Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

środa, 26 luty 2014 19:57

ŚMIECIOWA REWOLUCJA DO POPRAWKI

Napisane przez 

Gospodarka odpadami w Polsce przypomina zarządzanie stajnią Augiasza. Zmienić to miała, obowiązująca od lipca ubiegłego roku, nowa ustawa śmieciowa. Wysypiska nadal jednak pękają w szwach. Zróbcie z tym porządek – poucza Bruksela, grożąc ogromnymi karami.

 

Do niebieskich pojemników wrzucamy stare gazety, papierowe torebki i tekturowe pudełka. Do żółtych – plastikowe butelki, zakrętki, reklamówki. Do czerwonych – puszki po napojach, drobny złom i kapsle. Kolorowe szkło powinno lądować w zielonych kontenerach, bezbarwne – w białych. Tego swoich urwisów uczą państwo Boscy z popularnego serialu „Rodzinka.pl”. Lekcja segregacji idzie jednak na marne. Bo oto dzieciaki widzą, jak przed ich dom podjeżdża śmieciarka. Wyskakują z niej pracownicy zakładu komunalnego i wszystkie te starannie posortowane odpady pakują, jak leci, do jednej komory.

Telewizyjna fikcja? Niestety, smutna polska rzeczywistość. Z danych opublikowanych przez Eurostat wynika, że na wysypiska trafia w naszym kraju aż 73 proc. odpadów komunalnych, a do spalarni – zaledwie 1 proc. W Unii jest to odpowiednio 38 i 22 proc. Recyklingowi poddajemy zaś 18 proc. odpadów. Średnia dla UE wynosi 25 proc. Na kompost przeznaczamy tylko 8 proc. odpadów.

Tak jest, a jak być powinno? Zgodnie z przyjętymi zobowiązaniami, do 2020 r. mamy składować na wysypiskach do 35 proc. odpadów. Reszta ma być wtórnie wykorzystana, spalona lub kompostowana. W przeciwnym razie spotkają nas wysokie unijne kary.

Wydawało się, że łatwiej będzie spełnić wymogi Brukseli po wejściu w życie 1 lipca ubiegłego roku tzw. ustawy śmieciowej. Tyle, że jej wdrożenie pozostawia wiele do życzenia. Złe przygotowanie samorządów do zmiany, dumpingowe ceny w przetargach, instalacje na papierze – to tylko niektóre problemy nowego systemu gospodarki odpadami.

 

Jest źle, ale było gorzej

Czy ustawa śmieciowa nadaje się do… kosza? Bynajmniej. Przed jej wprowadzeniem było znacznie gorzej niż teraz. Jedna piąta Polaków w ogóle nie płaciła za produkowane przez siebie śmieci. Właściciele domków jednorodzinnych pozbywali się worków z odpadami na poboczach dróg. Podmiejskie lasy i łąki przypominały wysypiska. W niektórych gminach umowę na wywóz odpadów podpisywało 10 proc. gospodarstw domowych – reszta lądowała w ustronnych miejscach. Nic nie pomagało odwoływanie się do poczucia odpowiedzialności społecznej i ludzkich sumień.

– Dane z samorządów dotyczące wdrożenia ustawy dopiero spływają – informuje Paweł Mikusek, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska. – Ocenę jej realizacji wyda dopiero co powołany zespół przedstawicieli samorządów, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych oraz przedsiębiorców pod kierownictwem prof. Andrzeja Kraszewskiego. Owocem pracy tego gremium będą też rekomendacje zmian w rzeczonej ustawie, a także kodeks dobrych praktyk.

Według Mikuska, pomimo wszystkich zastrzeżeń, ustawa śmieciowa to krok w dobrą stronę. Powstała konstrukcja prawna obarczająca odpowiedzialnością za śmieci samorządy i odbiorców indywidualnych. Zbudowano ją na prostym założeniu: stała opłata w gminie sprawi, że mieszkańcom nie będzie opłacało się oszukiwać i niszczyć środowiska.

– Tyle teorii. Praktyka jest taka, że nielegalne wysypiska, które wraz z rewolucją śmieciową miały zniknąć z polskiego krajobrazu, nadal straszą – ubolewa Jarosław Kasprzyk, edukator ekologiczny z Klubu Gaja.

 

Kiełbasa wyborcza od wójta

Dlaczego tak się dzieje? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze – głosi ludowa mądrość. Tak jest również w tej sytuacji. Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej (KIG), statystyczny Kowalski wytwarza ponad 300 kg śmieci rocznie, co w przeliczeniu na trzyosobową rodzinę daje prawie tonę. Koszt zebrania i utylizacji takiej ilości odpadów wynosi co najmniej 450 złotych. Tu niespodzianka. Niektóre firmy zaoferowały tę usługę poniżej 200 zł, a gminy na to chętnie przystały. Z powodu polityki. W tym roku czekają nas wybory samorządowe. Aby nie stracić poparcia mieszkańców, część włodarzy stosuje możliwie najniższe stawki odbioru śmieci. I nie obchodzi ich zupełnie to, co się później z tymi odpadami dzieje. Tymczasem są przedsiębiorstwa, które pozbywają się ich w sposób nielegalny. O recyklingu nawet nie myślą, bo im się to nie opłaca. Jak wyliczyła KIG, największą część wspomnianych 450 zł za tonę śmieci – bo aż 40 proc. – pochłania ich przetwarzanie. 11 proc. to koszty sortowania.

– Przetargi często wygrywały firmy, które oferowały najniższą cenę. Owszem, ich usługi są najtańsze, ale czy spełniają wyśrubowane unijne standardy? Nie mając konkurencji, czują się jak monopolista w regionie, a to bynajmniej nie skłania do troski o jakość – wskazuje dr Wojciech Szymański, specjalista z Instytucji na rzecz Ekorozwoju (InE). – Paradoks polega na tym, że przedsiębiorstwa, które zainwestowały w nowoczesne sortownie i instalacje, z reguły nie były w stanie zaproponować tak korzystnych finansowo warunków współpracy. W rezultacie to nie one zdobyły kontrakty, lecz ich konkurencja – zwykle mniej uczciwa, a przede wszystkim niedysponująca na tyle nowoczesnymi technologiami i know-how, aby móc się zajmować odbiorem i przetwarzaniem odpadów – dodaje.

Podobną opinię podczas eksperckiej debaty, zorganizowanej w grudniu zeszłego roku przez dziennik „Puls Biznesu” i Green Cross Poland, wyraził Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami (PIGO): „Twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania”. „Ułamek gmin poradził sobie z nowym systemem. Znakomita większość nie podołała. Na palcach jednej ręki można policzyć, gdzie w przetargach pojawiły się kryteria jakościowe” – wtórowała mu mecenas Anna Specht-Schampera z kancelarii Schampera Dubis Zając.

Źli są przedsiębiorcy, którzy pomimo wysokiego poziomu profesjonalizmu nie wygrali przetargów. Ale i odbiorcy indywidualni mają powody do niezadowolenia. Chodzi o sposób określania wysokości śmieciowych opłat. Gminy mogą naliczać je od gospodarstwa domowego, liczby mieszkańców, powierzchni i zużycia wody lub stosując sposoby mieszane. Sęk w tym, że – jak zauważa na łamach „Tygodnika Powszechnego” Michał Olszewski – metoda „od gospodarstwa” zrównuje biednych i bogatych, tudzież wielodzietnych i singli. Ta od powierzchni również nie wydaje się szczególnie sprawiedliwa, bo jak znaleźć zależność między metrażem, a produkcją śmieci? Liczba mieszkańców? Skąd wiadomo, że w danym lokalu nie zadeklarowano trzech osób, a w rzeczywistości wynajmuje go z tuzin studentów lub robotników sezonowych? Stawki według zużytej wody? Byłoby to świetne rozwiązanie, gdyby udowodnić, że istnieje związek między zużyciem wody, a ilością produkowanych odpadów.

Kłopotów z rewolucją śmieciową jest dużo więcej. Jeden z ważniejszych sprowadza się do tego, że skupiła naszą uwagę na plastiku, papierze czy szkle. Za mało troszczymy się ciągle o tzw. elektrośmieci, których każdego roku powstaje w Polsce około 200 tys. ton, a zbiera się prawie 3,9 kg na osobę. Tymczasem aż 30-40 proc. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego pochłania szara strefa. Przy czym 80 proc. wyeksploatowanych urządzeń nadaje się do recyklingu. Większość to tzw. duże AGD: 400 tys. zmywarek, 800 tys. lodówek, ponad milion kuchni i piekarników, 900 tys. pralek. Jak szacują eksperci, z samych tylko właściwie przetworzonych lodówek moglibyśmy wyprodukować 30 tys. aut i 850 wagonów kolejowych.

 

Uczmy się od Szwedów

Polskie problemy nie są niczym wyjątkowym. Jeśli wierzyć badaniom Eurostatu, gorzej z odpadami radzą sobie Rumuni, Bułgarzy, mieszkańcy państw bałtyckich, a także Grecy, Cypryjczycy i Maltańczycy. Ale punktem odniesienia powinna być dla nas raczej Europa Zachodnia, która wprawdzie produkuje więcej odpadów, ale też znacząco więcej ich odzyskuje dzięki recyklingowi (w Niemczech obejmuje on 45 proc. odpadów, w Belgii – 40 proc., w Irlandii – 35 proc.).

Chyba jednak najwięcej możemy nauczyć się od Skandynawów. Na przykład w Sztokholmie śmieci są źródłem 14-16 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną i ciepło. Cała południowa część szwedzkiej stolicy ogrzewana jest odpadami komunalnymi i przemysłowymi, które spalane są w spalarni odpadów w Högdalen. 500 tys. ton odpadów komunalnych i 250 tys. ton odpadów przemysłowych produkuje rocznie 1700 GWh ciepła i 450 GWh energii elektrycznej. Łącznie Szwecja posiada 28 tego rodzaju instalacji, wyposażonych w przystosowaną do rygorystycznych norm środowiskowych technologię oczyszczania spalin i ścieków. Dla porównania: w naszym kraju jest na razie tylko jedna spalarnia śmieci komunalnych – w Warszawie.

Szwedzi słyną też z prawidłowej segregacji śmieci u źródła, czyli przez gospodarstwa domowe, co sprawia, że aż 45 proc. produkowanych odpadów wykorzystywanych jest do recyklingu. Jedynie 4 proc. odpadów zostaje zdeponowanych na wysypiskach.

– Trzeba stworzyć takie uwarunkowania makroekonomiczne, aby się opłacało z odpadów uzyskiwać energię, ciepło czy szkło po recyklingu – postuluje dr Szymański z InE. – Na razie z tym nie jest najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że mamy w Polsce tylko jeden zakład przerabiania szkła – w Wyszkowie – a jego moce są ograniczone.

Zdaniem Jarosława Kasprzyka z Gai, powinniśmy przede wszystkim myśleć o tym, jak ograniczać ilość odpadów. Przykładem mogą być lekkie plastikowe torby na zakupy, których supermarkety i inne sklepy w samej tylko Unii Europejskiej wydają 100 miliardów rocznie. Większość tzw. reklamówek jest wykorzystana tylko raz i przez zaledwie około 20 minut. Aż 8 mld toreb na zakupy ląduje w rzekach, jeziorach i morzach lub zaśmieca ulice i pola. W środowisku mogą one przetrwać setki lat. Są zaś szczególnie niebezpieczne dla zwierząt i ptaków morskich.

– Dane dotyczące ich rocznego zużycia w poszczególnych państwach członkowskich znacznie się różnią: od czterech sztuk na mieszkańca w Danii i Finlandii, do 466 toreb na mieszkańca w Portugalii, Słowacji i – niestety – w Polsce. Mamy więc sporo do nadrobienia – uświadamia Kasprzyk.

 

Najważniejsza jest mentalność

Lista patologii, nieprawidłowości i mankamentów jest doprawdy imponująca. I z pewnością minie wiele lat, zanim doszlusujemy do świadomych ekologicznie Niemców czy Skandynawów. Eksperci są jednak zgodni: dobrze, że w ogóle coś w tej dziedzinie drgnęło. Zmieniło się prawo i mentalność społeczeństwa, które zaczęło odpady segregować, a w wielu przypadkach pierwszy raz za nie płacić. Jeśli pracę resortu środowiska nad nowelizacją śmieciowych przepisów pójdą w dobrą stronę, nasza gospodarka odpadami będzie wreszcie spełniać surowe normy UE. A wtedy ominą nas drakońskie unijne kary.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY