Do tego naprawdę nie potrzeba wielkich pieniędzy ani szumnych programów „zrównoważonego rozwoju” – pieniądze przyniosą „turyści”, a ich preferencje wskażą „kierunki rozwoju”. Potrzeba tylko chęci, gospodarskiego oka i zdrowego rozsądku.

Więcej w tej kategorii: PÓŁ ROKU ZA NAMI »

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY