Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:28

NIC O NAS BEZ NAS

Napisane przez 

Pozyskiwanie funduszy unijnych na lokalne inwestycje i uchwalanie sensownych przepisów prawnych – tego oczekujemy od naszych przedstawicieli w Brukseli. Co jednak rzeczywiście posłowie do Parlamentu Europejskiego mogą zrobić dla swoich małych ojczyzn?

Tylko jeden na czterech lokalnych włodarzy twierdzi, że samorząd, który reprezentuje, współpracuje z posłem lub posłami do Parlamentu Europejskiego – wynika z internetowej ankiety, którą Instytut Spraw Publicznych (ISP) i Związek Miast Polskich (ZMP) przesłały w ubiegłym roku do 2809 jednostek samorządu terytorialnego wszystkich szczebli. Trzech na dziesięciu (29 proc.) respondentów nie dostrzega takiej współpracy, a prawie połowa (46 proc.) nie ma w tej sprawie zdania. Zwłaszcza ten ostatni odsetek może świadczyć o tym, że posłowie do PE nie są znani urzędnikom samorządowym.

Inne zeszłoroczne badanie ISP pokazuje, że również statystyczny Kowalski nie zna eurodeputowanych (nawet tych, którzy pochodzą z jego regionu). 70 proc. Polaków nie potrafi wymienić z nazwiska choćby jednego europosła. Pozostali wskazywali najczęściej byłego premiera Jerzego Buzka. Zapewne z racji pełnienia przez niego przez pół kadencji prestiżowej i ważnej funkcji – przewodniczącego PE. Ale dalej było już tylko gorzej – na kolejnych dwóch pozycjach znaleźli się posłowie znani głównie z brylowania w mediach, którzy nie splamili się nadmierną pracowitością w europarlamencie. Najskuteczniejsi w społecznej świadomości niemal nie zaistnieli.

Czyżby przedstawiciele Polski w Brukseli zapomnieli o tym, skąd się wywodzą i dzięki czyim głosom dostali się do europarlamentu? Czy tak niewiele robią dla swoich regionów, że zasłużyli na kompletny brak zainteresowania ze strony ich mieszkańców?

– Na szczęście, aż tak źle nie jest. Wielu europarlamentarzystów nigdy nie zapomniało o długu wdzięczności, który powinni spłacać swym małym ojczyznom. Pokazują innym członkom europarlamentu, że nawet setki kilometrów od swych rodzinnych stron są użyteczni dla kraju i samorządów – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Andrzej Porawski, dyrektor Biura ZMP.

Bój nie tylko o kasę

A jak konkretnie deputowani mogą służyć swym lokalnym społecznościom? Adam Aduszkiewicz, prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, uważa, że nie tak należy stawiać pytanie. Jego zdaniem, do kompetencji europosłów nie należy zajmowanie się tym, co zostawili w Polsce. Powinni myśleć globalnie – o Europie, o miejscu Unii w świecie, o tym, co ostatecznie przyniesie pomyślność jej poszczególnym krajom i regionom – zarówno takim, jak hiszpańska Katalonia, czy francuska Bretania, jak i naszym Kaszubom.

– Gdyby nasi ludzie w Brukseli dbali przede wszystkim o swe małe ojczyzny, mielibyśmy do czynienia z patologią podobną do tej, która doprowadziła kiedyś Rzeczpospolitą do upadku. Mam na myśli tzw. instrukcje, które w XV–XVIII wiekuwydawały wybranym przez siebie posłom sejmiki ziemskie. Określały one, jak ci przedstawiciele szlachty z danego terenu czy województwa mają postępować i głosować na sejmie walnym– tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Aduszkiewicz.

Posłowie, który działali sprzecznie z tymi wytycznymi, nie byli wybierani następnym razem. Zatem wielu z nich, w obawie o swe polityczne kariery,przedkładało partykularneinteresy określonych ziem nad dobro całego kraju. Wiążący charakter instrukcji zniosła dopiero Konstytucja 3 maja(1791 r.). Za późno. W 1793 r., w wyniku klęski odniesionej przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w wojnie z Rosją, toczonej właśnie w obronie Konstytucji, doszło do drugiego rozbioru Polski.

– O dobro lokalnej społeczności powinien zabiegać wójt, burmistrz lub wojewoda. Natomiast zadaniem eurodeputowanych jest troska o Unię, o jej właściwą organizację, zdrowe funkcjonowanie i uchwalanie dobrego prawa, a nie takich idiotyzmów, jak normy regulujące kształt banana – argumentuje prezes Aduszkiewicz. Trochę inaczej widzi sprawę prof. Bogusław Liberadzki, eurodeputowany z Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD). Niedawno na antenie Radia Szczecin podkreślał, że po to mamy samorząd, by się zajmował interesami gmin, powiatów i województw. Ale dodawał też, że ochrona tych interesów odbywa się w uwarunkowaniach europejskich. To zaś stwarza pole do popisu posłom do PE. Jak wyjaśniał, każdy region musi mieć porządne drogi, odpowiednią linię kolejową czy – jak w przypadku szczególnie bliskiej mu Ziemi Szczecińskiej – dobry dostęp do morza. W przeciwnym razie pozbawiony jest szans na rozwój. „Rolą deputowanych jest pomóc takiemu regionowi wyjść z wykluczenia, stagnacji i marazmu. A następnie sprawić, by na mapie Europy stał się rozpoznawalny, a nawet więcej: atrakcyjny” – klarował.

Na pytanie dziennikarza, czy jako europoseł dysponuje niezbędnymi do tego narzędziami, prof. Liberadzki odpowiedział stanowczo: „Nie tylko mam takie instrumenty, ale też udowodniłem, że umiem ich używać”. Na potwierdzenie wskazał budowaną właśnie drogę S3 oraz korytarz Adriatyk-Bałtyk, którego częścią po latach zabiegów stały się we wrześniu ubiegłego roku Szczecin, Świnoujście i Zachodnie Pomorze. Za duży sukces uważa również linię kolejową Poznań-Berlin. Wszystkie te przedsięwzięcia finansowane są przez UE.

Członkowie europarlamentu – zdaniem przedstawiciela SLD – walczą o inwestycje niezbędne w poszczególnych regionach, lecz ich zaangażowanie ujawnia się także w sferze prawnej. Uświadamiał, że 60 proc. obowiązującej w Polsce legislacji powstaje w Brukseli. A na jej kształt duży wpływ mają nasi eurodeputowani. Jako przykład podawał projekt rozporządzenia Komisji Europejskiej (KE), nazywanego regulacją portową. KE zakładało poważną ingerencję w swobodę działalności gospodarczej spółek portowych. „Moją rolą było doprowadzić do odrzucenia regulacji portowej. Udało się” – cieszył się w szczecińskim radiu Bogusław Liberadzki.

Skutecznym posłem jest również Jan Olbrycht, który już po raz drugi w PE reprezentuje Platformę Obywatelską. Pochodzący z Rybnika polityk uważany jest za jednego z najlepszych w Unii Europejskiej specjalistów w dziedzinie unijnej polityki regionalnej oraz wykorzystania funduszy UE przez regiony i samorządy krajów członkowskich. W marcu tego roku odebrał w Brukseli nagrodę MEP Awards 2014 w kategorii „Zrównoważone środowisko zurbanizowane” (Sustainable Built Environment). Nie mniej jednak ceni statuetkę „Hanysów” przyznawaną osobom i instytucjom zasłużonym dla Śląska. Dostał ją w 2011 r. za „wysoką kulturę polityczną”. Droga jego sercu jest również statuetka „Zasłużony dla Polskich Regionów”, którą w 2012 r. uhonorował go Związek Województw RP – za wieloletnią pracę na rzecz Śląska i innych regionów kraju. Wykonywał ją m.in. jako burmistrz Cieszyna (1990-1998), marszałek województwa śląskiego (1998-2002), członek zarządu Rady Polityki Regionalnej Państwa (2002-2004), a od 2004 r. jako poseł do Parlamentu Europejskiego.

– Posłowi Olbrychtowi zawdzięczamy unowocześnienie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Zmiany są korzystne dla naszych jednostek samorządu terytorialnego. Wszystkie polskie województwa, z wyjątkiem mazowieckiego, zostały uznane za mniej rozwinięte, co wiąże się z wyższym finansowaniem inwestycji przez UE – chwali Andrzej Porawski.

Według Ryszarda Czarneckiego, posła do PE z ramienia Prawa i Sprawiedliwości (PiS), eurodeputowany może być dla samorządów lobbystą w dobrym znaczeniu tego słowa.

–Niekoniecznie oznacza to, że będzie wydeptał dla tej czy innej gminy lub powiatu dodatkowe pieniądze. Nie tak to działa. Może za to wspierać działania danego regionu, bo na tym poziomie fundusze UE są załatwiane – mówi GMINIE polityk.

Jak zaznacza, polscy posłowie wiele mogliby się nauczyć w tej dziedzinie od swych kolegów z Niemiec. – Aż miło patrzeć, jak doskonale współpracują oni z biurami poszczególnych landów niemieckich, które działają w Brukseli. To sytuacja wręcz modelowa – zachwyca się Czarnecki.

Nasze samorządy również mają swe przedstawicielstwa przy PE. Tyle że – zdaniem przedstawiciela PiS – nie są one jeszcze dość aktywne, co wynika głównie z ograniczeń finansowych i kadrowych. – Polskie biura regionalne w Brukseli często mają bardzo małą obsadę personalną w porównaniu z biurami innych krajów. A szkoda, bo na promocję, propagandę, właściwie pojęty lobbing, nie należy żałować pieniędzy – przekonuje Czarnecki.

Gdzie Bruksela, a gdzie Jasło?

– Niektórzy wybrańcy narodu w Brukseli zapominają o Polsce, a cóż dopiero mówić o regionie, czy miejscowości, z której pochodzą. O Europę też nie dbają, tylko o własną kieszeń – uśmiecha się Adam Aduszkiewicz.

Andrzej Porawski jest jednak optymistą. Jak twierdzi, w Parlamencie Europejskim w coraz większym stopniu uwzględniane jest zarówno stanowisko naszego rządu, jak i interes gmin, powiatów, województw. Świadczy o tym chociażby unijna dyrektywa dotycząca zamówień publicznych: na jej ostateczny kształt duży wpływ miały sugestie lokalnych włodarzy.

– Posłowie z Brukseli nie tylko o nas pamiętają, ale też konsultują z nami wszystkie decyzje dotyczące regionów – kwituje przedstawiciel Związku Miast Polskich.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY