Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

piątek, 21 grudzień 2012 12:15

Dylematy służby zdrowia: Rodzinny czy specjalista?

Napisane przez 

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Lekarz rodzinny czy specjalista? - oto dylematy polskich pacjentów, którzy próbują odnaleźć się w systemie placówek. Czy faktycznie przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną musi być tak stresujące?

Przed nami koniec roku, ale zanim mieszkańcy miast i miasteczek ruszą do sklepów w poszukiwaniu świątecznych upominków, zapobiegliwie pobiegną do swych przychodni po zapas leków i oczywiście skierowań do poradni specjalistycznych. Lata doświadczeń nakazują zapobiegliwość, bo przecież nikt z pacjentów nie może zawczasu wiedzieć, czy jego lekarz rodzinny będzie miał kontrakt na usługi z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej po Nowym Roku i czy poradnie specjalistyczne, do których chodzą, będą przyjmować zainteresowanych.

Od Annasza do Kajfasza

Przy rejestracji, jak to co roku, w grudniu kłębi się rozjuszony tłum tych, co to „tylko po skierowanie”. Dla białego personelu zaczyna się coroczny zawrót głowy. Jeżeli osoba przewlekle chora dysponuje „Informacją dla lekarza kierującego”, a treści w niej zawarte upoważniają do powtórzenia leków, za ordynację których odpowiedzialność ponosi specjalista, wizyta w praktyce lekarskiej czy NZOZ-ie trwa krótko, a do tego jest miło i przyjemnie. Ba! Nawet starcza czasu na wymianę świątecznych życzeń.

Gorzej, jeśli specjalista nakazał wizytę kontrolną za rok i to z konkretnymi badaniami dodatkowymi. Chory, choć nie jest jeszcze w upragnionej „kolejce oczekujących”, domaga się druku skierowania do poradni odwoławczej. No, tak na wszelki wypadek, by dwa razy nie biegać do przychodni. Lekarz rodzinny buntuje się. „Nie chce mu się pisać!” - wyciąga fałszywy wniosek pacjent. Wyjaśnienia medyka, że przecież list wskazuje na objęcie przez specjalistę stałym leczeniem w wyznaczonym terminie: raz na rok, a to zwalnia z obowiązku ponownego wypisywania skierowania, nie przekonują, bo roszczenie chorego jest konkretne: „Kwit i wychodzę!”. Przed zainteresowanymi kolejny etap przeprawy przez grząski grunt usług medycznych.

- A co z diagnostyką zalecaną w liście od specjalisty?” - nieśmiało pyta pacjent. Oczywiście, w ramach wizyty specjalistycznej skierowania na badania dodatkowe nie wydano, bo skoro wizyta za rok, to specjalista nie wie czy nadal będzie pracował na tzw. umowę z NFZ. Pacjent jest ubezpieczony, więc żąda. Rodzinny zna przepisy, toteż peroruje: „Skoro badania potrzebne są do monitorowania leczenia specjalistycznego, to jak pan myśli, dlaczego lekarz prowadzący dane schorzenie „nie dał skierowania?”. Pacjent słucha, głową kiwa, nie jemu bowiem znać odpowiedź na to trudne pytanie. Wie natomiast, ile kosztuje go to „bezpłatne” leczenie. Duszno mu się robi w tym „rodzinnym” gabinecie. Ma jedno pragnienie, aby jak najszybciej otrzymać niezbędne „kwity” i wyjść.

Dobre serce rodzinnego

Opisana sytuacja to niestety codzienność w poradniach lekarza rodzinnego. Jak potoczy się dalej przytoczona historia? Otóż istnieją dwie możliwości dalszego ciągu tej patowej, na pierwszy rzut oka, konfrontacji. Rodzinny najpierw się nagada, a potem spojrzy na znanego sobie od lat mieszkańca lokalnej społeczności, nie do końca rozumiejącego, dlaczego co roku musi uganiać się za drukiem skierowania i pomyśli:

- Cóż ten chory człowiek jest winien. Po czym po dłuższej, naznaczonej wymownym milczeniem chwili, z miną osoby znękanej przez „niewydolny system”, wypisze skierowanie i do poradni specjalistycznej, i na badania dodatkowe, za które musi zapłacić z puli przeznaczonej na pacjentów leczonych w podstawowej opiece zdrowotnej.

Powroty marnotrawnych synów

Pacjent opuści gabinet usatysfakcjonowany. To nic, że się nasłuchał, jak to „system” przerzuca „całą robotę” na POZ. Nie pierwszy raz był uczestnikiem tego rodzaju utyskiwań. Spogląda na kolejkę przed gabinetem z poczuciem zwycięstwa i rusza po zakupy. Ma upragnione „kwity” w ręku i teraz pozostaje mu tylko czekać, kiedy będą zapisywać do specjalistycznej poradni. W tak zwanym międzyczasie wykona badania laboratoryjne, bo nie przewidzi, że termin do specjalisty wyznaczą mu za… 12 miesięcy. Wróci zatem niczym syn marnotrawny do swego lekarza ze smutną miną, rzuci na biurko wyniki badań i z rozczarowaniem poprosi:

- Lecz mnie pan, bo umrę, zanim się doczekam do tego specjalisty”. Koło się zamyka. Zdezorientowany pacjent. Coraz bardziej wypalony zawodowo lekarz.

Druga strona medalu

Inaczej rzecz się potoczy, jeżeli pacjent trafi w swej macierzystej przychodni na lekarza realizującego umowę z NFZ skrupulatnie i bez zgody na kompromis. Rodzinny wyjaśni choremu, iż - zgodnie z umową z NFZ, ten kieruje na badania, kto leczy, a lekarz rodzinny dołącza wyniki badań potwierdzających konieczność skierowania do specjalisty tylko przed rozpoczęciem leczenia specjalistycznego. Odmówi również wydania kolejnego skierowania w imię „oszczędzania lasów”, bo przecież pacjent został objęty opieką specjalistyczną, na co dowodem jest list z wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej.

W tej sytuacji nie ma zadowolonych. Pacjent wychodzi przybity, bo skoro nie ma skierowania na badania, nie ma z czym ruszać, by się dostać do specjalisty. „Nowego” skierowania też nie dostał, bo ponoć „na stronie Funduszu wisi”, że nie trzeba odnawiać skierowań co roku w przypadku stałego leczenia.

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Rodzinny czy specjalista?”- zastanawia się pacjent. Cóż pozostaje? Zmienić lekarza rodzinnego, a wtedy nie przyznać się do posiadanego listu od specjalisty lub wykonać badania na własny koszt i jakimś cudem dostać się przed jego oblicze. Czy faktycznie tak stresujące musi być przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną?

Don Kichote w sieci punktów

Dla przykładu: wprowadzony od lipca 2011 roku system punktowy, obowiązujący w poradni endokrynologicznej, zdecydowanie preferuje kontynuację diagnostyki i leczenia u tzw. „starych” pacjentów. Grozą napełnia lekarza pacjent, który zgłasza się po raz pierwszy, gdyż zazwyczaj przychodzi z pojedynczym badaniem dodatkowym, wymaga za to zebrania wnikliwego wywiadu i przeprowadzenia dokładnego badania, a także zlecenia mnóstwa badań dodatkowych, a punktów za to jak na lekarstwo. Kolejne wizyty mogą być rozliczone punktowo tylko w przypadku wykonania przez chorego konkretnej diagnostyki. Jej koszty są bardzo wysokie, nie ma bowiem „cen urzędowych”, a to zmusza do takiego lawirowania między zleceniami tzw. wyników, by choć „trochę” zostało dla specjalisty, bo przecież czas Judymów mamy za sobą, a do garnka się satysfakcji nie wrzuci.

Przypomina mi to walkę z wiatrakami. Jest to moim zdaniem droga prowadząca donikąd. Jestem endokrynologiem i przez dwa lata przyjmowałam pacjentów „na NFZ”. Okazało się jednak, że - jako podmiot świadczący usługi dla NFZ, nie mogę mieć podkontraktu na świadczenie usług specjalistycznych i rozstałam się z poradnią.

Dylematy rodzinno-specjalistyczne i kultura

Ogromnie stresujące było dla mnie zliczanie punktów, a co za tym szło, tłumaczenie pacjentom, że nie mogę ich przyjąć, bo mam limit miesięczny. Z ulgą wracałam do pracy w mojej przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, bo tu - przy stawce kawitacyjnej, mogłam przyjąć wszystkich, którzy tego potrzebowali. Oczywiście było mi żal, że nie mogę wykorzystać mojej wiedzy endokrynologicznej, bo wykracza ona poza zakres obowiązków lekarza rodzinnego, ale praca w poradni była dla mnie bardzo przykra. Nie byłam w stanie sprostać wymaganiom chorych, którzy zwyczajnie nie rozumieli obowiązujących w AOS-ie zasad.

„Jak się pani nie chce ludzi leczyć, niech pani odda dyplom”- urągali ci, którzy nie mogli się do mnie dostać. „Co mnie obchodzą jakieś punkty! Jestem ubezpieczony i łaski pani nie robi! Pracować się pani nie chce i tyle!” Nigdy wcześniej nie spotkało mnie tyle niezadowolenia ze strony pacjentów, co podczas tego dwuletniego epizodu. Może jestem naiwna, ale analizując pracę jako endokrynolog, uważam, że specjalista powinien otrzymywać wynagrodzenie za wykonaną przez siebie usługę, na podobieństwo pracy w gabinecie prywatnym, badania dodatkowe zaś, tak jak to się dzieje przy badaniach takich jak TC czy MRI, powinny być finansowane bezpośrednio przez NFZ. Wtedy ceny badań nie byłyby wygórowane, a pacjent nie miałby problemu z realizacją skierowania od specjalisty. Obecnie, jeśli otrzyma zlecenie na pobranie krwi z poradni mieszczącej się przykładowo w mieście wojewódzkim, tylko tam może wykonać diagnostykę w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Rzadko która poradnia ma umowę z ościennymi laboratoriami. Dzięki takiej organizacji „pieniądze zostają w domu”, bo pacjent przeliczy, że zamiast tracić 30 zł na dojazd do laboratorium np. w Szpitalu Wojewódzkim, najpierw spróbuje wymusić „przepisanie” skierowania przez lekarza POZ , a jeśli nie odniesie sukcesu, w ostateczności z bólem serca sam pokryje koszt badań w miejscowym laboratorium.

Węzeł gordyjski systemu

To, co się dzieje dzisiaj, to jeden wielki harmider, a właściwie przerzucanie kosztów na lekarza podstawowej opieki zdrowotnej lub świadczeniobiorcę. Kolejne pomysły decydentów nie przynoszą rozwiązań, a wręcz konfliktują nasze starzejące się społeczeństwo i tak już znękane chorobami cywilizacyjnymi, z osobami niegdyś nazywanymi „służbą zdrowia”, dzisiaj określanymi jako „ świadczeniodawcy usług medycznych”. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że pacjent trafiający w sidła obowiązującego systemu opieki zdrowotnej musi mieć końskie zdrowie, lekarz zaś - sokoli wzrok, by dostrzec potrzeby chorego pośród stosu papierów, przepisów i ewentualnych konsekwencji swoich zaniechań.

A „SYSTEM”? Jak mu tam? Spokojnie! „System” ma się dobrze. Decydenci przecież nie muszą stać w kolejce do specjalisty. „System” zatroszczył się o ich zdrowie, by mogli w dobrostanie fizycznym i psychicznym wymyślać dalsze komplikacje systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. W mediach „System” prezentuje się świetnie, ma coraz ładniejsze twarze i z nosem długim jak u Pinokia wciąż obiecuje, że będzie lepiej.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY