Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

wtorek, 25 marzec 2014 20:51

SOŁECTWO TO PRACA CAŁEJ RODZINY

Napisane przez 

W Mielęcinie (gmina Człopa w województwie zachodniopomorskim) sołtysem jest 42-letnia Katarzyna Goleniowska. Tę funkcję sprawuje od ośmiu lat. Matriarchat to tu sprawdzony ustrój, bo poprzedniczka rządziła wsią przez dwadzieścia lat.

− Całe życie jest społeczna – mówi Agata Jajus, mama Katarzyny Goleniowskiej. To się bierze stąd, że lubi być wśród ludzi. Jak tylko mają jakiś problem, biegnie pomóc. We wsi ludzie ją od tej strony znają, więc kiedy poprzedniczka – Sławomira Waplakowa – zrezygnowała z sołtysowania, mieszkańcy namówili ją na kandydowanie.

− Mąż nie bardzo był temu przychylny – wspomina Kasia Goleniowska. – Ale we wsi wsparcie było i powiem pani, że bardzo duże, także w drugiej kadencji, więc się zdecydowałam.

Do kampanii nie przykładała wagi, bo się jej źle to kojarzy. Nie lubi, jak przed wyborami kandydaci obrzucają się błotem. Jej kapitałem był fakt, że była zaangażowana w życie wsi, a mieszkańcy Mielęcina znali ją od urodzenia.

Rodzina

Mama Katarzyny Goleniowskiej pochodzi z sąsiednich Wołowych Lasów, tata – z Mielęcina, ale już babcia i dziadek Burdowie − z Galicji i centralnej Polski. To duża rodzina. U ojca było jedenaścioro rodzeństwa, nas było dziesięcioro. Co trzeci dom we wsi to my. Nikt nie wyjechał.

− Kasia, jak wieży kościoła w Mielęcinie nie widzi, to jest chora – śmieje się z niej mama.

Mąż Henryk pochodzi z Przemyskiego. Mają trzy zdolne córki: Esterę, Paulinę i Weronikę – co z dumą podkreśla sołtys. Nie żyją ani lepiej, ani gorzej od przeciętnej rodziny we wsi. Córce, która studiuje na Politechnice Poznańskiej, nie dała jeszcze ani złotówki.

– Warunek jest jeden. Jeśli Estera chce się uczyć, musi na to zapracować. Ale sobie radzi – mówi sołtyska.

Sukcesy

− Chciałabym, żeby moja wieś się modernizowała, ale my, sołtysi, możemy dużo pisać. Zwracam się więc do rady, że boiska we wsi nie ma i wszystko zależy od jej stanowiska – opowiada.

Budżet wiejski to 13 złotych na mieszkańca rocznie. Te pieniądze wydaje się głównie na upiększanie wsi, na namioty, które się rozstawia w czasie festynu, na krzesła, ławki, stoły, sprzęt do gry, czy pomalowanie przystanku. Żeby zarobić, organizuje się w Mielęcinie festyn. Ludzie towar biorą w komis, później za niego płacą. Zysku z tego jest pięć tysięcy – które przeznacza się na prace wokół kościoła i głównej ulicy.

− Córki mi dużo pomagają, jak są imprezy okolicznościowe – mówi sołtyska. − Mąż się trochę burzy, ale w końcu i on pomaga. Wcześniej kosił we wsi trawniki, dopóki gmina nie skierowała tu ludzi na prace interwencyjne. Dzień Sołtysa, 11 marca, powinna obchodzić cała moja rodzina, bo sołectwo to praca nas wszystkich.

Sołtyska razem z radą napisała dwanaście projektów do Lokalnej Grupy Działania „Lidera Wałeckiego”. Dzięki temu dostała dla wsi stół do ping-ponga, rowerek do ćwiczeń, kosiarkę (już się zużyła), piłki do gry.

W 2009 r. we wsi odbyły się gminne dożynki. Czterdzieści osób zaangażowało się przy ich organizacji, a zysk poszedł na potrzeby wsi.

– Kasia pracowała razem z mężem, dekoracje to było jej dzieło i wyszły przepięknie, a jeszcze wtedy żył nasz muzyk, Wacław Waplak, i tak pięknie grał. Mimo że zazwyczaj nigdzie nie wychodzę, na dożynkach z mężem byłam – opowiada Maria Chruścicka, mieszkanka wsi.

− Wywalczyła dla wsi, u burmistrza, oświetlenie – wylicza osiągnięcia sołtyski Janusz Barbasiewicz z rady sołeckiej. Był czas, że lampy stały tylko w pobliżu kościoła i przy centralnej ulicy, teraz oświetlają niemal całą miejscowość.

− Za jej czasów utwardzono zdrapką asfaltową drogę przy szkole i przy przystanku, a jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o pociągnięciu odcinka od szkoły do przystanku, w planach jest także droga, biegnąca przez Mielęcin. Nazywamy ją piaskową, jesienią i zimą brnie się w niej po kolana w brei, a latem w piachu – dodaje Barbasiewicz.

Na sołtyskę ktoś nasyłał policję

Raz do roku, w czerwcu, organizowane jest w Mielęcinie święto rodziny.

– To połączenie dnia matki, ojca i dziadków – wyjaśnia Kasia Goleniowska. – Nie mamy dużej sali, a tak dużo ludzi przyszło, że nie mogli się pomieścić. Moi bracia grali podczas koncertu, dzieciaki miały występ, a potem dla nich wystąpili dorośli, że niby gwiazdy przyjechały do Mielęcina: Villaska, Doda (za którą przebrał się mężczyzna), ot tak, żeby się pośmiać. Strażacy wozili dzieciaki swoim wozem.

Teraz sołtys stara się o większą salę u burmistrza. Świetlica mieści się w dawnej szkole i wystarczyłoby połączyć dwie sale lekcyjne, żeby było w sam raz.

Jednak świetlica to też we wsi sprawa jakby sporna. Jak tylko światło dłużej się paliło, to na sołtyskę ktoś nasyłał policję. Pozwoliła, żeby młodzież mogła się spotykać w jednej klasie. Głośno mówiła, że woli, żeby tam się gromadziła, niż w knajpie czy na przystanku, nawet jak jedno piwo przyniesie. I że bierze za młodzież odpowiedzialność.

– Miało to duże wzięcie, a jak posprzątać trzeba było, bo przyjeżdżał ktoś z gminy, to młodzież pomagała i było na błysk. Ale zabrakło zaufania – kwituje Katarzyna Goleniowska.

O tej i innych nieprzyjemnych sprawach Grażyna Wiącek, od kilkudziesięcioleci mieszkanka wsi, mówi, że zawsze znajdą się ludzie nieprzychylnie nastawieni.

Poza sołtysowaniem prowadzi świetlicę terapeutyczną. − W zasadzie jest ona dla dzieci z problemami, ale skoro przychodzą wszystkie, żeby sobie pograć, pogadać, to nie będę wyganiać. Zimą jest ich mniej, latem zbiera się do dwudziestki w różnym wieku, więc trzeba mieć oczy wokół głowy.

Ekologia – tak, ale…

Kiedy trzy lata temu, 6 grudnia, w Mikołaja, na drodze w Mielęcinie zginął mieszkaniec wsi, zaczęła walczyć o wycinkę drzew.

– Ja rozumiem, że ekologia jest ważna, ale tutaj lasu mamy w bród, a po co czekać na nieszczęścia? Które drzewo zagraża bezpieczeństwu, trzeba wyciąć – twierdzi sołtyska. – A drogi tutaj to osobny temat: jest i powiatowa, i gminna, a zimą zamieniają się w lodowisko.

Nie udało się ocalić szkoły we wsi. Sześć czy siedem lat mieszkańcy o nią walczyli. W najlepszych czasach było w niej około stu dzieciaków. Teraz dojeżdżają do Człopy, ale na szczęście dowozi je bezpłatny autobus.

Postulaty dotyczące starszych

W dawnej szkole, o tyle dobrze, jest teraz przychodnia. – To ważne, żeby we wsi był lekarz, głównie dla ludzi starszych. Tych najbardziej mi szkoda, bo młodzi, jak trzeba, to do Człopy dojadą – mówi sołtyska.

Kiedy wieś przechodziła na pojemniki, załatwiła mniejsze kosze, żeby za śmieci mniej płacić. − A dla najstarszych, żeby w umowę wpisywać dwoje lub troje: wiadomo, że śmieci produkują mniej, a jak butelkę trzeba wyrzucić, to kosz we wsi stoi. To jest takie pokolenie, że ze wszystkiego zrezygnuje, a rachunki musi mieć popłacone – zapewnia Goleniowska.

Nigdy nie za wiele cierpliwości

Ludzie przychodzą do sołtyski z wieloma problemami: a to że lampy we wsi się nie palą, a to że jest śnieg.

− Jak na chwilę zabraknie wody albo prądu, to telefony się urywają – mówi córka Paulina. – I mama czasem coś zażartuje, że pomyłka i żeby pod właściwy numer dzwonić. Ale cierpliwości nie straciła, a pracując z ludźmi, wręcz jeszcze nabrała.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY