Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Wydrukuj tę stronę
sobota, 23 marzec 2013 20:42

WYBADAM CIAŁO ŚMIAŁO czyli „Rak – to się leczy”

Napisane przez 

Do czego to doszło? Żeby głosy ze znanych kreskówek namawiały nas – Polaków – do badań profilaktycznych? Tego jeszcze nie było.

A może to świetny sposób na to, by przywołując wspomnienia sympatycznych postaci z ekranu, zaszczepić w naszych umysłach taką właśnie potrzebę? Chwała Jerzemu Stuhrowi! Jeszcze niedawno sam toczył batalię z ciężką chorobą, a teraz pomaga innym – znakomicie wykorzystując siłę swojego autorytetu. Szkoda tylko, że współpracujący z nim w kampanii „Rak – to się leczy” Jarosław Boberek z obezwładniającą telewidza szczerością przyznaje się na łamach telewizji śniadaniowej, że on to jeszcze się nie przebadał, bo… brak mu czasu.

Wierzę, że gdy piszę ten tekst, pan Jarosław nadrobił zaległości i nie będzie już ośmieszał akcji, w której bierze udział. Nie do końca – jako lekarz pracujący w małej miejscowości – jestem pewna zwiększenia ilości badań profilaktycznych po tych zabawnych nawoływaniach. Mam świadomość, jak trudno dostać się „na Fundusz” chociażby do urologa – a rak prostaty jest przecież u mężczyzn trzecim nowotworem co do częstotliwości występowania, zaraz po raku płuca i jelita grubego. Ale co do jednego nie mam wątpliwości: hasło kampanii przyczyni się do obalenia mitu, że rak to wyrok.

Lepiej nie wiedzieć

Moim zdaniem właśnie to – pielęgnowane od lat w społeczeństwie – przekonanie o śmiertelności chorób nowotworowych jest przyczyną unikania badań profilaktycznych, bo jak powtarza to z uporem wielu moich pacjentów: „lepiej nie wiedzieć”. Narodowy Program Zdrowia przyjęty Uchwałą Rady Ministrów  Nr 90/2007 obejmuje cele strategiczne i sposoby ich realizacji w latach 2007-2015.

Za cel Programu stawiane jest między innymi zmniejszenie rozpowszechnienia palenia tytoniu (profilaktyka chorób od tytoniowych w tym nowotworów), usprawnienie wczesnej diagnostyki oraz zwiększenie efektywności leczenia nowotworów złośliwych szyjki macicy i sutka u kobiet po 50. roku życia. I słusznie, ponieważ u kobiet rak piersi zajmuje pierwsze miejsce pod względem częstości zachorowań, a rak płuca drugie – przed rakiem jelita grubego i rakiem szyjki macicy, u mężczyzn zaś rak płuca jest na pierwszym miejscu, a zaraz po nim, jak już wspomniałam, są: nowotwory jelita grubego, rak żołądka i prostaty.

Nowotwory są przyczyną przedwczesnej umieralności Polaków w młodym i średnim wieku. Wiadomym jest, że o możliwości radykalnego leczenia decyduje rodzaj raka oraz stopień jego zaawansowania w momencie rozpoznania. Czy rzeczywiście każdy z nas ma, niczym detektyw, na własną rękę zacząć poszukiwania ewentualnego „obcego” w swoim ciele? A może wystarczy skupić się na tych narządach wewnętrznych, w których rak zasadza się najczęściej? Przejrzeć statystyki i ruszyć do akcji? A jeżeli los da pstryczka w nos danym GUS i sprezentuje nam nieco rzadziej występujący nowotwór, np. białaczkę?

Oczywiście, nie popadajmy w paranoję, bo nie każdy z nas zachoruje na raka. Ryzyko jednak istnieje. Nie wolno nam o tym zapominać. Cóż zatem czynić, aby rozsądnie zastosować prewencję pierwotną, nim popadniemy w karcinofobię lub nerwicę lękową? I tu widzę strefę działania Ministerstwa Zdrowia we współpracy z NFZ, władzami  samorządowymi, lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej i poradniami specjalistycznymi. Już uczyniono pierwsze kroki. Z jednej strony przeprowadzane są bezpłatne badania mammograficzne, cytologiczne, kolonoskopie (dla osób po pięćdziesiątce z grup ryzyka). Z drugiej szkolenia dla lekarzy rodzinnych z zakresu onkologii.

„Wszystkich nie da się przebadać”

Chwała decydentom! Ale skoro przy każdej okazji podkreśla się, iż „wszystkich nie da się przebadać”, to może pora pomyśleć o badaniach bilansowych dla osób dorosłych – na podobieństwo bilansów przeprowadzanych u dzieci?  Zaczęlibyśmy od 35-latków i co 5 lat w podstawowej opiece zdrowotnej „zdrowy” pacjent realizowałby program prewencyjny. Wystarczy „połączyć” już istniejący – choć niestety kulejący – program profilaktyki chorób układu krążenia z profilaktyką chorób nowotworowych.

Za każdym razem przed wejściem pacjent odpowiedziałby pisemnie na dosłownie kilka prostych pytań. Następnie lekarz rodzinny, po rozmowie i zbadaniu takiej osoby, wyznaczałby zakres badań dodatkowych, zgodnie z ryzykiem zachorowania na poszczególne schorzenia, przy zachowaniu tzw. pakietu podstawowego, czyli: podstawowe badania krwi, badanie radiologiczne  płuc, EKG i badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Kobiety, przychodząc na taki bilans, musiałyby przedstawić informację z wizyty u ginekologa,  a mężczyźni od 40. roku życia – u urologa. O konieczności zasięgnięcia porady u kolejnych specjalistów decydowałby już lekarz rodzinny (należałoby wycenić punktowo taką poradę prewencyjną w specjalistyce).  Lekarz POZ czy specjalista decydowaliby, czy dana osoba wymaga dodatkowych badań przed kolejnym planowanym bilansem.

Szklane domy? Kto za to zapłaci? Zaczynam konfabulować, jak postać z kreskówki? I tak, i nie. Jeżeli Ministerstwo Zdrowia, zamiast reformować NFZ, przeznaczyłoby środki na profilaktykę, którą proponuję, NFZ  zleciłoby te konkretne zadania POZ, wyceniając sensownie bilanse w danych grupach wiekowych (diagnostyka jest kosztowna, ale leczenie onkologiczne jeszcze droższe), specjaliści  zaś mogliby dodatkowo realizować porady w ramach prewencji pierwotnej, nie ograniczając dostępu pozostałym pacjentom.

Choroba przewlekła – a nie śmiertelna

A samorząd lokalny? Zapewnienie mieszkańcom opieki medycznej wynika przecież z zadań własnych każdej gminy oraz jest ujęte chociażby w Narodowym Programie Zdrowia (NPZ dodatkowo akcentuje zniwelowanie różnic w dostępności do świadczeń podstawowej opieki zdrowotnej, jakie istnieją w poszczególnych rejonach kraju). Urzędnicy odpowiedzialni za realizację zadań z zakresu ochrony zdrowia, zamiast przesyłać do zakładów opieki zdrowotnej – funkcjonujących na terenie działania gminy – kolejne formularze z zapytaniem, jakie działania profilaktyczne dany ZOZ podjął w mijającym roku, zaangażowaliby się w zawiadamianie mieszkańców o badaniach profilaktycznych. Rozpropagowaliby też prewencję pierwotną, ułatwiliby dotarcie na badania mieszkańcom odległych miejscowości poprzez zorganizowanie dowozu na „białą sobotę” albo znaleźliby środki na sfinansowanie przyjazdu specjalistów do miejscowej przychodni.

Jestem głęboko przekonana, że dzięki kampanii „Rak – to się leczy” przestaniemy się bać chorób nowotworowych i zaczniemy wspólnie czynić wszystko, co tylko możliwe, aby zapobiegać temu, co tak bezlitośnie kradnie nam zdrowie, czyli wg definicji WHO: dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Przecież w wielu przypadkach wcześnie wykryty rak staje się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Muszą  zatem znaleźć się narzędzia administracyjne, które wspomogą w tym działaniu profilaktycznym każdego obywatela, razem i z osobna, inaczej zapanuje panika i chaos.