Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:04

OŚWIATA TO PRZYSŁOWIOWY CHŁOPIEC DO BICIA

Napisane przez 

Rozmowa z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomirem Broniarzem

MARIUSZ JANIK: Według jednych, obecna sytuacja w polskim systemie edukacyjnym jest dramatyczna, jak nigdy. Inni twierdzą, że konflikty i kontrowersje wokół szkolnictwa zawsze były i będą – a obecne spory nie są niczym nadzwyczajnym. Kto ma rację?

SŁAWOMIR BRONIARZ: Nie mogę podzielić opinii, że mamy kryzys w edukacji. Nie mogę też zgodzić się z opinią, że szkoły funkcjonują źle. Wręcz przeciwnie, 99 procent szkół w Polsce funkcjonuje w sposób prawidłowy.

To skąd te wszystkie spory, o których donoszą media w całym kraju? Likwidacja szkół, rosnąca rzesza bezrobotnych nauczycieli? Z igły widły?

Jeżeli mam jakiekolwiek uwagi dotyczące funkcjonowania niektórych szkół, to raczej są one skierowane pod adresem złej polityki edukacyjnej prowadzonej przez samorządy – mógłbym tu podać wiele przykładów. Nie do końca też rozumiem, jaki jest kierunek polityki edukacyjnej państwa. Nie jestem pewien, czy urzędnicy ministerialni zdają sobie sprawę z konsekwencji prowadzonej obecnie polityki.

Pamiętajmy, że utyskując m.in. na sytuację w gimnazjach związaną z problemami natury wychowawczej, czy trudności w pracy z perspektywy nauczyciela – nie ulega wątpliwości, że nie są one winą samych nauczycieli czy samorządów, ale rozwiązań systemowych, kierunków polityki państwa przyjętych w ramach reformy systemu edukacji przeprowadzonej w 1998 r. Wspomina pan problemy związane z bezrobociem nauczycieli – ono procentowo nie jest wielkie, ale ma charakter rosnący i, ilościowo, zjawisko utraty pracy przez czynnych zawodowo nauczycieli jest problemem coraz poważniejszym. Ale też wynika to m.in. z tego, że począwszy od 1998 r. z punktu widzenia polityki centralnej państwo nie miało wobec naszej grupy zawodowej jasno sprecyzowanych celów. Dotyczy to zarówno przygotowywania do wykonywania zawodu, jak i wykorzystywania wiedzy i umiejętności w szeroko rozumianej edukacji i wychowaniu.

Brak pewnej systemowej koncepcji to jedno, ale znacznie groźniejszy dla przyszłości polskiej oświaty wydaje się być kryzys finansów publicznych…

Od dłuższego czasu nadrzędnym imperatywem w polityce edukacyjnej jest zmniejszanie kosztów – i temu celowi podporządkowane są wszystkie kolejne decyzje, dotyczące sektora edukacji. To również źródło kłopotów, zwłaszcza w połączeniu z brakiem jakiegokolwiek całościowego podejścia do oświaty, od przedszkola po szkolnictwo wyższe. Efekt jest taki, że widzimy drzewa – ale nie widzimy lasu.

To znaczy?

Powinniśmy mieć jeden spójny system edukacji, od przedszkola po doktorat. Ten system powinien funkcjonować w koherentny sposób. Na przykład w edukacji przedszkolnej: ZNP – poprzez dwie inicjatywy obywatelskie – domaga się, żeby państwo wspomagało samorządy w zakresie edukacji przedszkolnej, bo nie może zwalać odpowiedzialności wyłącznie na JST, argumentując, że „tak postanowiono w 1991 r.”. Państwo przecież sprawuje nadzór nad kierunkami działań podstawówek, gimnazjów, liceów oraz przygląda się temu, co dzieje się w szkolnictwie wyższym. Tak powinno być również z przedszkolami. Bo  system edukacji powinien być jeden i spójny co do celów.

A tak nie jest. Poza tym oświata jest traktowana jak przysłowiowy „chłopiec do bicia”, głównie przez te osoby, które mają wybiórcze i wąskie spojrzenie na problematykę szkolnictwa. Stąd mnożą się instrumentalne wezwania, np. „szkoła ma przygotowywać do jakiegoś określonego zawodu” – połączone z zarzutami, że szkoła tego nie robi.

A nie powinna?

Szkoła jest w stanie przygotować do każdego zawodu, ale musiałaby wiedzieć, do jakiego. Ustalenie to nie powinno sprowadzać się jednak do decyzji dyrektora szkoły czy wójta. Musi być elementem polityki państwa, a przynajmniej regionalnej polityki edukacyjnej, powiązanej z kierunkami rozwoju gospodarczego danego regionu.. Łatwo sobie wyobrazić, że szkoły zawodowe dowiadują się, że właśnie brakuje nam spawaczy – i nagle wszystkie rzucają się do kształcenia spawaczy. Ale w ten sposób rodziłby się chaos, kompletnie na dodatek nie uwzględniający analizy potrzeb rynku pracy.

Padające w obecnym dyskursie zarzuty nijak nie odnoszą się do rzeczywistości, a tylko sprawiają, że zaczynamy traktować oświatę po macoszemu. A chodzi przecież o, moim zdaniem, najważniejszą dziedzinę życia społecznego. Niestety, brak wiedzy o przedmiocie dyskusji nie pogłębia refleksji, a w dyskusji o szkole wszyscy mają coś do powiedzenia.

To jednak wszystko problemy na poziomie państwa, na poziomie centralnym. Tymczasem można odnieść wrażenie, że największe iskry idą na styku szkolnictwa z samorządami.

Prawie wszystkie samorządy są w trudnej sytuacji i są od państwa uzależnione. Przypadki typu Kleszczów czy Warszawa są odosobnione. Tyle że nawet w tej fatalnej sytuacji należy pamiętać, że olbrzymia większość jednostek samorządowych stara się dbać o swoje placówki oświatowe, co w obecnych realiach jest wielką zasługą samorządu.

Tyle że łyżka dziegciu psuje beczkę miodu. Mamy też do czynienia z gminami, w których władze samorządowe wychodzą z założenia, że wójt może wszystko i mylą samorządność z samowolą. Byłoby więc nieprawdą i nadużyciem, gdybyśmy mieli generalizować, że samorządy nie sprawdziły się jako organy prowadzące szkoły. Sprawdziły się, ale problem w tym, że wśród nich znalazły się i takie, które łamią prawo – a władza centralna nie potrafi lub nie chce na to zareagować. Gdyby przedstawiciele samorządów spojrzeli czasem bardziej krytycznie na to, co proponują, nie mielibyśmy konfliktów w Darłowie, Leśniowicach czy na Podkarpaciu.

Czy to nie przesada? Przecież nierzadko konflikty wynikają z pustej gminnej kasy, a nie braku krytycznego spojrzenia…

Oczywiście, bywa i tak. Przypomnę, że już kilka miesięcy temu mówiliśmy, że samorządom odebrano de facto osiem miliardów złotych. Cztery miliardy „zdjęto” im z dochodów, a kolejne cztery to koszty zwiększonego zakresu zadań.

Ale mówiąc o tym, przypominamy, że pożycza się cudze, ale oddaje – własne. Innymi słowy, samorządy pozaciągały olbrzymie zobowiązania na realizację np. unijnych projektów, inwestowały w przedsięwzięcia nierzadko mniej lub bardziej potrzebne z perspektywy lokalnej społeczności. A teraz muszą je spłacać – i z jednej strony społeczeństwo widzi te imponujące baseny, fitnessy, kanalizację czy drogi, a z drugiej – nie widzi likwidacji przedszkoli, szkół, stołówek czy świetlic. To placówki oświatowe są wśród pierwszych ofiar tego zadłużenia. I ja rozumiem: długi, spadające dochody z podatków itp. – ale jednocześnie nikt nie myśli o tym, że odbieranie szkołom to niszczenie szans rozwojowych przyszłych pokoleń. To proceder groźniejszy niż podgryzanie systemu emerytalnego.

No cóż, zapewne w wielu przypadkach już po prostu nie ma z czego ciąć.

Nie chciałbym popadać w populizm, ale jeszcze nie słyszałem, żeby któryś samorząd oszczędzał na wydatkach czy kosztach funkcjonowania samej jednostki. Za to mogę podać dziesiątki czy setki przykładów, jak JST oszczędza na oświacie. Nie słyszałem, żeby samorządowcy nie korzystali z zapisów ustawy o pracownikach samorządowych w zakresie wysokości wynagrodzeń, ale wielokrotnie słyszałem, jak skrzętnie wypominają nauczycielom ich zarobki i rzekomo destrukcyjny wpływ nauczycielskich pensji na finanse gmin.

I nie chodzi mi o to, żeby się przekrzykiwać. Jestem daleki od twierdzenia, że samorządom cudownie się powodzi. Ale w ramach komunalizacji mienia, samorządy mogą nim dysponować i obracać. Mają dochody z PIT i CIT. 40-miliardowa subwencja oświatowa to również olbrzymi wysiłek państwa, a więc nas wszystkich. I nie w każdej JST pieniądze te są wykorzystywane należycie i służą tym celom, którym powinny służyć. Rośnie liczba gmin, które na oświatę przeznaczają mniej niż 70 procent subwencji. Jeżeli jedna z gmin w Małopolsce wybudowała na swoim terenie kilka domów kultury w sytuacji, gdy na tym samym terenie stoją puste szkoły – to widzi pan tu jakiś zdrowy rozsądek?

Skrajny przykład. Co nam więc pozostaje? Przekazać szkoły stowarzyszeniom rodziców czy organizacjom pozarządowym?

To tylko jeden z wielu pomników megalomanii władzy. ZNP nie walczy ze szkołami zakładanymi przez stowarzyszenia czy rodziców – pod warunkiem jednak, że przestrzegają prawa. A więc przede wszystkim, że działalność placówek mieści się w parametrach opisanych w ustawie o systemie oświaty oraz że zmiana właściciela odbywa się zgodnie z literą prawa. Walczymy za to z obchodzeniem przepisów, przekazywaniem zarządu spółkom, które do tej pory zajmowały się czymś z zupełnie innej parafii, wywożeniem śmieci czy porządkowaniem ulic. Walczymy z „wytrychami” sprowadzającymi się do omijania Karty Nauczyciela, wciskaniem nauczycielom umów z kategorii śmieciowych.

Przecież zapis o tym, że można przekazać szkołę organizacji pozarządowej również jest pokłosiem uzgodnień między ministerstwem edukacji a Związkiem, z 2008 roku. Mówiliśmy wówczas: ważniejszą sprawą jest ratowanie szkoły i miejsc pracy nauczyciela niż trzymanie się przepisu, że każda szkoła musi trwać, nawet jeśli już nie ma w niej dzieci. Przecież żadna gmina nie będzie w stanie utrzymać placówki dla dziesięciorga dzieci. Nie znajdzie pan ani jednego stanowiska ZNP, w którym protestowalibyśmy przeciw takim przekształceniom. Ale protestujemy przeciw łamaniu prawa: to kuriozum, że wójt gminy Darłowo, jak twierdzi, przekazał szkołę stowarzyszeniu w 2008 r. Wówczas nie było jeszcze przepisów, które by na to pozwalały. Co robił i gdzie był wówczas kurator? Co robił i gdzie był wojewoda?

Co powiedziałby pan więc dziś samorządowcom? Co doradził?

W obecnej dramatycznej sytuacji większość samorządów radzi sobie bardzo dobrze. Możemy być dumni z tego, jak wyglądają nasze szkoły. Ta duma ma solidne podstawy: choćby wówczas , gdy zajrzymy do wyników badań europejskich, z których wynika, że Polska należy do państw, gdzie 15-latki osiągają jedne z najlepszych wyników, a jednocześnie – gdzie przepaść między najlepszymi a najgorszymi jest relatywnie najmniejsza. Nie czuję się upoważniony do radzenia komukolwiek jak ma wykonywać swoją funkcję jednakże, niektórym reprezentantom samorządów radziłbym jednak przeczytać z uwagą Kartę Nauczyciela. Nie tylko pozwoli im to wypowiadać się bardziej kompetentnie niż do tej pory, ale też pozwoli im lepiej wykorzystywać przepisy Karty.  Zapewniam, że unikniemy w ten sposób wielu kłopotów.

Więcej w tej kategorii: BAŁAGAN W PRACOWNI »

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY