Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

środa, 22 styczeń 2014 00:44

Spółdzielnia socjalna: gdzie kucharek pięć…

Napisane przez 

Sołtys i szefowa koła gospodyń wiejskich w Wałczu Drugim, Jadwiga Matysek, namówiła cztery kobiety, by założyły spółdzielnię socjalną. Od dłuższego czasu były bez pracy. W sierpniu ubiegłego roku otrzymały dotację, zakasały więc rękawy…

Wykorzystały te umiejętności, które mają i zajęły się gotowaniem. Potrawy przygotowują tak, jak robią je dla swoich rodzin. Według członkiń spółdzielni, to właśnie źródło ich sukcesu: ich obiady smakują, jak w domu. Dzisiaj każdy dzień zaczynają już o trzeciej rano, by wywiązać się z zamówień.

Spółdzielnię, którą nazwały „Ogrodem Smaków”, tworzy pięć kobiet. Najmłodsza z nich ma 32 lata, najstarsza 57. Jedna dojeżdża z Dobina – sąsiedniej wsi.

I sukces, i porażka do podziału

Jadwiga Matysek wyjaśnia, jak powstał pomysł. Kilka lat wcześniej – jako sołtys – przystąpiła do prężnie działającej w gminie pozarządowej Lokalnej Grupy Działania „Lider Wałecki” i wielokrotnie brała udział w szkoleniach, jakie organizowała grupa. Na wyjazdach podpatrywała, jakie inni ludzie mają pomysły na przedsiębiorczość.

Na jednym z warsztatów usłyszała o spółdzielniach socjalnych. Dowiedziała się, jakie są zasady ich funkcjonowania: skoro kobiety mają problem ze znalezieniem zatrudnienia, muszą same stworzyć sobie stanowisko pracy, a najlepiej znaleźć kilka chętnych osób. Wówczas można podzielić zadania. Poza tym sukces w pojedynkę to nie problem, o wiele trudniejsze jest ryzyko. W grupie łatwiej też poradzić sobie z porażką.

Stabilizacja dla młodych

− Wówczas zaczęło mi świtać, że może coś takiego stworzyć samemu – mówi Matysek. Jednak najpierw, z mężem Ireneuszem, zastanawiała się, czy warto się w to angażować. Przysłowiowego chleba im nie brakowało, ale też – jak mówi pani Jadwiga – sama „kołysała się” między obowiązkami sołtysa, a pracą w kole gospodyń wiejskich. − Nic stałego – podsumowuje. Jednak najbardziej chodziło jej o młodsze kobiety.

− Moja córka i jej bratowa bez powodzenia szukały pracy. Trafiały się im zlecenia, ale po odliczeniu kosztów w sumie nie miały zarobku. W takiej małej miejscowości jest ciężko o pracę. Często to kwestia szczęścia, bo ktoś ją jednak dostaje – utyskuje pani Jadwiga.

Ruszają na szkolenia

Jesienią dwa lata temu, na spotkanie zorganizowane przez „Lidera Wałeckiego” przyjechali pracownicy Zachodniopomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego i zaproponowali udział w kursie tworzenia spółdzielni socjalnych od podstaw. Sołtys zgłosiła się na szkolenie.

Jednak jak przyznaje, o spółdzielni zaczęła myśleć na poważnie, dopiero kiedy pojawiła się szansa na duże dofinansowanie. Aby się o nie starać, kobiety musiały przebrnąć przez szereg formalności i szkolenia na temat tego, jak stworzyć biznesplan, z podstaw księgowości i prawa. Pierwsze warsztaty odbyły w Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka” w Poznaniu.

Kolejny warunek: spółdzielnię mogą założyć tylko osoby bezrobotne. Tu pojawił się problem. Jak wyjaśnia Jadwiga Matysek, razem z córką były pozbawione statusu osób bezrobotnych, bo odmówiły udziału w szkoleniu, które oferował Urząd Pracy. – Zaliczanie piątego kursu z obsługi komputera było bez sensu, dlatego straciłam status bezrobotnej. Jednak w ciągu tygodnia musiałyśmy potwierdzić, że jesteśmy bezrobotne. Pobiegłam do Urzędu Pracy. Przedstawiłam pani kierowniczce sytuację i okazało się, że była bardzo przychylnie nastawiona. Już na drugi dzień wszystkie byłyśmy ponownie zarejestrowane.

Kobiety musiały jeździć do Szczecina, żeby wypełniać stertę formularzy. Wyruszały pociągiem o piątej rano, żeby zdążyć do agencji na dziewiątą. Gdy już się z tym uporały, zakwalifikowały się do programu – ale to jeszcze o niczym nie przesądzało. Przeszły szkolenia, ale też w lutym jedna z nich urodziła dziecko. Na czas szkoleń zostawiała je pod opieką dziadków.

Granty na start

Przyszedł czas na sprawdzian umiejętności. – Dopiero oczy się nam otworzyły, że to wcale nie jest takie proste, jak się nam wydawało na początku. Było dużo niepewności – przyznaje Jadwiga Matysek. – W praktyce okazało się, że nie miałyśmy zielonego pojęcia, jak się tworzy biznesplan, mimo że byłyśmy po szkoleniu w tym zakresie.

Kiedy wstępną wersję przedstawiły w agencji w Szczecinie, okazało się, że wniosek zawierał wiele nieprawidłowości. Przyszło lekkie załamanie, ale osoba odpowiedzialna za weryfikację pokazała, co jest nie tak. − To był człowiek nerwowy, ale rzeczowy – mówi Matysek i podkreśla, że jego wskazówki były cenniejsze niż półroczne szkolenie.

W sierpniu otrzymały 100 tysięcy dofinansowania. Za te pieniądze wyposażyły kuchnię w najnowocześniejszy sprzęt, zakupiły między innymi piec konwekcyjno-parowy. Mają jeszcze problem z jego obsługą, ale uczą się metodą prób i błędów. Czasami coś się nie udaje.

O 6 tysięcy zwiększyła pulę kolejna dotacja, tzw. pomostówka, którą mogą przeznaczyć na ZUS i bieżące rachunki – na przykład za energię. Teraz starają się o następny grant, również w wysokości 6 tysięcy złotych. – Tyle że trzeba się wyrobić z dokumentami w bardzo krótkim czasie – martwi się szefowa spółdzielni. – Jest okres świąteczny – dodaje. Na załatwienie zaświadczeń z ZUS i Urzędu Skarbowego o tym, że nie zalegają z płatnościami, mają cztery dni.

Szefowa walczy o przetargi

Lokal znalazły we własnym zakresie, bez pomocy gminy. Na posesji Jadwigi Matysek zaadaptowały na kuchnię… dawny kurnik. Budynek był w opłakanym stanie. Dziś to miejsce jest nie do poznania. Wiele pracy wykonały własnym sumptem. Mąż Jadwigi Matysek położył kafelki, zainstalował sanitariaty, poprowadził kanalizację i centralne ogrzewanie.

„Ogród Smaków” musi przetrwać minimum rok. Jeśli sobie nie poradzą, będą musiały zwrócić cały sprzęt innej spółdzielni, którą wskaże agencja. Jednak są dobrej myśli. Na początku było dużo problemów, ale chyba się udało. Zaraz po otworzeniu spółdzielni stanęły do przetargu na dostarczanie posiłków dla szkół i… wygrały. Zdecydował łut szczęścia, bo jedyny konkurent nie dopełnił formalności, chociaż zadeklarował konkurencyjną cenę na obiady. Dziś Matysek przyznaje, że bez tego przetargu miały małe szanse na przetrwanie. Szkoły dają im byt. Częścią pracy podzieliły się nawet z bliźniaczą spółdzielnią, działającą w sąsiedniej wsi. W tym samym czasie w gminie powstały jeszcze dwa takie kobiece przedsiębiorstwa.

Szefowa „Ogrodu Smaków” już składa wnioski o kolejne przetargi, bo to zapewnia bezpieczeństwo spółdzielni. Duży ruch miały na święta. Samych pierogów przygotowały sto kilo, do tego domowy barszcz, krokiety i ciasta. Sama pani Jadwiga upiekła szesnaście makowców. To jej specjalność, choć tu mistrzynią jest Regina Stolarska.

Przygotowywały już wesela, „osiemnastki”, roczniki, konsolację, a ostatnio – wigilię sołtysów. Każdego roku organizuje ją jedno z sołectw w gminie. W tym roku wypadło na Wałcz Drugi. Zadania podjęły się kobiety ze spółdzielni. – Dziewczyny, rewelacja! – mówił zachwycony wójt.

Podstawą są potrawy przygotowywane tak, jak gospodynie robią je w domu. I chyba są smaczne, bo klienci wracają z kolejnymi zamówieniami. W ich kuchni nie wykorzystuje się mrożonek. Także zapas mięs i warzyw mają góra na trzy dni. Produkty zamawiają u sprawdzonych hurtowników, nigdy nie kupują ich w supermarketach.

Sposób na pracę i… figurę

Dzień rozpoczynają tuż przed czwartą rano. W kuchni pierwsza zjawia się J. Matysek, która nastawia zupy. Zaraz pojawiają się pozostałe panie. Dziennie przygotowują minimum 326 obiadów, jeśli nie mają innych zleceń. Przed dziewiątą posiłki do szkół: w Witankowie, Różewie, Strącznie i Gostomi. Rozwożą je najmłodsze. Kilka dni temu zakupiły – nie najnowszy, ale większy – samochód.

− Niby ja rządzę i trzymam wszystko w ryzach, zwłaszcza kasę – mówi pani Jadwiga. – Ale dziewczyny są odpowiedzialne. Nie ma spychologii. Każda z pań sprząta po sobie. Brudnych garnków nie zostawia się w kuchni, bo najłatwiej je zapuścić.

Spółdzielnia miała też pierwsze kontrole – skarbówki i sanepidu, ale wszystko było w porządku.

Kobiety pracują w spółdzielni na pół etatu. Na rękę każda z członkiń spółdzielni bierze 632 złote wynagrodzenia. Nie jest to zawrotna kwota, ale już mają więcej w rodzinnych budżetach.

Pani Jadwiga Matysek mówi, że stała praca wymagała zmiany trybu życia. Wszystkie wstają o świcie. Pracują od poniedziałku do piątku i, paradoksalnie, od tego gotowania wszystkie… schudły.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY