Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

środa, 24 kwiecień 2013 20:46

ZAPALEŃCY Z OCHOTNICZEJ STRAŻY POŻARNEJ

Napisane przez 

Od trzynastu lat Alina Pińkowska pisze kroniki Ochotniczej Straży Pożarnej w Szwecji i robi to tak rzetelnie, że były one już wystawiane jak Polska długa i szeroka. Ona sama mówi, że nigdy nie sądziła, że ich popularność sięgnie poza Szwecję.

„Kronika” pani Aliny trafiła na XIII Ogólnopolski Konkurs Kronik OSP w Gnieźnie w 2009 r., na XVII. edycję „Etosu Rycerskiego w polskiej historii i tradycji” w Olsztynie w 2010 r. (jako że strażacy to rycerze św. Floriana), 35-lecie Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Rok temu na Przeglądzie Wojewódzkim w Dębnie zdobyła pierwsze miejsce, podobnie jak dwa lata wcześniej w Połczynie Zdroju. Jeden strażak z Koszalina, który ją przeglądał, powiedział, że czuł się, jakby służył w tej jednostce.

Autorka ma o tyle uproszczone zadanie, że właściwie pisze historię rodziny i o wszystkim wie z pierwszej ręki. Ale jest to też kronika wsi, bo kiedyś jej życie skupiało się głównie wokół kościoła – od mszy do mszy, ale już życie kulturalne, sport i pomoc ludziom poszkodowanym organizowała prężnie działająca OSP, która nie tylko gasiła pożary. Strażacy organizowali zawody, festyny i dożynki. – Popularne było wtedy ściganie się na rowerach na sto metrów albo z jajkiem na łyżce – wspominają te dawne zabawy Alina i Ireneusz Pińkowscy.

A kiedy w Szwecji budowana była remiza – na odwrót, ludzie uważali, że mają wspólny cel i chętnie brali udział w czynie społecznym.

Z Łodzi, przez Niemcy, do Szwecji

Dzisiaj też trudno wyobrazić sobie bez nich jakieś wydarzenie we wsi. Na masowych imprezach zapewniają bezpieczeństwo, robią pianę, w której brykają dzieciaki, albo pokazują im wozy strażackie. Na potwierdzenie tego, że ta działalność również jest doceniana, 15 marca 2013 r. OSP Szwecja otrzymało Laur Powiatu Wałeckiego za działalność społeczną – co też zostało odnotowane w szwedzkiej „Kronice”.

Alina Pińkowska, z domu Cichoń, mieszka w Szwecji, tyle że... wałeckiej, w gminie Wałcz. Rodzice pani Aliny, Stanisław i Zofia, pochodzili z Łodzi, ale przez zawieruchę wojenną, po powrocie z Niemiec – gdzie trafili na roboty przymusowe – osiedlili się w 1946 r. właśnie w Szwecji. Jej ojciec był przewodniczącym Rady Gromadzkiej (odpowiednika dzisiejszej gminy), a także powoływał we wsi Ochotniczą Straż Pożarną.

W 1966 r. wstąpiła do pierwszej drużyny żeńskiej, a dwa lata później w OSP znalazł się Ireneusz Pińkowski. I, jak śmieje się pani Alina, przyszedł... za nią. Wspomina też, że to był taki trochę „zapaleniec”.

– Naprawdę chciał coś zrobić. To on zdobywał pozwolenia na budowę remizy, co w tamtych czasach wcale nie było proste, a w 1972 r. został pierwszym naczelnikiem OSP w Szwecji. W 2012 r., po czterdziestu latach służby, musiał zrezygnować ze względu na wiek, chociaż teraz pełni tę funkcję honorowo. – To właśnie jest człowiek, o którym powinno się napisać – mówi o Ireneuszu Pińkowskim małżonka i dodaje, że bez jego wiedzy i pomocy nie dałaby rady. On z kolei zachwala piękny styl pisze i wyczucie plastyczne żony. – Jest nieoceniona – mówi krótko.

Do dziś w ich rodzinnej wsi sporo ludzi pamięta, że w maju 1969 r. brali w niej pierwszy ślub strażacki.

Zaczęło się od znalezienia syreny

Najstarsze zdjęcie, jakie udało się jej zdobyć, pochodzi z lat 50. XX w. – Są na nim pierwsi strażacy: Tadek i Heniek Bajorowie oraz Szczepan Gmys, założyciel szwedzkiej OSP – opowiada, przeglądając w „Kronice” stronę po stronie. – Narzędzia, jakimi wówczas operowali strażacy, toporki i siekierki, zdeponowali na posesji u Ryszarda Ryły. Na akcje wyjeżdżali zaprzęgami konnymi od chłopów w ramach szarwarków grodzkich. Za to, że ich użyczali, byli zwalniani z podatku – na zasadzie przysługa za przysługę – podkreśla.

Potem u kogoś w domu – u kogo, tego Alina Pińkowska nie zdołała ustalić – znaleziono ręczną syrenę. – Tak w Szwecji zawiązywała się straż pożarna – podsumowuje to, co zostało zapisane w pierwszym tomie „Kroniki”.

Kiedy w 2000 r. rozpoczynała gromadzenie historycznego materiału, nie udało się jej do końca ustalić pierwszego składu władz straży. – Na komendanta powołano Szczepana Gmysa, prezesem został Aleksander Miazga, sekretarzem Antoni Falkowski, ale pierwszego skarbnika już nie pamiętam. Pytałam o niego całą wieś. Gospodarzem był Władysław Rutkiewicz, a to taka funkcja – wyjaśnia pani Alina – że się wszystko nadzoruje i organizuje.

– Zaraz po wojnie zaczęło się od profilaktyki przeciwpożarowej – wtrąca Ireneusz Pińkowski – bo każdy myśli, że pożar go nie spotka. Wtedy ludzie, zajęci ciężką pracą w oborach i na polach, te sprawy odkładali. I to podejście przetrwało do dziś.

Dziecko, ja nie pamiętam!

Od 1947 r. OSP miała pierwsze, własne pomieszczenie na sprzęt, co odnotowała również pani Alina w „Kronice”. Budynek stoi do dziś, wtedy trzeba było go wyremontować. Do sprzętu doszła ręczna sikawka z sąsiedniego Zabrodzia. Obsługiwało ją ośmiu strażaków. W pierwszym większym pożarze po wojnie, jaki został opisany w „Kronice”, spaliły się dwie stodoły, przy ul. Głównej 17 i 20 w Szwecji. Jedna „pociągnęła” drugą. Pożar roznieciły dzieci. Stodoły i młyny płonęły zresztą najczęściej.

W 1949 r. Komenda Powiatowa przekazała OSP w Szwecji elektryczną syrenę – czytamy w „Kronice” i ta służyła strażakom, ba!, pięćdziesiąt lat. – Teraz mamy nową na remizie – dodaje Ireneusz Pińkowski. – Jak w Wałczu potrzebują pomocy, to Komenda ją włącza systemem radiowym – dodaje.

Kiedy w pierwszej połowie lat 60. we wsi remontowano remizę, pieniądze na to szły od ludzi, a Szwed Józef Maciejewski, własnym wozem jeździł do Sypniewa po materiał. W „Kronice” jest też zapisane, że 1964 r. Komenda przyznała OSP w Szwecji samochód... angielskiego Bedforda.

Rozpoczynając pracę nad „Kroniką”, Alina Pińkowska mówi, że miała najgorzej, zbierając informacje do lat 70. W tamtych czasach nikt nie dbał o przechowanie dyplomów, zdjęć, protokołów z posiedzeń. Większość pamiątek się nie zachowała. – Kiedy zaczepiałam Szczepana Gmysa, żeby mi coś opowiedział, mówił: dziecko, ja nie pamiętam! – wspomina pani Alina. – Więc chodziłam po cmentarzu i spisywałam nazwiska, a kiedy już powstała „Kronika”, to potwierdził, że faktycznie było tak, jak napisałam. Od 1972 r. mieszkałam pod jednym dachem z naczelnikiem, więc miałam łatwiej, bo wszystko działo się u mnie w domu.

Pożary, powodzie, koty na drzewie

O tej pracy mówi, że najbardziej nie lubi, kiedy ma zaległości, bo potem ślęczy nad zdjęciami i zastanawia się, kiedy i gdzie coś się wydarzyło. Stara się więc prowadzić „Kronikę” na bieżąco. Jednego zdjęcia nie może się doprosić i miejsce jest puste, ma tam być zapis o 12-latce Justynie Kowalczewskiej, też Szwedce, pasjonatce pożarnictwa. 5 kwietnia brała udział w XXXVI Ogólnopolskim Turnieju Wiedzy Przeciwpożarniczej w Człopie na poziomie powiatowym i zajęła pierwsze miejsce w kategorii młodzieży gimnazjalnej. W tych turniejach ma pięcioletni staż. W ubiegłym roku zdobyła drugie miejsce na szczeblu ogólnopolskim.

Dla pani Aliny to też trochę zabicie czasu na emeryturze. Dzieci, trójka, powyrastały i mają już swoje rodziny. Teraz uczestniczy w programie 60+ – aktywacyjnym, żeby nie siedzieć w domu. Na zajęciach są lekcje angielskiego czy obsługi komputera, ale i tak mówi, że woli pisać w... „tym zeszycie od religii”, jak nazywa „Kronikę” Ireneusz Pińkowski.

– Poza tym, pisząc takie dzieło, trzeba mieć żyłkę archiwisty, zmysł estetyczny – podkreśla pani Alina. Przede wszystkim jednak trzeba lubić tę pracę, bo „w straży nie ma dwóch takich samych zdarzeń”. O czym to ona już nie pisała! Przeglądając kartka po kartce, pani Alina przypomina sobie różne wydarzenia: raz OSP Szwedów było na Stadionie Narodowym w Warszawie, na koncercie Budki Suflera. Innym razem strażacy uczestniczyli w ćwiczeniach w niemieckim Pinnow – na sprzęcie, którego w Szwecji nie ma: komorach rozgorzeniowych. Ale też brali udział w akcji ratowniczej 30 czerwca 2011 r., kiedy to Wałcz znalazł się pod wodą.

Jeszcze innym razem w Szwecji, na zakręcie, z samochodu dostawczego wypadły skrzynki z piwem. Strażacy pilnowali, by ktoś czegoś „nie skręcił” podczas sprzątania. – Jeden facet buchnął skrzynkę, strażacy go na tym nakryli i skończyło się mandatem od policji – opowiada pan Ireneusz. W latach 80., w czynie społecznym, budowali Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Warszawie. Pomagali w czasie powodzi na południu Polski w 1997 r. W pobliskich Zdbicach ściągali kota z drzewa, a potem dostali podziękowania od wdzięcznego turysty z Torunia. Kiedyś też dostali wezwanie do kota, który siedział na drzewie dwa dni, a jak strażak już po niego sięgał, sam zlazł. Zięć Pińkowskich, też strażak – Stanisław Kudyba – uratował bociana, który ugrzązł na stawach. Wyjeżdżali też, by usuwać kokony szerszeni. 21 lat temu brali udział w akcji ratowniczej wielkiego pożaru w Potrzebowicach, w samym środku Puszczy Noteckiej, po 1500 ha lasu zostało dymiące pogorzelisko, ale tam chodziło głównie o obronę wsi i leśnych osad, a i tak spłonęło dwadzieścia domów. Ot, życie strażaka.

 

Na koniec rozmowy pani Alina mocno podkreśla, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie ludzie – Szwedzi – bo tak naprawdę to oni piszą tę „Kronikę”...

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY