Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

środa, 24 kwiecień 2013 20:13

FUNDUSZE, KTÓRE PRZELECĄ NAM KOŁO NOSA

Napisane przez 

Nowy wieloletni budżet UE na lata 2014-2020 przewiduje wydatki na poziomie 960 mld euro w zobowiązaniach oraz 908,4 mld euro w płatnościach. Pod naciskiem płatników netto – z Wielką Brytanią na czele – na nową siedmiolatkę jest mniej o blisko 40 mld euro, czyli ok. 3 proc. Ocalone przed cięciami zostały polityka spójności i Wspólna Polityka Rolna – obie nawet zyskały w ostatniej wersji projektu budżetu. Czy jednak rzeczywiście na tym skorzystamy, jak zapewnia nas rząd?

– Dla mnie to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu – powiedział premier Donald Tusk tuż po zakończeniu szczytu Unii Europejskiej w Brukseli. – Nie tylko udało się zdobyć więcej niż w poprzednim budżecie, ale też jesteśmy liderem jako największy beneficjent EU – oceniał szef rządu. Polska dostanie w sumie 105,8 mld euro, czyli 441 mld zł, w tym: 72,9 mld euro na politykę spójności (to 4 mld więcej niż w przypadku obecnego budżetu) i 28,5 mld euro na Wspólną Politykę Rolną (w obecnym budżecie było to 26,9 mld euro).

Na stronach rządu RP czytamy, że Polsce udało się przeforsować pomysł, według którego VAT – płacony przez samorządy przy okazji inwestycji finansowych przez UE – będzie mógł być pokrywany ze środków unijnych. Donald Tusk podkreślił, że daje to dodatkowo prawie 7 mld euro. Wynegocjowane fundusze to w praktyce m.in. nowe miejsca pracy. – Te pieniądze dedykuję tym wszystkim, którzy dzisiaj czekają na pracę i nie mogą jej znaleźć – mówił premier. – Środki europejskie są najlepszą gwarancją rozwoju i nie można ich przejadać. Trzeba je w przygniatającej większości inwestować w rozwój – dodawał. Tak wygląda sprawozdanie rządu. Czy faktycznie mamy powody do odtrąbienia zwycięstwa? Na ten temat rozmawiamy z dr Konradem Pieńkowskim, ekonomistą z Uniwersytetu w Białymstoku.

STANISŁAW RAJEWSKI: Czy rzeczywistość faktycznie wygląda tak różowo, jak opisał ją premier Donald Tusk po szczycie budżetowym w Brukseli?

KONRAD PIEŃKOWSKI: Magiczne 300 mld zł z polityki spójności, o których mówił Donald Tusk, to bardzo zręczny chwyt marketingowy, który miał być symbolem sukcesu rządu. Ale jeśli przyjrzeć się temu od strony matematycznej, owa kwota nie wygląda imponująco. Te 300 mld podzielone jest przede wszystkim na siedem lat, czyli rocznie Polska ma dostać około 40-42 mld zł (z powodu różnic kursowych nie jesteśmy w stanie dokładnie określić tej kwoty).

I tak brzmi całkiem nieźle.

Te 40 mld zł rocznie trzeba jednak poddać redukcji. Przecież Polska składka do unijnego budżetu stale wzrastała, odkąd zostaliśmy członkami Wspólnoty. Na przykład w 2011 roku wpłaciliśmy 15,7 mld złotych. Dodatkowo wpłacamy jeszcze składki do kilku innych unijnych instytucji, jak Europejski Bank Inwestycyjny oraz Europejski Bank Centralny. Łącznie to kolejne 2,5 mld złotych. Zostaje zatem nieco ponad 20 mld zł rocznie na i inwestycje i wsparcie rozmaitych projektów.

Nadal wydaje mi się, że gra jest warta świeczki.

Bo kwoty, o których mówimy, są na papierze. To jest to, co widać na pierwszy rzut oka. Wielu rzeczy jednak nie widać wprost, a odgrywają znacznie ważniejszą rolę. Jeśli porównamy wpływy dla Polski z Unii w latach 2007-2013, to wychodzi, że łącznie trafiło do nas 91 mld euro. Czyli jeśli obecny projekt budżetu zostanie finalnie zatwierdzony przez Parlament Europejski, to Polska teoretycznie otrzyma mniej więcej tyle samo…

Dlaczego teoretycznie?

Dlatego, że efektywnie zostało wykorzystanych 67 mld euro z poprzedniej perspektywy budżetowej. Czyli blisko jedna trzecia tej sumy przepadła. Nikt nie mówi, że strata tych blisko 25 mld zł nie była bezkosztowa. Przecież ktoś przygotowywał projekty, które zostały odrzucone, ktoś poświęcił na to czas, który mógłby spokojnie wykorzystać na coś zupełnie innego – to są tzw. opportunity costs. Wreszcie, co chyba najważniejsze, część decyzji została podjęta tylko dlatego, że te środki wydawały się dosłownie na wyciągnięcie dłoni, a dopiero później przyszła refleksja, że nie ma pełnego finansowania i trzeba mieć swój wkład, często wcale niebagatelny – na który brakuje już środków. Wszystko to, o czym wspominam, jest widoczne dopiero wtedy, gdy spojrzymy na zadłużenie polskich samorządów, które są głównymi beneficjentami unijnych środków pomocowych.

Jaka jest skala tego zadłużenia?

W 2002 roku dług wszystkich jednostek samorządu terytorialnego wynosił 13 mld złotych. W 2005 roku, czyli rok po wstąpieniu Polski do Unii, dług wszystkich polskich samorządów wynosił już 25 mld złotych. W 2008 roku osiągnął poziom 28 mld zł, a w 2010 roku wzrósł do 41 mld zł, aby zaledwie po roku sięgnąć 55 mld zł – zaś na koniec I kwartału 2012 roku dojść do poziomu ponad 83 miliardów.

Co to oznacza w praktyce?

Oznacza to, że zdecydowana większość samorządów zadłużyła się w ciągu ostatnich pięciu lat. Zadłużyła się do tego poziomu, że dalej już nie może – 60 proc. to granica możliwości zadłużania miast i gmin w stosunku do wysokości swoich dochodów. Jej przekroczenie groziłoby niewypłacalnością i bankructwem. Warto przy okazji zauważyć, że największy wzrost zadłużenia nastąpił w miastach-gospodarzach ubiegłorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej – czyli Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku i Warszawie.

Z czego to wynika?

Z perspektywy unijnego budżetu kondycja finansowa samorządów ma ogromne znaczenie. Realizacja projektów współfinansowanych ze środków pomocowych pochodzących z Unii przez samorządy wiązała się z zaciąganiem zobowiązań na przyszłość i doprowadziła do olbrzymiego zadłużenia.

Jakie będą tego konsekwencje w trakcie obowiązywania najbliższej perspektywy budżetowej?

Ponieważ jest granica zwiększania zadłużenia, bardzo prawdopodobne jest, że w nowej perspektywie budżetowej na lata 2014-2020 wiele samorządów – nawet jeśli będzie chciało – nie będzie w stanie skorzystać z dostępnych środków pomocowych. Wydaje się zatem, że jeśli w ciągu ostatnich sześciu lat udało się Polsce wykorzystać 67 mld euro z dostępnych nieco ponad 90 mld euro, to było to szczytem możliwości. Niezależnie zatem od ostatecznego kształtu unijnego budżetu i miliardów, które uda się dla Polski wyrwać – z perspektywy ekonomicznej, zdrowego rozsądku, nie mają one większego znaczenia dla rzeczywistego rozwoju Polski.

Ale ich znaczenie przecież widać na każdym kroku: przy drogach, na uniwersytetach, kamienicach – dosłownie wszędzie widać tabliczki z napisem „współfinansowane ze środków unijnych”.

Właściwie nie ma żadnych dowodów na to, że powodują one jakikolwiek rozwój, liczby pokazują zaś, że cały ten system jest niezwykle kosztowny (szczególnie, jeśli chodzi o koszty poboczne, o których dziwnym trafem mało kto w ogóle wspomina), często nieefektywny, a przy tym ogromnie marnotrawny.

Jakieś przykłady?

Proszę bardzo. Doskonale widać to na przykładzie rynku szkoleń, na które idzie gros pieniędzy. Jesteśmy chyba w czołówce Europy, jeśli chodzi o liczbę szkoleń, w których bierzemy udział. Sęk w tym, że olbrzymia większość szkoleń współfinansowanych przez Unię odbywa się tylko po to, aby zamknąć projekt, pomijając w ogóle fakt, czy w rzeczywistości mają one jakiekolwiek praktyczne znaczenie. Ogrom tych środków jest po prostu dobrze księgowanych, nie idzie za tym zaś jakiekolwiek meritum. System służy do zarobienia całkiem przyzwoitych pieniędzy, ale dla gospodarki jest niezwykle szkodliwy. To nie jest rozwój gospodarczy. To jest system patologii, nieefektywności i antyprzedsiębiorczości.

Jak zatem na to wszystko patrzeć z perspektywy unijnego budżetu i pieniędzy, jakie mamy otrzymać z Unii?

Można na to spojrzeć z perspektywy politycznej, odkładając na bok czysty rachunek ekonomiczny, który jak wykazałem, jest ujemny – i obrócić te środki w sukces polityczny państwa i dyplomacji. Problem w tym, że niezależnie od tego, ile na forum Unii Polska ostatecznie wywalczy pieniędzy na „rozwój”, znając metody propagandowe obecnego rządu i tak zostanie to obrócone w wielki sukces i wielki triumf.

Jak patrzeć na to z perspektywy ekonomicznej?

Krytycznie, bo to nie dotacje są źródłem rozwoju i bogactwa. To nie biurokratyczne elity powinny decydować o sensowności lub nie zgłaszanych projektach, bo skąd właściwie ludzie siedzący po 8 godzin za biurkiem, w zdecydowanej większości przypadków nieprowadzący nigdy żadnego biznesu, mają wiedzieć, co jest właściwe, a co nie. Teza, że urzędnicy wiedzą lepiej, które projekty są dobre, innowacyjne, a które nie, jest w samej swej istocie absurdalna i przypomina system, który podobno zakończył się w 1989 roku. Z ekonomicznego i, w wielu przypadkach, z praktycznego punktu widzenia dotacje są antyrozwojowe, ale świat ekonomii i polityki rządzi się całkiem różnymi od siebie prawami.

Jak wspomniałem, Polska, wywalczywszy dla siebie to, co chce wywalczyć, mogłaby pokazać, że jest jednym z ważniejszych graczy na arenie unijnej, że w końcu jesteśmy zdecydowanie największym państwem, które przystąpiło do Unii w 2004 roku. Interesem wszystkich państw powinno być jak największe ograniczenie wysokości budżetu, który jest narzędziem realizacji interesów niektórych państw Unii. Z obecnym rządem wydaje się to jednak niemożliwe. Czy z innym byłoby możliwe? Nie można tego wykluczyć, ale do czasu zakończenia negocjacji w sprawie budżetu chyba nie będzie dane nam tego sprawdzić.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY