Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:22

NA RANCZU JAK W POLSCE

Napisane przez 

Rozmowa z autorem scenariusza serialu „Ranczo”, Robertem Brutterem

MARIUSZ JANIK: „Ranczo” to jeden z najpopularniejszych seriali w historii polskiej telewizji. Na czym polega tajemnica jego popularności?

ROBERT BRUTTER: Gdybyśmy wiedzieli, na czym polega tajemnica jego popularności, to po pierwsze nie byłaby to tajemnica, a po drugie – kręcilibyśmy same popularne seriale i w ogóle życie byłoby prostsze. Niestety, nie jest. Wiemy na przykład, że „Ranczo” najbardziej popularne jest w dwóch grupach: mieszkańców wsi i małych miast oraz wśród wielkomiejskiej inteligencji. To pozornie paradoksalny rozkład, ale jak głębiej się zastanowić, może nie aż tak bardzo paradoksalny. Ale wnioski można wyciągać rożne.

A jakie Pan wnioski wyciąga z tego, rzeczywiście – niewątpliwie zaskakującego, zestawienia? Bo ja już sobie wyobrażam, jakie teorie można by tu stworzyć!...

Nie mam żadnej pewności oczywiście – ale może widzowie z mniejszych miejscowości rozpoznają w serialu swoją rzeczywistość i bawią się, kiedy razem śmiejemy się z niektórych jej stron? Natomiast inteligencja – ze wszystkich rodzajów miejscowości – jak mam nadzieję, dostrzega nasze zabawy, żeby pod pozornie prostymi kwestiami i historiami ukrywać klasyczne tropy literackie – albo prezentować w ludowej pigułce przekonania filozofów, myślicieli i artystów.

A z drugiej strony, być może – ale, oczywiście, to tylko hipoteza – są widzowie, którzy aspirują do innych środowisk i czują się jeszcze na tyle niepewnie, że taka zabawa ich nie śmieszy. Albo może po prostu mają inne poczucie humoru i wrażliwości, w końcu wszyscy bardzo różnimy się pod tymi względami.

Jak telewidzowie reagują na perypetie bohaterów i realia portretowane w serialu? Czy pamięta Pan jakieś szczególnie charakterystyczne reakcje?

Z bezpośrednimi reakcjami częściej spotykają się aktorzy – Czarek Żak na przykład z trudem musiał tłumaczyć raz czy dwa, że – niestety – nie można się u niego wyspowiadać. A że Piotr Pręgowski  prywatnie jest człowiekiem niepijącym, to się wielu osobom po prostu w głowach nie mieściło. Tyle razy Piotr na ich twarzach prawdziwy zawód widział, że aż mu przykro było.

Ale to anegdotyczne reakcje. Jeśli chodzi o te naturalne, to ich nieocenionym źródłem dla nas jest Forum sympatyków Rancza „ranczo.org”, na którym – po każdym odcinku – widzowie na gorąco dzielą się wrażeniami. Oczywiście, wiemy, ze są to niejako zaprzyjaźnieni widzowie i traktują nas delikatnie, ale z tonu i temperatury tych wypowiedzi już dawno nauczyliśmy się wnioskować, co się naprawdę podobało, a co mniej.

Czy przypomina Pan sobie sytuację, w której fani serialu wymusiliby jakieś rozwiązanie w scenariuszu? Czy zdarzyło się, że ich reakcje wpływały np. na rozbudowanie jakiegoś wątku czy postaci?

Sympatycy serialu na szczęście pozostawiali nam zawsze autonomię. Nawet więcej – chyba oczekują zaskoczeń, oby tylko uzasadnionych i wpisanych w realia, żadnej łatwizny. Owszem, po czwartej serii „Rancza” był bardzo silny nacisk na kontynuację serialu. W końcu ugięliśmy się, bo nie chcieliśmy, żeby wyglądało to na arogancję. A i my, trzeba przyznać, zżyliśmy się tak z Wilkowyjami, że trudno było się rozstać…

No właśnie, Wilkowyje – na ile serialowe realia odzwierciedlają rzeczywistość polskich małych miasteczek? Czy pisząc scenariusz serialu, inspiruje się Pan rzeczywistymi wydarzeniami?

Wspomniane wyżej Forum ogłosiło konkurs na ten temat kiedyś – czy „Ranczo” opisuje rzeczywistość, czy bajkę. Przeważała opinia, że jak najbardziej rzeczywistość, z tym jednak wyjątkiem, że w żadnej innej gminie nie pojawiła się, niestety, taka osoba, jak Lucy.

A oczywiście, rzeczywistość jest podstawowym źródłem inspiracji – acz nie pojedyncze fakty i zdarzenia, a raczej zjawiska i procesy, które widzimy wokół siebie.

Do pewnego stopnia perypetie części bohaterów – konflikt wójta z księdzem, „Lustro Gminy” czy Polska Partia Uczciwości – wydają się być komentarzem do rzeczywistości. Czy można powiedzieć, że w serialu „zakodowane” są pewne przesłania do naszych elit z małych miasteczek?

Oczywiście, staramy się opowiadać historie po „coś” – nie tylko, żeby było śmiesznie. A przekaz wydaje mi się nie tak głęboko zakodowany i skierowany nie tylko do tej grupy, o której Pan mówi. Przy czym pilnujemy się bardzo, żeby nie był to przekaz polityczny w tym sensie, że kogoś popieramy, a kogoś nie – o ludziach staramy się mówić, o nas samych. A jeżeli już mówimy o polityce, to w kontekście zjawisk i postaw zdarzających się w całej klasie politycznej, bez względu na konkretną legitymację partyjną.

Jednocześnie w każdej sprawie, w której to możliwe – a w wielu naprawdę jest – namawiamy, żeby obywatele brali sprawy w swoje ręce. No, gołym okiem widać, że ta polityka „od góry budowana” nam się nie udała – więc próbujmy od dołu. To, jak wygląda nasze życie, w dużo większej mierze zależy przecież od lokalnego środowiska, niż od decyzji, które zapadają w Warszawie. I tu oczywiście szczególna rola mądrych i aktywnych ludzi w małych miejscowościach – tylko chyba nie używałbym słowa „elit”, bo zaraz ktoś się obrazi, uformuje „antyelitę” i zacznie się kłótnia, jak to u nas. A przecież, na litość boską, jak kilka czy kilkanaście osób chce zrobić naprawdę coś dobrego w swoim środowisku, to ich poglądy polityczne nie mają kompletnie znaczenia. Jeśli tylko to są przyzwoici, inteligentni ludzie, to zawsze się dogadają.

Mam wrażenie, że bardzo optymistycznie widzi Pan możliwości dogadywania się ponad podziałami na poziomie małych miasteczek. Teoretycznie nie powinno tam być tych emocji, co w Sejmie, z drugiej strony jednak – w mikroświatach naszych miasteczek anse potrafią być znacznie gorętsze niż mogłoby się wydawać. Myśli Pan, że na dłuższą metę uda nam się poprawić kulturę polityczną – tak na centralnym, jak i na lokalnym szczeblu?

Pan mówi o działaniach w ramach organów przedstawicielskich,  które często zżera polityka, nawet na poziomie gminy. A ja mówię o działaniu obok nich. Albo wywarciu na nie takiej presji, żeby działały po bożemu. Często zresztą mówimy o kłótniach politycznych, podczas gdy tak naprawdę chodzi o zwykłe kłótnie personalne, między Nowakiem, Kowalskim i Malinowskim. No cóż, bywamy narodem okropnie kłótliwym, niestety. A polityka jest tylko jedną z emanacji tego faktu. Ale są też liczne przykłady, że ludzie potrafią się skrzyknąć i fantastycznie współpracować dla wspólnego dobra. I ten model staramy się propagować najmocniej, jak się da.  Przepraszam, nie chcę tu w zbyt wysokie tony wpadać, no ale naprawdę – uczciwa wspólna praca to najbardziej sensowny wyraz patriotyzmu w czasie pokoju. W odróżnieniu od wymachiwania sztandarami i lżenia rodaków, którzy na jakiś temat inaczej myślą.

Czyli jest Pan piewcą społecznikostwa. Skądinąd, wspominał Pan, że fanom serialu brak osób takich, jak filmowa Lucy w „realu”. Z wielu sygnałów napływających z Polski wynika, że osoby o zacięciu społecznikowskim, chcące bezinteresownie działać na rzecz lokalnych wspólnot, zwykle się poddają – i wcześniej czy później porzucają działalność społeczną. Z czego to wynika? Czy możemy coś zrobić, żeby wpierać lokalnych społeczników?

No, to niestety prawda – w serialu problemy i przeciwności rozwiązuje się oczywiście łatwiej niż w życiu. I naturalnie wiem, że bezinteresowna zawiść, złośliwość albo zwykła głupota niejednego społecznika zniechęciły na długo do jakichkolwiek działań. Ale też trochę takich osób znam i wiem, że ten płomień można w nich przydusić, ale trudno ugasić. Są na szczęście ludzie, dla których działanie dla wspólnoty jest naturalne, jak oddychanie. I oczywiście świetnie, gdyby tacy ludzie łatwiej dostawali organizacyjne i wszelkie inne wsparcie, ale najważniejsze, żeby im nie przeszkadzać, nie rzucać kłód pod nogi. Wtedy oni już sobie poradzą.

Oby. Czego możemy się spodziewać w ósmym sezonie serialu? Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy?

No oczywiście, że nie mogę! Nie byłoby zabawy. Mogę tylko obiecać, że w życiu wsi zajdą epokowe zmiany.

Epokowe zmiany? Czyżby Wilkowyje przygotowywały się do rewolucji śmieciowej?

Z całym szacunkiem, w Wilkowyjach problem śmieci Lucy rozwiązała już dawno. A jak mówię epokowe – to mam na myśli epokowe.

ROBERT BRUTTER – pseudonim Andrzeja Grembowicza, pisarza i scenarzysty, autora scenariusza m.in. „Ekstradycji”, „Ekstradycji 2” i „Rodziny zastępczej” oraz filmów fabularnych „Operacja Samum”, „Nocne graffiti”, „Amok”, „Fuks”, „Wtorek”

Więcej w tej kategorii: ATRAKCJE NA WAKACJE »

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY