Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:42

NIE KONTYNUUJMY ILUZJI

Napisane przez 

Rozmowa europosłem SLD, ministrem transportu i gospodarki morskiej w latach 1993-97, Bogusławem Liberadzkim

MATEUSZ WEBER: Na początku kwietnia rząd przyjął nowelizację II etapu Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych. W ostatnim momencie znalazło się dodatkowe 450 mln zł dla samorządów na realizację inwestycji drogowych. Władze gmin i powiatów martwią się jednak, że nie ma wciąż pomysłu na finansowanie programu po 2015 r. Czyżby to miały być ostatnie lata „schetynówek”?

BOGUSŁAW LIBERADZKI: „Schetynówki” to była dobra idea, choć zaczęła ewoluować w kierunku iluzji. Po pierwsze – od razu została zweryfikowana faktyczna kwota dofinansowania. Zarówno inwestor, jak i samorządy, musiały odprowadzać do kasy państwa należny podatek VAT. De facto oznaczało to, że z obiecanych 50 proc. dofinansowania zostawało 27 proc. To była pierwsza taka iluzja. Po drugie – po jakimś czasie zaczęło tych środków brakować. Parę miesięcy temu usłyszeliśmy, że dodatkowe pieniądze na budowę dróg lokalnych zostaną pozyskane z podatku, jakim rząd obciążył Lasy Państwowe. Zgodnie z zapowiedziami jest to kwota na poziomie 800 mln zł. Jednak na początku kwietnia dowiedzieliśmy się, ze nawet tych pieniędzy nie będzie, bo z nich będziemy wspierać rodziny opiekujące się dziećmi niepełnosprawnymi. Po trzecie, należałoby się przyjrzeć regionalnym programom operacyjnym, z których wynika, ze środki zarezerwowane na drogi lokalne zostały zredukowane do kilkunastu procent, podczas gdy wcześniej wynosiły 25-30 proc. ogólnego budżetu.

Czyżby więc „schetynówki” były już niepotrzebne?

Mam wrażenie, że po pierwsze – sama idea stała się niemiła rządowi ze względu na nazwisko bohatera i autora programu. A po drugie: rząd uznał, iż ludzie i tak wiedzą, że „schetynówki” są, i że tak naprawdę nikt nie będzie weryfikował efektów programu oraz ilości środków przekazywanych na jego realizację. Po trzecie, wychodzi na jaw prawda, że państwowy budżet jest niewydolny i wszystkie dodatkowe wydatki trzeba zrzucić na barki samorządów. Ewentualnym wsparciem, ale tylko doraźnym, są lasy państwowe. Ale znów widzimy, że z tych 800 mln zł wziętych w tym roku, część środków już została przekazana na inne cele. Nie wiem, jaki będzie ostateczny rachunek wsparcia rodzin dzieci niepełnosprawnych, ale sądzę, że nie 200 mln zł, a raczej 300-400 mln zł. Musimy bowiem pamiętać, że takie same świadczenia należą się opiekunom niepełnosprawnych osób dorosłych, które też prawdopodobnie zostaną zwiększone kosztem środków na budowę dróg lokalnych.

Czy uważa Pan Minister, że mimo złożonej obietnicy, samorządy nie zobaczą tych 700 mln zł?

Uważam, że niestety, ta kwota będzie znacznie niższa. Jednocześnie musimy pamiętać, iż samorządy teraz znacznie ostrożniej planują jakiekolwiek inwestycje. Najpierw muszą wywiązać się z różnego rodzaju dodatkowych obowiązków i powinności, a potem będą realizować plany budowy dróg. Za przykład służy samorząd mazowiecki, który pod pretekstem – co jest również poniekąd prawdą – „janosikowego”, ponosi obecnie konsekwencje bogatego programu inwestycyjnego. W trudnej sytuacji finansowej znalazło się także kilka gmin – od słynnego już Rewala począwszy – które zainwestowały w przeszłości w NPBDL. Tak więc, obawiam się, że te gminy, które zdecydują się na duże inwestycje drogowe, zgodnie z „dobrą” tradycją panującą w naszym kraju, będą tymi, które najpierw zapłacą z własnej kasy rachunki za realizowane umowy, a potem ucierpią najmocniej, bo tych środków z dofinansowania okaże się ostatecznie znacznie mniej.

Może więc powinno się zwiększyć kwoty dofinansowania? Może obiecany miliard rocznie to zwyczajnie za mało?

Jako człowiek tego sektora, oczywiście zawsze powiem, że powinno być więcej niż ten obiecany miliard. Ale uważam, że za tę kwotę w ciągu roku można dużo dokonać, byleby to było dotowane i konsekwentnie realizowane. Słabością u nas jest to, że się robi jeden fragment drogi, a potem inny, i tak dalej – a nie tworzy się zwartego systemu. Nie wykonuje się naprawy, budowy, remontu drogi od jej początku do końca, tworzy się natomiast niewielką mozaikę z różnych odcinków o bardzo różnych parametrach nacisku na oś. A skąd takie kryteria? Nie zawsze są czysto drogowe. Czasami zdarza się, że dany odcinek naprawiamy jest tylko dlatego, że akurat w tym miejscu mieszka największa liczba potencjalnych wyborców.

Władze samorządowe bronią się przed atakami, twierdząc, że plany inwestycyjne są uzależnione od obowiązującego systemu dystrybucji środków. A ten wyraźnie kuleje. W tym roku pieniądze zostaną przekazane w II kwartale roku…

Mam daleko idące wątpliwości co do zarządzania finansami. Zmusza się samorządy do brania kredytów, przez co podnosi się koszty samych inwestycji, uzależnia samorządy od banków, a w efekcie wszyscy płacimy dużo drożej. Byłoby taniej oraz efektywniej, gdyby pieniądze z budżetu przyszły w porę. Obsługiwalibyśmy te inwestycje, nie płacąc odsetek bankom i jednocześnie nie tworząc, jak to bywa,  rezerwy na pokrycie ewentualnych kosztów, gdyby się okazało, że inwestycja nie przyjdzie w porę. Wszyscy wiemy, jak wyglądają procesy przetargu, uzyskania odpowiednich decyzji lokalizacyjnych. Sami sprawiamy, że nasze własne inwestycje stają się droższe i niejako instytucjonalnie podwyższamy koszty dla budżetu.

Najwyższa Izba Kontroli wyraziła poważne zaniepokojenie brakiem planu dofinansowania programu budowy dróg lokalnych po 2015 r. Czy uważa Pan, że znajdą się pieniądze na kontynuowanie NPBDL w latach późniejszych?

Proponowałbym, by jednak trzymać się daty 2015 r. Jest to rok wyborów parlamentarnych, być może okaże się, że znacznie zmieni się układ sił w parlamencie. Niech nowy rząd wypracuje nowy program, z nowymi zasadami finansowania. Inaczej będziemy wydłużać iluzję. Moim zdaniem, należałoby to zamknąć  i zrobić tylko bilans – co zamierzano, a co de facto wykonano. I pokazać na liczbach, jak nie dotrzymano słowa. A nowa ekipa powinna zacząć wszystko od zera, z czystą kartą, bez dziedziczenia czegoś wypaczonego.

A jak powinien wyglądać ten nowy program dofinansowania? Co należałoby zmienić? NIK proponuje, aby poprawić nie tylko kwestię dystrybucji środków, ale i wprowadzić dodatkowe procedury planowania budżetów oraz realizacji inwestycji oraz nadzoru nad nimi. Jak się bowiem okazuje, samorządy mają problem z zarządzaniem inwestycjami i dopuszczają się licznych uchybień.

Obecnie znajdujemy się w błędnym kole. Być może samorządy mogą mieć pewne niedostatki w tzw. metodologii wypracowywania strategii. Ale z drugiej strony, cóż jest warta strategia, skoro zawodzi system zasilania z budżetu. Możemy wypracować najwspanialszą strategię planowania inwestycji, ale cóż po niej, gdy potem okazuje się, że redukuje się wartości dofinansowania, bo są inne ważne cele, a ponadto – pieniądze są dystrybuowane nie na początku roku, kiedy należy zawierać kontrakty, ale kiedyś tam w przyszłości. Cały rachunek ekonomiczny w tej sytuacji wywracany jest do góry nogami, gdyż trzeba wprowadzić dodatkowy czynnik, czyli koszty kredytu. Kolejnego kredytu, bo samorządy nigdy nie są bez kredytu.

Do tego dochodzą nowe wydatki z nakładanymi kolejnymi zobowiązaniami…

U nas jest tak, że trzeba coś permanentnie zmieniać, a wówczas trudno cokolwiek zaplanować. A to umowa śmieciowa, a to nowe rozporządzenie, że obecnie to samorządy będą płacić składki dla nauczycieli, a tu jakiś szpital – itd., itd. Dlatego na samym końcu obwiniałbym samorządy. Najpierw obwiniałbym rząd i większość parlamentarną. Trzeba zacząć od tych, którzy tworzą warunki dla funkcjonowania samorządów, stad prośba o stabilne reguły.

NIK jednak zarzuca samorządom niegospodarność. Wytyka, że przyjmowane są inwestycje bez sprawdzenia dokumentacji, co w efekcie może powodować, ze za kilka lat znów będziemy remontować te same odcinki dróg, zamiast budować nowe.

W naszym kraju mamy deficyt fachowości. Pamiętajmy, że zarówno w strukturach samorządów, jak i administracji drogowej, mamy – przepraszam za wyrażenie – swoich „zaufanych ludzi”. Począwszy od Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jeszcze do niedawna mieliśmy w całej dyrekcji tylko jednego inżyniera-drogowca, wszyscy pozostali pochodzili spoza środowiska. Miało to zagwarantować, że nie będą skażeni zaszłością tego sektora, i – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – będą sprawniejsi, efektywniejsi i wydajniejsi. Problem w tym, że nie posiadali oni odpowiedniej wiedzy, nie wiedzieli, co to znaczy droga, budowy drogi, jak radzić sobie z niedoborem materiałów, ani jak wybrać odpowiedniego wykonawcę itd. Ponownie wracamy więc do braku wyznaczonych reguł gry. Naturalnie w wielu samorządach może i są popełniane błędy, ale jak podkreślam – zacząłbym porządkowanie sprawy od samej góry, a nie schodzenia na dół. Bo samorządy są samorządami: wcale nie jest łatwo zmusić burmistrza, wójta  do takiej czy innej polityki kadrowej. Zwłaszcza, skoro taki przykład idzie z samej góry.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY