Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

sobota, 23 marzec 2013 20:30

WIELKIE ŚWIĘTO ZMARTWYCHWSTANIA

Napisane przez 

Jak Polska długa i szeroka, zawsze Wielkanoc świętowano w Polsce hucznie i radośnie. To najważniejsze – i najstarsze – święto chrześcijańskie, które początkowo obchodzono w tym samym dniu, w którym w judaizmie świętowana jest Pascha, a od 325 r. w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. W ten sposób symbolicznie dobiega też końca Wielki Post.

Zwiastunem nadchodzącej Wielkanocy był dźwięk kołatek, grzechotek i terkotek, który po trzech tygodniach odmawiania sobie uciech stołu przypominał o śródpościu. Wkrótce później o drzwi domów roztrzaskiwały się wypełnione popiołem garnki, a tydzień później topiono w rzekach kukły Marzanny. Po czterdziestu dniach poszczenia nadchodziła zaś Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Wielki Tydzień.

Ten pierwszy akt wielkanocnego spektaklu miał zawsze symbolizować nieśmiertelność duszy i nieuniknione jej zmartwychwstanie. Utarły się też inne nazwy – Niedziela Kwietna lub Wierzbowa – ze względu na fakt, że palemki to w gruncie rzeczy wierzbowe rózgi, umajowe gałązkami bukszpanu, malin i porzeczek, a dodatkowo kwiatkami, mchem, ziołami, czasem nawet kolorowymi piórkami. Bywały oczywiście wyjątki: np. na Kurpiach palemki przygotowywano z bibuły.

Poświęconą palemką warto było symbolicznie „obić” domowników, co miało gwarantować szczęście na resztę roku. Kropiono nimi dom i resztę gospodarstwa, z bydłem włącznie. Bazie z palemek połykano (ale też dawano do połknięcia zwierzętom): była to wróżba na zdrowie i bogactwo oraz ochrona przed bólami zębów i przeziębieniami, a zatknięcie palemki za święty obrazek chroniło gospodarstwo. Na Pomorzu chętnie przywiązywano palemki do sieci rybackich i łodzi, w innych regionach wkładano je do pszczelich uli. Na Rzeszowszczyźnie chętnie umieszcza się palemki w rogu pola – by chroniły przed żywiołami i zapewniały urodzaj. Z kolei mieszkańcy Podlasia wieszali też pod sufitem „pająki” – zbitki słomy, bibuły, piórek, grochu i wełny.

Po kilku dniach spokoju nadchodził Wielki Czwartek, pierwszy dzień Triduum Paschalnego. Jak powszechnie wierzono, to dzień, w którym żyjących odwiedzały dusze zmarłych. Dlatego unikano prac wiążących się z harmidrem i hałasem. Tego dnia kościelne dzwony nie biły, nie rąbano drewna, nie mielono w żarnach, ani nie tłuczono kaszy.

W Wielki Piątek żałoba osiągała apogeum: z ołtarzy zdejmowano elementy ozdobne, a za to odsłaniano udekorowane inscenizacje grobu Jezusa. Przez kolejne dwie doby pilnowali ich wyznaczeni do tego zadania mężczyźni, od żołnierzy po ministrantów (na południowo-wschodnich rubieżach Polski, ze względów historycznych nazywani czasem Turkami). Jednocześnie zaczynały się przygotowania do wielkanocnych posiłków: od pieczenia ciast po przygotowanie mięs. Wtedy też zaczynano przygotowywać wielkanocne pisanki – całe sterty jaj były gotowane, a następnie zdobione. Z przygotowaniem tego najważniejszego elementu świątecznej symboliki należało zdążyć przed nocą.

A wszystko po to, by księża zdążyli poświęcić jedzenie w Wielką Sobotę. Najpierw kapłani odwiedzali wiernych w domach, z czasem jednak utarła się tradycja wędrowania z „koszyczkiem” do kościoła. Skład wiktuałów w koszyczku różnił się jednak w rozmaitych regionach: chleb, mięsa czy wędliny, sól, chrzan z cukrem i, oczywiście, pisanki były stałym zestawem. Przy czym rzadko pokarmy te zjadano, a przynajmniej – nie od razu. Pisanki były zakopywane pod progiem domu czy w kurnikach – dla zapewnienia ochrony i urodzaju. Chrzanem smarowano zęby – dla zdrowotności. Nawet woda po ugotowanych jajkach służyła za amulet zapewniający szczęście i urodę. Zapalone w kościele i przyniesione do domu świece symbolizowały nieśmiertelność i zjednoczenie zarówno z żyjącymi, jak zmarłymi. Łemkowie przynosili jedzenie do domu dopiero w nocy z soboty na niedzielę, przedtem obnosząc je trzykrotnie wokół domu.

Kluczowym punktem świąt była oczywiście Niedziela Wielkanocna. Rozpoczynana rezurekcją – czyli świąteczną mszą, urozmaicaną odpalanymi petardami, a na Podlasiu też wyścigami furmanek – a po powrocie do domu wieńczona świątecznym posiłkiem. Tak jak i dziś, od stuleci dzielono się wówczas jajkiem oraz życzeniami. To był ten moment, kiedy na stole lądował pieczony w całości prosiak, wędliny, baranek z ciasta, „baby kołacze” itd. Menu było oczywiście zróżnicowane – na kurpiowskich stołach nie mogło choćby zabraknąć ciasteczek z miodu i marchewki. W Małopolsce polewano lanckorońską chrzanówkę, polewkę na bazie chrzanu, mającą też charakter afrodyzjaku – a do tego podawano żur na serwatce, przygotowywany m.in. na bazie wędlin.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wychodzono z wszystkimi tymi przysmakami poza dom – na pola. Rzucano przez ramię kawałki mięsa, kruszono paskę, czyli specjalnie na tę okazję upieczone „chlebki”. W bogatszych domach szukano poukrywanych przez gospodarzy prezentów.

Już w nocy z niedzieli na poniedziałek, nocy „diabelskiej”, jak ją nazywano, zaczynały się psoty. Na Podbeskidziu miały miejsce śmiergusty – próby wdarcia się do domów panien przez młodych, barwnie ubranych i hałasujących mężczyzn. Ukoronowaniem tych zabaw były strugi wody lejące się na wszystkich „w zasięgu wiadra” w poniedziałek. Śmigus-Dyngus, jak zwykło się nazywać Lany Poniedziałek, niegdyś oznaczał zresztą dwa zwyczaje: Śmigus – bicie witkami wierzbowymi, Dyngus – oblewanie wodą.

Najczęściej ofiarą żartownisiów były młode dziewczęta, co zresztą pozwalało też na zawoalowane zaloty: im bardziej zmoczona wodą była panna, tym bardziej uchodziła za atrakcyjną. Pisanki przydawały się i tego dnia – wręczona przez dziewczynę była wykupem od oblania, wręczona przez chłopaka – wyrazem uczuć. Ale też nie wszędzie chodziło o relacje damsko-męskie: w Małopolsce „dziady śmigustne” zbierali „pod groźbą wiadra” datki, nie wypowiadając przy tym ani słowa, co miało być nawiązaniem do biblijnych niedowiarków, którzy stracili mowę. Jedynie pod kościołami czyhał na dziewczęta Siuda Baba, usmolony mężczyzna polujący na dziewczęta – które mogły się wykupić datkiem lub pocałunkiem. Gdzieniegdzie amory zaczynały się zresztą wcześniej: w Wielkopolsce w noc z czwartku na piątek oblewano okna panien żurem – brak rozplaśniętego na szkle żuru mógł być dla panny przyczyną wielkiego smutku…

Inna sprawa, że w Wielkopolsce znęcanie się nad dziewczętami najszybciej dobiegało końca. Już w południe prześladowcy zamieniali wiadra na przebranie – niedźwiedzia, bociana czy czapli – i ruszali w spacer po wsi czy miasteczku. Z „niedźwiedziem” na sznurku obchodzono domy, śpiewając i przyjmując jedzenie jako zapłatę. Wielkopolanie – a szczególnie Wielkopolanki – mogli więc mówić o szczęściu. Na Kujawach przez cały dzień czekano na pechowców, którzy przejdą pod zawieszonym na sznurku garnkiem, rzadko kiedy z wodą – częściej z popiołem lub gnojem. „Dziewki unikają tej wędrówki, aby się na przykre skutki owej swawoli chłopców nie naradzić, więc je nierzadko ci ostatni pochwytują z zasadzki, gwałtem pod ów garnek ciągną, i nie wypuszczają dopóty, dopóki ich całkiem niemal sadzami i popiołem nie oszpecą, od czego wszakże, chronić je zwykło wykupne, to jest kilka groszy danych na wódkę" – pisał o tym zwyczaju, z lekkim zgorszeniem, etnograf Oskar Kolberg. 

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY