Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:44

ARCHITEKT Z GŁOWĄ DO… KAPELUSZY

Napisane przez 

Ma zmysł do mody, jej ubrania, dodatki – a zwłaszcza kapelusze – zawsze budziły podziw. Po maturze chciała iść do łódzkiej „odzieżówki”, ale rodzice przekonali ją, że ubrań do garnka raczej nie da się włożyć. W 1957 roku ukończyła więc Wydział Architektury na Politechnice Gdańskiej, a już na emeryturze zamieniła cyrkiel i ekierkę na pędzel.

Architekt i znana wałecka malarka, Irena Żychowska, urodziła się w Drużkopolu na Wołyniu. Bliscy do dziś wołają na nią Inka, bo w rodzinie, w trzech pokoleniach, były już trzy Ireny.

Rodzina

Matka – Irena z domu Raszyńska, i ojciec – Marian – Maruszniakowie ukończyli Uniwersytet Lwowski. Rodzice byli nauczycielami matematyki i dużo od niej wymagali.

Rodzina ze strony mamy pochodziła spod Warszawy. Babcia – Irena Raszyńska – była modystką w Przasnyszu. Dzięki niej przetrwało wiele rodzinnych historii, bo wszystkie zapisywała w pamiętniku. Dziadek Jan Raszyński, felczer, walczył na wojnie japońsko-rosyjskiej. Wracając z frontu, poznał właściciela fabryki dykty pod Klewaniem i postanowił tam zostać, sprowadzając rodzinę na Wschód.

Ojciec – profesor matematyki, pochodzący spod Lwowa, wybrał pracę na wołyńskiej wsi. Tam budował szkołę. Ukończono ją w 1939 roku, ale już dwa lata wcześniej uczyły się w niej dzieci. Jako rezerwista piechoty, 19 sierpnia 1939 r., na własne imieniny, dostał powołanie do wojska we Włodzimierzu. – Miałam przygotowaną laurkę, ale nawet nie zdążyłam mu jej wręczyć – wspomina po latach Inka. − Przez pierwszy rok wojny nie miałyśmy z matką od niego żadnych wieści.

Pod Bydgoszczą dostał się do niewoli i resztę wojny spędził w obozie jenieckim w Woldenbergu, Oflagu II C, w dzisiejszym Dobiegniewie. Z tego obozu Inka Żychowska do dziś przechowuje książeczkę z rysunkami, przedstawiającymi, jak jeńcy próbowali prowadzić w miarę możliwości normalne życie w warunkach obozowych. Był tam nawet kabaret. Później ojciec Inki wspominał, że siedział w obozie z ludźmi, których nigdy nie spotkałby na wolności. Wśród nich był choćby znany aktor, wykładowca w PWST w Warszawie Kazimierz Rudzki.

Wojenna wędrówka

W 1942 roku na Wołyniu zaczęła się bieda. Ludzie cierpieli głód, a Inka mimo to przygarniała wszystkie zwierzęta. To prawdopodobnie uratowało jej życie. Kiedyś, zimą, wybrała się z matką do szkoły. Idąc z miasta na wieś, musiały pokonać dziesięć kilometrów. Była ładna pogoda, więc poszły na skróty przez las. Kiedy zbliżały się do głównej drogi, nadjechała furmanka z Niemcami. Zaczęły uciekać, ale spuszczono za nimi wilczura. Kiedy je dogonił, przestał szczekać, a nawet zaczął się łasić i lizać jej ręce. Widocznie musiała „pachnieć” zwierzętami. Niemcy strasznie wrzeszczeli, ale po wylegitymowaniu puścili je wolno.

Życie na Wołyniu stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Ludzie zaczęli masowo uciekać. Był styczeń 1944 r. Wtedy mieszkały jeszcze w Kamionce Strumiłowej. Nie pamięta, jak dostały się z matką i babcią do pociągu, z dobytkiem zapakowanym do walizeczek. Z Wołynia przedostały się na Lubelszczyznę, ale w pierwszych dniach błąkały się od miasta do miasta. W końcu znalazły miejsce w Radecznicy za Szczebrzeszynem i Biłgorajem, w klasztorze u ojców Bernardynów. Do Radecznicy, 12 kilometrów, wiózł je saniami chłop ze Szczebrzeszyna. W czasie wojny był to ośrodek tajnych spotkań żołnierzy AK.

Ojciec, po wyjściu z Woldenberga w 1945 r., zatrzymał się w Chodzieży (dzisiaj województwo wielkopolskie) i pisał listy, żeby odszukać rodzinę. Znalazła się jeszcze w tym roku. − Matce pensja była płacona albo i nie, więc żeby zarobić na podróż, wystawiła w szkole „Krakowiaków i górali” – opowiada Inka.

Tą drogą rodzina po wojnie znalazła się w Chodzieży.

Lata powojenne

Dwunastoletnia wówczas Irena była drobniutkim podlotkiem, ale z niespożytą energią, co powodowało, że mimo woli pakowała się w nieprawdopodobne historie. Tu przeprowadziła pierwszy eksperyment malarski. Ojciec jej przyjaciółki Basi był współwłaścicielem znanej przed wojną, a istniejącej do dziś fabryki porcelany. Przed uwłaszczeniem zakładu ukrył złotą farbę, którą wykańczało się porcelanę, w kance. Farba była droga, z racji na domieszkę złota. Na jej dostawę podpisywano zagraniczne kontrakty.

Inka i Basia znalazły kankę gdzieś w szopie i wpadły na pomysł, by tą farbą pomalować mamom płoty na Dzień Matki. – Było to w czasach, kiedy jeszcze nie było zakazu na kary cielesne, a mama specjalnie poczucia humoru nie miała, więc skończyło się setnym laniem – wspomina Irena Żychowska. − A dla ojca Basi dużymi nieprzyjemnościami.

Skandalistka

Kiedy w latach 50. rozpoczynała studia na Politechnice Gdańskiej, postanowiła zostać urbanistką, a nie architektem od budynków. – W normalnym budownictwie nie można się było zrealizować, wszyscy byli biedni, więc budowano najprościej i tanio – tak uzasadnia swój wybór. – Dominowała wielka płyta, a obowiązujące normy narzucały, by budynek dłuższy o dwadzieścia centymetrów skrócić ze względu na koszt. Duże pole do popisu dawało projektowanie kościołów – dodaje.

W czasach gdańskich poznała pisarkę Joannę Chmielewską, która również studiowała architekturę. Ma wszystkie jej książki, ale najbardziej lubi „Lesia”, bo opisana w niej pracownia projektowa przypomina jej klimat miejsc, w jakich sama pracowała. Na studiach poznała też Jacka Fedorowicza, Edmunda Fettinga, Bogumiła Kobielę, Zbyszka Cybulskiego, Czesława Niemena, wówczas jeszcze – Wydrzyckiego.

W 1954 r. wystąpiła epizodycznie w teatrzyku Bim-Bom, w spektaklu w reżyserii Jerzego Gruzy, którego tytułu nie pamięta. Grała… posąg stojący w jesiennym lesie. – Był to pierwszy spektakl, kameralny, tylko dla gdańskich studentów – wspomina Irena Żychowska. – O przedstawieniu napisał „Wieczór Wybrzeża” i nie wiem, jakim cudem gazeta dotarła do Chodzieży, a koło nauczycielskie zwróciło się do ojca z pretensjami, że pojawiłam się… nago.

„Przystanek”

Skończyła studia, rozstała z pierwszym mężem i mogła jechać do Lidzbarka Warmińskiego, choć ten wydawał się końcem świata. Przyjechała do Piły, gdzie mieszkali jej rodzice.

− Ojciec dostał w szkole wilczy bilet. Zarzucono mu, że źle wpływał politycznie na młodzież – przytacza kolejną rodzinną historię pani Irena. − W tamtych czasach każda lekcja miała rozpoczynać się od wychwalania ówczesnego systemu. Ojciec nie wiedział, jak przejść od takiego wstępu do matematyki, więc wchodził do klasy, rzucał: „Niech żyje Stalin” i z dziwną miną rozpoczynał lekcję. Starsza młodzież założyła grupę opozycyjną, która się zbierała w Trzciance. Jeden z uczniów powiedział o tym mojemu ojcu, a inny chłopak doniósł, że on o tej grupie wie – i został usunięty ze szkoły na podstawie donosu.

Kiedy w 1959 r. powstał w Pile szpital powiatowy, Marian Maruszniak zakładał laboratorium. Było to możliwe, bo w Woldenbergu był prawie uniwersytet, na którym skończył chemię i fizykę.

W Pile poznała też drugiego męża. – W szpitalu pracowało pięciu lekarzy, czterech się we mnie kochało, a jeden nie i postanowiłam, że… tak nie będzie – wspomina Inka spotkanie z przyszłym mężem. − Kiedy się przedstawił, myślałam, że nazywa się Ryszard Orzechowski, a był Żychowski – wspomina. Poznali się w 1958 roku. W Wałczu na młodego lekarza czekała praca – ale z kolei nie było posady dla architekta. Na miejsce czekała do czasu, kiedy w mieście powstało Wałeckie Przedsiębiorstwo Budowlane.

W Pile Irena Żychowska była pierwszą szefową Powiatowej Pracowni Urbanistycznej. Miasto, wówczas w powiecie trzcianeckim, było zrujnowane, z dala od dużych ośrodków. Nie było też z nimi dobrze skomunikowane. Dyplom, który Irena Żychowska obroniła 13 marca 1957 roku – „Piła jako miasto wojewódzkie” – o czym na owe czasy nie było mowy, nie odbiegał od planów, które zrealizowano w 1975 roku.

Zawsze myślała, że wróci do Gdańska, a mieszka w Wałczu już pięćdziesiąt lat i „nawet bardzo lubi to miasto”.

Kiedyś z Dobrochną Szymańską, byłą dyrektor Muzeum Ziemi Wałeckiej, próbowała uratować jeden z ładniejszych budynków w mieście, taki naprzeciwko poczty, ale się nie udało – na jego miejscu powstał nowy obiekt. Przy wałeckim Rondzie Niepodległości stoi Pieta z 1908 r., wykonana w Monachium. Jest to rzeźba z kamienia ufundowana przez katolików niemieckich przed I wojną światową jako wotum za ocalenie od epidemii zarazy, nękającej okolice Wałcza. Idąc niedawno obok figury, zauważyła, że ktoś pociągnął ją „barankiem”. Narobiła wówczas szumu i przyniosło to taki skutek, że zdarto tynk. Kosztowało to miasto 40 tysięcy złotych, a Pieta wciąż wymaga renowacji i oczyszczenia cokołu.

Wiele lat temu na Piaskach na przesmyku między jeziorami Trzebieszki i Krępskiem Górnym znalazła zaniedbaną pstrągarnię i przerobiła ją na domek letniskowy, który nazwała od imienia męża „Rysiówką”. Jej koleżanka z Warszawy orzekła jednak, że domek musi mieć nazwę od dwóch imion i wymyśliła „Rysinkę”.

Sześćdziesiąt sześć kapeluszy

− Moja mama od maleńkości mi powtarzała, że jesteśmy za biedne na złe gatunki materiału. Najmniej na dziesięć lat muszą starczyć – wspomina Inka. – A ja marzyłam, żeby po roku wyrzucić uszyte z nich ubrania. Ale materiały były za solidne i to się nie chciało niszczyć – wzdycha. Kiedy brakuje materiałów, przenicowuje ubrania, czyli szyje tak, że najpierw nosi je na prawo, a potem pruje i przekłada… na lewo. To sposób jeszcze z lat wojennych.

Czasy studenckie wspomina, jak prawdziwą rewię mody. Z koleżankami kupowała najtańszy materiał, tzw. cajg – czarny lub szary, z białymi, cieniutkimi niteczkami. Koce w akademikach szły na płaszcze zimowe. Nigdy nie nabrała cierpliwości do szycia, ale nie miała wyjścia, więc szyła i to w rękach.

Kiedy nastała moda „na Bardotkę”, czyli obowiązkowa stała się spódnica na halkach, wypatrzyła w sklepie pszczelarskim sztywną siatkę. Nie podwinęła jej, a kiedy wróciła do domu, nogi miała całe we krwi.

Zazwyczaj nosi się sportowo i klasycznie. Pierwsze dżinsy nabyła w 1952 roku i nie ściąga ich do dziś. Uwielbia marynarki, a za idealne dopełnienie stroju uważa kapelusze, których obecnie ma sześćdziesiąt sześć. − Wiem, że ubieram się niestosownie, ale propozycje dla mojego wieku to zazwyczaj coś szerokiego, workowatego, czarnego, szarego. Nie mam wyjścia. Ubieram się… młodzieżowo – kwituje.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY