Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

środa, 26 luty 2014 19:59

CZARNE CHMURY NAD STRAŻĄ MIEJSKĄ

Napisane przez 

Straż miejska to obecnie najbardziej znienawidzona służba w Polsce. W założeniu miała to być jednostka pomagająca mieszkańcom miast, która przy okazji odciążyłaby policję. Szybko stała się jednak sposobem na uzupełnienie miejskich budżetów.

Efekt jest taki, że już dwanaście polskich miast pod naciskiem mieszkańców zlikwidowało swoje straże. Należą do nich m.in. Stalowa Wola, Żory czy Chrzanów. Wygląda na to, że niebawem dołączą do nich kolejne.

Nie tęsknią

Zarzuty mieszkańców wobec funkcjonariuszy we wszystkich miejscach w Polsce są bardzo podobne. Można je podsumować jednym zdaniem: strażnicy miejscy nie wywiązują się z misji, do której zostali powołani – nie są pomocni mieszkańcom miast. Ich podstawowe zajęcie to wystawianie mandatów, tymczasem sytuacje takie, jak pomoc w odpaleniu zamarzniętego samochodu należą do rzadkości.

Samorządom również coraz trudniej znaleźć argumenty, które uzasadniałyby istnienie straży miejskiej. – Wielu boi się, że jeśli straż miejska zniknie, to w jej miejsce nie zostanie zaproponowane nic w zamian i powstanie luka. U nas nie odczuwa się jednak żadnej tęsknoty – mówił w jednym z wywiadów Ryszard Kosowski, burmistrz Chrzanowa. – Czas, który już upłynął, pokazał, że miasto nie odczuło wielkich ubytków. Od pięciu lat nie pojawił się żaden głos mieszkańców, którzy chcieliby powrotu straży, choć mówiłem wtedy (w 2007 roku – przyp. red.), że jeśli zajdzie kiedyś taka potrzeba, to zawsze można wrócić do powołania tej formacji. W naszej okolicy tendencje są natomiast wręcz przeciwne, bo w ostatnim czasie straż zlikwidowała też jedna z ościennych gmin – dodawał.

Zdaniem Kosowskiego utrzymywanie formacji to duży wydatek, z którego nie ma zbyt wielkiego pożytku. – Dokonaliśmy analizy pracy strażników i okazało się, że ich efektywność nie jest wysoka, nieadekwatna do ponoszonych przez nas wydatków. Nie mogę powiedzieć oczywiście, że strażnicy nic nie robili oraz, że nie byli potrzebni. Ale oczekiwaliśmy od nich czegoś więcej – podsumowuje. W jaki sposób udało się wypełnić lukę powstałą po likwidacji straży? Chrzanów po prostu płaci policji za dodatkowe patrole. Założenie jest takie, że nie mogą być one wykonywane żadnym środkiem lokomocji, a wyłącznie pieszo. Z comiesięcznych raportów, które dostaje Kosowski, wynika, że obecne wyniki ze wskaźnikami pracy straży miejskiej, to naprawdę duża różnica. Dodatkowo jest to dobrze skoordynowane i skupione w jednych rękach. Nie trzeba pewnych czynności specjalnie przekazywać policji, bo sama, mając raport z patroli, potrafi szybko opanować sytuację.

Cios z NIK

Zwolennicy likwidacji straży miejskiej pod koniec ubiegłego roku dostali do rąk potężną broń: miażdżący dla formacji raport Najwyższej Izby Kontroli. Wynika z niego przede wszystkim, że fotoradary w rękach straży miejskiej najczęściej nie przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa. „W latach 2009-2010 w większości gmin straż koncentrowała swoje działania na kontroli prędkości pojazdów (w niektórych miastach nawet ponad 90 proc. mandatów wystawianych przez straż miejską dotyczyło przekroczenia prędkości). Udział mandatów nałożonych w wyniku kontroli ruchu drogowego w wartości wszystkich mandatów nałożonych przez strażników gminnych (miejskich) wyniósł np. w gminie Pelplin 98,7 proc., a w gminie Kobylnica 99,9 proc.” – czytamy w dokumencie.

Niestety, tak aktywne zaangażowanie strażników miejskich w kontrolę prędkości nie przynosi skutków w postaci poprawy bezpieczeństwa. – Prześledziliśmy wyniki dotyczące poprawy bezpieczeństwa w jedenastu gminach, które intensywnie używały fotoradarów. Jak się okazało, tylko w trzech poprawiło się bezpieczeństwo na drodze. W pozostałych poprawa w tym zakresie nie nastąpiła. Wzrosły tylko budżety gmin – komentował rzecznik NIK, Paweł Biedziak. – W wielu miastach formacja, która została powołana do działań prewencyjnych i miała wspomagać policję w utrzymaniu bezpieczeństwa, skoncentrowała się – zamiast na patrolach w pobliżu szkół, w parkach, na dworcach, osiedlach, tam, gdzie mieszkańcy tego potrzebują – na ruchu drogowym. To zrobiło ze straży miejskiej w niektórych miejscowościach kolejną służbę ruchu drogowego – przyznał Biedziak.

Zajmowanie się głównie fotoradarami nie jest największym przewinieniem strażników miejskich. – Kilka jednostek straży przyłapaliśmy (podczas kontroli NIK – red.) na wystawianiu mandatów po terminie. Zgodnie z prawem, sprawa mandatu powinna w takim przypadku zostać przekazana do policji, bądź do sądu. Ale wówczas pieniądze trafiłyby do budżetu państwa, a nie gminy, i prawdopodobnie dlatego strażnicy nie stosowali się do przepisów – mówił Biedziak. Kolejnym zarzutem, jaki Izba postawiła strażom miejskim po kontroli funkcjonowania w latach 2009-2010, było nielegalne nakładanie grzywien na właścicieli samochodów za niewskazanie – na żądanie strażnika – osoby, która kierowała pojazdem w momencie popełnienia wykroczenia. Izba podliczyła, że łącznie finansowe skutki nieprawidłowości – z tytułu mandatów za niewskazanie osoby kierującej pojazdem oraz ewidencjonowanie zapłaconych po terminie mandatów jako przychodów gminy – wyniosły 300 019 680 zł.

Nie bez winy są tutaj również same samorządy. Szczególnie tym biedniejszym trudno jest oprzeć się sięgnięciu po pieniądze z mandatów za fotoradary.

Błędne koło

Kiedy jednak spojrzymy, na co idą pieniądze ściągnięte przy pomocy funkcjonariuszy, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z absurdem. Pieniądze zarobione na mandatach wystawionych przez strażników miejskich samorządy wydają na... usługi prywatnych agencji ochrony. Firmy wyręczają funkcjonariuszy. Łódź w 2012 roku na ochronę swoich trzynastu budynków wydała 822 tys. zł. Kraków tylko na ochronę obiektów należących do urzędu miasta przeznaczył 1,7 mln zł. Wrocławski Zarząd Zasobu Komunalnego na ochronę mienia wydał 920 tys. zł. Z kolei Gdańsk w ubiegłym roku wydał na ten cel 1,35 mln zł – niemal tyle samo, ile wyniosły wpływy z mandatów wystawionych przez tamtejszą straż miejską (ok. 1,5 mln zł).

Prym wiedzie stolica. Warszawski ratusz dwa lata temu roku zawarł z agencjami ochrony umowy o wartości 6,8 mln zł brutto. Ochroniarze często wykonują zadania, które mogłyby realizować straże miejskie i inne służby. Przykładowo w Krakowie jedna z firm wygrała w 2010 r. przetarg na ochronę fizyczną tunelu tramwajowego KST wraz z dwoma przystankami i dojściami oraz ochronę fizyczną dolnego poziomu ronda Mogilskiego. We Wrocławiu agencja zapewnia ochronę fizyczną urządzeń znajdujących się na terenie fontanny i głośników umieszczonych na pergoli przy Hali Stulecia oraz mienia znajdującego się na terenie parku im. Mikołaja Kopernika przy ul. Teatralnej. W Kielcach w ramach trzydniowej imprezy Święta Kielc ochroniarze patrolowali m.in. plac Konstytucji i rynek przy urzędzie miasta. W wykazie zadań zleconych przez miasto zewnętrznej agencji znalazło się legitymowanie osób w celu ustalenia ich tożsamości, czy ujęcie w celu niezwłocznego przekazania policji osób stwarzających bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia.

Pracownicy agencji ochrony patrolują parki (np. w Warszawie Łazienki czy park Ujazdowski), kontrolują bilety w środkach transportu publicznego, a po nowelizacji prawa lotniczego w 2011 r. mogą się zajmować bezpieczeństwem w portach lotniczych. Dlaczego nie robią tego, i tak opłaceni już strażnicy miejscy? Nie zostałby nikt, kto mógłby wystawiać mandaty?

Więcej w tej kategorii: « ŚMIECIOWA REWOLUCJA DO POPRAWKI

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY