Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:13

WAKACYJNY HORROR PRZYCHODNIANY

Napisane przez 

Zdawać by się mogło, że już z początkiem czerwca lekarze mimowolnie czują letnie rozleniwienie, ponieważ hole przychodni i szpitali świecą pustkami, a rejestratorki z utęsknieniem wypatrują potencjalnych pacjentów na podobieństwo scen z popularnych seriali. Nic bardziej mylnego.

Okazuje się, iż personel w bieli nawet w słoneczne dni nie narzeka na brak zajęcia. Jedynie przewlekle chorzy pacjenci, zawczasu zaopatrzeni w recepty wypisane na trzymiesięczną kurację, wolą spędzać czas na świeżym powietrzu. Zwolnione przez nich miejsce błyskawicznie zostaje jednak zajęte.

Uzbierana składka to pikuś

Pierwszą grupę stanowią urlopowicze, którzy regularnie muszą przyjmować leki, ale jadąc na wakacje nie zabrali ze sobą ani niezbędnych lekarstw, ani niezbędnej dokumentacji z przebiegu terapii. Ustalenie, jakie tabletki przyjmują i z jakiego powodu zastosowano tego rodzaju leczenie, graniczy z cudem, podobnie jak zrozumienie przez nich faktu, że powinni korzystać z pomocy lekarskiej poza swoją macierzystą przychodnią jedynie w nagłych zachorowaniach. Argument, że „jestem ubezpieczony i leczę się, gdzie mi pasuje” niczym echo odbija się od ścian przychodni.

W odróżnieniu od tych „zapominalskich”, niektórzy, jakby z premedytacją, nawiedzają obcą sobie kadrę przychodni, przedstawiając lekarzom stos dokumentacji i żądając „świeżego” spojrzenia na ich problem zdrowotny. To dotyczy zwłaszcza lekarzy z dużych miast. Kilku takich pacjentów w ciągu dnia, a kolejka wydłuża się w nieskończoność.

Współczuję też „wakacji” w przychodni kolegom pracującym w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie. Ilość zgłaszających się turystów często przekracza „moce przerobowe” zakładu opieki zdrowotnej, a przecież miejscowi pacjenci nie przestają korzystać z usług medycznych, więc raczej nikt nie jest zadowolony, gdyż nie wiadomo, kto przodem: „swój” czy „obcy”? Inny problem stanowią pacjenci, którzy cały rok pracują za granicą, latem zaś korzystają z urlopu i postanawiają się „dokładnie przebadać”, ponieważ „cały rok płacą składkę zdrowotną”. Na widok takowych jestem po prostu przerażona.

Diagnostyka, jakiej się domagają, znacznie przekracza „uzbieraną składkę”, zaś miny darczyńców budzą we mnie chęć wyjaśnienia jak to kapitacyjnie na rok na pacjenta między 20. a 65. rokiem życia do każdej przychodni POZ wpływa 96 złotych, co daje 8 złotych miesięcznie. A badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej to co najmniej 70 złotych, badanie radiologiczne klatki piersiowej 30 złotych, wybranego odcinka kręgosłupa 70 złotych, panel podstawowych badań laboratoryjnych  to prawie 100 złotych, co oznacza, że lekarz rodzinny musi „dołożyć” do takiego „nie chorującego” pacjenta.

Wakacyjni opiekunowie krążą stadami

Od lat, kiedy zbliża się czas urlopów, niczym senna mara prześladuje nas wizja rzesz tak zwanych wakacyjnych opiekunów. Letnia pora wydaje się być tą najbardziej odpowiednią, by nadrobić zaległości w opiece nad rodzicami, nagromadzone w ciągu wielu miesięcy bądź lat. Lista roszczeń zgłaszana przez tych doraźnych opiekunów jest wprost proporcjonalna do długości samotnych zimowych wieczorów. Przyjezdny krewny-urlopowicz, zdeterminowany chęcią przeorganizowania staruszkowi życia, z poświęceniem targa swojego wiekowego rodzica to do lekarza, to znów na badania. Starszy człowiek wzdycha, z rezygnacją wkłada odświętny strój i rusza za swoim dorosłym już dzieckiem. Godzi się na ten maraton, ale wkrótce ma dość takiej wizyty. Chociaż czuje się zmęczony, nie ma odwagi wyartykułować, że największym jego problemem jest przecież samotność przez większą część roku, nie zaś strzykanie w stawach czy wysoki cholesterol.

Niestety, troskliwi goście wpadają zazwyczaj jedynie na 2-3 dni i to z konkretnym planem działania. Nie  zarezerwowali w nim czasu na bezczynne przesiadywanie na ławeczce w ogrodzie i wsłuchiwanie się w opowieści sprzed lat. Prosto od lekarza rodzinnego biegną do opieki społecznej. Obrywa się wszystkim po kolei. W trakcie krótkiego pobytu zdążą niekiedy, negując opinię lekarza POZ, zaczepić jeszcze o szpitalny oddział ratownictwa, by wreszcie z bólem serca przyjąć do wiadomości, że wszystkiemu winna starość. Czas odwiedzin mija bardzo szybko i wkrótce wymordowany tą niecodzienną troską nobliwy rodzic ze łzami w oczach żegna swoich najbliższych, wzdychając nad swoim losem i nad faktem, że „nawet z nim nie porozmawiali”. Na rozmowy nie starczyło czasu, gdyż od rana do nocy próbowali poukładać rodzicielowi życie od nowa. Cóż staruszkowi po zapełnionej wiktuałami lodówce, kiedy pozostaje tęsknota za towarzystwem najbliższych. Pozostaje czekać w nadziei, iż za rok może będzie inaczej.

Wcale nie lepiej mają starsi ludzie mieszkający „przy rodzinie”. Ich opiekunowie wręcz boją się tych dorocznych odwiedzin-inspekcji. Nieraz mogłam się o tym przekonać, w moim rejonie leczniczym jest bowiem bardzo wiele osób w sędziwym wieku, których dzieci wyjechały w świat w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Przynajmniej kilka razy podczas wakacyjnych miesięcy muszę wysłuchać skarg z obydwu stron. Ci, którzy na co dzień trwają przy swych starych rodzicach, latem dodatkowo są obciążeni bieganiem przy gościach, którzy nie szczędzą zarówno krytyk, jak i złotych rad w zakresie opieki nad staruszkiem. Frustracja miejscowych jest ogromna. Wiem, jak znojne jest codzienne borykanie się z przywarami starości. Zaburzenia pamięci, starcze natręctwa, ograniczenie sprawności ruchowej i zdolności do samoobsługi, nie zawsze dają się skorygować podczas zastosowanego leczenia.

Poświęćmy bliskim więcej czasu

A mogło być tak miło! Można przecież przyjechać z uśmiechem na twarzy, podziękować powinowatym za opiekę nad rodzicem. Byłoby jak w bajce, gdyby przyjezdni zaproponowali dotychczasowym opiekunom „zastępstwo”, zamiast pełnym oburzenia tonem zgłaszać pretensje. Jestem pewna, że jeśli nie zabrakłoby choćby odrobiny empatii, to goście stanowiliby wyczekiwaną wyrękę podczas tych wakacyjnych dni, a niosący pomoc staruszkowi przez pozostałe miesiące roku mieliby choć kilka dni wytchnienia i zapewne zaproszenie na przyszły rok byłoby bardziej spontaniczne.

Nie popadajmy jednak w skrajności. Są, rzecz jasna, wyjątki od tej reguły. Zdarzają się rodziny, które znając zasadę, że starych drzew się nie przesadza, przyjeżdżają na dłużej, przeprowadzają w domach rodziców remont, kupują opał, organizują pomoc sąsiedzką, uzgadniają z lekarzem rodzinnym możliwości poprawienia jakości życia tak, by staruszek mógł dożyć swoich lat w jak najlepszej kondycji i warunkach. Niekiedy na kilka tygodni przejmują opiekę nad rodzicem, by dajmy na to brat z bratową mogli wyjechać na zasłużony urlop. Z radością słucham relacji o takich sytuacjach, wspieram działania tymczasowych opiekunów i jestem dla nich pełna uznania. Letnie odwiedziny nie mogą być przecież zamachem na dotychczasową egzystencję leciwej osoby. Podkreślić pragnę fakt, że nestorzy naszego społeczeństwa znajdują ogromne wsparcie w gminnej opiece społecznej czy też w swojej macierzystej przychodni, a instytucja sąsiada jest w małych miejscowościach godna naśladowania.

Odwiedzajmy zatem naszych sędziwych krewnych, darując im swój czas, cierpliwość i wsparcie w granicach zdrowego rozsądku. Niewielu z nas ma szczęście dożyć pomyślnej starości, czyli pozbawionej przyległości wynikających z chorób wieku podeszłego. Wykorzystajmy te słoneczne miesiące i nagromadźmy zapasów witaminy D na długi zimowy czas. Na progu lata życzę zatem szanownym Czytelnikom  bezpiecznego wypoczynku, a pracującym lekarzom rodzinnym, by nie dotknął ich opisany przeze mnie horror. A może i mnie wyjątkowo ta nawałnica ominie tego lata?

ANNA OSOWSKA

Zastępca redaktora naczelnego gazety „Zdrowie dla każdego”, specjalista chorób wewnętrznych, endokrynolog, menadżer opieki zdrowotnej. Od 1999 r. prowadzi Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Nasza Przychodnia” w Sępopolu praz praktykę endokrynologiczną w Bartoszycach. Wcześniej kierownik Przychodni Rejonowej, potem dyrektor Zakładu Lecznictwa Otwartego w Sępopolu. Od ponad 20 lat prowadzi edukację osób chorych na cukrzycę. Otrzymała tytuł „Wolontariusza roku” za działalność społeczną na rzecz gminy Sępopol.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY