Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:40

ZIMA TO LUSTRO, W KTÓRYM ODBIJAJĄ SIĘ PROBLEMY SAMORZĄDÓW

Napisane przez 

Rozmowa z Krzysztofem Iwaniukiem, wójtem gminy Terespol, wiceprzewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP

MARIUSZ JANIK: Tym roku zima przychodzi jakby wcześniej, znowu wszystkich zaskakując. Czy samorządy będą miały z tym problem?

KRZYSZTOF IWANIUK: Problemy będą nie tyle ze śniegiem i mrozami, ile z topniejącymi środkami, pozwalającymi nam radzić sobie m.in. ze zjawiskami pogodowymi. Rzecz oczywista: każde utrzymanie – a w szczególności zimowe – dróg czy dowozu dzieci do szkół, to konkretne koszty. Jeżeli zima będzie łaskawsza, trochę zaoszczędzimy. Jeżeli będzie surowa – samorządy mogą mieć kłopoty, zwłaszcza te mniejsze jednostki.

Poza tym nie chodzi wyłącznie o mrozy czy roztopy, ale też konsekwencje zimy, które ujawniają się wiosną – np. konieczne remonty dróg uszkodzonych przez niskie temperatury. Dzisiaj nikt nie próbuje liczyć takich odłożonych w czasie kosztów zim. Ba, ostatnio wszyscy przerzucają się drogami, niczym gorącym kartoflem – i najchętniej „wcisnęliby” je samorządom gminnym, żeby uniknąć finansowania m.in. takich remontów.

A gdyby do tego doszło?...

Samorządy mają coraz mniej pieniędzy, a zadłużanie się – w dłuższej perspektywie – będzie bezproduktywne, „długiem długo się nie pociągnie”. Musielibyśmy zdobyć wówczas źródła dodatkowego dochodu – albo w budżecie państwa, albo poprzez wprowadzenie nowych podatków na rzecz gminy. O tym chyba nikt nie pamięta.

W tym roku pierwszych niskich temperatur doświadczyliśmy już we wrześniu. Październik w niektóre dni przypominał ubiegłoroczny grudzień. A co, jeśli mrozy potrzymają do kwietnia? Jak to się odbije na finansach gmin?

Uspokajam: załamania budżetów nie będzie. Sama zima, np. w moim 20-milionowym budżecie, to 200 tysięcy złotych na zimowe utrzymanie. Nie są to więc oszałamiające środki w skali całości. Ba, z tego jeszcze czasem zostają jakieś oszczędności.

Ale chyba nie o samo odśnieżanie szos chodzi. A wydatki na ogrzewanie i prąd w szkołach czy urzędach? Oświetlenie ulic, remonty budynków pękających od mrozu, dodatkowe usługi społeczne dla biednych?...

W stosunku do wszystkich kosztów utrzymania infrastruktury publicznej wzrost wydatków bezpośrednio wynikających z zimowej aury nie jest wielki. Wspomina pan o szkołach: 90 proc. budżetu na szkoły to pensje nauczycielskie i wydatki typu „wyrównania”. Pozostaje więc 10 proc. innych kosztów, w tym np. energia elektryczna. Gdyby więc nawet cena podskoczyła o kilka czy kilkanaście procent – sytuacja byłaby do opanowania.

Problem raczej w tym, że najróżniejsze podwyżki kosztów i wydatków sumują się często w sytuacje, gdzie samorządy pozostają bez nadwyżki operacyjnej. Nieważne, czy takich jednostek jest czterysta, jak mówią jedni, czy dziewięćset, jak szacują inni. Blisko zera jest koło tysiąca samorządów, które w zasadzie powinny zacząć wdrażać oszczędności lub zacząć dodatkowo obciążać mieszkańców. Na oszczędności nie pozostawia nam wiele miejsca istniejące – bardzo „instrukcyjne” – prawo, które nakłada na nas znaczne wymogi co do świadczenia pewnych usług. Z dodatkowymi podatkami – wiadomo, jak przyjmą to ludzie. Może należałoby więc ustanowić wszędzie tam komisarzy, i niech oni robią to, co tam sobie ministerstwo wpisze w ustawę. Tylko po co wtedy mówić o „samorządności”?

Skoro jest tak źle, to tym razem zima na pewno „zaskoczy drogowców”.

To niesprawiedliwe. Nie wiem, skąd przeświadczenie, że jak tylko zacznie padać śnieg, to po godzinie na drogi i ulice wyjadą drogowcy. Na całym świecie nie ma możliwości tak szybkiej reakcji. To logiczne, że nikt nie szykuje się co roku na „zimę stulecia”. Nie ma sensu kupować i trzymać w gotowości wielkich ilości sprzętu, w oczekiwaniu, że „a nuż za chwilę zacznie padać”. Mamy w tym kraju takie „średnie” zimy – i na takie jesteśmy przygotowani. W mojej gminie wypośrodkowujemy własne możliwości. Zakładamy, że wystarczą dwa ciągniki. Ale jeśli mamy 26 sołectw, to jasne jest, że te dwie maszyny nie pojawią się jednocześnie we wszystkich.

Kolejna sprawa to same drogi: ja „swoje” drogi mogę obkaszać trzy razy rocznie – i robię to. Ale już drogi krajowa i wojewódzka, przebiegające przez moją gminę, obkaszane są raz. Jak to do siebie pasuje? Utrzymanie może być na jednym poziomie, ale kto za to zapłaci? Koordynacja między drogą krajową, wojewódzką, powiatową a gminną jest chora. Każdy ma swoje przetargi i priorytety, założenia dotyczące stopnia utrzymania – ale autobusy muszą przejechać najczęściej każdą z nich – i muszą być o określonej godzinie na przystanku. My też musimy nimi jeździć: i przecież nie podniesiemy pługa, wjeżdżając na krajową czy wojewódzką. I najwcześniej reagujemy wcześniej niż służby czy firmy, które są za te drogi odpowiedzialne. Próbowałem to koordynować, ale najwyraźniej nie ma takiej woli, każdy robi po swojemu. Tyle że potem skargi trafiają do nas.

Wiadomo, wjeżdżam na drogę, to się nie zastanawiam, kto na niej rządzi.

Nikt się nie zastanawia. To zresztą naturalne, skoro to gminy dostarczają 90 proc. usług, z których korzystają mieszkańcy na danym terenie. I to nam zaczyna brakować pieniędzy, nie tylko na podnoszenie jakości, ale utrzymanie dotychczasowej. A ministerstwo finansów jeszcze przykręca kurek, chociaż samorządy zachowują się zwykle znacznie racjonalniej niż państwo, bo lepiej rozumieją, że z pustego się nie naleje.

No i to one już widzą dno w urzędowych kasach. Czy zaciskanie pasa doprowadzi do sytuacji, w której znowu na polskich drogach zaczną straszyć pozimowe dziury w asfalcie?

Nie, większym problemem mogłaby być wiosenna powódź. Taki kataklizm niszczy infrastrukturę kompletnie: tu bez pomocy państwa, żadna gmina nie da sobie rady. Zima może oznaczać co najwyżej nieprzejezdność drogi przez kilka godzin. Ale w powszechnym mniemaniu to i tak dramat: od razu jest awantura o to, że np. karetka może nie dojechać, gdyby była potrzebna. Wszystko ma być natychmiast, bo „płacę podatki”. Nie wiem, skąd ten wyidealizowany obrazek pługa wyjeżdżającego na ulice wraz z pierwszymi płatkami śniegu.

Bez przesady, zima to nie tylko drogi. To wyższe ubezpieczenia, więcej urazów, a więc wyższe koszty działania służby zdrowia. To wreszcie, jak w poprzednich latach, sto tysięcy rodzin bez prądu w całej Polsce. Prawie pół miliona osób.

No tak, tylko wszystko to nie jest bezpośrednio związane z samorządami, choć często zjawiska te wpływają na ich sytuację. Choćby prąd – tuż po akcesji do UE przegraliśmy batalię o to, czy sieci energetyczne niskiego napięcia będą należeć do samorządów, czy spółki Skarbu Państwa. I teraz mamy taką spółkę dla właściwie całej ściany wschodniej. Pracuje ona w takim tempie, że modernizacja sieci przesyłowej może potrwać jeszcze ze sto lat. A my jesteśmy dla niej jedynie petentem: mamy obowiązek płacić, ale już wymusić racjonalizację – choćby energooszczędne żarówki w oświetleniu ulicznym – już nie. Spółka chce sprzedawać jak najwięcej energii, po jak najwyższej cenie. A my nie mamy wsparcia do tworzenia alternatyw: a przecież, gdyby na każdym dachu zamontować cztery panele fotowoltaiczne, to raptem kilowat energii, w Polsce nie trzeba będzie budować elektrowni jądrowej, dzisiejsze technologie pozwalają budować elektrociepłownie osiedlowe a nawet dla pojedynczego gospodarstwa domowego.

O, łatwo powiedzieć…

Na potrzeby gminy takiej, jak nasza – 7-tysięcznej, ciut większej niż statystyczna w Polsce – użycie technologii opartych np. na fotowoltaice, przy unijnym współfinansowaniu, rozwiązałoby problem. I moglibyśmy stworzyć system w ciągu jednej kadencji. Nasz prąd byłby zawsze tańszy i to pewnie o połowę stawki, jaką teraz musimy płacić, bo odpadną koszty przesyłu już chyba wyższe niż sama energia elektryczna. Interesujemy się takimi rozwiązaniami od pewnego czasu, ale mamy w tym zakresie związane ręce. Niezrozumiałym jest, że projektowane prawo nie zalicza gmin do tzw. prosumentów, a to cena energii elektrycznej ma bezpośredni wpływ na cenę usług publicznych świadczonych naszym mieszkańcom.

Bez przesady?

Bez przesady. Nasze ustawy nie dają nam praw, a instrukcje. Nie możemy eksperymentować z samodzielnym zaspokajaniem własnych potrzeb, a na dodatek instrukcje z rozmaitych aktów prawnych często są niespójne. Najlepszy przykład to śmieci: we Francji samorządowcy nie mają wytyczonych szczególnych procedur rozwiązania problemu. Nie ma przetargów, nie ma przymusu korzystania z regionalnej instalacji. Rozlicza się ich z efektów polityki prowadzonej na danym terenie. A jak jest u nas – i to nie tylko w sprawie śmieci – wszyscy doskonale wiemy.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY