Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:31

POLSKA HISTORIA ŚMIECI: ODPADY NAGMINNE

Napisane przez 

Bardzo dawno, po dojrzałym namyśle, ułożyłem sobie prywatny katalog rzeczy niemożliwych. Następnym krokiem było uporządkowanie go w formę rankingu.

Czołowe pozycje zajmują w nim sprawy związane z polskimi procedurami legislacyjnymi, w stosunku do których dojście do elementarnego choćby ładu widzi się niemożliwym. Podobnie jest z owocami owych procedur - nader szczodrze stanowionym prawem. Z tą szczodrością jest trochę tak, że obdarowani, adresaci, nie czują się z tym dobrze, zaś liczba tych, którzy rzecz nazywają „legislacyjną biegunką” rośnie w geometrycznym postępie.

Katalog katalogiem, ranking rankingiem, aliści sprawa jest poważna, bowiem wyłania się z obu nadzwyczaj niepokojący obrazek nazbyt lekkiego, po stronie legislatorów, podejścia do kilku wymogów, wynikających, choć pośrednio, z Konstytucji RP. Dwa z nich, ściśle zresztą z sobą powiązane, zasługują na szczególną uwagę. Mowa, jak nietrudno zgadnąć, o konsultacjach społecznych i ocenach skutków regulacji (OSR).

W stronę prawnego ładu

Całkiem niedawno można było przeczytać na stronach Ministerstwa Sprawiedliwości interesujący tytuł: „Deregulacja i proces stanowienia prawa – profesjonalizm, partycypacja, przejrzystość” – konferencja Ministerstwa Sprawiedliwości. Powiada się w tym budzącym nadzieję materiale, że:

„(...)Wśród zagadnień, nad którymi obecnie trwają prace w zakresie reformy rządowego procesu legislacyjnego i o których rozmawiano w trakcie dzisiejszej konferencji są: 1) kwestia przejrzystości procesu legislacyjnego, począwszy od etapu pre-legislacyjnego, poprzedzającego powstanie założeń i projektów ustaw; 2) kwestia konsultacji społecznych i udziału interesariuszy w stanowieniu prawa; 3) problem rzetelności i metodologii oceny skutków regulacji, zarówno przed wprowadzeniem nowych przepisów, jak i po pewnym okresie ich funkcjonowania”.

Być może na radość za wcześnie, jeśli jednak miałoby to oznaczać pierwszy krok ku ładowi w stanowieniu prawa w Polsce, może warto poświęcić trochę czasu na pracę nad czymś, co wydawało się mrzonką zrodzoną z tęsknoty za normalnością.

Nie przypadkiem sięgam po „normalność”, bo trafiłem przed kilku dniami na tekścik, który dzisiejszy stan naszej legislacji nazywa „paranoją w tworzeniu polskiego prawa”, zaś wagi krytycznej wypowiedzi przydaje fakt, że autorką określenia jest pani Prezes Polskiego Towarzystwa Legislacji. Ewa Polkowska, której znajomości przedmiotu odmówić nie sposób. Coś jest na rzeczy, chociaż pamiętam, że uważany za ojca nowoczesnej polskiej psychiatrii profesor Antoni Kępiński napisał: „Paranoja jest to logiczny system urojeń”. Przystając na zapożyczone do legislacji określenie trzeba by więc przyznać również, żealbo mamy do czynienia z osobliwym gatunkiem logiki albo, nie wiem, co gorsze, z niebezpiecznym urojeniem nieomylności legislatorów, którzy - za nic mając wagę społecznych konsultacji, regulują z zapałem wszystko, co im się pod rękę (pióro) nawinie.

Zebrało mi się na płacz przy lekturze pewnych wytycznych, które we wstępie komentują tę katastrofę szalenie wykwintnym językiem. Napisano tam otóż, że:

„Aktywność legislacyjna w Polsce charakteryzuje się dużą Intensywnością, (…..)  wciąż utrzymuje się wysoki wskaźnik tworzenia prawa - na poziomie jednej ustawy na dzień roboczy”.

Śmieciowy bubel

Trudno się więc dziwić, że przy takiej wydajności (intensywności) – jedna ustawa dziennie – trafia się, szkoda że coraz częściej, prawdziwy bubel. To, że się trafia to jeszcze pół biedy. Gorzej, że trafia w „interesariuszy” (gdzie jesteś Rado Ochrony Języka Polskiego?), których coraz częściej trafia szlag, kiedy dosięgają ich skutki obficie wytwarzanych arcydziełlegislacyjnej sztuki.

Chciałbym uniknąć zarzutu gołosłowia, wobec czego trzeba mi do konkretów.

Pierwszym, który przyszedł mi na myśl, z uwagi na towarzyszący sprawie rozgłos, jest przykład znowelizowanej ustawy, powszechnie, pewnie nie bez podstaw, nazywanej śmieciową. Podniosła się wrzawa, której z wszelką pewnością można było uniknąć, gdyby dochowano przewidzianego prawem obowiązku społecznych konsultacji i rzetelnie oceniono skutki (znów OSR!!). Chyba, że wrzawę potraktować jako konsultacje, tyle, że wówczas należałoby się w nią wsłuchać uważnie. Komplementów nie dosłyszałem. Inwektywy owszem i pewnie można by ich uniknąć, gdyby w miejsce dość arbitralnych działań, problem rzetelnie skonsultowano i poddano rzetelnemu badaniu skutki.

Nie poprawia napiętej sytuacji powoływanie się na unijne dyrektywy, bowiem, nie po raz pierwszy zresztą, uważna ich lektura wskazuje, że sztywna „implementacja” rozmija się z literą i intencją wspólnotowych przykazań. Tu propozycja – warto, proszę legislatorów, popracować nad, rzadką ponoć u Polaków, umiejętnością czytania ze zrozumieniem.

W kręgu przetargowych przymusów

Tak więc, z inicjatywy Ministerstwa Ochrony Środowiska zobowiązano gminy do zorganizowania odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości o czym mówi art. 6c ust. 1 ustawy z 1 lipca 2011 r. o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw. Na tym nie koniec, bowiem art. 6d ust. 1 ustawy zobowiązuje wójta (burmistrza, prezydenta miasta) do przeprowadzenia przetargu na odbieranie lub odbieranie i zagospodarowanie odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości, na których zamieszkują mieszkańcy lub/oraz właścicieli nieruchomości, na których nie zamieszkują mieszkańcy, a powstają odpady komunalne, jeżeli Rada Gminy podejmie w tej sprawie stosowną uchwałę.

Do przetargów, o których mowa, stosować należy przepisy Prawa zamówień publicznych, skąd ma wynikać, że spółki z udziałem gminy mogą odbierać odpady komunalne od właścicieli na zlecenie gminy w przypadku, gdy zostały wybrane w drodze przetargu. Co więcej, należąca do obowiązków gminy organizacja odbioru odpadów komunalnych na jej terenie i sam odbiór winien być realizowany przez podmioty wybrane wedle przepisów Pzp, zaś spółki komunalne mogą prowadzić tę działalność wyłączniewtedy, gdy zostaną wyłonione w trybie przetargowym.

Zbliżamy się z wolna do sedna sprawy, którym jest, z nieznanych (i niekonsultowanych) powodów zapisany w ustawie przetargowy przymus, choć rzecz, jak się niebawem okaże, nie jest do końca jednoznaczna.

Perspektywa kosztów

Z moich doświadczeń, zgromadzonych podczas pełnienia funkcji pełnomocnika krakowskiego wojewody ds. zamówień publicznych wynika, że poddanie konkurencyjnym procedurom zadań wykonywanych wcześniej przez wewnętrzne, gminne podmioty, przyniosło zaskakujące rezultaty. Rynek okazał się w szeregu przypadków tańszy, skąd płynie wniosek, że sprawie warto się przyjrzeć z perspektywy kosztów, rozumianych szeroko. Pośrednich i bezpośrednich, krótkoterminowych i bardziej w czasie odległych. To wymaga drobiazgowej analizy, znów powiązanej z konsultacjami i oceną skutków, ponieważ z ustawy o samorządzie gminnym wynika jasno, że dla wykonywania swych zadań gmina może tworzyć wyspecjalizowane jednostki organizacyjne. Powinna wszakże, we własnym interesie, skalkulować finansowe konsekwencje zastosowania przetargowych procedur lub ich pominięcia i móc tę decyzję podjąć samodzielnie, bez ustawowego przymusu.

Podmioty pod gminną kontrolą bez przetargu

Dotarliśmy w ten sposób do problemu zamówień in-house, a więc zlecania przez gminy realizacji zadań publicznych własnym spółkom komunalnym bez stosowania przetargowych trybów.

Rzecz była przedmiotem orzecznictwa sądownictwa Wspólnot Europejskich.

Warto może wskazać konkretny przykład. Stanowisko Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), w sprawie C- 107/98 Teckal, powiada wyraźnie, iż podmiot publiczny może zawrzeć umowę odpłatną z podmiotem trzecim, z pominięciem zastosowania konkurencyjnych trybów wyboru takiego podmiotu, w przypadkach gdy podmiot publiczny sprawuje nad wskazanym podmiotem kontrolę analogiczną do tej, jaką sprawuje nad własnymi służbami oraz gdy taki podmiot wykonuje zasadniczo swoją działalność na rzecz podmiotu publicznego lub podmiotów publicznych, które posiadają w nim udziały.

W podobnym kierunku zmierza wyrok z 11 sierpnia 2005 (sygn. akt. II GSK 105/05), w którym Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził m.in., że Pzp nie ma zastosowania do przypadków powierzania przez gminę utworzonej przez nią jednostce organizacyjnej wykonywania zadań użyteczności publicznej drogą aktu powołującego tę jednostkę. Identyczne tezy wyłaniają się z piśmiennictwa. Pewne wątpliwości interpretacyjne nie zmieniają faktu, że zarówno orzecznictwo ETS, jak i krajowe, prowadzi do wniosku, że zamawiający może zawrzeć umowę odpłatną z podmiotem trzecim, który jest obdarzony osobowością prawną, ale równocześnie jest kontrolowany przez tego zamawiającego, z pominięciem procedur przetargowych określonych w dyrektywach dotyczących zamówień publicznych. Umowa taka nie jest bowiem zamówieniem publicznym w rozumieniu dyrektyw.

Byle nie kosztem jakości

Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że nazwana przeze mnie wcześniej wrzawą fala krytyki otworzy wreszcie oczy i uszy wysoko wydajnych legislatorów, że przywróci się konsultacjom społecznym należną im rangę, zaś oceny skutków regulacji w ważnych kwestiach nie będą kwitowane dalekimi od prawdy stwierdzeniami – regulacja nie wpływa na sytuację budżetu, nie wpływa na rynek pracy, konkurencyjność, przedsiębiorczość, rozwój gospodarczy i regionalny i takie tam różne. Po jaką biedę nam prawo, które na nic nie wpływa. Byłoby dobrze również, gdyby udało się w tych pozycjach, także uzasadnieniach, zakazać autorom jałowych opowieści o zbawiennych skutkach konkretnego aktu prawnego lub przepisu.

Niemożliwe? Być może, ale próbować trzeba.

Co się zaś tyczy tytułu, skwitujmy rzecz krótko – nagminnym zjawiskiem są związane z nadprodukcją szkody, których doznaje jakość. Teza w tym samym stopniu dotyczy produkcji prawa, jak i gwoździ papowych. W obydwu sytuacjach pojawiają się odpady.

W opisywanym przypadku poszkodowanymi mogą być gminy. Pewnie nie wszystkie, ale całkiem znaczna ich liczba. I źle się stało, że ich wcześniej nie wysłuchano. Konsultacje, konsultacje, konsultacje. Prawdziwe, nie symulowane albo lekceważone.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY