Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:06

ZBÓJNICKI PODATEK IDZIE POD NÓŻ

Napisane przez 

Janosikowe niezgodne z konstytucją – ten werdykt Trybunału Konstytucyjnego wstrząsnął samorządową Polską. Dla bogatych jednostek to świetna wiadomość, bo więcej pieniędzy zostanie im w kasie. Biedni natomiast boją się, że nie uda im się dopiąć budżetów. Wszyscy z niecierpliwością czekają na decyzję Warszawy. Bo to politycy będą musieli zdecydować, jak od nowa podzielić pieniądze.

Jaoosikowe to obowiązkowa opłata wyrównawcza, którą – formalnie od 2003, a faktycznie od 2004 roku – ponoszą najbogatsze samorządy na rzecz biedniejszych. Województwa dzielą się z województwami, powiaty z powiatami, gminy z gminami. Pieniądze pochodzą z podatków od przedsiębiorstw (CIT) i osób fizycznych (PIT). Chodzi o to, aby zniwelować różnice między regionami. Tak, by ci, którzy mają na swoim terenie kwitnące przedsiębiorstwa, kopalnie czy uzdrowiska, oddawali część dochodów tym, u których bezrobocie sięga 30-40 proc. i nie są stolicą albo mekką zimowej lub letniej turystyki.

– O sukcesie w dużej mierze decyduje lokalizacja. Przykładem może być nasz region: większość inwestycji na Dolnym Śląsku koncentruje się wokół Wrocławia. Pozostałe samorządy, choćby nie wiem, jak się starały, nigdy nie będą rozwijać się tak dynamicznie, jak stolica województwa. Dlaczego zatem ci, którym łatwiej dochodzić do dobrobytu, nie mieliby części swego bogactwa oddać tym, którym nie z własnej winy idzie gorzej? – zastanawia się w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Stanisław Longawa, wójt gminy Kłodzko.

Solidaryzm – tak, wypaczenia nie

Idea dzielenia się jest słuszna. Ale sposób jej realizacji nie od dziś wzbudza kontrowersje. Niekiedy jednostki bardziej zasobne muszą zaciągać kredyty, by dokonać korekcyjnej wpłaty. Taki los spotkał m.in. najbogatsze w kraju województwo – mazowieckie, które w niektórych z minionych lat musiało gorzej radzącym sobie regionom oddać nawet 80 proc. własnych dochodów i samo szło na żebry do Ministerstwa Finansów.

Niedawno samorząd stanął na skraju bankructwa. W kwietniu tego roku komornik wszedł na jego konta i ściągnął 55 milionów złotych z zaległych 110 milionów Janosikowego – pieniędzy, których władze Urzędu Marszałkowskiego nie zapłaciły w 2013 roku. Aby Mazowsze miało z czego spłacać zobowiązanie w przyszłości, województwo musiało pożyczyć od rządu 400 milionów złotych.

O absurdzie sytuacji stanowi nie tylko to, że bogaty omal nie poszedł z torbami. Na ironię zakrawa również fakt, że choć na początku marca bieżącego roku Trybunał Konstytucyjny (TK) uznał sposób funkcjonowania i egzekwowania janosikowego za niekonstytucyjny, to województwo mazowieckie i tak musi płacić ów swoisty haracz.

– Mimo decyzji Trybunału, resort finansów nam nie odpuszcza. To paradoks, że nadal jesteśmy zmuszeni do płacenia janosikowego według niekonstytucyjnych zasad – skarży się Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. Ale zaraz uściśla: – Nie myślimy tylko o sobie. Dostrzegamy potrzeby innych. Ze wszech miar popieramy mechanizmy solidarnościowe, pod warunkiem, że są rozsądne i służą wszystkim.

Sędziowie Trybunału orzekli, że niezgodny z ustawą zasadniczą jest przepis, dający ministrowi finansów prawo do wykorzystywania części pieniędzy z janosikowego jako własnej rezerwy. Nie przyzwalają oni na „brak zagwarantowania województwom możliwości zachowania istotnej części dochodów do realizacji zadań własnych”. Dzieje się tak m.in. dlatego, że sposób wyliczania daniny nie uwzględnia silnych zmian w dochodach województw, wynikających z cykli gospodarczych.

– Janosikowe nie stanowiłoby aż tak dużego problemu, gdyby Polska i poszczególne regiony z każdym rokiem rozwijały się coraz lepiej. Sęk w tym, że po okresie dobrej koniunktury, wcześniej czy później zawsze przychodzi zła. A wtedy opłata ta staje się brzemieniem nie do udźwignięcia dla konkretnych jednostek, bo jej wysokość oblicza się na podstawie dochodów sprzed dwóch lat – wskazuje Antoni Szlagor, burmistrz Żywca.

Aby uzdrowić sytuację, warto przyjrzeć się, jakie rozwiązania w dziedzinie wyrównywania szans między regionami funkcjonują w innych krajach. Tak przynajmniej uważa prof. Paweł Swianiewicz, specjalista w zakresie polityki lokalnej i finansów samorządowych oraz doradca społeczny Prezydenta RP. „W Szwajcarii jako podstawę wyliczania subwencji stosuje się średnie z kilku lat, a nie dane dla jednego roku. W Niemczech stosuje się udziały w bieżących, rozliczanych comiesięcznie dochodach, z ewentualnym wyrównaniem – w górę lub w dół – kiedy znane są już dokładne rozliczenia całego roku finansowego. W Danii samorządy mają możliwość posłużenia się własnymi prognozami, z zastrzeżeniem jednak, że po rozliczeniu danego roku następuje wyrównanie wynikające z uwzględnienia faktycznego poziomu bazy podatkowej” – tłumaczył profesor podczas majowej konferencji na Uniwersytecie Warszawskim.

Wędka czy ryba

Polskich płatników oburza jednak nie tylko mechanizm wyliczania janosikowego. Trudno im ze spokojem patrzeć również na to, w jaki sposób beneficjenci wydają ich ciężko zarobione pieniądze. Powinni przeznaczać je na cele społecznie użyteczne – jak drogi, żłobki, przedszkola – a nie na wynagrodzenia urzędników, jak to często się dzieje.

– Opłata korekcyjna ma służyć rozwojowi kraju i zmniejszaniu regionalnych różnic. Tyle teorii. W rzeczywistości stają się często zasiłkiem dla ubogich, którzy przyznane im miliony zwyczajnie przejadają – potwierdza ekonomista Marek Zuber.

Nie dziwi więc złość niektórych majętnych gmin i brak motywacji do dzielenia się owocami swego sukcesu. – Dlaczego mamy płacić tym, którzy nie chcą się rozwijać? Wygląda na to, że nie warto się starać. Janosikowe jest karą dla nas, samorządów dobrze prosperujących, ambitnych, zaradnych – ubolewa Antoni Szlagor. Zaznacza jednak: – Nie każda biedna jednostka zasłużyła na miano marudera. Rząd, tworząc gminy tam, gdzie nie ma zakładów pracy, bogactw naturalnych czy turystyki, skazał je na zależność od innych. Bez wsparcia, czy to z własnej kasy, czy to z budżetów bardziej majętnych samorządów, nie dadzą sobie rady.

Powinniśmy zastanowić się nad tym, jak system podziału dochodu wypracowanego przez bogatsze jednostki działa na motywację uboższych samorządów. Przede wszystkim należy dać biednym wędkę, nie rybę. Stworzyć warunki do zarabiania, a nie grabić najbardziej przedsiębiorczych. Co do tego nie ma wątpliwości prof. Krzysztof Opolski, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego. „Być może zamiast dotacji powinny być długookresowe nieoprocentowane pożyczki, które zachęcą do przeznaczenia tych środków na cele i zadania, które są dla biedniejszego regionu faktycznie najważniejsze. Generowałoby to dużo większe korzyści, a świadomość, że te pieniądze trzeba w jakiś sposób oddać, spowodowałaby lepszy z ekonomicznego punktu widzenia sposób gospodarowania nimi. Być może celniej dobierane byłyby priorytety. Obecnie bogatsze regiony dają środki, nie wiedząc, komu ani na co” – wskazywał Opolski na wspomnianej konferencji zorganizowanej przez UW.

Zaradni tracą, biedniejsi nie zyskują

Czy bogate jednostki są naprawdę bogate, a biedne – faktycznie biedne? Czasem można mieć wątpliwości. Wszak większe dochody takich ośrodków, jak Kraków czy Warszawa, niwelowane są przez większe wydatki, które ponoszą – gminy wiejskie w przeciwieństwie do stolicy nie muszą budować drugiej linii metra. Z drugiej strony, słabiej rozwinięte samorządy są lepiej traktowane niż te, które osiągają sukcesy gospodarcze – mają łatwiejszy start do funduszy unijnych, bo miejscowości położone poza wielkimi miastami dostają więcej i łatwiej. Małe gminy czerpią garściami pieniądze z UE, jednocześnie wykazując mały dochód z podatków.

Z powodu rosnącego janosikowego płatnicy nie mają pieniędzy na realizację zadań własnych i rozwój regionu. Doświadczył tego m.in. powiat legionowski – udział daniny w jego dochodach stanowił tak duży procent, że w 2012 roku samorząd stanął przed koniecznością odrzucenia dotacji z Unii Europejskiej na projekt dotyczący monitorowania wód Zalewu Zegrzyńskiego, ze względu na brak środków na wkład własny.

Nawet Warszawa rozwijałaby się o wiele lepiej, gdyby nie konieczność wspomagania rzekomo gorzej prosperujących miast. To spostrzeżenie dało początek akcji „STOP Janosikowe”, którą w lipcu 2010 roku zainicjował Rafał Szczepański. Ten przedsiębiorca i działacz społeczny z warszawskiej Pragi dobrze przyjrzał się życiu mieszkańców i sytuacji finansowej swojej dzielnicy. Stwierdził, że ludzie żyją niekiedy w warunkach z XIX wieku – bez kanalizacji, prądu, toalet. Gdy w urzędzie miasta spytał, kiedy zaczną się konieczne remonty, usłyszał, że w kasie nie ma pieniędzy, bo jest… janosikowe. To kazało mu napisać projekt ustawy zmieniającej system naliczania opłaty równoważącej. Podpisało się pod nim ponad 155 tys. osób, nie tylko mieszkańców stolicy, ale także Krakowa i Poznania.

Problemem Warszawy i innych dużych miast jest niedoszacowana liczba mieszkańców. Ludzie przyjeżdżają tam pracować, ale podatki odprowadzają w rodzinnych miejscowościach, podczas gdy to wielkie aglomeracje ponoszą rzeczywiste koszty ich zamieszkania.

Płatnicy nie mają powodu do radości, ale i beneficjentom nie zawsze jest do śmiechu, na co zwraca uwagę Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, a w latach 2006-2008 prezes TK. Jak zauważa, uboższe gminy dostają czasem niespodziewanie tak silny strumień dodatkowych wpływów, choćby z przysługujących im odszkodowań z tytułu szkód górniczych, że winduje to je w rejony samorządów najbogatszych. „Na to tylko czeka nasz „Janosik”, nie licząc się zupełnie z tym, że tym gminom właśnie zwrócono to, z czego ich niedawno ograbiono. Jednym słowem to, co miało racjonalnie korygować nierówności, w pewnych sytuacjach tworzy anomalie w innych miejscach, pogłębiając stan nierównowagi całego systemu” – komentuje mecenas na portalu Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej.

Tzw. subwencja równoważąca szkodzi w jeszcze inny sposób – sprawia, że regiony bogatsze i biedniejsze patrzą na siebie krzywym okiem. Pierwsze czują się ofiarą grabieży. Drugie doświadczają upokorzenia, stale słysząc, że są na utrzymaniu bardziej zaradnych – w domyśle: lepszych – gmin, powiatów i województw.

– Państwo samo powinno dopłacać tym, którzy sobie gorzej radzą. A nie zabierać jednemu, by dać drugiemu. To nie służy dobrej atmosferze i współpracy między samorządami – twierdzi Wojciech Lubawski, prezydent Kielc.

Janosikowe to zaledwie początek

Trybunał Konstytucyjny podważył zasady naliczania i rozdzielania Janosikowego, dając parlamentowi osiemnaście miesięcy na wprowadzenie zmian. Zajęła się tym ponoć razem z resortem finansów senacka komisja. Jak podaje Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich, ministerstwo rozważa przesunięcie około 200 mld zł z rezerwy drogowej – miałoby to zrekompensować ewentualne braki dla samorządów, otrzymujących janosikowe.

Więcej szczegółów o postępie prac? W chwili oddania do druku bieżącego wydania Magazynu Samorządowego GMINA ze źródeł oficjalnych nie mogliśmy się niczego dowiedzieć – mimo że Rafał Szczepański zwrócił się do Ministerstwa Finansów o udostępnienie informacji publicznej na ten temat. Resort udzielił mu odpowiedzi odmownej. W specjalnym komunikacie akcji „STOP Janosikowe” czytamy, że jest to „niepokojące i może świadczyć o braku wypracowania konkretnych rozwiązań, które – nawet w roboczej formie – powinny zostać udostępnione wszystkim podmiotom zaangażowanym w sprawę nowelizacji ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego w części regulującej tzw. janosikowe”.

W Sejmie każdy pomysł zmian dotyczących janosikowego jak dotąd upadał. Powód: żaden poseł nie chciał się opowiedzieć za przykręceniem kurka z pieniędzmi dla jego małej ojczyzny, bo to oznaczałoby utratę społecznego poparcia, a tym samym – ryzyko przegranej w kolejnych wyborach.

Przedstawiciele narodu na ogół dobrze rozumieją, że ten, który płaci, często nie ma już z czego. Niemniej wolą kierować się wolą ludu, czyli swojego elektoratu, wyrażaną choćby w różnych ankietach. Przykładem może być ubiegłoroczny sondaż Zespołu Badań Społecznych OBOP w TNS Polska, wedle którego aż 61 proc. Polaków uznaje janosikowe za sprawiedliwe. Przeciwnego zdania jest zaledwie 24 proc. respondentów. Jednocześnie 43 proc. ankietowanych oceniło, że dodatkowe pieniądze są bardziej potrzebne samorządom biednym niż bogatym.

Marszałek Adam Struzik jest jednak optymistą. Jego zdaniem zmiany wymuszone przez Trybunał Konstytucyjny – bynajmniej nie kosmetyczne – będą budować nowy, lepszy sprawiedliwszy porządek w samorządach i kraju. Z nadzieją w przyszłość patrzy również burmistrz Żywca. Podkreśla, że przyszedł dobry moment, by od rozmowy o samym janosikowym przejść do namysłu nad systemem finansowym samorządów i kierunkiem jego zmiany.

– Jako samorządowcy od lat domagamy się zmiany Ustawy o finansach publicznych, ale rząd dotychczas lekceważył nasze postulaty. Wierzę, że teraz się to zmieni – mówi Antoni Szlagor.

Najważniejszą – według włodarza – bolączką jest to, że rząd zleca samorządom coraz więcej zadań, ale nie daje środków na ich realizację. Pieniędzy brakuje na szkoły, przedszkola, zasiłki dla najuboższych i walkę z bezrobociem. Gdyby wsparcie finansowe było odpowiednie do narzucanych mu przedsięwzięć, potrzeby wyrównawcze samorządów byłyby mniejsze.

Ministerstwo Finansów twierdzi, że ma w planach o wiele szerszy zakres zmian niż ten determinowany wyrokiem Trybunału. To dobrze, bo janosikowe potrzebuje totalnego przebudowania. Ale na tym nie może się skończyć. Taktykę łatania dziur w budżecie powinny wreszcie zastąpić zmiany systemowe.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY