Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

piątek, 22 luty 2013 17:29

Koniara Kasia

Napisane przez 

Pasją Katarzyny Laskowskiej są konie. Może o nich opowiadać godzinami. Świat Kasia też najlepiej widzi z perspektywy końskiego grzbietu.

W stajni ma dwadzieścia koni, z czego osiem − sportowych. Urodzony i wyhodowany tutaj sześcioletni Lancome w eliminacjach do Mistrzostw Polski w kategorii młodych koni zwykle zajmuje pierwsze miejsce, a na mistrzostwach zajął trzecią pozycję. Reprezentował również kraj na Mistrzostwach Świata w Belgii. − Jest to bardzo prestiżowe dla konia i jeźdźca wydarzenie, bo o wyborze dwóch koni decydują: Polski Związek Jeździecki i Polski Związek Hodowców Koni – wyjaśnia Katarzyna Laskowska.

Kołatnik, w którym pani Kasia dzisiaj, razem z mężem - Marcinem Laskowskim, prowadzi Ośrodek Jeździecki „Kołacz”, bo tak jeszcze do niedawna nazywała się ta miejscowość, to wieś położona w odległości niecałych dwóch kilometrów od Wałcza (gmina Wałcz, powiat wałecki, województwo zachodniopomorskie), nad rzeką Młynówką, która na rogatkach łączy się z Piławką, i rozpościera wśród lasu ze starodrzewami.

Na popegeerowskiej ziemi

W czasach PGR-u była tu ubojnia, masarnia i warzywniak, skąd dostarczano zaopatrzenie do pobliskiej jednostki. Później popegeerowski majątek trafił w prywatne ręce. Kiedy ponownie został wystawiony na sprzedaż, pięć lat stał nieużytkowany. – Znajdował się w opłakanym stanie – wspomina Kasia Laskowska. – Jedyną zaletą ośrodka było jego położenie - w zaciszu, z dala od głównych dróg, na terenie bezpiecznym dla dzieci i koni.

W tamtym czasie Kasia właśnie skończyła zootechnikę w Poznaniu i szukała ziemi, na której mogłaby zbudować własną stajnię. Tak trafiła do Kołatnika.

W zakupie ośrodka obiecali pomóc jej rodzice. Uczynili jednak jeden warunek. Miała przespać w tym wybranym miejscu jedną noc, a rano stwierdzić, czy wciąż jest to jej wymarzony świat. − Nocka była dość chłodna – wspomina Kasia Laskowska. − Spałam w stajni, na kanapie, owinięta w koce. Pod sufitem kłębiła się chmara komarów, ale rano, kiedy się obudziłam, świeciło słońce, było pięknie i nic mi już tu nie przeszkadzało. Tak zaczęło się jej życie w Kołatniku.

– Najgorzej wspominam pierwszą zimę. Nie było ogrzewania, a temperatury spadały do minus trzydziestu stopni – opisuje Kasia. Kiedy zawieje śnieg, z Kołatnika, bez większego problemu, można dojechać tylko do Wałcza, do Kłębowca – sąsiedniej wsi, bez terenówki już ani rusz.

Z biura - do konia z okienka

Powoli, najpierw sama, a potem już razem z mężem, remontowała i powiększała ośrodek. Pochłaniało to każdą ich zarobioną złotówkę. Stała tu jedynie stajnia i hala z krytą ujeżdżalnią, ale hotel dla koni z 23 boksami musieli już dobudować. Postawili ogrodzenia. Wybudowali wybiegi. Teraz można tu prowadzić zajęcia latem i zimą. Kolejnym pomysłem było zorganizowanie regionalnych zawodów jeździeckich w skokach przez przeszkody. Potrzebne jednak było zaplecze. Musieli zbudować dla koni sześćdziesiąt letnich boksów.

Dom urządzili w dawnym biurze PGR. Budynek, z zewnątrz z pruskim murem, ma około 30 lat, jednak większość wyposażenia stanowią stare, stylowe meble, które gospodyni bardzo lubi. Urządzenie wnętrza to jej dzieło. W salonie stoi stół na trzynaście osób, a wokół niego - krzesła z wygodnymi siedziskami. Kasia kocha piękne przedmioty: lampy, bibeloty, pamiątki.

W domu też widać jej zafascynowanie końmi. Na ścianach wiszą obrazy z wizerunkami koni, wszędzie pełno ceramiki z motywami tych zwierząt i rzeźby koni. Poza tym gospodyni ma kolekcję końskich uprzęży, siodeł i strzemion. Dom otoczony jest wysokimi drzewami i, częściowo, tarasem. Tuż koło niego, o czym mało kto pamięta, kiedyś był stary cmentarz.

W pomieszczeniu, w którym spędziła pierwszą noc, jest biuro z barkiem, kominkiem, stolikiem zamiast biurka, wygodną kanapą i fotelami, a wszystko - połączone przez ścianę ze stajnią. – Takie biuro z okienkiem do konia – opisuje Kasia i pokazując wnętrze, otwiera drewniane okiennice, przez które wychyla się koński łeb.

Biesiady w stadninie

Na starcie Kasia miała czternaście hektarów ziemi, Marcin – pięć. Dzisiaj to o wiele większe gospodarstwo. Jeździectwo połączyli z agroturystyką i wszelkimi usługami dla rolnictwa: koszeniem trawy, prasowaniem słomy. – Z samych koni nie da się utrzymać ośrodka – mówi Marcin Laskowski. 

Do jego specjalności należą również biesiady, organizacja wesel, imprez dla firm nawet do 400 osób. W grudniu w „Kołaczu” gmina zorganizowała, nie po raz pierwszy, dużą regionalną imprezę − doroczny Festiwal Potraw Tradycyjnych. Panie z Kół Gospodyń Wiejskich, z wszystkich gminnych sołectw, prezentowały swoje umiejętności kulinarne. Na festiwalu można było skosztować potraw wigilijnych. W konkursie na najsmaczniejszą z nich zwyciężyły, nie karp, a… płotki. W zagrodzie postawili także grzybek na ognisko. Można upiec kiełbaski, ziemniaki, a nawet prosiaka. Zimą chętni mogą skorzystać z kuligu, latem − z przejażdżki bryczką. Kolejna atrakcja to mini zoo. W zagrodzie biegają m.in. dziki, ptaki, osioł, kucyki.

Kto nie czuje się na siłach i nie chce jeździć konno, może wybrać się na samotną włóczęgę przez starodrzew. Niektóre okazy z pobliskiego lasu liczą trzysta, czterysta lat. Atrakcją są też spływy kajakowe organizowane popularnym szlakiem Piławą i Dobrzycą.

Jak w domu nad rozlewiskiem

Dwa lata temu rozpoczęli remont dużego obiektu po dawnej masarni. Na górze budynku planują urządzić sześć pokoi dla gości i siłownię, na dole będzie kręgielnia i stół do bilardu.

Żyją od projektu do projektu. – Wszystkie - z własnej głowy – mówi Kasia. – I nikt nam nie pomaga. Jeden projekt się kończy, a już rodzi się następny.  

Do zagrody, nad Młynówką, przylega stary, zabytkowy młyn, który znajduje się pod opieką konserwatora. Jego remont i urządzenie dwukondygnacyjnej gospody to kolejna duża inwestycja, którą planują. Na razie szukają środków. – Przydałaby się unijna dotacja – mówi Kasia. – Na remont i rozbudowę obiektów z żadnej nie skorzystaliśmy, na rolnictwo – wzięliśmy wszystkie możliwe – dodaje właścicielka „Kołacza”.     

Marzenia o hipoterapii i jeździectwie

Klamrą spinającą wszystkie działania Kasi i Marcina jest hipoterapia, czyli rehabilitacja przez jazdę konną. − Rodzice mogą również zostawić dzieci na weekend i dłużej i czuć się bezpiecznie, że pociechy mają zapewnioną opiekę. Chodzi o to, żeby odciążyć na chwilę dorosłych od ich, trudnych przecież, obowiązków – wyjaśnia Kasia.

Powstał też klub jeździecki. Kasia jest instruktorką. – Propagujemy jeździectwo. Zależy nam na wychowaniu dobrych jeźdźców – mówi Kasia, a najbardziej ma nadzieję, że jej córka, dwuletnia Aleksandra, przejmie po niej zamiłowanie do jeździectwa i będzie to rodzinna tradycja. Wcześniej zaraziła tą pasją tatę, który woził ją na treningi. 

Kasia jeździ na koniach od 10. roku życia. Zaczynała w Norwegii, dokąd przenieśli się jej rodzice, gdy miała rok. Tam brała udział w Mistrzostwach Norwegii Juniorów. Po maturze, na rok przeniosła się do Niemiec, żeby ćwiczyć z Anitą Sande – bardzo dobrą, norweską trenerką. W czasie studiów w Poznaniu trenowała w Centrum Wyszkolenia Jeździeckiego Hipodrom Wola. Brała m.in. udział w Akademickich Mistrzostwach, zajmując drugie miejsce w Polsce. Wciąż się kształci – na instruktora sportowego z certyfikatem Polskiego Związku Jeździeckiego, jest instruktorem rekreacji, jazdy konnej, hipoterapii. W przyszłości chciałaby organizować w „Kołaczu” Mistrzostwa Polski - takie prawdziwe, nie - amatorskie.    

Dzisiaj każdy, kto znał „Kołacz” wcześniej, jest pod wrażeniem, jak się zmieniło to miejsce. Odwiedzając je, trudno się w nim nie zakochać, zwłaszcza patrząc na nie, tak jak Kasia, dwa metry wyżej… z końskiego grzbietu.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY