Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

sobota, 24 maj 2014 16:16

TO NIE JEST PRACA URZĘDNIKA

Napisane przez 

Rozmowa z Anną Baculewską, kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu

ANNA CEBULA: Dwa lata temu, w uznaniu pani zasług zawodowych została pani uhonorowana tytułem „Przyjaciela Oświaty”. Jak pani odebrała to wyróżnienie?

ANNA BACULEWSKA: Ciepło i… zobowiązująco.

Może nam pani zdradzić, jak uzasadniono przyznanie pani tego tytułu?

Za całokształt (śmiech). Od dziewięciu lat, wraz ze współpracownikami, odwiedzam szkoły wałeckie. Przychodzimy na lekcje i uczymy dzieci oraz młodzież, jak nawiązać pozytywne relacje z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Organizujemy też dni otwarte w Środowiskowym Domu Samopomocy. Zapraszamy wtedy uczniów do siebie i dzięki temu uświadamiają sobie, że taki ośrodek istnieje. Przy okazji organizujemy zajęcia integracyjne.

Te działania są związane z pani pracą zawodową…

Na co dzień jestem kierownikiem Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu. Ze względu na to stanowisko na dalszy plan zeszła praca pedagoga opiekuńczo-wychowawczego i terapeuty. A co do bycia szefem staram się nie urzędować za zamkniętymi drzwiami: biorę udział we wszystkich organizowanych przedsięwzięciach. Opuściłam tylko dwie wycieczki moich podopiecznych, a było ich sporo. Przede wszystkim jednak walczę o środki finansowe, by mogli wyjeżdżać i jak najwięcej poznawać.

Znajduje się pani w grupie szczęśliwców, która miała szansę wpłynąć na wybór swojej drogi zawodowej czy zadecydował przypadek?

Zawsze szukałam pracy w swoim zawodzie. To moje drugie miejsce zatrudnienia. Z różnymi uczuciami wspominam wcześniejszą pracę w Domu Dziecka w Złotowie. W dzieciach, mających świadomość, że rodzice gdzieś są, tkwiło poczucie odrzucenia, gromadziły się złe emocje – a to wywoływało agresję. Przyznam, że nie miałam przekonania, że mogę coś zrobić. W 2000 r. powstał Środowiskowy Dom Samopomocy i potrzebna była kadra. Spróbowałam swoich sił. Wtedy miałam głowę pełną pomysłów, satysfakcję z kontaktów z ludźmi i z tego, że wpływam na wizerunek ŚDP. Ta praca jest absorbująca, ale jednocześnie ciekawa i różnorodna. To nie jest praca urzędnika.

Jak sobie pani radzi z własnymi emocjami?

Był taki zachwyt: praca-misja, praca, która przynosi dobro. Ale przede wszystkim jest to praca żmudna, dla długodystansowca, bo postępy są znikome. Typowy zadaniowiec, czyli osoba, która ma do wykonania zadanie i chce widzieć efekt natychmiast, nie da sobie rady.

Gdy przychodzi zniechęcenie, obniża się motywacja, trzeba weryfikować swoje emocje. Nie można oczekiwać postaw, umiejętności. Czasami potrzeba roku, by zachęcić podopiecznego do skorzystania z komputera. Wypala się potencjał osobowościowy. Nasi podopieczni to też ludzie bardzo wrażliwi na warunki atmosferyczne. Funkcjonują w zamkniętej społeczności. Zwłaszcza jesienią i wiosną złe samopoczucie jednej osoby odbija się na grupie. I wtedy potrzebna jest specjalistyczna wiedza, wrażliwość, tolerancja.

Ma pani poczucie, że ta praca jest doceniana, także finansowo?

Tam, gdzie nie ma spektakularnych efektów, a jednocześnie wymaga się wysokich kwalifikacji – gratyfikacja finansowa jest jak najbardziej wskazana. Każdy lubi być doceniany. To motywacja do pracy. Zawsze podkreślam, że osoby, z którymi mam przyjemność pracować, terapeuci, chcą wzbogacać warsztat, a do tego potrzebny jest nakład finansowy. Ponadto wychodzą daleko poza swoje obowiązki. Są opiekunami, rodzicami. Czasami przebierają, podają leki, udzielają pierwszej pomocy, pomagają w toalecie.

Co zalicza pani do swoich sukcesów?

Zarządzanie – i tak pojmuję swoją rolę. Dzięki temu udaje się organizować imprezy dla społeczności ŚDS. W planie rocznym zakładam trzy wycieczki, konkursy. Jeżeli zrealizujemy z tego 75 procent to sukces. Mamy również szczęście do ludzi, możemy liczyć na pomoc. Poza tym – choć nie chciałabym użyć skrótu myślowego – wyciągamy osoby ze świata osamotnienia, zaniedbania fizycznego i psychicznego. Przychodzą do ŚDS i znajdują swoje miejsce, takie, że chcą wstać rano, przyjść na czas. Sukcesy są… drobne. Czasami trafia do nas osoba, która nie rozróżnia sztućców, a tu uczy się i z czasem zaczyna korzystać z widelca, talerza, sama się ubierze, skorzysta z toalety.

Zdarzają się porażki?

Są osoby, które nie pozwalają sobie pomóc. Nie znajdujemy klucza do ich osobowości. Zdarza się, że po latach ktoś odchodzi. Tak wybiera. Życie zaczyna mu się rozsypywać. To porażka dla terapeuty. Jest również bardzo dużo osób, które spotykam i wiem, że potrzebują pomocy, a nie mam żadnych możliwości prawnych, by zapukać do ich drzwi, zaczepić na ulicy. Ośrodek ma 30 miejsc. Część podopiecznych choruje. Frekwencja zwykle wynosi do 80 procent. Nie wszystkie osoby przychodzą na cały dzień. Część korzysta po pół roku. Część się wyprowadza albo rezygnuje, bo taka forma jej się nie podoba. Z ośrodka mogłoby korzystać więcej osób.

To praca, która wychodzi poza godziny, kiedy otwarty jest ŚDS, bo zdarzają się wyjazdy, więc jest pani poza domem. Czasami trafiają się trudne sprawy i wtedy, wieczorem, odzywają się emocje. Czy pani rodzina akceptuje tę pracę?

Jestem mamą dziesięciolatka i czterolatki. Syn lubi tu przychodzić. Lubi kontakt z podopiecznymi i nie traktuje ich tak, jakby były niepełnosprawne. Mąż również jest zaangażowany. Często pomaga organizować transport. Bliscy moich współpracowników też się włączają. Mąż jednej z terapeutek jest sędzią podczas zawodów i opiekunem na spływach.

Dziękuję za rozmowę.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY