Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:50

TAKA DEMOKRACJA TO MI SIĘ NIE PODOBA

Napisane przez 

Jadwiga Naranowicz ma 51 lat. Szwecja to rodzinna wieś jej męża Władka, ona pochodzi z Sypniewa, w sąsiedniej gminie Jastrowie. Teraz mówi, że jest stąd i że tu naturalnie „wsiąknęła”. Kiedy dzieci poszły do szkoły, spotkała inne matki, miały wspólne tematy, włączyła się w prace na rzecz szkoły. Potem przez szesnaście lat pracowała w radzie sołeckiej. W 2011 r. ludzie wybrali ją na sołtysa największej wsi w największej gminie w Polsce.

Obecną sołtys długo namawiano na udział w wyborach. Zdecydowała się na tydzień przed głosowaniem. Wsiadła do samochodu i pojechała do ludzi, bo chciała ich namówić, żeby przyszli na zebranie. O obecnej demokracji mówi, że jej się nie podoba. − We wsi jest dziewięciuset mieszkańców. Ale jak jest zebranie, to dobrze, jak przyjdzie trzydziestu. A jak się wybiera kandydatów na sołtysa, to jest to nieprzemyślane. Bez  przekonania, że ta osoba coś dla wsi zrobi – mówi Jadwiga Naranowicz.

54 głosy na 96

Skądinąd, sama czasu na kampanię miała mało i właściwie jej nie prowadziła. Ale i niezbyt jej potrzebowała. − Całe życie jest społeczna – mówi o niej Beata Błędowska-Tomajczyk, prowadząca w Szwecji gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”. – Jak może w czymś pomóc ludziom, to idzie. Lubi być wśród nich. I ma jedną nie do przecenienia cechę: jest niekonfliktowa.

We wsi ludzie znają ją od tej właśnie strony, więc mieszkańcy namówili ją na kandydowanie. – Do końca się zarzekałam, że nie chcę startować w wyborach – wspomina jednak Jadwiga Naranowicz. – Tyle że ostatecznie mąż obiecał pomoc i we wsi wsparcie było.

W wyborach na sołtysa wzięło udział dziewięćdziesięciu sześciu mieszkańców. Wygrała ośmioma głosami, już w pierwszej turze.

− Jak Jadzia została sołtysem, to wieś przyspieszyła, wyszła poza Szwecję – mówi Beata Błędowska-Tomajczyk. Często właśnie u niej odbywają się spotkania albo organizowane są różne wydarzenia. – Ale zanim Jadzia została sołtysem, angażowała się w prace na rzecz wsi. Jak coś organizowano, chętnie zakasywała rękawy.

Szwecja jest bliżej, niż myślisz

Takie hasło promocyjne wsi wymyśliła radna Agnieszka Cybulska. A jest się czym chwalić. Największym skarbem jest rzeka Piława, która przecina wieś – to znany w Polsce szlak kajakowy. Ściąga tu latem masa turystów. Jest zabytkowy kościół św. Jakuba, w lipcu w święto patrona od wielu lat organizuje się jarmark.

Sołtys, razem z radną, zgłosiła Szwecję na wieś turystyczną do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego i miejscowość otrzymała certyfikat, który jest znakiem, że tu warto przyjechać. Nad Piławą rybacy postawili już tablice, jakie ryby w niej występują, a we wsi niebawem pojawią się turystyczne drogowskazy informacyjne, m.in., kierujące do gospodarstw agroturystycznych, albo na szlaki rowerowe. − Będą ekologiczne, drewniane, „wiejskie” – podkreśla sołtys.

− To nigdy nie była wieś typowo rolnicza – opisuje Szwecję Naranowicz. Głównie żyła z lasu, był PGR i gorzelnia – mówi sołtys. – Tu pokolenia pracowały w lesie, ludzi zatrudniało nadleśnictwo w Wałczu i Jastrowiu. Teraz zmieniła się forma zatrudnienia. Dziś to jest wieś „zulowców”. Ludzie rejestrują zakłady usług leśnych i przyjmują zlecenia. Mają konie, własny transport.

Prośba sołtyski: „do roboty”

Najmniej chodzi jej o rządzenie. Jak są jakieś prace do zrobienia – koszenie, sprzątanie – najczęściej w końcu pracuje z mężem Władkiem. Na ostatnim festynie sportowo-sołeckim nabrała odwagi, wzięła mikrofon i poprosiła: − Słuchajcie, razem się bawiliśmy, razem posprzątajmy.

Poskutkowało. Udało się namówić kilka osób.

Jej praca to m.in. przyjmowanie skarg, ale nie ma na to specjalnego miejsca. Odbywa się to więc w najprostszy z możliwych sposób: ktoś ją spotka na ulicy, w remizie, na festynie, zadzwoni albo przyjdzie do domu, który stoi na początku wsi przy szosie wiodącej z Wałcza do Gdańska. – Największym problem są psy – mówi Naranowicz. – Jak są porzucone, ludzie przychodzą do sołtysa albo skarżą się, że latają bezpańsko, albo że są groźne. To jest utrapienie wszystkich sołtysów. Chyba nie ma takiego, który nie przygarnąłby jakiegoś porzuconego psa.

Sołtys stawia na wieś

Bycie ze wsi nie jest wstydliwe - mówi. Dodaje, że prowincja to stan umysłu, a nie współrzędne geograficzne – i że walczy z negatywnym stereotypem.

Od kiedy jest sołtysem, zaczęła zgłaszać wieś do różnych konkursów: o miano wsi turystycznej, ale także sołectwa przyjaznego środowisku. − W tym generalnie zajęliśmy drugie miejsce – mówi z dumą Naranowicz. − Doceniono to, że we wsi segreguje się śmieci, że ich nie palimy i że jest czysta rzeka.

Sołtys od wielu lat jest zwolenniczką segregowania odpadów. Jak idzie ulicą – i widzi puszki albo butelki – nie może tego znieść. W Szwecji, za jej sprawą, dostawiono pojemników na śmiecie. − Jak zostałam sołtysem, były trzy punkty, teraz jest osiem, a pojemniki stale są zapełniane. Dla mnie, od kiedy teraz weszła ta ustawa, to jest urwanie głowy, bo ciągle ktoś zgłasza, że brakuje worków i trzeba je dostarczyć, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć, że ludzie segregują śmieci. Na śmieci jestem uczulona. Mogłabym o nich warsztaty prowadzić – kwituje.

− Na spływie kajakowym obserwowała wicewójta, gdzie wrzuci papierowy talerz – wspomina radna Aldona Piaskowska. – A kogoś pytała z wyrzutem, dlaczego butelka niezgnieciona – dorzuca. Na festynie sołecko-sportowym zauważyła błąd. Na jednym pojemniku było napisane „puszki plus plastik”. − Jeszcze źle, bo puszka musi być osobno – tłumaczy sołtys.

Integracja

W Szwecji ludzie spotykają się w lipcu na dorocznym parafialnym Jarmarku św. Jakuba. Sołtyska stała przy stoisku małej gastronomii i sprzedawała pyszne pierogi. Wieś może się też poszczycić, że wypromowała produkt tradycyjny jako jeden z dwóch w powiecie wałeckim. Jest to kiszka ziemniaczana, którą gospodynie ze Szwecji przygotowują na każdą imprezę.

Nieformalnym wydarzeniem są czerwcowe „Wianki”, które odbywają się „W Pięknej Dolinie”. Ich pomysłodawczynią jest Beata Błędowska-Tomajczyk, której udało się ściągnąć na „Wianki” nie tylko szwedów, ale również mieszkańców okolicznych miejscowości, a nawet turystów, m.in. z Czech i Niemiec.

− Kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada sołtys. A inicjatorka przedsięwzięcia dodaje, że wymyśliła „Wianki” od Midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale tam się zajmują kulturą przez duże „k” i otrzymałam ulotki o hodowli krów – opowiada. Dziś na przepływającą przez gospodarstwo „W Pięknej Dolinie” Piławę spuszczane są stelaże, ludzie palą świeczki, kładą wianki. Każdy z nich jest inny.

W tym roku w Szwecji – jako jednej z piętnastu wsi w gminie – realizowany był też projekt aktywizujący kobiety po sześćdziesiątce. Sołtyska bardzo się zaangażowała. U Beaty Błędowskiej-Tomajczyk w gospodarstwie urządziły jedno ze spotkań − piżowkę. – Śniegu po kolana, Beata napaliła w piecu, a my siedzimy i starym zwyczajem, jak matki, drzemy pierze, opowiadamy sobie różne historie, pijemy herbatkę, jest słodki poczęstunek – opowiada Naranowicz. Kiedy do gminy przyjechali Czesi, działający w ichniej lokalnej grupie działania, zorganizowano im pobyt w Szwecji.

Przyrodniczka

Sołtys kocha zwierzęta. Dużo ich przygarnia. Nie wiedziała, co to jest ubój rytualny. Poczytała i teraz już wie, że jest przeciwna.

Uwielbia obserwować ptaki, zwłaszcza bociany, bo uważa, że przynoszą szczęście i zapowiadają wiosnę na dobre. Ptaki wyznaczają dla niej pory roku. – Latem są to jaskółki, zimą – sikorki, a na jesień – kopciuszki – wymienia. Sama może się pochwalić, że dla bocianów żerowiskiem są jej łąki w sąsiedztwie stawów. I myśli, że gdyby z mężem zrobiła konstrukcję, to by chyba usiadły. Nawet jej pies reaguje na słowo bocian i natychmiast wypatruje ptaka na niebie albo na łące. Jeden procent podatku Jadwiga Naranowicz oddaje na Towarzystwo Opieki nad Ptakami.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY