Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:36

GOSPODARSKIE WIZYTY NA POLU MINOWYM

Napisane przez 

Partyjni przywódcy w ostatnich miesiącach coraz częściej zaczęli jeździć po Polsce. Wizyty przywódców niemal wszystkich partii politycznych w Elblągu to tylko wierzchołek góry lodowej. Mieszkańcy oddalonych od Warszawy regionów cieszą się, że zasłużyli na uwagę najważniejszych osób w państwie. Najczęściej po odwiedzinach zostaje jednak tylko krótkie wspomnienie. Podczas spotkań bowiem temat lokalnych problemów jest albo nieobecny, albo... pokazuje ignorancję polityków.

Logika tego rodzaju gospodarskich wizyt ujawniła się w pełnej krasie w Elblągu, gdzie w wyniku referendum zostały odwołane dotychczasowe władze miasta. Partie uznały, że odwiedziny znanego lidera otwiera drogę do sukcesu. Przedterminowe wybory w Elblągu były uważane za test dla PO i PiS przed ogólnokrajowymi wyborami do parlamentu, które czekają nas w 2015 roku.

Parada wpadek

Jeśli faktycznie w ten sposób do tego podejść, to PO egzamin oblała – prezydentem miasta został Jerzy Wilk z PiS. Przegrał również Donald Tusk, który osobiście zaangażował się w kampanię, żeby zniweczyć wysiłki swojego największego politycznego rywala – Jarosława Kaczyńskiego. Trud premiera okazał się jednak całkowitym niewypałem. Donald Tusk, krytykując pomysł PiS o przekopaniu Mierzei Wiślanej bezwiednie zdradził się z całkowitą nieznajomością lokalnych realiów. – Ten bardzo kosztowny projekt, o wątpliwym sensie ekonomicznym, jest dziś wyłącznie politycznym trikiem – mówił Tusk podczas wizyty w Elblągu. Problem polega jednak na tym, że to część regionalnych polityków PO zabiega o przekopanie Mierzei. Co więcej, sam rząd premiera Tuska co roku wydaje 5 mln zł na przygotowania do tej inwestycji...

Podobne wpadki są raczej regułą niż wyjątkiem. Niedawno wielkopolskie Wronki odwiedził Janusz Palikot. Chciał wesprzeć akcję zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania burmistrza (inicjatorami są właśnie działacze Ruchu Palikota). – Wie pan, jakie poparcie w wyborach zdobył Mirosław Wieczór? – pytał podczas spotkania z Palikotem jeden z mieszkańców miasta. – Kto? – zapytał, ledwo ukrywając zdziwienie, lider ugrupowania. Trudno się dziwić, że skoro nie wiedział nawet, jak się nazywa obecny burmistrz Wronek, to nie mógł też domyślić się, jakim cieszy się poparciem. A na Mirosława Wieczora zagłosowało w ostatnich wyborach ponad 70 proc. mieszkańców miasteczka.

W 2012 roku Leszek Miller, szef SLD, odwiedził Gimnazjum Nr 24 w Poznaniu. Miał wesprzeć rodziców i nauczycieli, którzy protestowali przeciwko likwidacji szkoły. Jeszcze przed wizytą zapowiadał, że zaprezentuje konkretne rozwiązania i pomysły dla protestujących. Niestety – nic z tego. – Nie przyjeżdżam z żadną cudowną receptą – przyznał otwarcie podczas spotkania w poznańskim gimnazjum. – Chcę dowiedzieć się, jak wygląda polityka rządu dotycząca zasilania samorządów pieniędzmi na oświatę – mówił były premier z SLD. Podczas innej wizyty w Poznaniu Leszek Miller przyznał, że nie wie, kto był kandydatem SLD na prezydenta Poznania. Dopiero dziennikarze musieli przypomnieć przewodniczącemu SLD, że sojusz w ostatnich wyborach nie wystawił swojego kandydata.

Lokalnymi sprawami niechętnie zajmował się też Jarosław Kaczyński, podczas kwietniowego tournée po wielkopolskich miastach. W Środzie Wielkopolskiej i Nowym Tomyślu mówił o programie PiS m.in. dotyczącym  polityki zatrudnienia, podatków, OFE i służby zdrowia. Gdy pod koniec spotkania w Środzie Wielkopolskiej były szef rządu został zapytany o to, w jaki sposób rozwiązać sytuację zadłużonego szpitala w Środzie i Śremie, w odpowiedzi mieszkańcy usłyszeli jednak jedynie ogólne hasła.

Nieprzygotowany – zostań w domu

Czy nieznajomość lokalnych spraw przez liderów ma znaczenie dla wyborców? – Mieszkańcy czują się dowartościowani wizytą polityka z pierwszych stron gazet. Ale zależy im też, by orientował się w ich sprawach. Dlatego zadaniem zaplecza politycznego jest przygotowanie lidera. Jeśli odniesie się do lokalnej sytuacji, zdobędzie plusy. Ale gdy odwiedza kilka miejsc dziennie, jest to trudne. Bezpieczniej skupić się na ogólnikach – mówił w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim” Sergiusz Trzeciak, ekspert od marketingu politycznego z Collegium Civitas w Warszawie. Jego zdaniem, podczas tego rodzaju „gospodarskich” wizyt nie chodzi tylko i wyłącznie o lokalne sprawy.

Dużo większe znaczenie ma fakt, że dzięki mediom aktywność polityka widzą wyborcy w całym kraju. – Można więc przekonać nawet tych niezdecydowanych. Widoczna jest też siła całej partii, bo nie każda jest w stanie zorganizować takie wyjazdy. Otwartość na dyskusję z mieszkańcami oraz znajomość ich problemów to dodatkowe plusy. Popularność lidera przekłada się na partię i dalej: na konkretne osoby. Dlatego lokalni politycy zawsze pojawiają się u boku lidera – tłumaczył Trzeciak. Wydaje się zatem, że nawet będąc nieprzygotowanym, na „gospodarskiej” wizycie można tylko zyskać. Ignorowanie spraw lokalnych jest natomiast niejako wpisane w ten rodzaj podróży czy kampanii.

Wtopa na własnym terenie

Dużo gorzej, jeśli „gospodarskie” wizyty polityk próbuje składać na swoim terenie. Zwłaszcza, jeśli wcześniej tego nie robił. Przekonała się o tym ostatnio Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prezydent Warszawy, którą do tej pory mieszkańcy raczej rzadko widywali, ruszyła z polityczną ofensywą. Rozpoczęła serię gospodarskich wizyt związanych ze „śmieciową rewolucją”. Znalazła m.in. czas na wizytę w klubie seniora na Bemowie. Zdjęcia z tego niecodziennego wydarzenia robią furorę w mediach społecznościowych – szczególnie te, na których prezydent stolicy osobiście testuje otwartą siłownię. Oprócz tego była obecna na Nocy Pragi, Dniach Ursynowa, przekazuje budynki komunalne.

Efekt jest taki, że przeciwnicy kpią z nagłej aktywności Gronkiewicz-Waltz, a internauci wytykają jej, że to jedynie „polityczny PR”, „propaganda przypominająca erę Gierka”, czy zwykła „gra pod publiczkę” – czytamy na forum TVN Warszawa. Mimo to Bartosz Milczarczyk, rzecznik pani prezydent, zapowiada, że Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zamierza zwalniać tempa. W planach są kolejne wizytacje. Wszystko wskazuje na to, że w warszawskim ratuszu ktoś uwierzył, że mogą one być lekiem na całe zło.

Tymczasem o tym, że mogą one wywołać skutek odwrotny od zamierzonego, przekonał się jeszcze w 2012 roku sam Donald Tusk. Polski premier musiał się wówczas zmierzyć z falą kpin za „gospodarskie” wizyty w miastach-gospodarzach Euro 2012, podczas których osobiście sprawdzał poziom przygotowań do mistrzostw i meldując „gotowość operacyjną do Euro”. Ryszard Kalisz nazwał zachowanie Tuska „putinadą”, a internauci nie pozostawili suchej nitki na szefie rządu, którego ostatnie działania porównywane są do „gospodarskich wizyt” I sekretarzy KC PZPR. Robiąc dobrą minę do złej gry, premier mówił wówczas w jednym z wywiadów: „Wolę, żeby ludzie się śmiali nawet ze mnie, niż byli wściekli i mieli zaciśnięte zęby. Jeśli ktoś chce mi bardzo dokuczyć i porównać do wizyt Edwarda Gierka, to jestem w stanie to zaakceptować. Moje pokolenie dobrze pamięta tamten okres, lata 70-te. To nie były dobre czasy, ale to nie były też czasy, które warto przekreślić. Akurat gospodarskie wizyty i inwestycje za czasów Gierka to jest raczej coś, co dobrze wspominam”.

Prawdopodobnie nieco inaczej niż dzisiejsi odwiedzani, którzy najchętniej zapomnieliby o wizytach zarówno przedstawicieli zarówno rządu, jak i opozycji. I to tak szybko, jak tylko się da.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY