Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:31

SERCE ZOSTAŁO W ŁOWICZU

Napisane przez 

W wymarzonym domu w Szwecji – największej, wsi w największej gminie w Polsce, w województwie zachodniopomorskim – Beata Błędowska-Tomajczyk odtworzyła wystrój łowickiej chaty. Teraz, razem z mężem Andrzejem, prowadzi w nim gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”.

Dom odkryła, idąc przez Szwecję w procesji Bożego Ciała. Mimo że budynek był mocno zniszczony, zachwyciła się jego architekturą. Do tego położony na uboczu wsi, był niesamowicie wkomponowany w krajobraz. Z jednej strony granicę posesji wyznacza rzeka Piława – ruchliwy i znany wśród turystów z całej Polski szlak kajakowy. Skądinąd, swoją działalność na polu turystycznym Tomajczykowie rozpoczynali przed dwunastu laty od wypożyczania kajaków. W najbliższej okolicy jest jeszcze kilka popularnych szlaków – przez Dobrzycę, Gwdę, jeziora Krępsko Duże i Małe. Kajaki okazały się modne, a potem zaistniała potrzeba stworzenia bazy noclegowej dla masowo przyjeżdżających tu latem turystów. Na rzekach też nie kończą się atrakcje. Andrzej Tomajczyk, leśnik, okolice zna jak własną kieszeń. Sama Szwecja to malownicza wioska.

− Duże miasto nigdy mnie nie pociągało – mówi Beata Tomajczyk. – Ale odnajduję się w nim – dodaje zaraz. – To miejsce nie było zaplanowane, jednak zawsze marzyłam o mieszkaniu na wsi, w wiejskiej chałupie krytej strzechą. Jędrek jest leśnikiem, więc kiedy dostał propozycję pracy w Trzebieszkach, znaleźliśmy się tutaj.

Z Trzebieszkami – położonymi już w sąsiedniej gminie, Jastrowie, i w sąsiednim województwie, wielkopolskim, mimo odległości zaledwie kilku kilometrów od Szwecji – związana jest również ciekawa historia. Przed wojną w tej miejscowości leśnikiem był ojciec Renate Marsch-Potockiej - znanej niemieckiej korespondentki w Polsce, wieloletniej komentatorki w programie „Bliżej świata” Jerzego Klechty. Ojciec Marsch został zastrzelony przez Rosjan w 1945 r. Do dziś w Trzebieszkach z jego gospodarstwa zachował się kurnik, a o tym, że przed wojną leśnik to był ktoś, niech świadczy fakt, że w tym kurniku teraz jest urządzona oryginalnie i ceniona w regionie… restauracja. Renate Marsch-Potocka wielokrotnie powracała w rodzinne strony.

Na ścianie urosło… zboże

Dom w Szwecji Tomajczykom udało się kupić po dwóch latach. Zmarł jego dotychczasowy właściciel, a rodzina, okazało się, wystawiła go na sprzedaż.

Od początku, planując renowację, postanowili, że na pewno nie zniszczą charakteru domu. Nie korzystali też z pomocy architektów. Sami mieli pomysł na to, co chcą stworzyć. I wewnątrz, i na zewnątrz zbili tynki, żeby odkryć cegłę. Taki styl budownictwa powszechny był w Niemczech. Dom trzeba było ocieplić od wewnątrz. W okolicach Piły znaleźli specjalistę od… gliny. − Najpierw na ścianę nabijany był drewniany stelaż – wyjaśnia technologię właścicielka domu. – Ta przestrzeń była wypełniana łupkiem z gliny. Na to z kolei nakładana była masa słomiana, a na to szedł tynk mieszany z gliny, piasku i sieczki.

Pod wpływem wilgoci w glinie, z sieczki urosło zboże, a ściana była gotowa dopiero, jak obeschło.

Ich marzeniem było też klepisko, ale kiedy remontowali dom, w Polsce nie było technologii polegającej na polerowaniu gliny. Na podłogę wykorzystali więc beton przemysłowy. − Przydały się też umiejętności lokalnych rzemieślników – mówi Beata i pokazuje solidne, drewniane drzwi. – Kiedyś zaczepił nas miejscowy fachowiec, który chciał dorobić. Został na bardzo długo. Na koniec zrobił dębowe ławki, na które się nie umawialiśmy, i powiedział, że już nie będzie przychodził. Wtedy zrobiło się tak smutno. Remont właściwie był skończony. Został tylko jeden szczegół: cztery lata temu dom pokryli strzechą.

Kiedy Tomajczykowie kupili ten dom, w pokojach już nie było pieców, ale – na szczęście − przetrwała… baba. – Dawniej było tak, że każda z izb miała swoją kuchnię i wlot kominowy – wyjaśnia Beata. – Babą odprowadzało się dym. − Myślę, że to ostatnia chałupa we wsi, a nawet w dalszej okolicy, z babą. Kiedyś trafiło do nas małżeństwo historyków, które szukało chałupy z czarną izbą albo babą. Znaleźli taki dom dopiero pod Trzcianką.

Chata, jakby z dziecięcych wspomnień

Wnętrze domu Tomajczykowie też urządzili w oryginalny sposób… na wzór łowickiej chaty. W izbie są ludowe kapliczki, malowane i drewniane anioły, łowickie maty i „podręcznik” zabrany z kuźni dziadka: podręczne gwoździe, podkowy, młotek. Wszystko, co potrzebne, kiedy kuł konie.

− Ten kufer jest przywieziony ze „skansenu” – mówi Beata i wyjaśnia, że tak nazwała łowicką chatę babci. − To było zupełnie jak w „Chłopach” – wspomina. − Właściwie jeździliśmy tam od Wielkanocy, kiedy robiło się ciepło. Chałupy łowickie były budowane w taki sposób, że miały dwie izby i wówczas, w każdej z nich, była kuchnia albo westfalka, a w pozostałych pomieszczeniach było zimno. Kiedy nastał Edward Gierek, ludzie zaczęli rozbierać te swoje chałupy z drewna, kryte strzechą, co dawało ciepło, stawiając na ich miejsce domy murowane.

Tu grali „Chłopów”

W latach 70. w okolicach Łowicza, w Jacochowie, co roku Beata Błędowska-Tomajczyk spędzała wakacje u dziadków, gdzie − jak wspomina – wszystko było, jak żywcem przeniesione z Reymontowskich „Chłopów”.

Nic więc dziwnego, że w 1972 roku właśnie w tej łowickiej wsi powstał słynny film. Kowala Michała, w kuźni jej dziadka, zagrał sam Bronisław Pawlik. – Do dziś pamiętam, jak Pawlik przyjeżdżał niebieską ładą – wspomina Beata Błędowska-Tomajczyk. W filmie statystowali jej dziadkowie – i pół wsi. Raz dziewczęta siedziały na ławce przed chatą, kiedy pojawili się filmowcy i zaproponowali, by zagrały dziewczyny pasące gąski. Tak je to wtedy przeraziło, że uciekły do chaty i wlazły za szafę. Tkwiły za nią tak długo, aż ekipa odjechała.

– Przyjeżdżaliśmy w Wielki Piątek. Babcia rozpalała w piecu chlebowym i piekła ciasto: serniki, jabłeczniki, ciasto drożdżowe. I po zającu dla każdego z wnuków – wspomina. – To znam już z opowieści mamy, bo na Niedzielę Palmową nigdy tam nie byłam. Kiedy do domu przynosiło się palemkę po poświęceniu, to jednego kotka trzeba było zerwać, żeby nie opuszczało szczęście. Oczywiście, to nie były palmy sztuczne, tylko robione z naturalnej wierzby – dodaje.

Zapamiętała też bliskość i życzliwość sąsiadek. Jak się u kogoś zaczynały prace polowe, to ludzie szli do sąsiada pomagać. Dziadek szedł w pole i zupełnie jak Boryna zrywał kłosy, młócił w dłoniach i sprawdzał, czy są na tyle twarde, że można zaczynać koszenie.

– Potem długo jeszcze jeździłam na Boże Ciało do Łowicza na słynną procesję, gdzie ludzie idą w strojach ludowych – mówi pani Beata. – Pamiętam również odpusty kościelne z karuzelami. Jechaliśmy na nie wozem, bo kościół znajdował się trzy kilometry od miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Kobiety były zawsze tak elegancko ubrane. Niedziela to był naprawdę dzień święty, zawsze. Nie można było robić absolutnie żadnych prac, poza oczywiście karmieniem zwierząt, bo to było naturalne. A w Wielkanoc to już kompletnie. Pamiętam, że jak kiedyś robiłam na szydełku, bo mi się nudziło, to babcia wpadła w przerażenie. To były rzeczy, o które oni bardzo dbali.

Po latach pani Beata postanowiła wybrać się w sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa. Ale czekało ją rozczarowanie. – To jednak tylko wspomnienia. Kiedy konfrontuję je z rzeczywistością, tego świata już nie ma. We wsi położony jest asfalt. Ludzie pracują w mieście, tam właściwie tylko nocują – mówi.

Strój, niczym z szafy Jagny

Kiedyś Beata wymyśliła, że musi mieć oryginalny strój łowicki. Najprościej można go było kupić w „Cepelii”, ale miała poczucie, że tam sprzedają „podróbki”. Zadzwoniła do ciotki, która wciąż mieszka pod Łowiczem, i poprosiła, by pomogła. − Ciotka oryginalny pasiak znalazła u jednej z kobiet ze wsi, w stu procentach ręcznie uszyty – kwituje.

W dawnym łowickim stroju Beata Błędowska-Tomajczuk docenia przede wszystkim prostotę. Jest on ręcznie wykonany, począwszy od strzyżenia, przędzenia, po szycie i haftowanie. Do dziś nie stracił też intensywnych kolorów.

Pani Beata chwyta też do ręki charakterystyczny, łowicki koszyk. − Pamiętam jeszcze targi, na które kobiety wędrowały z takimi koszykami, z których wystawały łby gęsi – przywodzi na myśl wspomnienie. – Kobiety ubierały się w te stroje zwłaszcza na święta kościelne, ale w wełniakach pomykały i na rowerach. Gdyby dystans do kościoła był mniejszy, w niedziele chodziłabym w swoim stroju na msze – zapewnia.

Występuje w nim przy okazji innego wydarzenia. Są nim czerwcowe „Wianki”, które wymyśliła i organizuje „W Pięknej Dolinie”. Udało się jej ściągnąć na to święto nie tylko mieszkańców Szwecji, ale również turystów i mieszkańców okolicznych miejscowości.

− Każdy, kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada. Pomysłodawczyni dodaje też, że wymyśliła „Wianki” od midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, i można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale otrzymałam ulotki o hodowli krów.

W chacie „W Pięknej Dolinie” Tomajczykowie wynajmują dwa pokoje z łazienkami. Od kiedy prowadzą gospodarstwo, zaprzyjaźnili się z kilkoma rodzinami. − Ta praca w gospodarstwie to nie jest lekki kawałek chleba – przyznaje Beata Tomajczyk. – Pranie, gotowanie, sprzątanie – wylicza. Ale też szybko dodaje, że rekompensują to goście. – Kiedy wieczorem zasiada się z nimi przy herbatce, zaczynają się naprawdę piękne opowieści. Każdy przywozi cząstkę siebie. W życiu można spotkać fajnych ludzi i nie warto się uprzedzać. Tego się nauczyłam. Najbardziej zaprzyjaźnionym powierzam klucze i tylko raz mi się zdarzyło, że ktoś uciekł.

Kto jest kim, okazuje się, jak mówimy sobie: − Do widzenia!

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY