Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:41

NASZA ZIMA ZŁA. I CORAZ DROŻSZA

Napisane przez 

Klimatolodzy mogą się spierać, czy mamy do czynienia z globalnym ociepleniem, czy też przygrywką do kolejnej epoki lodowcowej. Na pewno narzekamy, że w porównaniu do poprzednich dekad, coraz częściej zdarzają się anomalie – mrozy przychodzą niespodziewanie wcześnie, albo przeciwnie: śnieg spada dopiero pod koniec grudnia, za to chłody trzymają do maja. Jedno też nie ulega wątpliwości: kolejne zimy są coraz droższe.

W Tychach akcja „Zima” na przełomie 2012 i 2013 r. trwała wyjątkowo długo: od 1 listopada 2012 roku do 8 kwietnia br. Zakończyła się mocnym akcentem: falą mrozów, który spadły na miasto w połowie marca i trzymały do początku kwietnia. Skóra ścierpła urzędnikom jednak nieco później, gdy podliczyli wydatki, jakie musieli ponieść, żeby sprostać zimowym wyzwaniom. Wyszło nieco ponad 7 milionów złotych. Dla 130-tysięcznego miasta to spora suma, ale niepokojące jest przede wszystkim to, że rachunek jest o półtora miliona wyższy niż w poprzednich latach. Koszty wzrosły o ponad jedną czwartą.

Prawie milion za dzień

Oczywiście, Tychom jeszcze daleko do największych miast w kraju. Tam dopiero trzeba wysupłać grubą gotówkę – tylko na samo usuwanie śniegu. W tym roku stołeczny budżet na ten cel wyniósł około 70 mln złotych: przy czym już w styczniu z tej puli wydano 50 milionów. Teoretycznie za każdym razem, gdy na ulice Warszawy spada śnieg, do akcji wkracza 170 pługów i solarek, co oznacza jednorazowy wydatek rzędu 800 tysięcy złotych. Problem w tym, że wystarczy kilka godzin opóźnienia, zwłaszcza popołudniu, w środku tygodnia, by w korkach utknęło około miliona pojazdów. A i koszty odśnieżania drastycznie rosną. W apogeum ostatniej zimy, w stolicy wydatki przewyższały już sumy wydane poprzedniego sezonu o 5 mln złotych. W sumie wzrost zapewne był procentowo porównywalny do sytuacji w Tychach.

Ale stolica była w relatywnie komfortowej – wyjąwszy zatory na ulicach – sytuacji: przy takim budżecie było z czego przesuwać środki. Kraków, dysponujący „zimowym” budżetem wysokości 15 mln zł, olbrzymiej większości środków pozbył się już w styczniu. Tylko jeden dzień w tym miesiącu, kiedy mróz ściął topniejący śnieg i zamienił nawierzchnię dróg w „szklankę”, kosztował metropolię milion złotych. W efekcie, u progu ferii, gdy miasto tysiącami rozjeżdżali ciągnący w Tatry Polacy, krakowski ratusz miał w kasie 2 miliony złotych, a służby apelowały o dodatkowe 10 mln złotych. Ostatecznie udało się uniknąć bicia rekordu sprzed dwóch lat, kiedy to koszty odśnieżania sięgnęły 28 mln złotych.

O tym, jak opady mogą się przełożyć na sytuację miejskich finansów, dobitnie może świadczyć przykład Lublina. W budżecie na zimę 2012/2013 miasto zabezpieczyło relatywnie spore środki: 12 mln złotych. I ostatni grudzień wyglądał całkiem dobrze: wydano raptem 2 mln złotych. Ale już w styczniu, by uczynić Lublin przejezdnym, trzeba było wydawać analogiczną sumę co tydzień. Wysokość zimowych wydatków odbijała się bezpośrednio na tych letnich: w skrajnych przypadkach z poprzednich lat ratusz redukował w sezonie wiosenno-letnim np. nakłady na koszenie trawy na miejskich trawnikach. W 2011 roku koszono ją dopiero wtedy, gdy była tak wysoka, że na rondach zasłaniała kierowcom widoczność. Ulice zamiatano nie codziennie, a co drugi dzień.

Obciążenia bezpośrednie i nie tylko

Podliczanie kosztów zimy w całym kraju utrudnia fakt, że nikt takich statystyk nie prowadzi. Kilka lat temu szacowano wydatki zimowe dla całego kraju na 200 mln złotych. Dodatkowe pół miliarda pochłaniało likwidowanie dziur w drogach czy łatanie pękniętych rur kanalizacyjnych. Gdyby potraktować wydatki Tych czy Warszawy jako typowe oznaczałoby to, że dziś koszt zimy w całym kraju może sięgać miliarda.

Statystyki podbijają też ustawiczne awarie prądu. Nie jest tajemnicą, że kilkanaście tysięcy kilometrów przewodów w całej Polsce nadaje się do natychmiastowej modernizacji. Kable liczą sobie pół wieku, nierzadko z okładem. I tego nie da się ukryć: w styczniu na niemal dwie doby bez prądu zostali mieszkańcy miast na Podkarpaciu: od Leżajska i Stalowej Woli po Krosno, a nawet Rzeszów. W sumie około 60 tysięcy ludzi. Tam na kable spadały łamiące się pod wpływem marznącego, lodowego deszczu drzewa. W tym samym czasie na Lubelszczyźnie, lód kruszył bezpośrednio słupy energetyczne w pasie od Zamościa po Kraśnik, pozbawiając prądu kilkanaście tysięcy osób. W Piotrkowie Trybunalskim pęknięta rura sprawiła, że niemal dziesięć tysięcy mieszkańców nagle doświadczyło w mieszkaniach temperatur niewiele przekraczających 10 stopni Celsjusza.

Odśnieżanie, naprawy czy interwencje w nagłych przypadkach to tylko bezpośrednie obciążenie lokalnych władz. Do tego należałoby dołożyć jeszcze koszty pośrednie. Weźmy ubezpieczenia: w chwili, gdy na ziemię spada biały puch, liczba incydentów drogowych rośnie błyskawicznie do tysiąca dziennie. Firmy ubezpieczeniowe w kwartale zimowym ponoszą wydatki analogiczne do ponoszonych w pozostałych trzech kwartałach. Ale weźmy też pod uwagę spadek temperatury: z badań wynika, że 1 stopień „na minusie” więcej oznacza 5-procentowy wzrost zapotrzebowania na energię grzewczą.

Śnieg w końcu sam stopnieje

Nie da się ukryć, że z każdym rokiem jesteśmy coraz lepiej przygotowani na nadchodzące zimy i nagły opad nie wywołuje już takiego chaosu, jak choćby w latach 90. Ale też rzadko kiedy mamy świadomość, że skala zimowego zamieszania to wypadkowa decyzji podejmowanych w ciągu całego roku czy nawet kilku poprzednich lat. Rzecz m.in. w jakości prowadzonych robót, dobieranych materiałach, stanie posiadanej infrastruktury, wyborze priorytetów rozwojowych na danym terenie.

Sprawa jest tym ważniejsza, że możliwości finansowe samorządów stopniowo się kurczą. Samorządy w najgorszej sytuacji mogą mieć wkrótce wybór jedynie przed strategią lublińską – odwlekaniem koszenia trawników – a wariantem z Bytomia Odrzańskiego pod Głogowem. Tamtejszy burmistrz zasłynął z tego, że przez niemal dwie dekady rządów po prostu… nie odśnieżał. – To nie ma sensu. Śnieg przecież prędzej czy później sam stopnieje – skwitował w wywiadzie telewizyjnym. Dzięki temu, skarb miasta oszczędzał 250 tysięcy złotych rocznie. Cóż, można i tak.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY