Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:03

KOZ-y do kozy!

Napisane przez 

Lata mijają, rządy się zmieniają, a pomysły na poprawienie dostępności do usług medycznych – niby nowe, a jakoś dziwnie trącą myszką. Zdawało się, że stwór pod nazwą Zespół Opieki Zdrowotnej należy do przeszłości słusznie minionej. Tymczasem  odradza się on, niczym Feniks z popiołów, pod nazwą Koordynowana Opieka Zdrowotna (KOZ w skrócie).

Z ostatniego, ubiegłorocznego rankingu europejskiego wynika, że system opieki zdrowotnej w Polsce należy do…najgorszych w Europie. Przyczyną jest brak wykwalifikowanej kadry lekarskiej, przeznaczanie zbyt małej ilości środków na finansowanie oraz zła organizacja, czego następstwem jest limitowanie świadczeń.

Rodzinny filar systemu

Jeszcze kilka lat temu budowano instytucję lekarza rodzinnego. Właśnie medycyna rodzinna miała być filarem systemu. Początkowo zachłyśnięto się tym pomysłem – i tworzył nawet iluzję działań na miarę czasów i potrzeb. Oczekiwania rządzących były jednak inne od wcześniej deklarowanych. Sytuacja znacznie się skomplikowała, gdy lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, świadomi niedofinansowania świadczeń, zaczęli wymagać nie tylko od siebie, ale i od przedstawicieli administracji państwowej.

Postawili oni na partnerstwo w dziele reformowania opieki zdrowotnej. Znali potrzeby zarówno świadczeniobiorców (pacjentów), jak i świadczeniodawców (zakładów opieki zdrowotnej). Domagali się zatem odpowiednich nakładów na rozwój instytucji lekarza rodzinnego. Jednak urzędnicy nie szukali partnerów w środowisku lekarskim – przecież wiedzieli lepiej. Konsensus był ułudą. Medycy nie cieszyli się więc długo kompromisem wynegocjowanym z monopolistą, jakim jest NFZ, przez federację świadczeniodawców skupioną w „Porozumieniu Zielonogórskim”.

Niestety dzisiaj, dekadę po powstaniu tej organizacji w Zielonej Górze (2 sierpnia 2003 r.), jej członkowie stoją w obliczu kolejnego zamachu na pozycję lekarza rodzinnego. Pamięć władzy jest wybiórcza: zapomniano już o zamkniętych 1 stycznia 2004 r. przychodniach i protokole ustaleń z ówczesnym ministrem Leszkiem Sikorskim, który je ponownie przed pacjentami otworzył. Plan płatnika-monopolisty jest prosty: stopniowo ograniczać środki przeznaczane na POZ i przedstawiać go jako największe źródło kosztów w systemie. A przecież to lekarze POZ udzielili w 2012 r. około 140 milionów porad. Jaki jest sens comiesięcznego wysyłaniatych danychdo NFZ, kiedy azymut jest jeden: zniszczyć ideę lekarza rodzinnego, bo… wymyślili ją poprzednicy?

Lektura na letnie popołudnie

Pomija się tym samym zaangażowanie samorządów i lokalnych społeczności przy organizowaniu kameralnych przychodni tak, by lekarz był jak najbliżej chorego i jego rodziny. Wiele gmin do tej pory wynajmuje lekarzom pomieszczenia za przysłowiowa złotówkę, prawidłowo interpretując zadania własne gminy. Wspólnie z miejscowymi medykami organizują akcje prozdrowotne, ściągają specjalistów. Niestety, nasi decydenci – targani potrzebą niszczenia tego, co było – chyba nie do końca wiedzą, gdzie sami chcieliby się leczyć. Być może są zmęczeni ciągłymi pretensjami, dyskusją społeczną, brakiem własnej kreatywności?

Może w letnie popołudnie urzędnicy-potencjalni pacjenci sięgną po raport przygotowany we współpracy z Komisją Europejską – by uzmysłowić sobie, że w Polsce przypadało w 2010 r. zaledwie 2,2 lekarza na 1000 obywateli (najmniej w UE), natomiast przysłowiowy Kowalski korzystał z porady lekarskiej 6,6 razy w roku przy średniej unijnej 6,3 wizyty w roku? Pora wreszcie i w systemie opieki zdrowotnej zastosować profilaktykę, bo przy obecnych działaniach na leczenie rynku usług medycznych wkrótce będzie za późno.

Kombinat na podobieństwo dawnego ZOZ-u ma być lekiem na całe zło… Na pewno nie! Pewne jest jedno: KOZ nie będzie kłopotliwym świadczeniodawcą. To dyrektor-menedżer będzie zawierał umowę na kompleksowe usługi. Odpadną negocjacje ze związkami zawodowymi, skupiającymi medyków – każdy z nich wreszcie pozna swoje miejsce w systemie – i z pracodawcy przeistoczy się w najemnika. Lub, jeśli odrzuci propozycje nie do odrzucenia, zasili szeregi bezrobotnych. Pacjenci stracą swojego lekarza rodzinnego. Wrócą do życia stare ZOZ-y-molochy, dla niepoznaki nazwane KOZ-ą.

Po co to całe zamieszanie i awantury? Wszak wiadomo od dawna, że od samego mieszania herbata słodka nie będzie. Wystarczyło zapewnić odpowiednie środki na funkcjonowanie POZ i AOS. Kolejny raz dobre pomysły pożera zwykła ludzka pycha. Korzystający na co dzień z resortowych jednostek opieki zdrowotnej, wykonują działania pozorowane, rzekomo chcąc poprawić dostęp do usług medycznych.

Jedyny wygrany: NFZ

W efekcie, zamiast czekać w kolejce do specjalisty w niepublicznym zakładzie opieki zdrowotnej, będziemy wystawać przed okienkiem rejestracyjnym szpitala. Nie zwiększy się tym samym ilość specjalistów albo moc przerobowa zakładów diagnostycznych. Nadal będzie brakować w Polsce około 30 tysięcy lekarzy. Zyskają na tym wyłącznie pracownicy NFZ, gdyż zamiast zawierać umowy z pojedynczymi podmiotami świadczącymi usługi, podpiszą kontrakty z KOZ.

A może jest to sposób na to, by zmusić lekarzy specjalistów do ponownego zatrudnienia się w szpitalu, dawnym ZOZ-ie? Szansa na bezpośredni kontrakt z NFZ będzie żadna. Dla mieszkańców dużych miast dostępność usług medycznych nie zmieni się. Pacjent, jak pozostawał anonimowy, tak i pozostanie. Większe zagrożenie będzie dla miast powiatowych. W dobie, gdy szpitale chwycą się nawet brzytwy, by przetrwać – zachęcone warunkami kontraktu z NFZ – podejmą się organizacji KOZ-u, nie mierząc sił na zamiary i w ramach oszczędności zmuszą specjalistów do dodatkowej pracy w poradniach przyszpitalnych. A pacjent? Oby starczyło mu zdrowia i determinacji w walce o należne miejsce w systemie.

KOZ-y mogą też sięgać po pieniądze przeznaczone na podstawową opiekę zdrowotną. Znowu można zebrać wszystkich pod jednym dachem: lekarza rodzinnego, diagnostę, specjalistę i lekarza oddziału szpitalnego. Brzmi obiecująco, ale przy tak ogromnym zapotrzebowaniu na usługi medyczne – czego dowodem są kilometrowe kolejki oczekujących na diagnostykę lub poradę specjalistyczną – obietnice, że KOZ zapewni płynne przechodzenie pacjenta między POZ, AOS i szpitalem, są moim zdaniem całkowicie oderwane od rzeczywistości.  Już teraz szpitale ze swoimi oddziałami ratownictwa nie są w pełni wydolne, zatem branie na barki kolejnych usług z zakresu Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej  i Podstawowej Opieki Zdrowotnej byłoby przysłowiowym gwoździem do…

Znikające przychodnie

Każdego roku znika z mapy naszego kraju wiele wiejskich przychodni – społeczeństwo się starzeje, młodzi migrują do wielkich miast, lekarze umierają. Dalszego dzieła zniszczenia dokona po 1 stycznia 2014 r. weryfikacja ubezpieczonych poprzez system Ewidencji Ubezpieczonych Świadczeniobiorców (EwUŚ). Według zapowiedzi NFZ po tej dacie każdy obywatel naszego kraju, który będzie zweryfikowany „na czerwono” w Ewidencji, straci bezpłatny dostęp do swojego lekarza POZ. Dla przykładu: w województwie warmińsko-mazurskim to ponad 8 proc. mieszkańców!

Kto zatem będzie ich leczył? Co z respektowaniem zapisów konstytucji? Wszak art. 68 pkt 2 ustawy zasadniczej RP mówi: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. Niestety, to wciąż idea bez pokrycia. Wprowadzenie Koordynowanej Opieki Zdrowotnej zniszczy budowany od wielu lat system oparty na lekarzu rodzinnym. Małe przychodnie zostaną wchłonięte przez molochy.

A pacjent ? Ten z dużego miasta przywykł do tego, że nawet z ostrą infekcją czeka na poradę wiele dni. W gorszej sytuacji będzie mieszkaniec miasteczka lub wioski. Z dnia na dzień może stracić opiekę medyczną, gdyż nie będzie miał w pobliżu znanego sobie od lat lekarza rodzinnego, który i serca posłuchał, w sprawach rodzinnych doradził i jeszcze ucho umiał wyleczyć, ba,  i na zmiany skórne znalazł sposób, zaś do specjalisty wysyłał tylko w uzasadnionych przypadkach. Widocznie zza biurek urzędniczych nie widać spraw gminnych.

A może nie należy tracić nadziei. Może latem któryś z decydentów zapuści się w odległe od Warszawy rejony i skorzysta z pomocy lekarskiej w jakiejś malutkiej przychodni, gdzie z zaskoczeniem stwierdzi, iż nie konował tam brzuch pasie, lecz w wyremontowanej przychodni czeka na pacjentów specjalista medycyny rodzinnej wyposażony w najnowszą wiedzę medyczną i empatię, tak niezbędną w procesie leczenia. Nie jestem jednak pewna, czy urzędnikowi państwowemu wypada spędzać wakacje w kraju i korzystać ze zwykłej przychodni. Oby znalazł się choć jeden ryzykant.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY