Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 04 listopad 2013 21:35

BATALIA W STOLICY DOBIEGŁA KOŃCA. PREZYDENT ZOSTAJE!

Napisane przez 

Hanna Gronkiewicz-Waltz ocaliła stanowisko. Referendum mające na celu odwołanie prezydent stolicy okazało się nieważne. W głosowaniu wzięło udział 25,66 proc. wyborców. Aby plebiscyt okazał się wiążący frekwencja musiałaby sięgnąć 29,1 proc.

Przeciwnikom gospodyni warszawskiego ratusza zabrakło naprawdę niewiele: nieco ponad 45 tysięcy głosów. To tyle, ile mieszka w najmniejszej warszawskiej dzielnicy, czyli na Żoliborzu. W referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz wzięło udział dokładnie 343 732 głosujących. Aby plebiscyt był ważny, musiałoby wziąć w nim udział 3/5 liczby wyborców, którzy uczestniczyli w wyborze prezydent Warszawy w 2010 roku. Trzy lata temu głosowało ich 649 049. Oznaczało to, że referendum byłoby wiążące, jeśli zagłosowałoby co najmniej 389 430 osób, a większość głosowała za odwołaniem prezydent przed upływem kadencji. W niedzielę 13 października 94,86 procent głosujących opowiedziało się za odwołaniem prezydent Warszawy, przeciwnych było 5,14 procent. Ale podział głosów był w tej sytuacji drugorzędny.

Po pierwsze frekwencja

Bo, że to właśnie frekwencja będzie miała najistotniejsze znaczenie dla referendum, wiadomo było od początku. W Polsce do urn chodzi zwykle około połowy uprawnionych do głosowania. Gdy głosowanie odbywa się przed terminem, lub dotyczy kwestii lokalnych, jest ich jeszcze mniej. Stąd kampania wyborcza przed referendum skupiła się właśnie na frekwencji. Hasłem kampanii prowadzonej przez Platformę stało się więc: „Popieram Hankę, nie idę na referendum” i „Wybieram za rok, nie idę na referendum”.

– Dla polityków i politologów nie jest tajemnicą, że w referendach w sprawie odwołania wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast znacznie łatwiej zmobilizować elektorat negatywny niż zwolenników władzy. Jeśli kogoś coś boli, to jest znacznie bardziej aktywny, niż ten, kto władze popiera – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Bartłomiej Biskup, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Strategia rządzącej partii była więc prosta: zniechęcić do udziału w referendum zwolenników urzędującej pani prezydent. Platforma głosami swoich polityków nawoływała do bojkotu referendum: w akcję zaangażował się sam premier Donald Tusk, a pozostanie w domu zapowiadał nawet Bronisław Komorowski. Przeciwnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz mobilizowali natomiast swoich zwolenników, nawołując do wywiązania się z obywatelskiego obowiązku.

Styl i hasło, pod jakim swoją kampanię prowadziła Platforma, potępiała nie tylko opozycja. Zagrożenie w zniechęcaniu wyborców do głosowania widzą też eksperci. Zdecydowanie taką postawę potępia prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Przywódcy nie mogą zapominać o fundamentach demokracji – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. – Nawet, gdy w istocie są cyniczni, to muszą pamiętać, że całe uzasadnienie ich władzy, ich dostojeństwo tkwi właśnie w tych odświętnych wartościach – podkreślił. Działacze PO tłumaczyli jednak, że absencja w głosowaniu referendalnym jest takim samym wyborem, jak wrzucenie do urny kartki w obronie urzędującej prezydent.

Najwyższa frekwencja w Śródmieściu, najniższa na Wilanowie

Do urn najmniej chętnie poszedł Wilanów – tradycyjnie wspierający PO. W warszawskim mateczniku rządzącej partii frekwencja wyniosła 20,56 proc. Niechętne odwołaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz były też Białołęka 22,98 proc. i Bemowo 23,62 proc. Najchętniej z kolei do referendum poszli mieszkańcy Wawra, Pragi-Północ oraz Bielan. Tam frekwencja wyniosła odpowiednio 27,91 proc., 27,85 proc. i 27,43 proc. Paradoksalnie, najwyżej w tym zestawieniu znajduje się Wawer – dzielnica Hanny Gronkiewicz-Waltz. Co ciekawe, frekwencja w referendum była ściśle związana z sytuacją gospodarczą w poszczególnych dzielnicach. W dzielnicach, gdzie poziom frekwencji był niższy, poziom bezrobocia również był relatywnie niższy. I tak np. w Wilanowie, gdzie frekwencja wyniosła 20,56 proc., poziom bezrobocia był również najniższy: niewiele ponad 2 proc.. Z kolei w dzielnicy Praga-Północ, gdzie frekwencja osiągnęła drugi najwyższy wśród dzielnic poziom (27,85 proc.), liczba bezrobotnych jest najwyższa wśród stołecznych dzielnic i sięga ponad 7 proc. – Platforma ma tradycyjnie większe poparcie u ludzi zamożniejszych. Stąd może wynikać różnica we frekwencji – mówi Bartłomiej Biskup.

Sami zwycięzcy, przegranych brak

Inicjatorem referendum była Warszawska Wspólnota Samorządowa, której liderem stał się burmistrz Ursynowa, Piotr Guział. Podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum zbierały też m.in. PiS i Twój Ruch (do niedawna Ruch Palikota). Organizatorzy zarzucali Gronkiewicz-Waltz m.in. podwyżki cen biletów, nieprzygotowanie miasta do przejęcia gospodarki odpadami od 1 lipca tego roku, źle prowadzone inwestycje i rozrost biurokracji.

Od początku zwolennicy referendum starali się nadać plebiscytowi charakter obywatelski i ponadpartyjny. – To inicjatywa obywatelska, ponadpartyjna, oddolna, umocowana w konstytucji, bo to ona daje obywatelowi prawo do referendum – mówił w rozmowie z „Super Ekspresem” Piotr Guział. Rządzący dzielnicą Ursynów lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej zmontował wokół swojej inicjatywy egzotyczną koalicję właściwie wszystkich liczących się w stolicy ugrupowań. Murem za Guziałem stanęło choćby PiS, angażując w kampanię całą swoja machinę partyjną. Do odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz nawoływał też Twój Ruch, Solidarna Polska, PJN oraz Republikanie Przemysława Wiplera. Przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz opowiedział się też popularny warszawski polityk Ryszard Kalisz – do niedawna w SLD, dziś lider stowarzyszenia „Dom wszystkich Polska”.

I podobnie, mimo że Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostała na stanowisku, swój sukces ogłosiły jednak wszystkie ugrupowania zaangażowane w referendum. – Prawda jest taka, że to my, ludzie lewicy obroniliśmy Hannę Gronkiewicz-Waltz przed Jarosławem Kaczyńskim – dowodził w TVP Info Dariusz Joński, rzecznik SLD. Sojusz – jako jedyna partia opozycyjna – nie wezwał swoich zwolenników do udziału w głosowaniu. „Patrząc na liczbę triumfujących w referendum, to będę musiał napisać, że to sympatycy PSL w stolicy, choć nieliczni, przechylili szalę ;)” - napisał na Twitterze Krzysztof Kosiński, rzecznik PSL. Wątpliwości co do dobrze wykonanego zadania nie mają też politycy Prawa i Sprawiedliwości. – Udało się nam zmobilizować do pójścia w tym bardzo trudnym, niekonstytucyjnym referendum 340 tys. warszawiaków. Oni zdali egzamin z demokracji. Niedzielna mobilizacja to jest progres, jednak ja się nie cieszę, bo chodziło o to, żeby referendum było ważne – komentował Adam Hofman. Zdecydowanie krytyczny wobec wyniku referendum jest jedynie Piotr Guział, który jednak zaraz po ich ogłoszeniu mówił o triumfie niezależnych samorządowców. Burmistrz Ursynowa zmienił jednak zdanie i dziś przyznaje się do porażki. – Nie można uciec od słowa porażka, ja biorę pełną odpowiedzialność za tę porażkę – skomentował wyniki warszawskiego referendum na antenie TVN24.

Trzecia kadencja pani prezydent?

Dumy ze zwycięstwa nie kryje natomiastHanna Gronkiewicz-Waltz – i po zwycięstwie w niedzielnym referendum stara się iść za ciosem. Prezydent stolicy zapowiedziała już, że zamierza walczyć o kolejną kadencję. Stwierdziła też, że warszawskie referendum było przedsięwzięciem czysto politycznym i w przyszłości trzeba starać się ograniczyć podobne przedsięwzięcia. Jej zdaniem można by to zrobić, podnosząc próg ważności referendum. Prezydent stolicy na odbudowę społecznego zaufania ma rok. Wybory samorządowe już za niecałe 12 miesięcy.