Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:48

TRANSLATOR ZAMIAST CERTYFIKATU

Napisane przez 

Że Polacy nie gęsi… to wie każdy. Czasem jednak potrzebna jest znajomość języków obcych – i wtedy pojawia się problem. Szczególnie źle umiejętności lingwistyczne wyglądają wśród polskich samorządowców. Dla mieszkańców „starej” Unii znajomość angielskiego to podstawa. A w zjednoczonej Europie coraz częściej interesantem w urzędzie jest nie Polak, a Niemiec, Angik czy Szwed.

Kiedyś król Michał Korybut-Wiśniowiecki przechwalał się, jakim to on nie jest poliglotą. Miał czym, bo znał aż sześć języków. Na to Jan Sobieski miał mu odpowiedzieć: „Ty panie znasz sześć języków, ale w żadnym z nich nie masz nic do powiedzenia”. I tę anegdotę wzięli sobie do serca nasi samorządowcy.

Ja tam się dogadam

Zdecydowana większość nie może pochwalić się znajomością języków. – Biegle nie znam ani jednego języka obcego, ale porozumiewam się w kilku – mówi Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia w województwie dolnośląskim. I wymienia: niemiecki, czeski, chorwacki i rosyjski. – Jednak, jak przyjeżdżam z oficjalną wizytą, to zawsze korzystam z tłumacza – dodaje. Po angielsku dogada się Wojciech Lubawski, prezydent Kielc. – Znam kilka języków w stopniu dostatecznym. Jak trzeba, to słowo znajdę w jakimiś internetowym programie, takim jak „Google-tłumacz”. A jak trzeba, to za granicą zamówię hotel czy taksówkę – zapewnia.

Podobnie Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego. – Są sytuacje, kiedy znajomość języka jest zupełnie niezbędna. Na przykład we współpracy z miastami partnerskimi. Angielskiego w ogóle nie znam. Dobrze sobie radzę z niemieckim i rosyjskim. Tyle też wymagam od moich współpracowników. Na stanowiskach wymagających kontaktów międzynarodowych potrzebna jest znajomość dwóch języków obcych – podkreśla Zbigniew Ptak. – Nie zaryzykuję kompromitacji swojego urzędu, powierzając stanowisko komuś, kto jest niekomunikatywny – dodaje.

Jak twierdzą naukowcy, pod względem znajomości języków obcych przedstawiciele samorządów niewiele różnią się od reszty społeczeństwa. – Nasza elita samorządowa radzi sobie całkiem dobrze, jednak im niżej w hierarchii, tym oczywiście gorzej. Na szczęście wójt niekoniecznie musi znać język obcy – ważne by miał tłumacza obok siebie… - mówi prof. Andrzej Piasecki, politolog z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, który zajmował się badaniem polskich elit samorządowych.

Google dobry na wszystko

Włodarze rzeczywiście mają zazwyczaj tłumaczy, ale ich pracownicy – już nie. Może z wyjątkiem tego z Google. „Ta umowa zła, musi pan przyjść z kimś, kto zna polski” – tak jeden z wrocławskich urzędników tłumaczył klientowi nierozumiejącemu po polsku, że nie przyjmie dokumentów, z którymi cudzoziemiec przyszedł. Rozmowę wrocławskiego urzędnika z interesantem-obcokrajowcem podsłuchała w styczniu czytelniczka jednego z portali internetowych. – Pracownicy, którzy na co dzień są w kontakcie z klientami, nie muszą koniecznie znać języka angielskiego. Wsparciem dla pracujących w Centrach Obsługi Mieszkańca zawsze jest biuro współpracy z zagranicą – tłumaczyła później wpadkę urzędnika Janina Nowak, z wydziału spraw obywatelskich Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.

Problem dotyczy nawet warszawskich urzędników. Okazuje się, że w mieście, które powinno być wizytówką kraju, znajomość mowy Szekspira w wielu przypadkach ogranicza się do sprawnego operowania Google tłumaczem. – U nas, w delegaturze, właściwie nikt dobrze nie mówi po angielsku, kiedy trzeba coś przeczytać, albo nie daj Boże napisać, zaczyna się popłoch – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” jedna z urzędniczek Biura Administracji i Spraw Obywatelskich m.st. Warszawy. Jak mówi, wszystkie e-maile w obcych językach, jakie przychodzą do urzędu natychmiast lądują w translatorze. Gorzej, kiedy taką wiadomość trzeba napisać samemu. Wtedy zaczynają się gorączkowe poszukiwania osoby, która może to zrobić. Zazwyczaj taki e-mail przygotowuje ktoś z rodziny albo znajomy urzędnika. – Dobrze, jak uda się sformułować taką wiadomość w tydzień – dodaje nasza rozmówczyni.

Słynna na całą Polskę jest już wpadka lubelskich urzędników sprzed półtora roku. Lublin, miasto wyższych uczelni, chciał zachęcić do nauki na nich zagranicznych studentów. W tym celu ratusz uruchomił portal „Study in Lublin”. Informację o starcie strony przekazał osobiście prezydent Lublina Krzysztof Żuk, w towarzystwie rektorów wyższych uczelni. Portal przedstawiał ofertę studiów w Lublinie, informował też o formalnościach, jakie obcokrajowiec musi spełnić, by studiować w Polsce.

Zaraz po jego prezentacji rozpętała się burza. – Wygląda to tak, jakby ktoś polskie informacje o studiach w Lublinie tłumaczył na angielski słowo po słowie, w sposób dosłowny, czego absolutnie się nie robi. To tak, jakby „dziękuję z góry” przetłumaczyć „thank you from the mountain” – grzmiał na łamach „Gazety Wyborczej” na temat angielskiego tłumaczenia strony dr Paweł Frelik z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. – Tekst jest źle i niechlujnie przetłumaczony, wygląda na to, że nawet nie zrobiono korekty. Czy ja, po przeczytaniu tej strony, która ma być, jak sądzę, wizytówką akademickiego Lublina, przyjechałbym tu na studia? Zdecydowanie nie – podsumowuje Frelik. Tłumaczenie strony na angielski przygotowała... osoba zatrudniona w Wydziale Strategii i Obsługi Inwestorów.

Ustawowy wymóg?

Co zrobić, by uniknąć równie kompromitujących błędów popełnianych przez urzędników? Może warto wprowadzić ustawowy wymóg znajomości języków obcych? Wystarczy, aby w wymaganiach konkursowych na wolne stanowiska urzędnicze zapisywać obowiązek legitymowania się którymś z międzynarodowych certyfikatów językowych. Tomasz Korczak opowiada, że jak zdenerwuje się na swoich pracowników, to zawsze podkreśla jedną rzecz. – W całym urzędzie jest tylko jedno stanowisko, co do którego nie ma żadnego oficjalnego wymogu wykształcenia. To jest właśnie stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta – mówi Korczak. I faktycznie, aby zarejestrować swoją kandydaturę, nie trzeba legitymować się żadnym dyplomem. Mimo to samorządowcy podkreślają, jak ważna jest znajomość języków. – Każdy, kto kończy studia wyższe, powinien mówić w jakimś obcym języku. Ustawowego wymogu być jednak nie powinno. Wybrali mnie mieszkańcy, a ja nic przed nimi nie ukrywałem. Nie mam kompleksów. Jak trzeba, to się dogadam. W Drawsku, z racji położenia, musimy umieć się porozumiewać. W naszej gminie jest poligon, na którym często ćwiczą żołnierze NATO – mówi Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego.

Specjaliści nie mają wątpliwości. To, jak urzędnicy dają sobie radę z językami, świadczy nie tylko o ich miejscowości, ale i o całym kraju. A dobry wizerunek jest nie do przecenienia. Tym, którzy cieszą się zagranicą dobrą opinią, łatwiej o inwesterów i turystów. Jak zwykle najlepiej jest w dużych miastach. – Świetnie sobie radzą warszawscy samorządowcy. Jeśli proszę o wysłanie kogoś  do europarlamentu, nie ma z tym problemu, jednak to pewne, że do Brukseli jadą tylko ci najlepsi – mówi w rozmowie z „Gminą” europoseł Rafał Trzaskowski. – Poza tym, skoro nasi czołowi politycy nie znają płynnie języków obcych, to czego wymagać od samorządowców… – dodaje prof. Andrzej Piasecki.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY