Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:59

WALKA O FREKWENCJĘ

Napisane przez 

Referendum samorządowe przestaje być świętem lokalnej demokracji. Zamiast pełnić rolę Forum Romanum, zmienia się w arenę politycznego starcia. Walka na na niej toczy się zaś nie o głosy mieszkańców, ale o to... ilu z nich pójdzie do urn w dniu głosowania.

Dzień 13 października 2013 r. będzie w historii Warszawy datą szczególną. Tego dnia warszawiacy wypowiedzą się w referendum, czy chcą, aby prezydentem miasta nadal była Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO), czy też pokażą jej czerwoną kartkę. Jednak wszystko wskazuje na to, że niezależnie od jego wyniku, Gronkiewicz –Waltz nadal bedzie rządzić miastem. Jak to możliwe?

Gra na frekwencji

Hanna Gronkiewicz-Waltz jest nie tylko prezydentem stolicy, ale również wiceprzewodniczącą krajowych struktur Platformy Obywatelskiej. Dlatego referendum w sprawie jej odwołania ma wymiar ogólnokrajowy – a nie tylko ze wględu na to, że rządzi największym miastem w Polsce. Aby warszawskie referendum było ważne, musi w nim wziąć udział 3/5 wyborców, którzy głosowali w ostatnich wyborach samorządowych. W przypadku stolicy musi to być co najmniej 389 430 osób. To oznacza, że frekwencja musi wynieść minimum 29 proc. Osiągnięcie jej wydaje się bardzo prawdopobone, jako że do komisarza wyborczego trafiły listy z ponad 232 tysiącami podpisów osób domagających się odwołania pani prezydent.

Dlatego zwolennicy Hanny Gronkiewicz-Waltz zaczęli grać na obniżenie frekwencji. Niewielka liczba głosujących spowoduje, że referendum nie będzie ważne. Premier Donald Tusk i inni prominentni politycy PO, a nawet prezydent Bronisław Komorowski, zaczęli namawiać mieszkańców stolicy do pozostania 13 października w domu. Wiadomo bowiem, że do urn ruszą porzede wszystkim przeciwnicy prezydent Gronkiewicz-Waltz. Niemal pewne jest więc, że większość głosów padnie za jej odwołaniem. W tej sytuacji głosy w jej obronie de facto mogą prezydent pogrążyć – bo podwyższą frekwencję i paradoksalnie zwiększą szansę na przegraną.

Ile kosztuje referendum?

Innym sposobem zniechęcania warszawiaków do referendum było podkreślanie kosztów z nim związanych. – Szacujemy, że przy tej liczbie wyborców, osób uprawnionych do udziału w referendum w Warszawie, koszt kart do głosowania wyniósłby około 250 tysięcy złotych. Takie koszty poniesie budżet państwa. Inne środki będą pochodziły z budżetu samorządowego – mówił mediom szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Czaplicki. Ale znaczna część wydatków związanych z przeprowadzeniem referendum lokalnego pokrywana jest z budżetów samorządów. Rada miasta będzie musiała pokryć wszelkie koszty związane z organizacją tego referendum, w tym również diet dla członków komisji.

Co prawda, „cena” samego referendum nie jest oszałamiająco wysoka, ale zdecydowanie większe byłyby koszty przyspieszonych wyborów samorządowych w stolicy – bo samo referendum w sprawie odwołania prezydent, bez wyborów nowego włodarza miasta, byłoby nie do końca sensowym rozwiązaniem. Kazimierz Czaplicki szacuje wydatek na 2-2,2 mln zł. Tyle bowiem kosztuje przeprowadzenie wyborów w mieście, w którym jest około miliona wyborców.

Tymczasem niedawno prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz informowała, w odpowiedzi na interpelację jednego z radnych, że referendum będzie kosztowało około 3 mln zł, a przedterminowe wybory – 4 mln zł. Zajmujący się wyborami na co dzień Kazimierz Czaplicki podaje kwotę dwa razy niższą... Niezależnie od jej wysokości, władze miasta podały, że potrzebną kwotę zapewnią, zabierając ją z tzw. rządowej subwencji drogowej, czyli z newralgicznego dla życia miasta budżetu. To bezzwrotna pomoc finansowa, udzielana samorządom przez państwo ze środków budżetowych, z przeznaczeniem na inwestycje związane z komunikacją.

Chaos czy sukcesy?

Zwolennicy odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz zarzucają jej brak kompleksowego rozwiązania problemu odszkodowań wypłacanych z tytułu dekretu Bieruta (na jego mocy na własność gminy m.st. Warszawy w 1945 r. przeszły wszelkie grunty w przedwojennych granicach miasta), nieskuteczne działania na rzecz zniesienia janosikowego (wpłata do budżetu państwa na podstawie ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego przez jednostki, których dochody z podatków przekraczają wskaźniki określone w ustawie), podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej przy jednoczesnych cięciach w budżecie ZTM, wysokie opłaty za śmieci i chaos przy wdrażaniu ustawy śmieciowej, a także cięcia w edukacji.

Odpowiedzią prezydent miasta jest jej wzmożona aktywność publiczna i interaktywna mapa, na której zaznaczono wszystkie – czasem wręcz symboliczne – inwestycje miejskie dokonane pod jej rządami.

Niezależnie od wyniku – prezydent nadal rządzi

Deklaracje przedstawicieli najwyższych władz państwowych – o nie braniu udziału w referendum – i namawianie warszawiaków do brania z nich przykładu spotkały się z ostrą reakcją nie tylko opozycji, ale i zwykłych obywateli. Nic dziwnego, namawianie do niebrania udziału w referendum samorządowym w imię doraźnych korzyści politycznych, to psucie demokracji lokalnej.

Donald Tusk wyraźnie zapowiedział jednak, czego chce. Jeśli bowiem nawet warszawiacy nie chcieliby dłużej pani prezydent Gronkiewicz-Waltz na dotychczasowym stanowisku, to szef rządu zamierza i tak utrzymać ją przy władzy. Najprawdopodobniej mianowałby ją komisarycznym prezydentem miasta, do czego – jako premier – ma prawo. Plan spotkał się z takim oburzeniem opinii publicznej, że Tusk natychmiast złagodniał. –Pozwoliłem sobie na taką uwagę, chcąc pokazać absurdalność tego referendum. Jestem przekonany, że to referendum nie ma większego sensu, zwłaszcza na rok przed wyborami, kiedy to warszawiacy wybiorą Hannę Gronkiewicz-Waltz lub, jeśli mają jej dosyć, kogoś innego – tłumaczył.

Wszystkie te działania to de facto elementy kampanii referendalnej, która musi zostać zakończona do 11 października do godziny 24. Następnego dnia nastąpi przekazanie przewodniczącym obwodowych komisji spisu wyborców uprawnionych do udziału w referendum.

Co poza Warszawą?

Nie tylko w stolicy mieszkańcy domagają się odwołania władz. Nie wszędzie jednak skutecznie. 8 września mieszkańcy Gryfic w Zachodniopomorskiem mieli zdecydować o ewentualnym odwołaniu Andrzeja Szczygła, od czterech kadencji burmistrza miasta. Inicjatorzy referendum zarzucali burmistrzowi próby dezintegracji rady miejskiej, ponadto ich zdaniem w ciągu 2,5 roku ostatniej kadencji burmistrz Szczygieł miał przekroczyć kompetencje w zakresie gospodarki finansowej gminy, przede wszystkim akceptując wydatki niezabezpieczone w jej budżecie. Nie podobało się im również bezpłatne oddanie w zarząd gryfickiemu TBS lokali gminnych i korzystanie z doradztwa kancelarii prawnej, której usługi wyceniono na kwoty sporo przekraczające rynkowe stawki.

Referendum jednak okazało się nieważne. Do urn poszło bowiem zbyt mało uprawnionych wyborców. Aby było ważne, musiało wziąć w nim udział co najmniej 4539 osób – a więc 3/5 uczestniczących w wyborach burmistrza w 2010 r. Uprawnionych do głosowania było blisko 20 tysięcy osób. Tymczasem w referendum głosy oddały 1583 osoby. Za odwołaniem burmistrza opowiedziały się 1364 osoby, a przeciw zagłosowało 150 mieszkańców miasta. Frekwencja wyniosła 8,22 proc.

W nieodległym Rewalu mieszkańcy również chcieli odwołać wójta. Ich zdaniem Robert Skraburski łata budżet gminy wysoką ceną wywozu śmieci, podatkami i opłatami wodno-kanalizacyjnymi. Miał on ponadto doprowadzić do bardzo wysokiego zadłużenia gminy (wskaźnik zadłużenia wynosił w 2012 roku 83,5 proc.) i rozrostu administracji. Wyborcom nie podobało się również to, że zaciągnął kredyty na rewitalizację Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, która miała stać się atrakcją turystyczną.

Organizatorzy referendum w Rewalu zebrali co prawda odpowiednią ilość głosów, jednak ostatecznie nie zamierzają oddać petycji w ręce komisarza wyborczego. „Z uwagi na katastrofalną sytuację finansową Gminy (jak się okazało, dług na koniec roku 2012 wzrósł o 268% – przyp. red.), nie chcemy przyczyniać się do dalszego wzrostu zadłużenia – i dlatego odstępujemy od złożenia wniosku o przeprowadzenie referendum w naszej Gminie. Uważamy, że za obecny stan gminy odpowiadają wyłącznie obecny Wójt i Rada Gminy” – napisali w komunikacie.

Więcej w tej kategorii: « SZPIEGOWANIE NA EKRANIE

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY