Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 67.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:53

SEKS W URZĘDZIE, CZYLI JAK TO PANIE BĘDZIE?...

Napisane przez 

Władza to podobno najlepszy afrodyzjak. Wydawałoby się więc, że za notablem panny sznurem… Tymczasem, jak Polska długa i szeroka, podbijanie niewieścich serc idzie urzędnikom, jak po grudzie. Niektórzy muszą uciec się do wykorzystywania swojej zawodowej pozycji, aby nawiązać intymne kontakty. I nie ma znaczenia, wójt to czy marszałek…  A kobieta to podwładna, czy petentka w urzędzie.

Najświeższym skandalem – który wstrząsnął wiosną bieżącego roku całym Podkarpaciem – była głośna seksafera byłego już marszałka tego województwa, Mirosława Karapyty (PSL), prawej ręki szefa klubu parlamentarnego PSL, Jana Burego. Lubelska prokuratura postawiła marszałkowi zarzuty korupcji i płatnej protekcji, a przede wszystkim uzyskiwania korzyści osobistych w postaci zaspokajania potrzeb seksualnych.

Mechanizm był prosty: podległe mu urzędniczki, którym zależało na awansie lub dalszej pracy, wiedziały, że najprostsza droga do osiągnięcia celu wiedzie przez łóżko szefa. Jedna z kobiet zgodziła się na seks z marszałkiem w zamian za przyjęcie jej do pracy w urzędzie, druga – za załatwienie sprawy, która nie leżała w jego kompetencjach. Ofiar wybujałego temperamentu marszałka mogło być nawet kilkanaście, również z okresu sprzed kilku lat, kiedy był wojewodą podkarpackim.

Prasa szybko podchwyciła temat i okrzyknęła go „seksmarszałkiem” oraz epatowała tytułami w stylu: „Dawał pracę za seks”, „Z urzędu zrobił harem”.

Uważaj, o czym mówisz przez telefon

Podkarpacki baron PSL wpadł głupio, bo przy okazji podsłuchiwania przez CBA rozmów telefonicznych pewnego biznesmena z Przeworska. Podczas jednej z nich ktoś zapewnił go, że wygrany przetarg ma w kieszeni. Po nitce do kłębka – i trafiono do marszałka Karapyty. Ustalono, że w latach 2011-2012 przyjął łapówki na łączną kwotę co najmniej 50 tysięcy złotych. Z różnych źródeł. Rolnik, który chciał uzyskać dotacje unijne, opłacał marszałkowi zagraniczne podróże, m.in. wyjazdy na narty do Włoch. Przeworski biznesmen dał mu 30 tysięcy zł za przyspieszenie wypłaty unijnych dotacji, a ktoś inny – wart 5 tysięcy komplet mebli za przyjęcie krewnej do pracy.

Najbardziej jednak zbulwersował wszystkich wątek obyczajowy, związany z seksualnymi podbojami eksmarszałka. Podobno obiecywał awans znacznie młodszym od siebie podwładnym w zamian za seks. Kobiety mu nie odmawiały, bo bały się, że stracą pracę. A znalezienie nowej jest dużym problemem na Podkarpaciu, regionie o wysokim bezrobociu. Jedna z gazet napisała, że marszałek Mirosław Karapyta wykorzystywał urzędniczki również podczas zagranicznych i krajowych podróży służbowych.

– Proszę spojrzeć, jakie ja mam otoczenie: ładne sekretarki, asystentkę – bronił się podczas rozmowy z dziennikarką Karapyta. – I te osoby powołam na świadków. Niech powiedzą, czy przez trzy lata pracy były z mojej strony jakieś propozycje – argumentował.

A jednak marszałka pod koniec kwietnia br. zaaresztowano. Usłyszał zarzuty, za które grozi mu do 10 lat więzienia. Wyszedł po czterech dniach, za poręczeniem majątkowym. Kaucję w wysokości 60 tysięcy zł wpłaciła żona. Karapyta twierdzi, że jest niewinny. – Zarzuty obyczajowe dołączono do reszty, bo się dobrze sprzedają w mediach – przekonuje w jednym z wywiadów. – Seksafera bis, tym razem w PSL? To chyba takie dywagacje, że chłopskie partie mają do tego tendencje.

Marszałek ma ogromne pretensje do partyjnych kolegów, zwłaszcza do lidera PSL na Podkarpaciu, Jana Burego, i prezesa partii Janusza Piechocińskiego. Władze PSL następnego dnia po aresztowaniu oznajmiły, że będzie odwołany ze stanowiska. Karapyta jest przekonany, że koledzy odwrócili się od niego, uznali za winnego i wydali na niego polityczny wyrok.

W jednym z wywiadów marszałek powiedział, że murem stanęła za nim tylko rodzina. Żałuje, że jego żona w 30. rocznicę ślubu otrzymała taki „prezent”.

Praca dla kochanki

Układ „praca za seks” nie zdarza się wyłącznie na Podkarpaciu. Wójt mazurskiej gminy Giby miał wielokrotnie wykorzystać seksualnie pewną mieszkankę tej miejscowości, która woli pozostać anonimowa. – Zgodziłam się na romans, bo obiecywał pracę, a ja nie miałam co jeść – opowiada dziś dziennikarzom pokrzywdzona.

I dodaje, że w maju ubiegłego roku poprosiła o pomoc gibskiego wójta, którego znała od lat – pochodzili z tej samej wsi. On zaproponował jej pracę w ramach robót publicznych i… spotkanie. – Odparłam, że jeśli będę miała pracę, to czemu nie? – kontynuuje kobieta. – Wtedy rzucił, że jeśli się zgodzę, to będę żyła „jak pączek w maśle”.

Romans trwał kilka miesięcy, do jesieni ub.r. W grudniu kobiecie skończyła się umowa o pracę. W lutym 2013 r. urzędniczki z „pośredniaka” zawiadomiły ją, że jest szansa na kolejną. Pojechała do gminy, ale tylko po to, aby się dowiedzieć, że wójt nie ma dla niej czasu. Kilka dni później została poinformowana, że nie podpisał wniosku o jej zatrudnienie. Najwyraźniej uczucie wójta się wypaliło. – Nie zależy mi na kontaktach z wójtem, ale na pracy, bo nie mam co włożyć do garnka – narzeka kobieta.

Złożyła doniesienie do Prokuratury Okręgowej w Suwałkach. Podjęto postępowanie, które ma wyjaśnić, czy wójt nie wykorzystał krytycznej sytuacji życiowej kobiety, by doprowadzić do obcowania płciowego.

Wójt Gib twierdzi podkreśla, że oskarżenia wobec niego to pomówienie. Zgłosił tę sprawę na policji i chce, aby skarżąca poniosła karę za znieważenie i szantaż. – Romans?!... – oburza się. – To kompletna bzdura. Mogłem przewidzieć, że kiedyś przez tę panią będę miał kłopoty. Ludzie mnie przestrzegali, abym omijał ją z daleka – wzdycha. I dodaje, że nie podpisał nowej umowy z kobietą, bo nie wykonywała swoich obowiązków. A właściwie przychodziła do pracy tylko po to, by podpisać listę obecności.

Okolice Gib żyją tą historią. Zdania mieszkańców są jednak podzielone. Jedni uważają, że przecież wszyscy wiedzieli o wyjazdach wójta z kochanką na randki w plener – oczywiście w godzinach pracy. Tajemnicą poliszynela było też, że wójt zabierał „znajomą” na zakupy do Warszawy. Inni mówią jednak o zemście kobiety na, Bogu ducha winnym, mężczyźnie. Podważają jej wiarygodność, przypominając choćby, że leczy się psychiatrycznie, do niedawna nadużywała alkoholu (przeszła nawet leczenie odwykowe), „a w ogóle to specjalnie atrakcyjna nie jest i kto by ją tam chciał”.

Zapewne nieprędko poznamy prawdę. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że kobieta nie została podstępnie wykorzystana przez niedobrego urzędnika. Postawiła sprawę jasno: będzie praca, będzie seks…

Uciechy na biurku

Pięć lat temu, na początku sezonu ogórkowego, prokurator zepsuł Janowi T., dyrektorowi krakowskiego Zarządu Dróg i Transportu (obecny Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu), atrakcyjnie zapowiadający się urlop. Pan dyrektor usłyszał bowiem zarzuty molestowania seksualnego, mobbingu i korupcji.

A wszystko to przez dwie podwładne, które zgodnie zeznały, że szef zmuszał je do seksu oralnego. Prokuratura zgromadziła zeznania osób, potwierdzających wersję molestowanych kobiet. Na dodatek, pracownicy Zarządu opowiedzieli – i to w barwnych słowach – dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, że Jan T. często zostawał w pracy po godzinach. Zamykał się z którąś z pracownic w gabinecie i, gdy ktoś czegoś od niego chciał, otwierał drzwi dopiero po kilku minutach.

Bohater całego zamieszania odmawiał jednak odpowiedzi na pytania prokuratury. Tyle że przy okazji grzebania w biurowych amorach, wyszło na jaw, że dyrektor ma też inne grzeszki na sumieniu: znęcał się psychicznie nad pracownikami, m.in. krzyczał na nich i wulgarnie wyzywał, zmuszał do pracy w dni wolne i noce, nie płacił za nadgodziny, a niepokornym odmawiał urlopów.

Okazało się też , że pan dyrektor brał łapówki. Wyjeżdżał na koszt prywatnych przedsiębiorców, współpracujących z ZDiT,  do luksusowych ośrodków wypoczynkowych. Oczywiście towarzyszyły mu wybrane pracownice...

Jan T. obecnie jest na wolności. W związku z ciążącymi na nim zarzutami korupcyjnymi (m.in. organizowania fałszywych przetargów) spędził za kratkami 21 miesięcy, ale wyszedł po wpłaceniu kaucji rzędu 300 tysięcy złotych. Regularnie pojawia się w sądzie, gdzie mówi dużo i chętnie – niestety, zdaniem obserwujących postępowanie, głównie nie na temat. Jak do tej pory, sąd oczyścił go z zarzutu nękania podwładnych, uznając że krzykiem wymuszał… prawidłowe wywiązywanie się z obowiązków. Wyrok jest nieprawomocny.

Natomiast sprawa mobbingu i molestowania seksualnego wciąż jeszcze jest w toku. I długo jeszcze będzie: na przesłuchanie oczekuje 200 świadków.

Prezydent gwałciciel

Dwa lata temu były już prezydent Olsztyna (woj. warmińsko-mazurskie), Czesław Małkowski, został oskarżony przez białostocką prokuraturę o gwałt oraz o usiłowanie gwałtu. Grozi mu do 12 lat więzienia. Sprawa jest tym brzydsza, że jego ofiarami były podległe mu urzędniczki. Zgwałcona kobieta była w zaawansowanej ciąży.

Ale to nie koniec. Gdy pięć lat temu wybuchła olsztyńska seksafera, wiele pracownic ratusza ujawniło, że były molestowane seksualnie przez prezydenta.

Czesław Małkowski przyznał się do intymnych kontaktów z jedną z podwładnych – ale zaprzeczył, jakoby doszło do tego wbrew jej woli. Spędził w areszcie pół roku. Dwa miesiące później, w listopadzie 2008 roku, mieszkańcy Olsztyna podczas referendum odwołali Małkowskiego z funkcji prezydenta miasta. Cóż z tego, skoro dwa lata później wystartował w wyborach prezydenckich i zaledwie o włos przegrał z kontrkandydatem na fotel włodarza Olsztyna, Piotrem Grzymowiczem.

Śledztwo ciągnęło się aż trzy lata, gdyż prokuratorzy uzyskali trzy sprzeczne opinie biegłych (psychologów i seksuologów) z Warszawy, Poznania oraz Krakowa. Jedna z nich wykluczała, by były olsztyński prezydent miał cechy gwałciciela. Ponadto, zdaniem biegłych, oskarżająca go urzędniczka nie zachowuje się jak zgwałcona kobieta…

Czesław Małkowski stanął przed sądem w maju 2011 r. Zdaniem prokuratury, istnieją dowody na to, że w okresie 2001-2007 molestował seksualnie cztery kobiety. O treści zarzutów śledczy mówili bardzo ogólnie: podali, że „chodzi o przestępstwa, które polegają na zgwałceniu, usiłowaniu zgwałcenia, doprowadzeniu do obcowania płciowego lub poddania się innej czynności seksualnej poprzez nadużycie stosunku zależności służbowej oraz uporczywego naruszania praw pracowniczych”. Wyrok zapadnie, być może, pod koniec bieżącego roku.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że jesienią ubiegłego roku miała miejsce premiera filmu obyczajowego „Miłość”, zainspirowanego olsztyńską seksaferą. Jego reżyser i współautor scenariusza, Sławomir Fabicki, pokazał całą historię z punktu widzenia męża pokrzywdzonej kobiety.

Szef czy pan?

Luty to najwyraźniej niedobra pora dla marszałków województw. Równo pół roku temu spektakularną wpadkę zaliczył nie tylko marszałek podkarpacki, ale i wicemarszałek opolski. Właśnie wtedy lokalna prasa napisała, w jaki sposób wicemarszałek Tomasz Kostuś (PO) traktuje podwładnych. Jego arogancja i buta nie znała granic – poniżał pracowników urzędu, nagminnie wydając im komendy takie, jak psom: „siad”, „głos”, „waruj”. Podniesiony głos i obraźliwe epitety były na porządku dziennym.  Kierowcę służbowego samochodu, który jechał zgodnie z przepisami, a zdaniem wicemarszałka za wolno, wyrzucił z auta na drodze i musiał on wędrować trzy kilometry do najbliższego przystanku PKS, by wrócić do urzędu.

Po tej publikacji, na wniosek marszałka, w urzędzie przeprowadziła kontrolę Państwowa Inspekcja Pracy. Mimo tego, że pracownikom zadawano dosyć ogólnikowe pytania (np. nie pytano o nazwisko przełożonego, ze strony którego doznawali przykrości) – z przeprowadzonego postępowania wyłonił się zatrważający obraz życia w totalitarnej instytucji. Urzędnicy skarżyli się w anonimowej ankiecie m.in. na molestowanie, nieakceptowane przez nich zachowania o charakterze seksualnym, znęcanie psychiczne i wyśmiewanie niepełnosprawności. Co istotne, inspektorzy pracy zadawali pytania jedynie pracownikom departamentów podlegających Tomaszowi Kostusiowi.

Sprawa została przez partyjnych kolegów wicemarszałka zamieciona pod dywan – mimo tego, że jeszcze w kwietniu br. szef opolskiej Platformy, poseł Leszek Korzeniowski, postawił ultimatum: albo Kostuś oczyści się z zarzutów, albo odejdzie ze stanowiska.

Mieszkanie za seks

– Ja tylko żartowałem! – bronił się Dariusz Szczepański, chojnicki radny, który wysyłał do jednej z mieszkanek tego miasta sms-y z erotycznym podtekstem. – Chciałem podtrzymać tę kobietę na duchu!

Wiosną br. burmistrz Chojnic z osłupieniem usłyszał od jednej z chojniczanek, że przewodniczący społecznej komisji mieszkaniowej, Dariusz Szczepański, wysyła do niej przez telefon komórkowy dwuznaczne wiadomości. Kobieta starała się o mieszkanie socjalne, odebrała więc sms-y radnego jako sygnał, że w Chojnicach taki lokal można załatwić za seks.

Radny w rozmowie z dziennikarzami miejscowej gazety podtrzymuje, że nie były to erotyczne propozycje. Idzie nawet krok dalej. – Ta pani nie jest w moim typie i nie interesuje mnie jako kobieta – podkreśla. Zaniepokojony burmistrz złożył jednak doniesienie do prokuratury. Tyle że śledczy nie dopatrzyli się niczego złego w postępowaniu radnego i postanowili umorzyć sprawę, gdyż ich zdaniem „zabrakło znamion czynu zabronionego”.

Żart Szczepańskiego nie spodobał się jednak jego partyjnym kolegom z Platformy Obywatelskiej. Radny został postawiony przed sądem koleżeńskim w Gdańsku oraz usunięty z klubu radnych PO w chojnickiej Radzie Miejskiej.

Podczas zbierania materiałów do artykułu korzystałam z archiwów „Dziennika”, „Gazety Olsztyńskiej”, „Gazety Pomorskiej”, „Gazety Współczesnej”, „Super Expressu”, „Niezależnego Tygodnika Opolskiego” i „Wprost”.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY